Ekonomia (el)

Ekonomia społeczna w Niemczech

Utworzono: sobota, 19 grudzień 2009 Jarosław Bugajski
Ekonomia społeczna (gospodarka społeczna, gospodarka solidarna, ekonomia solidarności, ekonomia społeczności lokalnej, gospodarka obywatelska) to taka sfera działalności gospodarczej, która stawia prymat celów społecznych nad maksymalizacją zysków, realizacja celów społecznych poprzez realizację celów gospodarczych.

Czytaj więcej...

Ekonomia to nie matematyka

Utworzono: piątek, 29 listopad 2013 Justyna Hofman-Wiśniewska

Z prof. Włodzimierzem Aniołem* z Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego i Fundacji Norden Centrum rozmawia Justyna Hofman-Wiśniewska

aniol

 

- Liczni ekonomiści, dziennikarze i politycy od dawna przekonują nas, że model państwa opiekuńczego, taki jak w Szwecji, musi runąć, wręcz umiera na naszych oczach…
 

- O kryzysie modelu szwedzkiego mówi się nie tylko w Polsce od przynajmniej 50 lat, a system jakoś trwa, choć oczywiście podlega zmianom. Jednak diagnozy o śmierci nordyckiego państwa opiekuńczego są co najmniej przedwczesne. Przywodzą na myśl powiedzenie Marka Twaina, który zobaczywszy swój nekrolog w gazecie zauważył, iż ta wiadomość wydaje mu się cokolwiek przesadzona.

Skandynawowie potrafią pogodzić dynamikę rozwoju gospodarczego ze spójnością i solidarnością społeczną. W wydanej w tym roku książce „Szlak Norden. Modernizacja po skandynawsku” przyglądam się np. wzorcom szwedzkim w polityce rodzinnej. My debatujemy nad niskim przyrostem naturalnym, załamujemy ręce, dramatyzujemy. A co robimy w sferze polityki rodzinnej, by młodzi ludzie mogli i chcieli mieć dzieci? Model szwedzki pokazuje, że można godzić obowiązki zawodowe z domowymi. Również nam potrzebne są w tej dziedzinie rozwiązania systemowe, a nie tylko doraźne, propagandowe.

- A może na bardziej hojną politykę społeczną po prostu nas nie stać?

- Nierzadko mylimy tu przyczyny ze skutkami. Bezrefleksyjnie powtarzamy, że aby coś podzielić, trzeba najpierw to wytworzyć. To jednak uproszczenie, bo aby cokolwiek powstało, muszą być warunki zachęcające do pracy, właściwa atmosfera i klimat społeczny, poczucie wspólnoty, minimum zaufania, wzajemnej lojalności i solidarności. W rozwoju gospodarczym rozwiązywanie kwestii społecznych pomaga, a nie przeszkadza. To wyraźnie widać w wielu najwyżej rozwiniętych krajach na świecie. Na coraz bardziej dziś elastycznym rynku pracy inaczej pracuje człowiek, który ma poczucie bezpieczeństwa, zupełnie inaczej zaś ten, który żyje w nieustannym poczuciu niepewności i zagrożenia, co często ma miejsce między innymi w Polsce.
 

- U nas teraz dużo się mówi o uelastycznieniu zatrudnienia…
 

- Tak, ale chodzi o to, by pogodzić tę elastyczność z bezpieczeństwem socjalnym. Tak jak jest np. w duńskiej koncepcji flexicurity,  której kluczowym założeniem jest to, by brakowi zbędnych utrudnień w zatrudnianiu i zwalnianiu pracowników towarzyszyły stosowne gwarancje socjalne i wsparcie w poszukiwaniu nowej pracy przez bezrobotnych. Termin ten jest neologizmem, który pochodzi od angielskich słów: flexibility - elastyczność oraz security, czyli bezpieczeństwo. Można więc stosunkowo łatwo zwolnić pracownika, ale jednocześnie pomaga mu się znaleźć nową pracę, m.in. poprzez system dokształcania, staży zawodowych, wyposażania w dodatkowe kwalifikacje itp. Naszej polityce rynku pracy dość daleko do takiego zrównoważonego stanu „elaspieczeństwa” – jak proponuję nazywać po polsku ideę flexicurity.
 

- To wszystko co się dzieje u nas złego ma chyba jedno podstawowe źródło: nie szanowanie człowieka. Nie szanuje się ludzi, nie szanuje się pracy, a państwo wobec obywatela przypomina przysłowiowego stójkowego i jest przede wszystkim pazerne. W krajach rozwiniętych człowiek jest ważny. Tam dawno zrozumiano, że batem, sankcjami itp. nie zmusi się człowieka do dobrej, rzetelnej pracy.
 

- To prawda, samymi sankcjami i restrykcjami niewiele się na dłuższą metę uzyska.
 

- Ten brak szacunku dla ludzi i ich pracy najdobitniej się uwidacznia w stosunku do starych ludzi.
 

- Niezależnie od względów społeczno-moralnych, wciąż nie jesteśmy dobrze przygotowani na coraz głośniej już tykającą  - nie tylko w Polsce - bombę geriatryczną. Trzeba w tej chwili przemodelować sposób myślenia, system zabezpieczenia społecznego i gospodarkę, aby jak najlepiej dostosować je do obecnych tendencji i prognoz demograficznych. Zmieniają się proporcje w strukturze wiekowej ludności, coraz dłużej żyjemy, ale też emerytury nie można traktować jak łaski państwa wobec człowieka, który pracował na nią 30, 40, nawet 50 lat.
 

- Na deficyt nowego typu kwestii społecznych i kłopotów modernizacyjnych z pewnością nie możemy narzekać…
 

- Oprócz problemu demograficznego jest też wiele innych wyzwań w polityce społeczno–gospodarczej, z którymi trzeba się zderzyć i zmierzyć. Edukacja, innowacje, społeczeństwo wiedzy, gospodarka oparta na wiedzy i kreatywności, nauka i nowe technologie. W Polsce  wciąż opieramy się na tradycyjnych, stosunkowo prostych sektorach wytwórczości, a jest czas najwyższy, by przejść do zupełnie innej fazy rozwoju. Bazujemy przede wszystkim na taniej sile roboczej, ale coraz bardziej odczuwalna jest konkurencja tych krajów, w których siła robocza jest jeszcze tańsza. Ukraina, Białoruś, kraje azjatyckie… Jesteśmy głównie podwykonawcami w globalnych sieciach produkcyjnych, a to nie najlepiej nas sytuuje i rokuje w perspektywie zaostrzającej się rywalizacji na skalę prawdziwie ogólnoświatową.
 

W warunkach globalizacji odległości odgrywają coraz mniejszą rolę, wiele czynności, usług można wykonywać przy pomocy łączy elektronicznych. Nasilają się ruchy migracyjne, w tym przepływy pracowników. Narasta konkurencja nie tylko na europejskim rynku pracy. W tym wyścigu przebić się można tylko wyższą jakością i innowacyjnością, a nie niższymi kosztami pracy. Koszty są naturalnie istotne, ale nie przesądzają przecież ani o wydajności pracy, ani o jakości wytwarzanych produktów i usług.
 

- Przeliczanie wszystkiego na pieniądze dotyczy też polityki społecznej.
 

- Swoisty wąski ekonomizm – jak to określam - dominujący dziś w myśleniu indywidualnym i zbiorowym, także w sprawach gospodarki, prowadzi często na manowce. Ekonomia jest – a raczej powinna być, bo o tym najwyraźniej zapomnieliśmy - przede wszystkim nauką o społeczeństwie, o stosunkach międzyludzkich, które tylko czasami można przedstawić za pomocą liczb. Jako dyscyplina normatywna, zajmuje się także wartościami, dobrami niezbywalnymi, w gruncie rzeczy wywodzi się z etyki.
 

Szkot Adam Smith, twórca ekonomii klasycznej, był jednocześnie badaczem moralności. W jego głównym dziele o bogactwie narodów z 1776 r. nie ma żadnych wykresów ani równań. To był wiek XVIII. Podobnie było w wieku XIX, choćby w traktacie Johna Milla „Zasady ekonomii politycznej” z 1848 r. Nie przesadzał też z liczbami w swych pracach bodaj największy ekonomista minionego stulecia John Maynard  Keynes, zresztą utalentowany matematyk. Dopiero pod koniec XX wieku ekonomia zaczęła udawać naukę ścisłą czy przyrodniczą, uległa swego rodzaju matematyzacji. Wykresy, wzory i liczby przysłoniły w niej ogólniejsze założenia filozoficzno-etyczne, system wartości, rzeczywistość społeczną.
 

Wąsko ekonomiczny język daliśmy sobie również narzucić w rozważaniach nad polityką społeczną. Mówimy o kapitale ludzkim i społecznym, o inwestycjach społecznych, o rynkach wewnętrznych w systemie świadczenia usług publicznych. Nieraz ostatnio słyszałem, że emerytura jest po prostu jednym z produktów finansowych. Tymczasem warto pamiętać, że pacjent w szpitalu to przede wszystkim chora istota ludzka, a nie klient czy konsument, że zasoby ludzkie to jednak żywi pracownicy itd.
 

- Zasoby ludzkie - jak to w ogóle brzmi w języku polskim!?
 

- Od razu ustawia to specyficznie człowieka, może sugerować, że ludzie są jakimś surowcem. To jest pochodna owego ekonomizmu, ekspansji neoliberalnej nowomowy i myślenia o życiu społecznym. W Polsce zaczęliśmy ulegać tej fali po 1989 roku, po upadku komunizmu. Nie państwo i społeczeństwo obywatelskie, ale rynek – w roli głównego regulatora zachowań zbiorowych. Nie pacjent, lecz klient, nie starszy człowiek, lecz odbiorca świadczeń emerytalnych. Ważne są nie ochronne funkcje polityki społecznej (protective welfare), ale jej cele produktywistyczne (productive welfare). Wszystko, co się da, warto urynkowić, zderegulować, sprywatyzować, skomercjalizować… Im mniejsze podatki - tym lepiej, im mniejszy sektor publiczny – tym wszystko pójdzie sprawniej. Im bardziej ograniczymy wydatki socjalne – tym szybciej rozkwitnie gospodarka, a ludziom będzie żyło się dostatniej. Taka optyka jest oczywiście ogromnie ułomna.
 

- Jakie są konsekwencja takiej wolnorynkowej ortodoksji dla sfery społecznej?
 

- Nie tylko w Polsce widzimy, jak prymat kryteriów materialnych i logiki rynkowej osłabia, wręcz wynaturza przestrzeń publiczną. Jak ciąży na niektórych współczesnych rozwiązaniach w polityce społecznej – w służbie zdrowia, w edukacji, w systemach emerytalnych. Bez fetyszyzowania rynków finansowych i giełdy nigdy nie udałoby się np. wzbudzić tak dużego potencjału nierealistycznych oczekiwań wobec OFE, czyli kapitałowego filaru emerytur. To nie przypadek, że jeśli już mają być świadczenia społeczne, to najczęściej serwowane są one w formie pieniężnej, a nie w naturze  - Polska należy to tych krajów w Unii Europejskiej, które na te drugie przeznaczają najmniejszy odsetek PKB.
 

- Wracając na koniec do krajów skandynawskich: czy również tam mamy do czynienia z silnym trendem neoliberalnym?
 

- Kraje te nie były izolowane od powszechnych tendencji typowych dla rozwiniętego świata w ostatnich dekadach XX wieku. Więc także od swoistej ekonomizacji dyskursu publicznego, tudzież naukowego, wokół polityki społecznej. Znalazło to nieraz odbicie w konkretnych rozwiązaniach praktycznych. Np. w Szwecji wprowadzono zalecany przez czołowego monetarystę Miltona Friedmana tzw. bon oświatowy, który umożliwia podejmowanie finansowanej przez państwo edukacji zarówno w szkołach publicznych, jak i prywatnych. Elementy komercjalizacji pojawiły się też w systemie ochrony zdrowia. Nawiasem mówiąc, coraz głośniej słychać ostatnio krytyczne opinie o różnych patologiach występujących na tym tle w obu dziedzinach (pisze o nich choćby znany publicysta szwedzki polskiego pochodzenia Maciej Zaremba w najnowszej swej książce pt. „Polski hydraulik i nowe opowieści ze Szwecji”).
 

Ale skala zauroczenia ekonomizmem czy neoliberalizmem jest oczywiście w Skandynawii dużo mniejsza niż np. w naszym kraju. Pozamaterialne aspekty życia, chociażby potrzeba ochrony środowiska naturalnego czy równouprawnienie płci, są tam lepiej rozumiane i bardziej doceniane. Przede wszystkim zaś w rozwoju społecznym i w kształtowaniu polityk publicznych zapewne w dużo większym stopni niż u nas uwzględniane są takie wartości jak dialog, współpraca, kompromis czy solidarność.

Dziękuję za rozmowę.

 

*pierwszą część rozmowy z prof. Włodzimierzem Aniołem -  Nie dorośliśmy do globalizacji - opublikowaliśmy w numerze listopadowym (SN nr 11/13)

 

Ewolucja gospodarki rynkowej

Utworzono: poniedziałek, 23 luty 2015 Zdzisław Sadowski

 

 

18 lutego 2015 w siedzibie Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego odbyło się seminarium na temat ewolucji gospodarki rynkowej połączone z jubileuszem 90-lecia prof. Zdzisława Sadowskiego, wieloletniego przewodniczącego PTE. Poniżej zamieszczamy tekst wystąpienia Profesora, który posłużył za punkt wyjścia do dyskusji.(red.)


Gospodarka rynkowa zrodziła się w wyniku rewolucji przemysłowej w XVIII wieku jako system oparty na prywatnej własności, w którym decyzje gospodarcze są podejmowane przez samodzielne i niezależne podmioty w ramach określonego porządku prawnego. Wprawdzie pewne formy rozwiniętego rynku zaczęły pojawiać się już znacznie wcześniej, np. w miastach północnych Włoch, ale jako system nie mogły one działać, póki gospodarką rządziła władza króla, księcia czy doży. Dopiero rewolucja francuska otworzyła drogę do nowego ustroju gospodarczego, opartego na filozofii liberalnej.

Lliberalizm nie zrodził się z przypadku, lecz był odpowiedzią na zmiany w warunkach życia. A warunki te zmieniły się nie dlatego, że ktoś wymyślił liberalizm, tylko w następstwie rewolucji technicznej, która otworzyła drogę do przemysłu maszynowego. Z kolei liberalizm odegrał istotną rolę w dalszym kształtowaniu warunków życia społecznego. Walec  historii jest napędzany przez splot czynników z bardzo rozmaitych dziedzin.

System gospodarki rynkowej od początku swego istnienia znajduje się w nieustannej ewolucji. Na tę ewolucję składają się zmiany ilościowe i jakościowe, obejmujące:

  • skalę, strukturę i techniki produkcji,
  • rozmiary i organizację przedsiębiorstw,
  • relacje między czynnikami produkcji,
  • system instytucjonalny.


Następstwem tych zmian jest rozwój gospodarczy i społeczny, który można określić jako proces rozległych zmian, zachodzących w:

  • warunkach życia,
  • poziomach zamożności,
  • strukturze społecznej,
  • obyczajowości,
  • poglądach społecznych i politycznych,
  • porządku prawnym i rozwiązaniach ustrojowych. 


Zależności między tymi zmiennymi są wielokierunkowe i obejmują liczne sprzężenia zwrotne. Zdecydowanie nadmiernym uproszczeniem byłaby więc próba związania ich w jeden łańcuch przyczynowo-skutkowy. Próby takie były podejmowane z różnych pozycji i nie powinno się ich lekceważyć, gdyż przyczyniały się z reguły do rozszerzania horyzontów myślowych.
Za jedną z najważniejszych można uznać koncepcję materializmu historycznego Karola Marksa, która odegrała istotną rolę w rozwoju nauk społecznych. Według niej, czynnikiem uruchamiającym zmiany rozwojowe jest rozwój sił wytwórczych. Teza ta nie jest bezsporna.
Trudno stwierdzić, czy postęp nauki i techniki jest jedynym czynnikiem sprawczym. Z pewnością jednak odgrywa wielką rolę w procesie ogólnego rozwoju, w tym w ewolucji systemu gospodarki rynkowej. Rewolucja przemysłowa zmieniła świat dzięki zdobyciu umiejętności wykorzystania energii pary. Rewolucja techniczna XIX wieku zmieniła świat, gdyż dzięki opanowaniu energii elektrycznej oraz silnikowi spalinowemu doprowadziła do wielkiego wzrostu produkcyjności, zmieniając przy tym strukturę zatrudnienia i stosunki społeczne. Obecna rewolucja informatyczna zmienia go dalej.


W niniejszej pracy nie chodzi o opis całego procesu ewolucji, lecz o próbę odpowiedzi na 3 pytania:

  • jak oceniać wyniki dotychczasowej ewolucji?
  • jakie problemy ona stworzyła?
  • czego można się spodziewać od dalszej ewolucji?

Etapy dotychczasowej ewolucji

Etap pierwszy to wstęp lub prolog, czyli okres tworzenia się gospodarki przemysłowej i narodzin kapitalizmu (przełom XVIII i XIX stulecia). Towarzyszą mu wielkie oczekiwania  ujęte w teorię przez Adama Smitha i Jeana Baptiste'a Say’a. Według tej teorii,  tworzący się system, oparty na swobodnym działaniu sił rynkowych, miał zapewnić zarówno pełne wykorzystanie i optymalną alokację zasobów, jak też optymalny i sprawiedliwy podział.


Etap drugi to epoka kapitalizmu wolnokonkurencyjnego, trwająca przez większą część wieku XIX. Ujawniła potencjał rozwojowy nowego systemu dzięki prywatnej przedsiębiorczości, ale też jego wady: konflikt między kapitałem a pracą oraz uleganie cyklicznym kryzysom gospodarczym.


Etap trzeci to tworzenie się rynku oligopolistycznego w wyniku koncentracji produkcji w wielkich firmach. Własność kapitału oddziela się od funkcji przedsiębiorcy. Dokonuje się wielki postęp techniczny, ale kryzysy są wielkim problemem. Związki zawodowe wymuszają początki polityki społecznej. Wielki kryzys lat 30. XX w. i późniejsza stagnacja rodzą koncepcję interwencjonizmu opartą na ekonomii popytowej (Keynes 1936, Kalecki 1934).


Etap czwarty: „Złoty wiek” kapitalizmu po II wojnie światowej. W krajach rozwiniętych wysokie tempo wzrostu gospodarczego, brak bezrobocia, import zatrudnienia. Pozorne sukcesy koncepcji planowania centralnego w bloku sowieckim. Problemem wiodącym w ekonomii staje się uruchamianie wzrostu w krajach „trzeciego świata”.


Etap piąty to okres neoliberalizmu i globalizacji. Gospodarkę światową opanowują koncerny ponadnarodowe, liberalizacja przepływów kapitału, potężny rozwój rynków finansowych. Rewolucja naukowo-techniczna. Narastanie zagrożenia ekologicznego. Ogromny wzrost rozpiętości dochodowych w skali świata i poszczególnych krajów. Zmiany geopolityczne.


Etap szósty to współczesny kapitalizm epoki informatyzacji. Gospodarka oparta na wiedzy. Trwa wielki postęp nauki i techniki, ale i narastają zagrożenia ekologiczne i społeczne groźne dla przyszłości świata (globalne ocieplenie, zaburzenia klimatyczne, rosnący obszar biedy). Powstaje koncepcja strategii trwałego rozwoju.

Jak oceniać wyniki dotychczasowej ewolucji?

Całe to doświadczenie historyczne wskazuje, że system gospodarki rynkowej wykazał wielką sprawność rozwojową i autoregulacyjną dzięki swoim podstawowym cechom, którymi są:

  • przedsiębiorczość,
  • adaptacyjność,
  • innowacyjność.

      Dotychczasowa ewolucja zapewniła dzięki temu:

  • ogólny wzrost gospodarczy,
  • ogromny postęp nauki i techniki,
  • wzrost zamożności  - nawet w krajach ubogich.


Natomiast nie zapewniła tego, o co chodziło Smithowi, gdy głosił ideę niewidzialnej ręki – sprawiedliwego podziału. A zapewniając racjonalność mikroekonomiczną, nie zapewniła racjonalności wykorzystania zasobów w skali ogólnej.


System gospodarki rynkowej ewoluował w taki sposób, że jego forma współczesna różni się bardzo od form wcześniejszych. Można wskazać pięć głównych obszarów odmienności systemu współczesnego. Są to:

  • zmiana roli państwa: zwiększenie znaczenia polityki gospodarczej państw, a potem układów zintegrowanych (polityka makro, wspomaganie biznesu, państwo opiekuńcze);
  • zmiana natury podmiotów gospodarujących na rzecz dominacji wielkich koncernów transnarodowych (oligopolizacja rynku, globalizacja);
  • kluczowe znaczenie rynków finansowych (kapitał finansowy w miejsce przemysłowego jako główny aktor gospodarki światowej);
  • informatyzacja gospodarki i życia społecznego (gospodarka oparta na wiedzy, zmiana charakteru konkurencji);
  • serwicyzacja gospodarki (wielka rola usług w zatrudnieniu i wytwarzaniu PKB). 


Zmiany te są tak istotne, że pojawiła się myśl, iż nastąpiła zmiana systemu, a nowy system to już nie kapitalizm (Peter Drucker 1993: pojęcie postkapitalizmu). Przemawiają za tym takie zmiany struktury społecznej, jak zanik klasy robotniczej i szczególna rola menadżerów (James Burnham 1944:  idea rewolucji menadżerów).

Wiele jednak przemawia za tym, że jest to wciąż kapitalistyczna gospodarka rynkowa: decyzje należą do indywidualnych podmiotów, których siła opiera się na prywatnej własności kapitału.

Jakie problemy stworzyła dotychczasowa ewolucja?

Na odpowiedź składają się trzy grupy problemów:

  • rujnowanie środowiska ekologicznego;
  • rosnące nierówności dochodowe, masowa bieda, wzrost konfliktowości;
  • nierównowaga finansowa świata.


Problemu nierównowagi finansowej, polegającej ostatecznie na zachwianiu roli dolara jako jednostki rozliczeń międzynarodowych, nie rozwijam, gdyż wymagałby on osobnej szczegółowej analizy.


Problemy środowiska ekologicznego:

  • globalne ocieplenie w wyniku emisji gazów przemysłowych. Problem jest wciąż sporny, ale rozsądnie jest go nie negować, gdyż wiadomo ( UN Intergovernmental Panel on Climate Change Report 2008), że emisje te wzrosły o 70% od 1970 r. i będą rosły dalej, jeśli będą trwały dotychczasowe formy ekspansji przemysłu, i że powodują również zaburzenia zdrowotne oraz niszczące efekty kwaśnych deszczów;
  • wyrąb lasów ma poważne skutki klimatyczne i powoduje niszczenie fauny;
  • ogólny stan „śladu ekologicznego” wskazuje na pojawienie się w skali świata deficytu zasobów naturalnych w stosunku do poziomu życia.


Obecnie już wiadomo, że rozwiązywanie tych problemów wymaga wielostronnej modernizacji struktury gospodarczej (nowe źródła energii, nowe rozwiązania transportowe, zalesianie zamiast wyrębu lasów, itd.).

Na to nakłada się obraz sytuacji społecznej świata, obejmujący:

  • rosnące nierówności dochodowe,
  • szeroki obszar biedy,
  • marginalizację wielkich grup ludności,
  • różne formy wykluczenia społecznego.


Skutki tych zjawisk to napięcia i konflikty aż do terroryzmu globalnego, łatwość ulegania hasłom populistycznym, osłabienie demokracji oraz tendencje do autorytaryzmu.

Postulat eliminacji biedy został wysunięty na czoło celów milenijnych ONZ, jednak realizacja tego zadania okazuje się bardzo powolna.

Czego można się spodziewać po dalszej ewolucji?

Ewolucja trwa dalej. Nie wiemy co przyniesie, ale można przyjąć, że pożądany byłby taki jej bieg, który przyniósłby:

  • zmianę struktury gospodarczej na proekologiczną (źródła energii, eliminacja szkodliwych emisji);
  • skuteczną walkę z biedą;
  • szybki rozwój wiedzy naukowej i technicznej (biotechnologia, biomedycyna, nanotechnologia, informatyka);
  • upowszechnianie edukacji i kultury.


Szukając drogi do realizacji tych postulatów, rozważmy dwa scenariusze. Pierwszy to scenariusz A - zdania się na autoregulacyjny mechanizm rynkowy z wiarą w to, że w dłuższym okresie okaże się on zdolny do samoczynnego rozwiązania narastających problemów przyszłości. Scenariusz ten jednak nie zadowala. Przy wszystkich swoich zaletach mechanizm rynkowy powinien wprawdzie być uważany za nieodzowny w roli regulatora gospodarki, jednakże nie nadąża on z dostosowaniami strukturalnymi. Na przeszkodzie stoi przede wszystkim jego immanentna cecha, jaką jest oparcie decyzji na rachunku ekonomicznym, który mówi, że uruchamianie środków finansowych przez prywatne podmioty decyzyjne wymaga spełnienia warunku opłacalności inwestycji z nimi związanych.

Drugą wielką przeszkodą jest powszechna komercjalizacja życia:            

  • komercjalizacja nauki utrudnia badania podstawowe, czyli tworzenie wiedzy, bo nie są bezpośrednio opłacalne;
  • przeszkadza też upowszechnieniu wiedzy, bo utrudnia je troska o własność intelektualną;
  • komercjalizacja edukacji ogranicza dostęp do edukacji dla grup społecznych należących do strefy biedy oraz utrwala wykluczenie edukacyjne i informacyjne;
  • komercjalizacja kultury obniża jej poziom, sprowadzając twórczość artystyczną do kryterium publicznego zainteresowania i oglądalności.


W dodatku rosnące znaczenie mediów zaśmieca informację wskutek pogoni za sensacją oraz rozpanoszenia reklamy, która stała się jednym z głównych kierunków rozwoju sfery usług i czynników tworzenia PKB.

Ponieważ doświadczenie wskazuje, że rynku nie można zastąpić przez wprowadzenie innego regulatora, to trzeba szukać metod ograniczenia jego działań negatywnych. Ciekawe że stwierdził to już 60 lat temu Karl Polanyi w swej fundamentalnej pracy „The Great Transformation” (1944) godnymi pamiętania słowami: „Zgoda na to, aby mechanizm rynkowy był jedynym regulatorem losu człowieka i jego naturalnego otoczenia… może doprowadzić społeczeństwo do zupełnej ruiny”.


Rozwiązanie może więc przynieść scenariusz B - skoro nie można zaufać mechanizmowi rynkowemu, to trzeba dać mu wsparcie w postaci świadomych działań regulacyjnych w skali międzynarodowej. Wsparcie to powinno polegać na realizowaniu koncepcji trwałego rozwoju w skali ogólnoświatowej. Koncepcja ta jest znana od dawna, a obecnie najpełniej wyraża ją Strategia Trwałego Rozwoju przyjęta przez Unię Europejską. Strategia ta przewiduje m.in. redukcję emisji CO2 do 2020 r. o 20%, redukcję zużycia energii, rozwój energii odnawialnej.
Okazuje się jednak, że na przeszkodzie realizacji stoi opór ze strony rządów poszczególnych krajów, a także firm.  Opór ten wynika z obawy, że z powodu tych ograniczeń przemysł ucieknie z Europy, co powoduje dążenie do ich obniżenia.


Potrzebny więc jest nie tylko kierunkowy program, lecz także opracowanie metod kojarzenia rynku z rozumnym sterowaniem, a w tym celu:

  • stworzenie sieci programów i instytucji państwowych i międzynarodowych nie działających na zasadach rynkowych,
  • powstanie silnego wspierającego ruchu obywatelskiego.


Skoro uruchamianie środków prywatnych jest utrudniane przez komercjalizację, a publicznych przez czynniki ideologiczne (doktryna neoliberalna) i konieczność uzgodnień politycznych, to uzasadniona jest teza, że podstawowym problemem dalszej ewolucji jest wielka sprzeczność. Z jednej strony rośnie świadomość zagrożeń, która sprawia że tworzy się odpowiednie programy działania. Z drugiej strony gospodarka działa według starego paradygmatu: nastawienia na wzrost produkcji materialnej. Świat wciąż jest w niewoli dążenia do wysokich temp wzrostu gospodarczego, a w tym produkcji przemysłowej.

Wprowadzanie energii odnawialnej też opiera się ostatecznie na dotychczasowych formach produkcji (budowa elektrowni wiatrowych i słonecznych, biopaliwa). W rezultacie bardzo trudno dochodzi się do porozumień realizacyjnych i trudno zapewnić ich wykonalność. Jest to nieusuwalna (na razie?) sprzeczność między celami ogólnymi a interesami partykularnymi.
Ta sprzeczność jest wyraźnie widoczna na przykładzie Chin, które utrzymują bardzo wysokie tempo wzrostu PKB (podwojenie co 7 lat), oparte na produkcji przemysłowej (podwojenie co 5 lat) i nie chcą podporządkować się planom ochrony ekologicznej.

Więc co przed nami? Kierunek na Eldorado (powszechny dobrobyt) czy na Armagedon (ogólna katastrofa)?


Względne Eldorado można by osiągnąć, gdyby dzięki synergii rynku i sterowania udało się doprowadzić w niedługim czasie do szerokiej współpracy międzynarodowej, wyeliminowania rywalizacji o hegemonię, przestawienia produkcji na cele pokojowe, proekologiczne i prospołeczne, osiągnąć dalszy wielki rozwój nauki, w tym np. opanować fuzję jądrową i napęd wodorowy w transporcie oraz wprowadzić wynalazki nie mieszczące się w dzisiejszej wyobraźni. Ale ocieplenia już się raczej nie usunie. A sytuacja geopolityczna nie będzie ułatwiała porozumień. Więc Eldorado mało prawdopodobne.

A zatem kierunek na Armagedon jest bardziej prawdopodobny. Raczej jednak nie oznacza on doprowadzenia świata do nagłej, ogólnej katastrofy. Bardziej prawdopodobne jest stopniowe kumulowanie się przejawów autodestrukcji gospodarki i życia społecznego. Wiodące wątki to:

  • narastanie trudności energetycznych,
  • rosnące trudności z wodą,
  • skutki globalnego ocieplenia w postaci kataklizmów naturalnych i podniesienia poziomu wód oceanicznych.


Destrukcja nie będzie rozłożona równomiernie, lecz najpierw ucierpią kraje i ludzie objęci obszarami biedy. Wysoce prawdopodobne jest więc zaostrzanie się konfliktów (międzynarodowych i lokalnych). Ich efektem może się stać ogólna walka o przetrwanie i chaos światowy.

Obecny wielki wzrost cen podstawowych produktów żywnościowych (ryż, pszenica, soja, kukurydza), który już wywołuje rozległe protesty i zamieszki w wielu krajach (Haiti, Egipt, Etiopia, Filipiny, Indonezja), nie jest jeszcze tym kryzysem, o którym mowa, ale zapowiedzią tego, co może dziać się w przyszłości.

Wojna? Moja wizja nie jest katastroficzna. Próbuję tylko zobrazować prawdopodobny kierunek dalszej ewolucji systemu gospodarki rynkowej. Sądzę przy tym, że im trudniejsza będzie się stawała ogólna sytuacja, tym większe jest prawdopodobieństwo, że świat poczuje się zmuszony do prawdziwej współpracy korygującej rynek, co może przyczynić się do poprawienia biegu spraw. Zawiera się więc w tym pewien szczególny optymizm.

Zdzisław Sadowski

 

Wyróżnienia w tekście pochodzą od Redakcji.

Finansyzacja - znak naszych czasów

Utworzono: czwartek, 29 marzec 2018 Anna Leszkowska

Finansyzacja, to termin, który w różnych swoich odmianach przewija się przez większość dyskusji dotyczących współczesnej gospodarki i jej przemian. Nie ukształtowała się jeszcze ostateczna wersja tłumaczenia anglojęzycznego terminu financialization, toteż za M. Ratajczakiem, który po raz pierwszy w polskiej literaturze podjął szerzej to zagadnienie, przyjmuję określenie „finansyzacja” jako najbardziej zwięzłe. 

Chodzi tu o nasilające się zjawisko redukcji sfery realnej gospodarki (a więc wszelkich aktywności, których skutkiem jest wytwarzanie dóbr i usług zaspokajających potrzeby ludzkie) przez sferę finansów – rozumianą przede wszystkim jako pomnażanie zasobów finansowych bez związku z działaniami na rzecz sfery realnej.

Mamy tu do czynienia ze zmianami charakteru instytucji działających w tej sferze. Najkrócej charakteryzuje owe zmiany H.-J. Chang, pisząc: „Rynek finansowy przestaje być po prostu źródłem pieniędzy na inwestycje, a staje się miejscem do ich zarabiania poprzez wykorzystanie różnic między poglądami na zwrot z tych samych projektów inwestycyjnych. Innymi słowy – miejscem spekulacji”.
Wydana niedawno przez Oficynę Wydawniczą SGH praca zbiorowa „Finansjalizacja gospodarki i jej wpływ na przedsiębiorstwa”* ujmuje to zjawisko jako przejście od kapitalizmu menedżerskiego, w którym zyski i rentowność inwestycji są kreowane przez przedsiębiorstwa produkcyjne do formy kapitalizmu finansowego, w którym przedsiębiorstwa postrzegane są jako aktywa przeznaczone do obrotu.

Podobnie ujął to O. Orhanganzi: „Podwyższone inwestycje finansowe oraz większe możliwości uzyskania zysku finansowego wypychają rzeczywiste inwestycje poprzez zmiany w budżetach dla kadry zarządzającej firmami i kierowanie funduszy z dala od rzeczywistych inwestycji”.
Nie mnożąc dalej, zwykle bardziej ogólnikowych, definicji, zwróćmy uwagę, iż mamy do czynienia z przejawem degeneracji kapitalistycznej gospodarki rynkowej. U podstaw mechanizmu wywołującego finansyzację leży właściwa gospodarce kapitalistycznej tendencja do koncentracji kapitału, wzmożona przez upowszechnienie spółek akcyjnych jako dominującej formy przedsiębiorstw z jednej strony, a załamaniem się systemu waluty złotej - z drugiej.

Powszechność spółek akcyjnych zaowocowała zmianami sposobu dokonywania koncentracji – w miejsce akumulowania zysków umożliwiającego stopniowe wypieranie z rynku słabszych konkurentów pojawiły się fuzje i wrogie przejęcia, zwiększające masę kapitału w dyspozycji jednego ośrodka decyzyjnego, ale niekoniecznie owocujące pozytywnymi zmianami w działalności połączonych firm.

Z kolei przejście do systemu pieniądza papierowego, a więc fiducjarnego, spowodowało nie tylko większą łatwość zasilania operacji spekulacyjnych, ale przede wszystkim – utratę hamulców powstrzymujących kreowanie pieniądza w ramach poszczególnych gospodarek narodowych.

Deficyty budżetowe i narastający dług publiczny stały się codziennością niemal wszystkich państw, a powszechne zadłużenie skutkuje uzależnieniem od rynków finansowych niegdyś suwerennych ośrodków decyzji, jakimi były państwa. Dążenie do uzyskiwania możliwie korzystnej ceny za emitowane obligacje skarbowe pociąga za sobą priorytet nieustannego wzrostu PKB, co w praktyce oznacza przyjęcie neoliberalnej polityki gospodarczej oraz dalsze pogłębianie się opisanego uzależnienia.

Kapitalizm menedżerski

Dominacja spółek akcyjnych w gospodarce spowodowała przeobrażenie się klasycznego kapitalizmu, w którym władza należała do właścicieli przedsiębiorstw, w kapitalizm menedżerski, marginalizujący instytucje właściciela, (jeśli nie dysponuje on zasobami niezbędnymi do kontrolowania firmy), oraz podporządkowujący strategie przedsiębiorstw koncepcji wzrostu ekstensywnego.

Powiększanie się rozmiarów podmiotów reprezentujących stronę podażową odwróciło dotychczasową asymetrię pomiędzy nabywcami dóbr finalnych a ich dostawcami, co dodatkowo zostało wzmocnione przez rozwój medialnych środków przekazu, ubezwłasnowolniających w znacznym stopniu nabywców. To z kolei dokonało wyłomu w dotychczasowym, ciągle zwącym się kapitalizmem, systemie - ze względu na przewagę rynkową i informacyjną sprzedawców starania o jakość dóbr finalnych straciły rację bytu.

Zjawisko to objęło po pewnym czasie również przeważającą część sfery usług, a wobec zmniejszania się nacisku na jakość dóbr finalnych – także producentów dóbr inwestycyjnych. Regulacje, którymi mogły dysponować państwa, tylko w niewielkiej mierze ograniczyły opisane tu tendencje. Coraz więcej wielkich firm przybierało charakter transnarodowy, co zmniejszało ich podatność na regulacje, a jednocześnie rynki finansowe wymuszały wzrost gospodarczy napędzany sztucznie stymulowaną konsumpcją. Gdyby politycy gospodarczy zdecydowali się na opór wobec tej tendencji, narażaliby swoje gospodarki na quasi-upadłość.

Zabrakło więc przeciwwagi dla postępującej oligopolizacji gospodarek, a zapewnienie swobody przepływu kapitału i siły roboczej w skali globalnej zaostrzyło selekcje wśród wielkich koncernów, pozostawiając jedynie największe z nich.
Poza samymi rozmiarami, coraz bardziej istotnym czynnikiem decydującym o pozostaniu w gronie wielkich graczy globalnych stała się rentowność inwestycji, a przede wszystkim – czas zwrotu wykładanego kapitału.

Cel - szybki zysk

Omawianym tu zjawiskom towarzyszy powszechne skracanie horyzontu czasowego podejmowanych przedsięwzięć. W połączeniu z rozrastaniem się grup kapitałowych o czysto spekulacyjnym nastawieniu tendencja ta spowodowała dalsze zmiany w funkcjonowaniu spółek akcyjnych.
System „kapitalizmu menedżerskiego” z wolna słabnie, natomiast pojawia się „sojusz” pomiędzy elitami menedżerskimi a udziałowcami o krótkoterminowym nastawieniu.

O ile wcześniej menedżerowie wiązali swoje interesy z rozwojem zarządzanych przez siebie firm (co prawda, głównie z rozwojem ekstensywnym), to obecnie przyjmują oni w ślad za wielkimi udziałowcami ich krótkoterminowe nastawienie. Odchodząc z zarządzanej dotychczas spółki, mają spore szanse na otrzymanie równie lukratywnego stanowiska w następnej. Dodatkowo, otrzymują jeszcze sowite odprawy, zapewniające im utrzymywanie dotychczasowego statusu.

Przesądza to o ostatecznej marginalizacji działań w sferze realnej. Istotne staje się uzyskiwanie wysokich zysków w krótkim okresie (często – w skali kwartału), kosztem redukcji zatrudnienia i spadku jakości produktów. Gdy zyski te materializują się, menedżerowie kasują wysokie premie i zmieniają miejsce zatrudnienia, zaś akcjonariusze – zbywają akcje wyeksploatowanej w ten sposób spółki, korzystając z wywindowanej zyskami ceny.

Wobec upowszechnienia się takich praktyk, logicznym krokiem staje się ostatecznie porzucanie przedsięwzięć związanych ze sferą realną. Za przenoszeniem się do sfery bankowości przemawia przede wszystkim czas zwrotu – rozwiązania współczesnej informatyki zwiększyły ogromnie szybkość dokonywania transakcji, co zapewnia atrakcyjność zaangażowania kapitału nawet w przedsięwzięciach, które na dłuższą metę nie musiałyby być przesadnie rentowne. Na tym tle nawet najbardziej rentowne dziedziny „prawdziwej” działalności nie są już tak interesujące. Następuje więc ruch wolnych kapitałów w kierunku rozwijającego się i dywersyfikującego się systemu rynków finansowych.

Skalę tego przemieszczania się kapitałów można ocenić obserwując zmiany stosunku wartości aktywów finansowych do PKB w danym kraju, lub analogicznie – globalnych aktywów finansowych do produkcji całej światowej gospodarki.
G. Palma twierdzi, że ten ostatni wskaźnik wzrastał w okresie 1980 – 2007 r. od poziomu 1,2 do 4,4. Dla poszczególnych gospodarek proporcja ta bywała znacznie wyższa. W Wielkiej Brytanii w roku 2007 wyniosła ona 7,0.
C. Laparitsas szacuje jej wysokość na 7,0 już dla końca lat 80-tych, a dla roku 2009 na 12,0 , przy czym, jeśli uwzględnić aktywa posiadane przez obywateli brytyjskich poza granicami Zjednoczonego Królestwa, wskaźnik ten osiągnąłby poziom 18,0. Oznaczałoby to redukcję obrotów sfery realnej do ok. 6% całości obrotów gospodarczych.

Innowacyjne oszustwa

Wolno przypuszczać, że okres wychodzenia z kryzysu roku 2008 pogłębił jeszcze opisywane dysproporcje. W osiągnięciu dominacji przez zorientowane na zyski spekulacyjne grupy kapitałowe istotną rolę odegrał burzliwy rozwój nowych instrumentów finansowych. Dało to bodziec do tworzenia wyspecjalizowanych podmiotów zajmujących się obrotem określonych typów owych „produktów finansowych”. Nie wchodząc głębiej w to zagadnienie, wskazać można wyodrębnienie się rynku instrumentów sekurytyzacji opartych na długu (collateralized debt obligations), czy też rozległego i zróżnicowanego wewnętrznie rynku derywatów.
Trzeba podkreślić, że stopień komplikacji poszczególnych produktów finansowych jest na ogół tak wysoki, że nabywca nie ma szansy na rzetelną ocenę związanego z daną transakcją ryzyka. Przykłady wysokich zysków osiąganych w podobnych transakcjach są dostatecznie wymowne, aby skłonić drobnych inwestorów do angażowania się w przedsięwzięcia, których istota umyka ich oglądowi.

Szczegółowa analiza przejawów finansyzacji nie zmieniłaby już niczego w generalnej ocenie zjawiska. M. Ratajczak pisze, iż inflacja aktywów finansowych i instrumentów finansowych, a zwłaszcza derywatów powiązanych z zabezpieczaniem kredytów, powoduje zasadniczą zmianę relacji pomiędzy kredytobiorcami a kredytodawcami.
Dawniej, „w przypadku problemów kredytobiorcy, kredytodawca był zainteresowany w ewentualnym wspomaganiu kredytobiorcy w szukaniu rozwiązania. Perspektywa bankructwa kredytobiorcy oznaczała bowiem potencjalnie także poważne konsekwencje dla kredytodawcy. W świecie CDS (kredytowych instrumentów pochodnych) możliwa jest wręcz gra na upadłość kredytobiorcy, korzystna zwłaszcza dla emitentów i pośredników w handlu CDS”.

Ten sam autor podkreśla też, że korporacje działające w sferze realnej stopniowo przeobrażają się w korporacje finansowe. Jeśli obowiązujące prawo pozwala na równoległe prowadzenie obu rodzajów działalności, to udział transakcji o czysto spekulacyjnym charakterze wzrasta. W roku 2012, kiedy M. Ratajczak opublikował swoje rozważania, w wielu firmach znanych z działalności w sferze realnej przekraczał już 50%.

Kapitalizm mętnej wody

Wskazane zjawiska powodują, że świat wielkich korporacji staje się coraz bardziej nieprzejrzysty. Współcześnie trudno jest nawet określić w przybliżeniu liczbę wielkich korporacji, których zachowania determinują zmiany gospodarki globalnej. Badania prowadzone przez naukowców z Politechniki w Zurychu pozwalają szacować ich liczbę na ok. 160. Zauważmy jednak, że część tych podmiotów manifestuje swoje istnienie jedynie poprzez przepływy pomiędzy stronami transakcji, które nie dają się zidentyfikować, a jeśli nawet – to nie sposób rozstrzygnąć, czy działają one na własny rachunek, czy też są agentami innych nieujawniających się ośrodków decyzyjnych. Nieprzypadkowo w analizach rynków finansowych pisze się chętniej o „strumieniach finansowych”, nie przypisując im określeń pozwalających określić strony dokonywanych transakcji.

W świecie „niefinansowych” korporacji również niełatwo określić, które transakcje zawierane są pomiędzy niezależnymi od siebie podmiotami, a które stanowią „przepływy wewnętrzne” (motywowane względami fiskalnymi) wielkich korporacji. Poziom udziału obrotów spekulacyjnych w takich firmach, jak np. Ford pozwalają wątpić, czy podmioty te funkcjonują nadal zgodnie z regułami, które zwykliśmy przypisywać sferze realnej.
Nie jest nieprawdopodobna – brzmiąca jak z powieści SF – hipoteza, iż obserwowalna rzeczywistość gospodarki globalnej stanowi coś w rodzaju teatrzyku kukiełkowego, w którym ręce sterujące marionetkami pozostają niewidoczne.
Dodatkowym aspektem nieprzejrzystości rynków finansowych, a w istocie chyba po prostu generalnej nieprzejrzystości gospodarki, jest wspominany wcześniej stopień złożoności tworzonych tam i wprowadzanych do obrotu produktów finansowych. J-H. Chang twierdzi, że dla zrozumienia zasad działania jednego z tworzonych dla celów spekulacyjnych instrumentów (CDO 2), potencjalny inwestor musiałby przyswoić sobie ponad 1 mld stron informacji. Mamy więc do czynienia z rynkiem, którego wpływ na gospodarkę jest kluczowy, a jednocześnie transakcje na nim zawierane są między nie wiadomo kim i dotyczą nie wiadomo czego.

Państwo nie bez winy

Dość powszechnie przyjmuje się, że poza wskazanymi już „obiektywnymi” przesłankami finansyzacji proces ten jest dodatkowo wspomagany przez państwo, a ściślej – przez politykę gospodarczą prowadzoną zgodnie z doktryną neoliberalną.
Mamy w tym względzie do czynienia z tendencją do luzowania ograniczeń wobec podmiotów działających na rynku finansowym, utrzymywaniem wyjątkowo niskiego poziomu stopy procentowej oraz z wycofywaniem się z progresji w systemie fiskalnym.
Niskie opodatkowanie osób i firm o najwyższych dochodach skutkuje możliwością lokowania nieskonsumowanych nadwyżek w instrumentach finansowych.

Rozszerzaniu sfery finansowej służy również odchodzenie od budżetowego finansowania transferów socjalnych (przede wszystkim emerytur). Zastępowanie dotychczasowych rozwiązań przez prywatne, a w każdym razie niezależne od budżetu fundusze emerytalne zwiększa liczbę graczy szukających na rynku finansowym zysków o spekulacyjnym charakterze.

Wreszcie trudno pominąć skłonność rządów poszczególnych wysokorozwiniętych państw (szczególnie USA) do brania na siebie (a w istocie – przerzucania na barki podatników) negatywnych konsekwencji ryzykownej gry prowadzonej przez wielkie podmioty sfery finansowej. Idea, że istnieją podmioty o takiej wielkości i skali powiązań gospodarczych, że ich upadek zagrażałby całej gospodarce stanowi swego rodzaju polisę ubezpieczeniową dla „wielkich graczy”.

Ścisłe związki sfery politycznej i finansowej powodują, iż teza ta przyjmowana jest jako uniwersalne usprawiedliwienie. Podważa to, moim zdaniem, utrwalane wciąż propagandowo przeświadczenie o suwerenności państw narodowych w zakresie prowadzenia polityki gospodarczej.
Trzeba też zgodzić się ze sformułowaną przez M. Ratajczaka opinią, iż to nie tyle państwo jako takie, a oparty o przymus ciągłego wzrostu gospodarczego system kapitalistycznej gospodarki rynkowej jest w ostatecznej instancji sprawcą finansyzacji.
Maciej Miszewski

Prof. Maciej Miszewski jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach


Tytuł, śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.

 

*Ksiązkę recenzowalismy w nr. 11/17 SN - O wpływie finansistów na gospodarkę

 

 

Our website is protected by DMC Firewall!