Ekonomia (el)

Dyktatura długu

Utworzono: czwartek, 02 czerwiec 2016 Anna Leszkowska

 

Dyktatura długu – pod takim hasłem odbyła się 1.06.16 w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym debata zorganizowana przez PTE, Le Monde diplomatique – edycja polska oraz Fundację im.  Róży Luksemburg.

W pierwszej sesji, zatytułowanej „Dług, kryzys i alternatywy” prof.  Leokadia Oręziak (SGH) pokazała, jak prywatyzacja emerytur*  stała się źródłem narastania długu publicznego. Wskutek 40% uszczerbku składek na ZUS i przekierowania ich do OFE, państwo – gwarant emerytur powszechnych -  zmuszone było uzupełnić ten brak. Mogło to zrobić na trzy sposoby: albo poprzez prywatyzację, czyli sprzedaż  majątku wspólnego, albo poprzez podniesienie podatków, albo pożyczając pieniądze w bankach komercyjnych. Z racji kurczących się zasobów do prywatyzacji, niemożliwości podniesienia podatków, została mu trzecia droga – pożyczki bankowe, która spowodowała narastanie długu publicznego.

Nie byłoby w tym rozwiązaniu nic groźnego, gdyby kraj miał nadwyżki budżetowe (tak było w Kanadzie, Szwecji i Australii), jednak w tak biednym państwie jak nasze, skutkowało to pułapką zadłużenia. Prywatyzacja emerytur, czyli OFE, została narzucona przez MFW i BŚ w interesie światowej finansjery  nie tylko zresztą Polsce – rozwiązanie rujnujące finanse publiczne musiało przyjąć ok. 30 krajów. Obecnie do przyjęcia tego rozwiązania zmuszana jest Ukraina i Armenia.

Polska reforma emerytalna została wprowadzona na wzór chilijskiej z czasów dyktatury Pinocheta, o której wyznawcy neoliberalizmu mówili „chilijski cud”. Ten „cud” spowodował w Chile ogromne nierówności społeczne i ekonomiczne oraz kryzys ekonomiczny. Po 30 latach od jej wprowadzenia uczestnicy chilijskich OFE nie otrzymują żadnych emerytur, (poza wojskiem i policją, które pozostały w starym systemie), gdyż system się zawalił. Zyski z chilijskich OFE popłynęły do finansjery i oligarchii chilijskiej, część została wytransferowana do USA. Do dzisiaj Chile – zobowiązane tą niemającą legitymacji społecznej umową – dysponuje zaledwie 1/3 zbieranych składek emerytalnych, natomiast 2/3 jest przeznaczane przez fundusze emerytalne do gry na giełdzie.

Interes społeczny przegrywa zatem z interesem bogatych i jeżeli ludzie nie wywalczą zmiany tego systemu wprost na ulicach – to klasa polityczna nic nie odda z tego, co zawłaszczyła, bo ma władzę i dysponuje mediami.


Co ciekawe, o ile Polska z ochotą przyjmowała rozwiązania chilijskie i trwa w tym do dzisiaj, tak np. Węgrom udało się z tej pułapki wyrwać.  W tym roku polski rząd musi pożyczyć na wypłatę emerytur ponad 3 mld zł i państwo nic nie robi, żeby 2,5 mln Polaków wycofało się z OFE. A trzeba przecież spłacać także 145 mld długu wynikłego z OFE z przeszłości. Polska – jako druga po Grecji – płaci największe odsetki obsługi długu, a przez najbliższe 4 lata z powodu OFE dług będzie większy o 40 mld zł.

Koszty tego niemoralnego systemu ponoszą więc wszyscy Polacy, natomiast zyski mają nieliczni. Co przykre – podkreślała prof. Oręziak – przy wprowadzaniu tego systemu korumpowano nie tylko elity władzy, ale i naukowców, profesurę. To działanie wbrew interesom państwa i społeczeństwa. Niestety, czyni tak nawet polskie radio, czyli media publiczne.
Z tego systemu należy jak najszybciej wyjść, zaoszczędzilibyśmy wówczas 3 mld zł rocznie, tj. więcej niż z podatku bankowego i sklepów wielkopowierzchniowych. Do tego potrzebna jest jednak wola rządu oraz wyrwanie się z zależności od banków. Przyjęcie OFE bowiem to największa po wojnie krzywda, jaka nas spotkała.

 

Długi legalne i nielegalne

 

O zadłużeniu Hiszpanii i miasta Kadyks mówił z kolei José Ramón Páez Pareja z partii Podemos, doradca ekonomiczny władz Kadyksu. Przedstawiał jak do tego doszło (kryzys hipoteczny – gminy budowały domy bez rozeznania potrzeb, a także stadiony oraz lotniska, z których nie odleciał żaden samolot) i jak trudno obecnie rozwiązywać ten problem (banki, jeśli przejmą mieszkania za długi, to mogą upaść, bo wartość gruntów i nowo wybudowanych budynków mocno spadła). Odpowiedzialność ponosi tu Partia Ludowa, bo to ona współpracowała z bankami i teraz chce je ratować pieniędzmi publicznymi. Elity polityczne dokonały więc oszustwa wobec społeczeństwa i zdestabilizowały kraj (bezrobocie w Kadyksie wynosi 45%, a zadłużenie gospodarstw domowych w państwie wzrosło 5-krotnie).

Rodzi się w związku z tym pytanie o legalność takich długów, o ich restrukturyzację lub całkowite umorzenie, zwłaszcza że obecnie Hiszpania musi przeznaczać 13% swojego PKB na ich obsługę. Rząd zadłużał się, aby rozwiązywać problemy prywatnych banków; uważa się, że nawet 66% zadłużenia administracji publicznej może być uznane z tego powodu za niezasadne. Ale problem jest skomplikowany, bo elity hiszpańskie zadłużały się nie tylko u swoich obywateli – 44% długu Hiszpanii to dług zewnętrzny, zaciągany w instytucjach międzynarodowych oraz w innych państwach (głównie w Niemczech), którego spłatę czy umorzenie trzeba negocjować.

 

Dług to najświeższa i gorąca debata w tej chwili w ekonomii – podkreślał Rafał Woś. Nawet ekonomiści mają problemy ze zrozumieniem sytuacji, w jakiej znalazł się świat. Panuje powszechne przekonanie, że dług jest stratą, co nie jest prawdą, nie rozróżnia się długu publicznego od prywatnego, choć to ten drugi jest praprzyczyną obecnych problemów, bowiem gdyby nie było długu prywatnego, nie byłoby i publicznego. Dołączyła do tego głosu i prof. Elżbieta Mączyńska, prezes PTE, mówiąc, iż to obecna ekonomia wpędza świat w długi.

Dług jest bowiem cechą gospodarki neoliberalnej  - dowodził  dr Gavin Rae (Akademia Koźmińskiego), niemniej analizując zjawisko długu trzeba rozróżniać inwestycje od konsumpcji oraz dług publiczny od prywatnego. Wysoki dług publiczny jest bowiem wynikiem kryzysu, a nie jego powodem. Przyczynami długu są: spadek PKB, wzrost bezrobocia i ubóstwa oraz ratowanie przez rządy banków i sektora finansowego.

Przed kryzysem to właśnie dług prywatny był problemem: w UE w 2004 roku wynosił 200% PKB, natomiast w 2008 już 250%. To on wywołał kryzys, choć był też  i skutkiem polityki neoliberalnej, doprowadzającej do spadku inwestycji publicznych (w 2013 było ich o 20% mniej niż w 2008 roku, czyli spadek 2-krotnie większy niż w USA czy Japonii) -  najważniejszego czynnika gospodarczego.

Ważne jak odróżnić inwestycje od konsumpcji – w Europie obecnie wprowadza się program inwestycji społecznych i gospodarczych (w Wielkiej Brytanii jest to program Partii Pracy), gdyż wiadomo, że inwestycje prywatne nie tworzą wzrostu gospodarczego. Polska ma zapisane w Konstytucji (taki zapis nam narzucono), że dług publiczny nie może przekroczyć 60% PKB, co ogranicza nasz rozwój. Większego długu jednak nie ma się co bać, jeśli finansuje się nim inwestycje publiczne.

Dług i kobiety

A jak na dług patrzą kobiety? Dr Anna Zachorowska- Mazurkiewicz (Instytut Ekonomii, Finansów i Zarządzania UJ) przedstawiła problematykę długu z perspektywy ekonomii feministycznej.  Otóż kobiety mają gorszy dostęp do kredytu, bo i wynagradzane są gorzej i majątek mają mniejszy niż mężczyźni. W sytuacji ograniczenia wydatków publicznych, zwłaszcza w sferze socjalnej, to jednak one ponoszą największe ciężary. Bo rządy – ratując banki pieniędzmi podatników – zakładają,  iż praca socjalna może być wykonana nieodpłatnie w rodzinie, czyli głównie przez kobiety. Tymczasem zaangażowanie się państwa w rozwój usług jest bardzo opłacalne, m.in. z powodu wzrostu miejsc pracy.

Metody studenckie

Długi dotykają także studentów – o czym mówił Piotr Kowzan z Uniwersytetu Gdańskiego. Zgodnie ze Strategią Lizbońską bowiem następuje wzrost udziału środków prywatnych w finansowaniu edukacji na poziomie uniwersyteckim.
W Polsce nie skutkuje to jednak większą liczbą kredytów bankowych – korzysta z nich mniej niż 8% studentów. Polskie kredyty studenckie są też symboliczne: wynoszą 600 – 800 zł miesięcznie, podczas gdy w innych krajach pokrywają  wszystkie koszty studiowania i utrzymania (żeby studiujący nie musieli w tym czasie pracować).
Pierwotnym celem tych kredytów było zwiększenie dostępu do studiów dla biedniejszej młodzieży, uwolnienie od przymusu pracy w okresie studiów oraz oswojenie z kredytami. Niemałą rolę przypisywano pedagogice długu: że edukacja jest usługą konsumpcyjną, że kredyt jest lekcją relacji  młodego człowieka z państwem i uczy, ile człowiek jest wart. Co z tego wyszło?

Cześć naszych studentów się nie zadłuża z powodów ideowych (praktykują ascetyczny tryb życia, żyją za tyle, ile mają), ale część po prostu boi się, że po skończeniu studiów nie będzie miała go z czego spłacić.

A co robią ci, którzy wzięli kredyt, a nie mają go z czego spłacić? W Polsce już można ogłosić upadłość konsumencką, co jednak rzadko się zdarza.
W Szwecji studenci wymyślili inną metodę ratunku: uciekają z dotychczasowego miejsca zamieszkania – w 2009 r. zniknęło 20 tysięcy osób mających niespłacone  kredyty studenckie. Turystyka upadłościowa dotyczy zwłaszcza osób dobrze wykształconych: zwykle są to absolwenci prawa, ekonomii, albo obu tych kierunków.
W Islandii z kolei studenci zażądali zajęć wakacyjnych, gdyż uczelnie w tym czasie nie wypłacają stypendiów. W USA natomiast powstała grupa inicjatywna, która ogłosiła, iż w sytuacji, kiedy takich studentów będzie milion – przestaną spłacać kredyt, gdyż będzie to już problem polityczny, nie pojedynczego studenta.
W Chile wymyślili akty sabotażu, paląc publicznie umowy kredytowe (co jest dość naiwne), natomiast w Hiszpanii autor badań spotkał się ze swoistym wallenrodyzmem – student bierze kredyt i przeznacza go nie na kształcenie, ale szlachetny, społeczny cel (np. budowę spółdzielni).

Mimo różnych sposobów radzenia sobie z długiem, studenci nie mają jednak wyjścia i muszą go spłacać, jeśli chcą  edukacji na poziomie wyższym, bo ta kosztuje. Poza tym instytucje finansowe patrzą na nich jak na konsumentów, zatem o szlachetnych ideach edukacji nie ma co marzyć.

Długi miejskie

Druga część debaty prowadzonej przez Przemysława Wielgosza z Le Monde diplomatique dotyczyła długów miejskich, z którymi Hiszpanie w ocenie José Ramóna Páeza Pareji mają podobne do nas problemy. Miasta budowały stadiony, niepotrzebne lotniska, a teraz nie mają z czego spłacać zaciągniętych kredytów. Ustawodawstwo hiszpańskie utrudnia finansowanie miast, poziom zadłużenia samorządów oficjalnie wynosi ok. 75%, ale w rzeczywistości jest wyższy, bo nakładają się na to stare długi. Walka z tymi haniebnymi długami nie może jednak przebiegać pod hasłami radykalizmu, musi polegać na negocjacjach.

Aparat neoliberalny tak reguluje sytuację, aby nie było ludzi niezadłużonych, czyli wolnych – podkreślał Piotr Ikonowicz z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Dług nie jest przypadkiem. Większość zadłużenia to zadłużenie mimowolne – ludzie zadłużają się, żeby jeszcze żyć. Z badań wynika, że 20% gospodarstw domowych w Polsce wydaje 130% swoich dochodów! W dodatku w 2011 roku ustawodawcy znieśli wszelkie ograniczenia dla lichwy, którą zajmują się  także banki. Przykładem perpetuum mobile wyzysku jest firma windykacyjna Kruk, która posiada własny bank. Nic dziwnego, że wartość firm windykacyjnych na giełdzie wzrasta, a handel długami można zakwalifikować jako zorganizowaną  przestępczość.
 
W przypadku mieszkań stworzono system, w którym zarówno cena mieszkania, jak i czynszu  jest zawyżona, bo cenę pieniądza ustalają bogaci, a płacą - biedni. Jeśli ktoś popada w dług, bezpieczniej jest nie mieć własnego mieszkania, bo komornik może je zlicytować za 1 zł, a lokatora wyrzucić na bruk. (W Polsce w ostatnich 20 latach dokonano 2 mln eksmisji). Z ustawy upadłościowej też nie mogą skorzystać wszyscy, bo wniosek taki trzeba opłacić (20% najbiedniejszych na to nie stać).

Zbudowanie w Warszawie stadionu za 2 mld złotych ( a miasto stało wówczas na skraju bankructwa)  pochłonęło czterokrotny budżet miasta na budownictwo komunalne – przypomniał Antoni Wiesztort z Kolektywu Syrena. Na prywatyzacji stołówek szkolnych miasto zarobiło 27 mln zł, czyli  tyle, ile wydało na budowę strefy kibica.
Dostajemy więc ciastka zamiast chleba, ale dzisiaj co czwarty radny miejski jest milionerem, więc nic dziwnego, że samorząd chce zlikwidować budownictwo komunalne - podkreślił. Nikogo nie interesuje, że 50 tysięcy warszawiaków jest zadłużonych na pół miliarda złotych. Długi te są nie tylko niesprawiedliwe, ale i nielegalne, gdyż powstały po drakońskiej podwyżce czynszów w 2008 roku w lokalach komunalnych Warszawy (z 2 zł do 6 zł za 1 m2, ale dla wcześniej zadłużonych – z 2 zł do 18 zł/m2).

Trzeba więc przerwać tę miejską spiralę zadłużenia, gdyż widać, że Warszawa wraca do kumulacji problemów społecznych jakie miała w latach 30. XX w., czyli sytuacji doprowadzającej do wojny (w 1939 Warszawa w 97% była prywatna i była najbardziej zagęszczonym miastem w Europie).

Ludzie w Polsce dali się nabrać na mit klasy średniej i dalej dają się manipulować – podsumował Piotr Ikonowicz. Jednak nie może być tak, że człowiek aby żyć, leczyć się, uczyć, będzie musiał się zadłużać. I tak długo, dopóki pieniądza nie przestaną kreować banki komercyjne zamiast banku centralnego, jak długo nie wyjdzie się z tego neoliberalnego systemu, nic się nie zmieni – dług pozostanie nierozwiązywalnym problemem.

Anna Leszkowska

 

*o prywatyzacji emerytur na świecie prof. L. Oręziak napisała książkę,  którą recenzowaliśmy w SN Nr 8-9/14 - OFE, czyli katastrofa prywatyzacji emerytur

 

Ekonomia nierówności

Utworzono: czwartek, 27 lipiec 2017 Anna Leszkowska

Z prof. Wiktorem Rutkowskim z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych rozmawia Anna Leszkowska


- Panie Profesorze, jak ekonomia traktuje nierówności i czy zawsze traktowała je jednakowo? Dr Ryszard Bugaj* np. mówi, że w Polsce nawet się nie prowadzi takich badań…


Rutkowski lepszy- Podejście ekonomii w tej sprawie się zmienia. Ekonomiści klasyczni jak Adam Smith, David Ricardo, czy John Stuart Mill mieli szerszą perspektywę niż współcześni, bo ekonomia w ich czasach nie była nauką aż tak sformalizowaną, zmatematyzowaną.
Natomiast w ujęciu neoklasycznym problem nierówności leży na peryferiach ekonomii.
Przyjmuje się bowiem założenie, że samoregulujący się system wolnorynkowy – w którego centrum znajduje się konsument dokonujący racjonalnych wyborów – jest efektywny, to znaczy zapewnia optymalną alokację zasobów produkcyjnych i maksymalizuje dobrobyt społeczny. I główny nurt ekonomii zajmuje tutaj jasne stanowisko.

My to zresztą widzimy i w Polsce – ekonomiści, którzy narzucali główne rozwiązania w 1989 roku kierowali się właśnie takim podejściem. Jednak od lat 80. obserwujemy na świecie stopniowe przesuwanie się problemu nierówności z peryferii w kierunku centrum zainteresowań ekonomii.


- Czy system, w którym istnieje ogromna nadprodukcja dóbr i marnotrawstwo surowców można uważać za racjonalny?


- Wiemy, że gospodarka kapitalistyczna rozwija się cyklicznie, poprzez cykle koniunkturalne i tak jest od początku jej istnienia. Czy to jest nieracjonalne? W ten system wpisane są wahania koniunktury, w takiej gospodarce nie ma przecież planowania. Kryzysy są sposobem korygowania pewnych niedostosowań, błędów, niemniej w rozwoju gospodarczym – mimo tych wahań - trend jest ciągle wznoszący. Zatem wahania to norma i nie może być inaczej. Problem polega na tym, żeby te wahania łagodzić, żeby nie dopuszczać do głębokich kryzysów.
Zatem gospodarka kapitalistyczna jest efektywna i w tym sensie racjonalna, a my – mimo wszystkich narzekań – korzystamy z tego. Nigdy wcześniej nie mieliśmy takiego wyboru jako konsumenci, nigdy wcześniej nie czuliśmy się tak wolni, choć to oczywiście nie dotyczy wszystkich.


- Skoro więc przyjmujemy, że cechą kapitalizmu są wahania koniunktury, ale niemniej gospodarka kapitalistyczna wykazuje cały czas trend wznoszący, zatem jak tłumaczyć wzrost nierówności?


- Nierówności jeszcze w latach 60. XX wieku były umiarkowane. Na przykład, w Stanach Zjednoczonych - tym „laboratorium wolnego rynku” – w 1965 roku przeciętne wynagrodzenie prezesów 350 największych korporacji było 20-krotnie wyższe niż przeciętnego pracownika, to było do przyjęcia. Natomiast ogromny wzrost nierówności pojawił się dopiero w ostatnich dekadach. W 1989 roku ta różnica była już 58–krotna, zaś w 2012 prezes spółki zarabiał średnio 273 razy więcej niż przeciętny pracownik. To wynikało, przede wszystkim, z globalizacji i postępu technologicznego.


- Ale dlaczego globalizacja miałaby być usprawiedliwieniem wzrostu wynagrodzeń dla kierownictw korporacji? Nie wiąże się ona z żadnym nowatorstwem, a tylko z rozszerzeniem obszaru działania, więc komplikacja procesu produkcyjnego może wynikać tylko z logistyki. Czy to uzasadnia taki szalony wzrost wynagrodzeń managementu, często nieadekwatny nawet do wyników finansowych?


- W modelu gospodarki wolnorynkowej, w której istnieje doskonała konkurencja, wynagrodzenia są proporcjonalne do wkładu w wytwarzanie produkcji o określonej wartości. I rynek w tym sensie jest sprawiedliwy, chociaż ekonomiści unikają na ogół tego typu wartościujących określeń. Jednak współczesna gospodarka odbiega od tych modelowych założeń. Mamy bowiem dzisiaj monopole, quasi-monopole czy oligopole, zatem nie ma mowy o wolnej konkurencji.
A co do globalizacji – ona ma znaczenie dla wysokości wynagrodzeń kadry zarządzającej, bo firma operująca na rynku globalnym ma przychody i zyski z tego powodu znacznie większe niż działająca na rynku lokalnym.


- Ale przecież jest akcjonariat, który może i powinien kontrolować wynagrodzenia menedżerów. W socjalizmie kadra zarządzająca nie była tak wysoko wynagradzana. Nie ma w kapitalizmie odpowiednich mechanizmów, aby ograniczać niezasłużenie wysokie dochody managementu?


- W socjalizmie przede wszystkim niewiele było do podziału, a i przeciętny człowiek też nie miał wpływu na kształtowanie wynagrodzeń zarządów firm. Z kolei we współczesnym kapitalizmie akcjonariat właścicielski jest bardzo rozproszony.
Przez wiele wieków świat się prawie nie rozwijał, przyspieszenie rozwoju nastąpiło w wieku XVIII, w czasach rewolucji przemysłowej i wówczas dochody zaczęły się bardziej różnicować. To zjawisko też nie przebiegało linearnie – były okresy, kiedy nierówności dochodowe kumulowały się i kiedy się zmniejszały, np. w czasie wojen, rewolucji i epidemii.
W świetle badań z zakresu historii społecznej i gospodarczej nie są więc bezpodstawne obawy, czy obecnie będzie inaczej, to znaczy czy uda się zapanować nad zjawiskiem rosnących nierówności w pokojowy sposób?
Problem nierówności postrzegany jest bowiem przez badaczy i polityków – choć nie przez wszystkich – za jedno z głównych zagrożeń na świecie. Głosy zaniepokojenia płyną ze strony wpływowych międzynarodowych organizacji – OECD, Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Światowego Forum Gospodarczego (Davos).


- Powiedział pan na ostatniej konferencji Komitetu Prognoz PAN, że ekonomia do niedawna nie zajmowała się nierównościami.


- Trzeba pamiętać o tym, że ekonomiści bardzo umocnili swoją pozycję wśród nauk społecznych. To wynikało stąd, że główny neoklasyczny nurt ekonomii operuje logicznym, spójnym modelem gospodarki. I ten model nigdy nie został odrzucony, bo gdyby z niego zrezygnować to pozostajemy z niczym. To jest ciągle model gospodarki, który opiera się na założeniu, iż rynek jest najlepszym z możliwych regulatorów w gospodarce. Nie państwo, a rynek. I działanie rynku polega na tym, że racjonalny homo oeconomicus podejmuje decyzje w oparciu o rachunek kosztów i korzyści, zaś kształtowanie się nierówności ekonomicznych jest jedną z naturalnych cech tego procesu.


- Jak jednak uznać za racjonalne podejście neoliberalne, w którym względy środowiskowe i surowcowe nie odgrywają żadnej roli? Jak usprawiedliwić racjonalność zachowań producentów tworzących wyroby jednorazowego użytku i o krótkim czasie przydatności? Jak można mówić o racjonalnych zachowaniach konsumentów, którzy wyrzucają tony żywności czy innych produktów? Tu nie ma racjonalności, jest tylko zysk i chciwość.


- Cóż, z analiz systemów gospodarczych, a także naszych polskich doświadczeń wiemy, że możemy się poruszać w dwóch przeciwstawnych obszarach: ekonomii niedoboru lub ekonomii nadmiaru. Dzisiaj wiele się mówi o konieczności odejścia od ekonomii neoliberalnej w kierunku ekonomii złożoności. I ten kierunek myślenia, o którym pani mówi, tj. zrównoważony rozwój, łączący wzrost gospodarczy ze spójnością społeczną i ochroną środowiska, preferuje wielu ekonomistów. To nie jest tak, że ekonomiści się w ogóle tym nie przejmują. W tym podejściu mieści się także pojęcie inkluzyjnego wzrostu. Oznacza ono wzrost, który nie powinien wykluczać nikogo – ani jednostek, ani grup społecznych, czyli wzrost, z którego efektów korzystają wszyscy.

Ekonomia jest w pewnym sensie sztuką wyboru. Jest bowiem tak, że trzeba pogodzić – co wcale nie jest łatwe - dążenie do większej sprawiedliwości, spójności, ochrony środowiska z dążeniem – myślę, że wszystkich ludzi - do poprawy sytuacji materialnej. I tu jest problem, tu trzeba dokonać wyboru wcale niełatwego. Bo żeby gospodarka się szybko rozwijała trzeba dużo inwestować, ale oszczędności, dzięki którym można inwestować, tworzą ci bogatsi – biedni nie oszczędzają, nie mają z czego. Rozwój więc wymaga oszczędności, które będą inwestowane, żeby przyspieszyć wzrost gospodarczy. Czyli do pewnego momentu jest problem wyboru między celami zawartymi we wzorcu zrównoważonego wyboru (wzrost - spójność – ekologia), a sztuka polega na tym, żeby je pogodzić.

Na złożoność wyborów, jakich trzeba dokonywać w procesie gospodarowania, składa się szereg innych czynników. Na przykład, wzrost w gospodarce opartej na wiedzy wymaga wysokiego poziomu kwalifikacji, a zatem wykształcenia, a więc równości szans, żeby każdy mógł się kształcić, a wszystkie talenty zostały wykorzystane. Więc tutaj równość wspiera wzrost – to jest cecha współczesnego rozwoju. Bo wzrost gospodarczy zależy nie tylko od inwestycji rzeczowych, ale także od inwestycji w człowieka, tzw. kapitału ludzkiego. A to już wymaga większej równości.


- Mówi pan o warunkach rozwoju, że bogaci muszą inwestować, tymczasem widzimy coś innego: poza wyjątkami, bogaci nie inwestują w nowe miejsca pracy, nawet nie wiadomo, co robią z tymi ogromnymi pieniędzmi, jakimi dysponują. Zatem rozwój odbywa się chyba kosztem biedniejszych, z ich podatków, z których zresztą często korzystają bogaci (w Polsce de facto podatek jest degresywny). To jest społecznie niesprawiedliwe, o ile jeszcze takie pojęcie ma sens. Czy tutaj ekonomiści nie za bardzo uwierzyli w siebie? Czy nie przydałyby się im podpowiedzi psychologów społecznych, socjologów?


- Ależ oczywiście. Jest pewne, że ekonomia sobie sama nie poradzi z problemami współczesnego rozwoju, nierówności, ekologii. Do tego jest potrzebny zintegrowany wysiłek wszystkich nauk społecznych, tzn. ekonomiści powinni współpracować z psychologami, socjologami, także filozofami, dlatego że problemy współczesnej gospodarki przekraczają horyzont tego neoklasycznego spojrzenia. Bardzo ciekawie piszą o tym, na przykład, prof. Zbigniew Madej, Jerzy Wilkin i Jerzy Kleer.


- Pan też podkreślał, że ekonomii brakuje narzędzi do zajmowania się nierównościami – nawet, gdyby chciała to robić.


- Mamy takie metody badania nierówności, jak np. współczynnik Giniego, rozpiętości decylowe, kwintylowe, itd., a statystyki nierówności prowadzi się od bardzo dawna. To, czego ekonomii brakowało gdzieś do lat 80., to powiązanie nierówności z mechanizmami funkcjonowania gospodarki. Ekonomiści bowiem nie uważali wcześniej, że nierównościami należy się zajmować. Była to dla nich sprawa peryferyjna, byli skoncentrowani na badaniu procesu wzrostu gospodarczego, bo uznawali, że jak będzie wzrost gospodarczy, większy dochód narodowy, to bogactwo będzie skapywać w dół, wszystkim się więc polepszy.


- Prof. Andrzej Szahaj ironicznie to skwitował, iż owszem, przypływ podnosi wszystkie łodzie, tyle że niektóre bardziej…


- Tak, w doktrynie neoliberalnej ważne było głównie to, aby gospodarka rosła, a wówczas – jak sądzono – wszystkim będzie się lepiej powodzić. Nowym zjawiskiem jest to, że obecnie wielu ekonomistów patrzy jednak w inny sposób na gospodarkę, tzn. uznaje problem nierówności i podziału dochodów za integralny i ważny element funkcjonowania całej gospodarki. Jest wiele badań empirycznych dowodzących, iż nadmierne nierówności destabilizują gospodarkę, hamują wzrost gospodarczy, zmniejszają dobrobyt społeczny i są przeszkodą w zrównoważonym rozwoju.


- Czy ekonomiści wiedzą, od jakiego momentu, od jakich wartości te nierówności są destrukcyjne?


- Tego dokładnie wyliczyć chyba nie można, choćby dlatego, że w różnych społeczeństwach, kulturach, ta tolerancja na nierówności jest różna. Zatem w sposób matematyczny, ścisły, chyba nie da się tego zrobić. Np. w Stanach Zjednoczonych nierówności traktowane są jako coś bardziej normalnego niż w Europie.
Obserwacja procesów ekonomicznych pokazuje jednak, że najbardziej korzystne są średnie nierówności – zarówno zbyt małe jak i zbyt duże hamują wzrost. Niskie nierówności dokonują się kosztem pewnego przymusu – wymagają z reguły głębokiej redystrybucji dochodów, takiej urawniłowki, która jest społecznie i ekonomicznie szkodliwa. Wiąże się z naruszeniem czyjejś wolności, bo wolność dysponowania swoim dochodem jest jedną z podstawowych wolności, prawo własności jest jednym z podstawowych praw. Stąd bardzo wysokie podatki rzędu 80-90% byłyby trudne do akceptacji.

W Europie np. jest tak, że w krajach zamożnych i dobrze zarządzanych, np. w krajach skandynawskich, Belgii, Holandii i Austrii, a także w Słowenii, Czechach i Słowacji, współczynnik Giniego wynosił w 2015 roku 0,24-0,27. To są dość małe nierówności. W Polsce jest on nieco wyższy – ok. 0,31, ale mieścimy się w średniej europejskiej. Najwyższy wśród krajów UE jest w Rumunii, Bułgarii, Litwie, Łotwie, Estonii, Hiszpanii, Grecji i Portugalii, gdzie kształtuje się na poziomie 0,34-0,38. Wysoki, w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, wskaźnik nierówności dochodowych mają Stany Zjednoczone – 0,38 , zaś jeszcze wyższy kraje Ameryki Łacińskiej, np. Meksyk – 0,48 , Chile - 0,40; to są już bardzo duże nierówności. Więc jakaś miara jest.


- Czyli nie można uznać, że duże różnice dochodowe są katalizatorem innowacyjności i postępu – bo i z takimi opiniami się zetknęłam.


- Nie, tak nie jest – np. w krajach azjatyckich, takich jak Japonia, Korea Południowa i Tajwan, nierówności były bardzo małe, a kraje te dokonały ogromnego skoku cywilizacyjnego i nie wpadły w pułapkę średniego rozwoju. Tymczasem kraje Ameryki Południowej, gdzie nierówności są ogromne, nie mogą tego dokonać, mimo że wcielają w życie neoliberalne recepty na wzrost gospodarczy. Trzeba jednak pamiętać, że te kraje Azji Wschodniej mają swoją kulturową specyfikę i określoną formę rządów, która np. nam pewnie by się nie podobała.


- A czy widzi pan w niwelowaniu nierówności rolę państwa, które w globalizacji traci swoją pozycję?


- Oczywiście, uważam, że bez państwa tego problemu się nie rozwiąże. Na szczęście w ekonomii ta dychotomia, przeciwstawianie rynkowi państwa właściwie powoli schodzi na dalszy plan. Coraz powszechniejszy jest pogląd, że oba te regulatory są ważne i potrzebne są rozwiązania, w ramach których następuje wspomaganie obu typów regulacji.
Dziękuję za rozmowę.

 

*Paradoksy ekonomii. Rozmowy z polskimi ekonomistami, PWN 2017, p. Ekonomiści o ekonomii

 

Ekonomia społeczna - nowość nie tylko polska *

Utworzono: piątek, 20 listopad 2009 Jarosław Bugajski

Czytaj więcej...

Ekonomia społeczna w Niemczech

Utworzono: sobota, 19 grudzień 2009 Jarosław Bugajski
Ekonomia społeczna (gospodarka społeczna, gospodarka solidarna, ekonomia solidarności, ekonomia społeczności lokalnej, gospodarka obywatelska) to taka sfera działalności gospodarczej, która stawia prymat celów społecznych nad maksymalizacją zysków, realizacja celów społecznych poprzez realizację celów gospodarczych.

Czytaj więcej...

DMC Firewall is a Joomla Security extension!