Ekonomia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 74
Imperia rzadko upadają, gdy zostają pokonane na polu bitwy; większość zaczyna się rozpadać, gdy toną w długach.
Nigdy w historii nie było imperium, które ostatecznie nie upadło. Główną przyczyną tego upadku była niezmiennie nadmierna pewność siebie zrodzona ze zwycięstwa i dobrobytu. Imperia rzadko upadają po porażce na polu bitwy; większość zaczyna się rozpadać, gdy toną w długach. Zwycięstwa tworzą iluzję, że „nikt nas teraz nie powstrzyma”, a ta psychologia oznacza pierwszy krok ku upadkowi. Jak zauważył japoński admirał Togo – który pokonał Rosjan na zachodnim Pacyfiku na początku XX wieku:
„Bogowie nie dają korony zwycięstwa tym, którzy popadają w samozadowolenie po jednym triumfie. Zwycięstwo jest dane tym, którzy intensywnie trenują w czasie pokoju, na długo przed wybuchem wojny. Jak mawiał stary mędrzec, zacieśnij więzy hełmów po zwycięstwie”.
Imperium, które rozszerza się dzięki serii wczesnych zwycięstw, początkowo generuje wielki dobrobyt.
Jednak samozadowolenie i upojenie władzą wywołane tym dobrobytem, popychają przywódców do poważnych błędów strategicznych. Krytyczne myślenie ustępuje miejsca pochwałom, realizm marzycielskiemu ekspansjonizmowi. Wraz z przerostem imperialnej geografii, pojawiają się rozległe i nie do obrony terytoria, rosnące koszty i konflikty wewnętrzne. Zasługi słabną, dyscyplina słabnie, a mechanizmy decyzyjne stają się ślepe.
Wraz ze wzrostem potęgi rosną również zagrożenia, a wraz z ekspansją powstają kontrkoalicje. Przyjaciele słabną, grupy interesów się rozpadają, ale wrogowie się mnożą. W końcowym etapie niegospodarność, lekkomyślne ryzyko i wojny, których można było uniknąć, osłabiają imperium.
Wojny generują ogromne koszty, a państwo ucieka się do pożyczek. Spirala długu, odsetek i inflacji wkrótce wymyka się spod kontroli. Następuje dewaluacja, która generuje jeszcze więcej długu. Ostatecznie system finansowy rozpada się, waluta upada, a imperium staje się niezdolne do utrzymania się. Jego upadek staje się nieunikniony. Zatem załamanie nie następuje z zewnątrz, lecz jest wynikiem nagromadzenia się ciężaru błędów wewnętrznych.
Upadek imperiów i pieniędzy
W miarę ekspansji imperiów narzucają one swój porządek gospodarczy. Towary i usługi wytworzone w centrum imperium krążą po koloniach, strefach wpływów i regionach zależnych, przynosząc znaczne zyski. Ich waluta staje się podstawową jednostką rezerwową w handlu kontynentalnym – a często globalnym.
Upadek tej waluty jest analogiczny do upadku imperium. Chociaż hegemonia monetarna nigdy nie zastąpi władzy militarnej, technologicznej, demograficznej ani instytucjonalnej, może opóźnić upadek, który rzadko następuje nagle, lecz rozwija się z czasem. Proces ten rozpoczął się wraz z erą rzymską i trwał w późniejszych imperiach, w miarę jak ich waluty słabły w wyniku zaciągania pożyczek, deprecjacji lub nadmiernej emisji metali szlachetnych.
Chociaż deprecjacja walut rezerwowych opóźniła upadek imperiów, nie była w stanie zapobiec nadmiernej ekspansji, zapaści gospodarczej i kryzysom zadłużenia. Denar rzymski, real hiszpański, funt brytyjski/szterling i dolar amerykański były globalnymi standardami monetarnymi swoich czasów.
Jednak imperia te uległy nadmiernej ekspansji, wyczerpaniu finansowemu, erozji zdolności produkcyjnych i wewnętrznym kryzysom polityczno-wojskowym. Ich waluty załamały się na trzy główne sposoby: poprzez redukcję zawartości metali szlachetnych (Rzym), samoistną deprecjację poprzez nadpodaż (Hiszpania) oraz odejście od standardu złota na rzecz pieniądza fiducjarnego (Wielka Brytania i Stany Zjednoczone). Powszechny rezultat był ten sam: waluty straciły realną wartość, wzrosła inflacja, koszty imperialne stały się nieopłacalne, a porządek hegemoniczny uległ rozpadowi.
Dług i upadek Rzymu
Wraz z rozszerzaniem granic Rzymu, koszty wojskowe gwałtownie wzrosły. Produkcja opierała się na pracy niewolników, a ponieważ wydatki państwa stały się nie do utrzymania, zawartość srebra w denarze była systematycznie zmniejszana, co przyspieszało upadek. Wojny punickie (264–146 p.n.e.), choć zwycięskie, wyrządziły trwałe szkody finansowe z powodu masowych pożyczek wojennych. Wzrost znaczenia arystokracji ziemskiej dodatkowo zdestabilizował równowagę wewnętrzną.
Wojny galijskie (58–50 p.n.e.) zwiększyły osobistą władzę Juliusza Cezara, wywołały wojnę domową i nasiliły zadłużenie; Cezar zaciągnął nawet foenus bellicum – pożyczki wojenne – od bogatych elit. Jednak za rządów Cezara denar nadal zawierał 95% zawartości srebra. Wojna domowa między Cezarem a Pompejuszem osłabiła republikę, a na żołnierzy nałożono nadzwyczajne daniny.
Podczas kryzysu III wieku (235–285 n.e.) najazdy Gotów, Persów, Wandalów i Germanów zmusiły Rzym do ciągłej mobilizacji. Cesarze zaciągali wygórowane pożyczki od senatorów i elit prowincjonalnych; nie mogąc ich spłacić, często regulowali długi w naturze towarami lub zbożem. Walcząc na trzech frontach jednocześnie, denar załamał się, inflacja gwałtownie wzrosła, a system gospodarczy uległ rozpadowi. Zmniejszając zawartość srebra – poniżej 2% w niektórych monetach – Rzym jedynie zyskał na czasie. Wybuchła hiperinflacja, żołnierze zażądali zapłaty ziemią i towarami, a Rzym utracił swoją bazę ekonomiczną, rozpadł się w 395 r. n.e. i ostatecznie upadł w 476 r.
Upadek Hiszpanii i dług
Imperium Habsburgów i Hiszpanii doświadczyło krótkotrwałego wzrostu bogactwa w XVI wieku dzięki masowemu napływowi metali szlachetnych z Nowego Świata. W latach 1500–1650 Hiszpania kontrolowała około 80% srebra trafiającego do Europy. Z terytoriów Inków i Azteków wydobyto ponad 100 ton złota i 1800 ton srebra.
Real hiszpański stał się światową walutą rezerwową. Jednak ta obfitość spowodowała ogólnoeuropejską inflację – „hiszpańską rewolucję cenową” – ponieważ srebro samo się zdewaluowało. Bogactwo nie napływało do sektorów produkcyjnych; finansowało luksus pałacowy i nieustanne wojny. Hiszpania pozostawała uzależniona od importu i pogrążona w pogoni za rentą. Nadpodaż srebra zniszczyła siłę nabywczą reala.
Niekończące się wojny – w tym wojny włoskie (1494–1559), konflikty morskie z Turkami, piractwo przeciwko Brytyjczykom, powstania protestanckie w Niemczech i Niderlandach oraz wydatki kolonialne – wyczerpały skarb państwa.
Hiszpania finansowała niemal wszystkie główne wojny za pomocą pożyczek zagranicznych, zwłaszcza pożyczek „asiento” od bankierów genueńskich, niemieckich i holenderskich. Przytłaczające obciążenia finansowe wywołały powstanie holenderskie i wojnę osiemdziesięcioletnią (1568–1648). Nawet budowa „Niezwyciężonej Armady”, zniszczonej przez Anglię w 1588 roku, opierała się na pożyczkach.
Bankructwa nastąpiły w latach 1596, 1607 i 1627. Utrata Niderlandów zrujnowała dochody podatkowe. Udział w wojnie trzydziestoletniej (1618–1648) dodatkowo zadłużył Hiszpanię. Wojna o niepodległość Portugalii zmusiła Hiszpanię do walki na dwóch frontach, drenując dochody kolonii. Na mocy Traktatu Utrechckiego (1713) Hiszpania i Habsburgowie utracili status mocarstwa.
Przypadek Holandii
W XVII wieku Holandia stała się centrum światowego handlu, ubezpieczeń i finansów. Gulden był globalną walutą rezerwową, a Amsterdam – światowym centrum finansowym. Wojny angielsko-holenderskie zniszczyły jednak floty handlowe, ograniczyły dochody z przewozów towarowych oraz podniosły koszty wojskowe i ubezpieczeniowe.
Aby chronić swoją flotę, miasta-państwa zaczęły zaciągać pożyczki na dużą skalę. Rosnące stopy procentowe nadwyrężyły system finansowy. Francuska inwazja z 1672 roku („Rok Katastrofy”) zmusiła Holendrów do wyniszczającej wojny lądowej.
Kolejne konflikty zakłóciły koordynację między miastami-państwami, czyniąc ciężar zadłużenia niemożliwym do utrzymania. Chociaż gulden pozostał silny, większość dochodów państwa była przeznaczana na spłatę odsetek. Wojskowo-strategiczny potencjał Holandii skurczył się, a rozwój przemysłu Anglii przyćmił potęgę Holandii. Centrum finansowe przetrwało, ale spirala zadłużenia i odsetek położyła kres holenderskiemu przywództwu.
Upadek Francji
Upadek Francji jest przykładem nadmiernej ekspansji i niekontrolowanego finansowania wojny. Wojny włoskie (1494–1559) i wojna trzydziestoletnia (1618–1648) utrwaliły stale rosnący budżet wojenny. Za Ludwika XIV (1643–1715) nieustanne wojny doprowadziły do rozpadu systemu fiskalnego Colberta; skarb państwa przetrwał jedynie dzięki pożyczkom i podwyżkom podatków. Poparcie dla rewolucji amerykańskiej pogłębiło kryzys fiskalny; w latach 80. XVIII wieku połowa dochodów rządowych była przeznaczana na spłatę odsetek.
System finansowy załamał się, a drukowanie papierowych pieniędzy (asygnat) wywołało hiperinflację. Rewolucja z 1789 roku i wojny napoleońskie wyczerpały zasoby siły roboczej, produkcję i kredyty. Wielka Brytania, wzmocniona rewolucją przemysłową, umocniła swoją przewagę gospodarczą i finansową. Po 1815 roku Francja nigdy nie odzyskała pozycji lidera w Europie.
Przykład osmański
Imperium Osmańskie popełniło swoje najpoważniejsze błędy strategiczne w okresach nadmiernej pewności siebie. Po błyskawicznym zwycięstwie pod Mohaczem w 1526 roku, imperium zostało wciągnięte poza naturalne logistyczne granice Bałkanów, do Europy Środkowej – niezwykle kosztownego regionu z surowymi zimami i odległymi liniami zaopatrzenia. Utrzymanie tych terytoriów wymagało ogromnych corocznych przepływów pieniędzy, siły roboczej i logistyki. To doprowadziło do osmańskiej wersji syndromu przeciążenia Mahana, stopniowo wyczerpując możliwości fiskalne i administracyjne państwa.
Od XVI wieku dewaluacja spowodowana napływem europejskiego srebra podkopała osmański system monetarny. XVII-wieczne wojny na trzech frontach z Austrią, Iranem i Wenecją zwiększyły obciążenia finansowe; system timar upadł, a powstania Celali zrujnowały bazę produkcyjną. Po nieudanym drugim oblężeniu Wiednia w 1683 roku, przedłużające się wojny Ligi Świętej wyczerpały budżet. Traktat karłowicki (1699) zmniejszył bazę podatkową. Ciągłe porażki z Rosją w XVIII wieku utrwaliły chroniczne deficyty.
W XIX wieku imperium nie było już w stanie konkurować przemysłowo; kapitulacja zniszczyła jego system celny. Wojna krymska (1854) zapoczątkowała masowe zaciąganie pożyczek zagranicznych. W latach 1854–1876 udzielono ponad 15 dużych pożyczek. W 1876 roku doszło do bankructwa, a w 1881 roku Osmańska Administracja Długu Publicznego (Düyun-u Umumiye) przejęła suwerenność fiskalną.
Upadek Anglii i zadłużenie
W XVI i XVII wieku Anglia przejęła około 400 ton srebra z kolonii hiszpańskich poprzez piractwo, tworząc kapitał zalążkowy wczesnego brytyjskiego kapitalizmu i imperium morskiego. Jednak pod koniec XVII wieku Londyn potrzebował również pożyczek krajowych. Bank Anglii, utworzony w 1694 roku – w tym sefardyjscy bankierzy żydowscy – sfinansował wojnę dziewięcioletnią przeciwko Francji.
Współczesny brytyjski dług publiczny rozpoczął się od obligacji wojennych o wartości 1,2 miliona funtów. Wojna siedmioletnia (1756–1763), często określana jako pierwsza wojna światowa, podwoiła brytyjski dług i zwiększyła presję podatkową kolonii, co wywołało amerykańską rebelię w 1773 roku.
Amerykańska wojna o niepodległość (1775–1783) spowodowała znaczne straty finansowe. Dla porównania, Indie – kolonizowane od 1757 roku – generowały około 10 bilionów funtów (w dzisiejszych cenach) do początku XX wieku, napędzając rewolucję przemysłową.
Wojny napoleońskie zwiększyły dług narodowy ośmiokrotnie; finansiści, tacy jak bankierzy Rothschild i Baring, odegrali decydującą rolę. Po zwycięstwie pod Waterloo w 1815 r. spłata długów wojennych zajęła prawie wiek.
Pomimo tego ciężaru, Wielka Brytania ustanowiła „Pax Britannica” po zwycięstwie pod Trafalgarem w 1805 r., kontrolując globalne szlaki morskie i dyktując wolny handel. Londyn przekształcił supremację przemysłową w globalną sieć handlową, a funt szterling — powiązany ze złotem — stał się kotwicą międzynarodowych finansów.
Jednak globalne ograniczenia Wielkiej Brytanii stały się widoczne w wojnach burskich (1899–1902). Wzrost potęgi Niemiec wywołał presję egzystencjalną, której kulminacją były I i II wojna światowa. Wielka Brytania pożyczyła 4 miliardy dolarów od amerykańskich bankierów, zwłaszcza JP Morgana, podczas I wojny światowej, podważając supremację funta szterlinga.
Rezerwy złota zostały uszczuplone przez koszty dwóch wojen światowych; Nie mogąc utrzymać kursu złota, Wielka Brytania porzuciła standard złota w 1931 roku. Po II wojnie światowej funt doznał najpoważniejszego załamania z powodu zadłużenia, spadku eksportu i utraty dochodów imperialnych. Podjęta w 1947 roku próba przywrócenia wymienialności funta nie powiodła się, wyczerpując rezerwy w wysokości 3 miliardów dolarów w ciągu sześciu tygodni. W 1949 roku funt został zdewaluowany o 30%. Oznaczało to zarówno kryzys monetarny, jak i geopolityczny. Wielka Brytania oddała przywództwo finansowe Stanom Zjednoczonym; funt stracił rolę globalnej waluty rezerwowej.
Wzrost wartości dolara amerykańskiego
Do 1890 roku Stany Zjednoczone prześcignęły Wielką Brytanię pod względem produkcji przemysłowej, stając się największym producentem na świecie i kładąc podwaliny pod globalną dominację dolara. Stal, ropa naftowa, koleje i masowa produkcja przekształciły Stany Zjednoczone w potęgę eksportującą kapitał. Podczas I wojny światowej Stany Zjednoczone stały się wierzycielem Europy i zgromadziły ogromne rezerwy złota. W latach dwudziestych XX wieku Nowy Jork rywalizował z Londynem jako centrum finansowe; w latach czterdziestych XX wieku Stany Zjednoczone posiadały dwie trzecie światowych zapasów złota. Dominacja ta została zinstytucjonalizowana w Bretton Woods pod koniec II wojny światowej, gdzie dolar stał się podstawą nowego międzynarodowego systemu monetarnego.
System Bretton Woods
W lipcu 1944 roku przedstawiciele 44 krajów spotkali się w Bretton Woods w stanie New Hampshire, aby zaprojektować powojenny porządek gospodarczy. Mając miażdżącą przewagę ekonomiczną, Stany Zjednoczone wprowadziły system oparty na dolarze, w którym dolar był powiązany ze złotem, a inne waluty były powiązane z dolarem. Wartość uncji złota ustalono na 35 dolarów.
Konferencja stworzyła dwa filary globalnych finansów: MFW, który miał wspierać krótkoterminowe wsparcie bilansu płatniczego, oraz Bank Światowy, który miał wspierać długoterminową odbudowę i rozwój. Bretton Woods zinstytucjonalizował zarówno system monetarny oparty na dolarze, jak i liberalny porządek gospodarczy pod przewodnictwem USA.
Upadek Bretton Woods
Pod koniec lat 50. XX wieku Stany Zjednoczone drukowały więcej dolarów, niż mogły utrzymać ich rezerwy złota, aby sfinansować wojnę w Wietnamie, zobowiązania z okresu zimnej wojny, pomoc finansową w ramach programu Marshalla i rosnące wydatki socjalne. Nadmierna emisja dolarów osłabiła zaufanie do amerykańskiego złota.
Europa i Japonia odbudowały się do lat 60. XX wieku, amerykańska dominacja przemysłowa uległa erozji, a nadwyżki dolarów gromadziły się za granicą. Stany Zjednoczone nie były już w stanie jednocześnie zapewniać globalnej płynności i utrzymywać zaufania do parytetu złota. Kiedy kraje – na czele z Francją – zaczęły żądać złota w zamian za dolary, system się zachwiał. W 1971 roku prezydent Nixon zamknął okno dla złota, kończąc wymienialność 35 dolarów za uncję i skutecznie rezygnując z systemu z Bretton Woods. Dolar wszedł w erę nieograniczonej ekspansji walut fiducjarnych, teraz wspieranej nie złotem, ale siłą militarną i rodzącym się systemem petrodolara.
System petrodolara
Po 1971 roku Stany Zjednoczone uzyskały możliwość nieograniczonego drukowania pieniędzy bez rezerw złota. System petrodolara powstał po kryzysie naftowym w 1973 roku dzięki strategicznemu porozumieniu z Arabią Saudyjską: eksport ropy miał być wyceniany wyłącznie w dolarach, a eksporterzy ropy mieli reinwestować nadwyżki na amerykańskich rynkach finansowych.
Ropa zastąpiła złoto jako filar globalnego popytu na dolary. To porozumienie umożliwiło Stanom Zjednoczonym pozyskiwanie nieograniczonego finansowania zewnętrznego, generowanie ogromnych deficytów i zaciąganie pożyczek po niskich stopach procentowych. W zamian finansowało globalną obecność Pentagonu – grupy uderzeniowe lotniskowców, sieć ponad 800 baz, modernizację nuklearną i jednobiegunową dominację po zimnej wojnie.
Doktryna Cartera (z 23 stycznia 1980 roku) uznała każde zagrożenie dla szlaków naftowych w Zatoce Perskiej za bezpośrednie zagrożenie dla żywotnych interesów USA, nakazując reakcję militarną.
Za Reagana przekształciło się to w agresywne powstrzymywanie i ochronę szlaków energetycznych. Interwencje w wojnie tankowców, konwoje w Zatoce Perskiej i sojusze regionalne broniły petrodolara.
Doktryna Busha zapoczątkowała pierwszą wojnę na dużą skalę (wojnę w Zatoce Perskiej w 1991 r.) w celu ochrony porządku naftowego. Wsparcie USA dla Izraela po 1973 r. dodatkowo zmilitaryzowało region.
Po 11 września doktryna wojny prewencyjnej legitymizowała zmianę reżimu przeciwko państwom zagrażającym izraelskiej geopolityce oraz amerykańskiej architekturze energetycznej lub monetarnej.
Przejście Iraku w 2000 r. na sprzedaż ropy w euro zostało potraktowane jako czerwony alarm. Wojna w Iraku w 2003 r., interwencja w Libii w 2011 r. i polityka wobec Syrii po 2013 r. były powiązane z utrzymaniem petrodolara i realizacją izraelskich celów geopolitycznych. Fundamentalna lekcja: petrodolar jest silnikiem płynności, który finansuje globalną potęgę militarną USA . Dopóki energia przepływa kanałami dolarowymi, amerykańska hegemonia jest bezpieczna; gdy rozpoczyna się dedolaryzacja, hegemonia pęka.
Dolar zaczyna tracić swój tron
W ostatnich latach globalne wysiłki – zwłaszcza wśród krajów BRICS i gospodarek wschodzących – na rzecz handlu w walutach krajowych uległy nasileniu. Handel wewnątrz BRICS w walutach lokalnych przekracza obecnie 65%, co zmniejsza udział dolara do około jednej trzeciej. Analitycy przewidują, że dominacja dolara w rezerwach i fakturowaniu może spaść z około 90% do 40–45%.
Dolar, oderwany od złota od 1971 roku, stoi obecnie w obliczu konkurencji ze strony rozwijających się bloków, nowych systemów płatności oraz handlu energią coraz częściej prowadzonego poza dolarem. Jego status jedynej globalnej waluty systematycznie słabnie.
Wniosek
Historia uczy jednej lekcji: dług jest niezbędny dla każdego imperium, a jednak zachowuje się jak rak. Rzym zaczął upadać w dniu, w którym stracił srebrnego denara. Upadek Hiszpanii rozpoczął się, gdy obfitość srebra uczyniła real bezwartościowym. Holandia i Francja upadły, uwięzione w spirali stóp procentowych. Imperium Osmańskie dusiło się pod ciężarem dewaluacji i długu zagranicznego.
Podobną entropię gospodarczą widać dziś w Imperium Amerykańskim. Z ponad 36 bilionami dolarów długu publicznego, prawie 100 bilionami dolarów długu całkowitego i ciągłymi deficytami rzędu bilionów dolarów, Waszyngton stworzył finansowego kolosa, niezdolnego do udźwignięcia własnego ciężaru.
Co gorsza, globalna zgoda, która podtrzymywała historyczny przywilej dolara, rozpada się. Rozwój handlu walutami krajowymi w ramach BRICS, azjatyckie systemy płatności, zdedolaryzowane rynki energii, zmiany w strukturze rezerw i dążenie Globalnego Południa do autonomii finansowej podważyły fundamenty hegemonii USA.
Gdy porządek petrodolara drży, drży również niewidzialny silnik płynności napędzający amerykańską dominację militarną. Waszyngton generuje teraz dług zamiast hegemonii. Zaufanie do dolara słabnie. Podobnie jak w przypadku Rzymu, Hiszpanii, Holandii, Francji i Imperium Osmańskiego, największym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych nie są zewnętrzni rywale, lecz ich własne zadłużenie, stopy procentowe i inflacja.
Nieunikniona prawda pozostaje: wraz z upadkiem pieniądza upadnie również imperium. Gdy tron dolara drży dzisiaj, świat coraz bardziej słyszy kroki wielobiegunowej przyszłości skoncentrowanej na Azji.
Cem Gürdeniz
Admirał w st. spocz. Cem Gürdeniz, pisarz, ekspert geopolityczny, teoretyk i twórca tureckiej doktryny Błękitnej Ojczyzny (Mavi Vatan). Pełnił funkcję szefa Departamentu Strategii, a następnie szefa Wydziału Planowania i Polityki w Kwaterze Głównej Marynarki Wojennej Turcji. Opublikował liczne książki na temat geopolityki, strategii morskiej, historii i kultury morskiej.
Jest pracownikiem naukowym Centrum Badań nad Globalizacją (CRG).
Za: https://www.globalresearch.ca/cancer-sinks-empires-borrowing/5906676
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 18263
Z prof. Jerzym Kleerem, wiceprzewodniczącym Komitetu Prognoz PAN, autorem książki Dobra publiczne wczoraj – dziś – jutro rozmawia Anna Leszkowska
- Panie profesorze, dobro publiczne to termin funkcjonujący zaledwie od ponad 60 lat. Ale o ile początkowo dotyczył on głównie obrony i edukacji, i w niewielkim zakresie także opieki zdrowotnej, obecnie stał się niezmiernie pojemny, przysłowiowym workiem bez dna. Do dóbr publicznych zalicza się także informację, pokój, traktaty, bezpieczeństwo socjalne, finanse publiczne, a nawet dzieci. Czym więc są dobra publiczne?
-
Przede wszystkim dobra publiczne są związane z funkcjonowaniem suwerennego państwa, z sektorem publicznym, który stanowi pewien kręgosłup każdego państwa. Pewne dobra publiczne są niejako przypisane do państwa i ono nie może z nich zrezygnować.
Od zawsze czystymi dobrami publicznymi były obrona państwa, bezpieczeństwo oraz system instytucjonalno-prawny, a także ochrona własności.
Tak zwane czyste dobra publiczne charakteryzują się dwiema cechami: są niekonkurencyjne i każdy ma prawo z nich korzystać. Nikogo nie można wykluczyć z prawa do korzystania z bezpieczeństwa, ani z praworządności, ani z ochrony własności publicznej i prywatnej. Czyste dobra wszędzie były finansowane przez państwo i wszędzie obowiązywały, choć modele tych dóbr bywały różne.
Istnieją również dobra mieszane, które są częściowo odpłatne, zatem mają charakter częściowo wykluczający. Pojawiły się one z chwilą zmiany modelu gospodarczego w krajach rozwiniętych i wprowadzeniu modelu neoliberalnego z poszerzającym się zakresem gospodarki rynkowej. Wówczas, niektóre czyste dobra publiczne, które były cechą sztandarową państwa opiekuńczego jak bezpłatna edukacja, służba zdrowia, pomoc społeczna itd., stały się odpłatne (całkowicie lub częściowo), czyli dostępne tylko dla niektórych. Powstała prywatna edukacja, służba zdrowia, usługi opiekuńcze.
Z chwilą pojawienia się globalizacji i rewolucji informacyjnej dochodzi do kolejnej zmiany: w wyniku otwarcia granic pojawiają się potrzeby, które powinny być traktowane jak dobra publiczne. Tu tkwi źródło narodzin globalnych dóbr publicznych.
Wprawdzie literatura ekonomiczno-społeczna poświęcona globalnym dobrom publicznym jest dosyć obszerna, jednakże w praktyce nie bardzo się te dobra przebiły. Wynika to z tego, że warunkiem ich tworzenia musi być porozumienie co najmniej dwóch państw (ale z reguły większej ich liczby), które winno się opierać na dobrowolności, równości, kompromisie rozwiązań, zaufaniu, solidarności (pojawieniu się dóbr wspólnych) i określeniu sposobu finansowania tych dóbr. W niektórych dziedzinach to się nawet realizuje, tyle że rzadko, gdyż globalne dobra publiczne pojawiają się w obszarze, który jest ciągle marginalizmem funkcjonowania państwa suwerennego.
- Ale takie dobra jak Internet, informacja, GPS, to nie jest sprawa marginalna...
- Ależ to nie są dobra publiczne, bo nie ma tu równości szans poszczególnych państw w dostępie do nich. Poza tym reguły korzystania z tych dóbr, a jeśli idzie o informację - wybór treści, narzucają operatorzy, koncerny ponadnarodowe.
To nie są nawet dobra mieszane, ale prywatne. Popatrzmy na Wikipedię: można do niej wpisać co się chce, zatem można powiedzieć, że ona służy także dezinformacji. Dzięki systemom informatycznym można także inwigilować ludzi.
Moim zdaniem, tych dóbr nie należy zaliczać do globalnych dóbr publicznych, gdyż dobra takie winny dawać pożytek publiczny bez warunków.
- A czy środowisko naturalne winniśmy zaliczać do globalnych dóbr publicznych? Powietrze, wodę – wszyscy przecież mamy do nich dostęp, choć ich jakość w różnych częściach globu jest różna...
- Powietrze ani woda nie są dobrem, bo nie są wytworem człowieka. Ekonomiści umieszczają niekiedy te pojęcia w ramach dóbr w celu zwrócenia uwagi na stopień zniszczenia środowiska człowieka, skutkujący zmianami klimatycznymi i konsekwencjami tego dla życia człowieka. Ale z punktu widzenia ekonomii, środowisko naturalne nie jest dobrem publicznym – jest nim natomiast jego ochrona.
Czyste dobra publiczne zatem to obrona, bezpieczeństwo, ład instytucjonalno-prawny, a w niektórych państwach edukacja i ochrona zdrowia oraz infrastruktura. Ja zaliczam do czystych dóbr publicznych także sektor badań i rozwoju, oraz pomoc socjalną i sektor samorządowy. Ten ostatni ma wszystkie cechy dobra publicznego: nie można z niego nikogo wykluczyć, nie powinien być konkurencyjny, pełni także funkcje na rzecz danej społeczności.
- Jak zatem ocenić, co jest a co nie jest dobrem publicznym? Czy fakt, że ekonomiści zaliczają do nich coraz więcej dóbr, rozwiązań, instytucji, związane jest z ewolucją tego pojęcia?
- W ostatnich dziesięcioleciach z reguły zawężano funkcjonowanie sektora publicznego. Pojawiały się różne instytucje, które można byłoby nazwać quasi-publicznymi. Miała na to wpływ globalizacja, która wraz z rewolucją informatyczną spowodowała wzrost więzi między państwami. Globalizacja też uruchomiła proces powstawania państw suwerennych, których „wysyp” nastąpił w II połowie XX wieku w wyniku dekolonizacji oraz rozpadu eksperymentu socjalistycznego. Przy czym trzeba mieć na uwadze, że ta współczesna suwerenność jest pojęciem dosyć względnym, o ile nie wątpliwym.
- Istnienie dóbr publicznych ma rodowód kilkusetletni, ale rozwój tej idei nastąpił dopiero po wojnie. Co takiego się stało w II połowie XX wieku, że dobra publiczne stały się tak pożądane?
- Dobra publiczne zaczęły się upowszechniać w rozwiniętych krajach kapitalistycznych, które musiały pokazać, że dbają bardziej o swoje społeczeństwa niż państwa socjalistyczne, które pod hasłami dobrobytu dla wszystkich zapoczątkowały ten eksperyment. Państwo opiekuńcze jest to bowiem rewers państwa socjalistycznego, ale rewers skuteczny.
A jak coś wchodzi w obieg życia społecznego, to nie da się tego całkowicie wyrzucić, można to jedynie zmienić. Stąd też w jednych krajach edukacja jest jeszcze bezpłatna, ale już ochrona zdrowia nie dla wszystkich.
Pomijam już problem całkiem nowy, który pojawił się w połowie lat 50., czyli boom demograficzny - w ciągu 50 lat przybyło nam ponad 2 mld ludzi. I trzeba było im coś zaoferować. Było to więcej teorii, mniej praktyki, czyli więcej propagandy, a mniej realnych korzyści.
Tak wielka liczba ludzi na świecie jak obecnie determinuje stopień dostępu do dóbr publicznych. Dla jednych będzie on jeszcze nieograniczony, dla innych ograniczony, a dla innych wyłącznie prywatny. Ale być musi. Tutaj istnieje iunctim między rozwojem a dobrami publicznymi. Sfera dóbr publicznych zaczyna się jednak kurczyć, bo państwa już nie stać na takie wydatki.
- Jednak niektórzy ekonomiści uważają, że rozwój dóbr publicznych to nie tyle skutek socjalizmu, co trzecia droga ustrojowa – ani kapitalizm, ani socjalizm. Inni z kolei twierdzą, że to sposób na łagodzenie napięć między państwem narodowym a zglobalizowanym światem.
- Jestem przeciwnikiem tej drugiej koncepcji dlatego, że czyste dobra publiczne - obronność, praworządność, ochrona własności - są efektem umacniania państwa suwerennego.
- A jeśli wskutek globalizacji państwo suwerenne przestanie istnieć, wówczas i dobra publiczne znikną?
- Wówczas pojawią się globalne dobra publiczne.
- I mogą one być zupełnie inne niż narodowe...
- Oczywiście, tylko że jeśli wzrost gospodarczy jest nadrzędnym celem wszystkich państw, to potrzebne jest wyedukowane społeczeństwo, zdrowe, ze zorganizowaną przestrzenią publiczną. Do tego potrzebna jest edukacja dla wszystkich, nakłady na B+R, służba zdrowia, pomoc społeczna, władza lokalna, itd. Czyli trzon dóbr publicznych pozostanie zawsze.
- Jest jeszcze jedna teoria dotycząca dóbr publicznych: określa się ją jako podstawę rozwoju państw słabo rozwiniętych.
- Państwa zacofane w warunkach współczesnych mogą się rozwijać tylko poprzez imitację lob skokowo. Otwarcie granic daje atut taki, że można łatwo przejmować pewne rozwiązania techniczne, instytucjonalne czy formy instytucji ekonomicznych. Takim krajem rozwijającym się w sposób imitacyjny jest Polska.
Skokowość z kolei polega na tym, że państwo w swoim rozwoju nie przechodzi wszystkich faz, ale przejmuje rozwiązania „z wyższej półki”. Oczywiście, efektywność tych nowych rozwiązań będzie dużo niższa. W tym sensie dobra publiczne mogą być użyte jako czynnik rozwoju, ale to nie one są jego siłą sprawczą.
- Czy wielkie nierówności społeczne nie są zagrożeniem dla dóbr publicznych? Czy nie ma tu pokusy, że najbogatsi przejmą je i staną się one dobrami prywatnymi?
- Niekoniecznie. Jeżeli weźmie się np. pod uwagę czysty model NATO, to organizacja ta miała zadanie obrony terytorium swoich członków. Tymczasem stała się organizacją ofensywną, angażującą się w wojny na terytoriach państw niezrzeszonych. Prawo jest więc niesłychanie ważnym czynnikiem, ale pod jednym warunkiem: że jest stosowane.
- A jak należałoby ocenić takie działania polityczne jak zapowiedź wprowadzenia traktatu TTIP? Z jednej strony –tworzenie dóbr globalnych, a z drugiej obawa, że jego wprowadzenie doprowadzi do likwidacji narodowych czystych dóbr publicznych – zwłaszcza edukacji i ochrony zdrowia...
- To jest możliwe, chociaż trudno sobie wyobrazić całkowitą prywatyzację edukacji i służby zdrowia. Bo to dla edukacji oznaczałoby, że wszystkie dzieci na całym terytorium obowiązywania takiego traktatu uczą się z jednego podręcznika. Takiemu rozwiązaniu będzie przeciwny system kulturowy - narody się nie zgodzą. A nie ma możliwości stworzenia jednego, ogólnoświatowego, systemu kulturowego.
Ochrona zdrowia też nie może zostać w pełni sprywatyzowana, dlatego że ludność świata z uwagi na klimat jest bardzo zróżnicowana pod względem chorób. Poza tym systemy kulturowe mają wpływ na dietę, styl życia, a zatem – stan zdrowia, także choroby. Oczywiście, można sobie wyobrazić prywatyzację i edukacji, i służby zdrowia pod jednym warunkiem: że zróżnicowanie dochodowe będzie niewielkie. Bo wówczas każdy musiałby kupować i usługi edukacyjne, i medyczne.
- Czy istnienie czystych dóbr publicznych w większym stopniu zależy od formy ustroju czy globalizacji?
- Neoliberalizm nie upowszechnia dóbr publicznych dlatego, że jedną z jego podstawowych zasad jest małe państwo. W warunkach współczesnych nie ma jednak innej instytucji – poza państwem - która byłaby w stanie dostarczyć dóbr publicznych. Korporacje mają przecież na uwadze tylko zysk.
Wprawdzie współczesne państwo jest produktem rewolucji przemysłowej, (które jednak ulega modyfikacji), ale w najbliższym czasie prawdopodobnie nie będzie innych form je zastępujących, bo nie powstanie rząd światowy. Nawet jeśli zgodziłoby się na to kilka państw, to nie sposób osiągnąć zgodę wszystkich.
Moim zdaniem, najbliższe pokolenia będą żyły w państwach narodowych i suwerennych, które mogą zmieniać zakres swojej suwerenności, niemniej w jakimś stopniu nimi pozostaną. Tym samym istnieć będą narodowe dobra publiczne.
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2424
Dyktatura długu – pod takim hasłem odbyła się 1.06.16 w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym debata zorganizowana przez PTE, Le Monde diplomatique – edycja polska oraz Fundację im. Róży Luksemburg.
W pierwszej sesji, zatytułowanej „Dług, kryzys i alternatywy” prof. Leokadia Oręziak (SGH) pokazała, jak prywatyzacja emerytur* stała się źródłem narastania długu publicznego. Wskutek 40% uszczerbku składek na ZUS i przekierowania ich do OFE, państwo – gwarant emerytur powszechnych - zmuszone było uzupełnić ten brak. Mogło to zrobić na trzy sposoby: albo poprzez prywatyzację, czyli sprzedaż majątku wspólnego, albo poprzez podniesienie podatków, albo pożyczając pieniądze w bankach komercyjnych. Z racji kurczących się zasobów do prywatyzacji, niemożliwości podniesienia podatków, została mu trzecia droga – pożyczki bankowe, która spowodowała narastanie długu publicznego.
Nie byłoby w tym rozwiązaniu nic groźnego, gdyby kraj miał nadwyżki budżetowe (tak było w Kanadzie, Szwecji i Australii), jednak w tak biednym państwie jak nasze, skutkowało to pułapką zadłużenia. Prywatyzacja emerytur, czyli OFE, została narzucona przez MFW i BŚ w interesie światowej finansjery nie tylko zresztą Polsce – rozwiązanie rujnujące finanse publiczne musiało przyjąć ok. 30 krajów. Obecnie do przyjęcia tego rozwiązania zmuszana jest Ukraina i Armenia.
Polska reforma emerytalna została wprowadzona na wzór chilijskiej z czasów dyktatury Pinocheta, o której wyznawcy neoliberalizmu mówili „chilijski cud”. Ten „cud” spowodował w Chile ogromne nierówności społeczne i ekonomiczne oraz kryzys ekonomiczny. Po 30 latach od jej wprowadzenia uczestnicy chilijskich OFE nie otrzymują żadnych emerytur, (poza wojskiem i policją, które pozostały w starym systemie), gdyż system się zawalił. Zyski z chilijskich OFE popłynęły do finansjery i oligarchii chilijskiej, część została wytransferowana do USA. Do dzisiaj Chile – zobowiązane tą niemającą legitymacji społecznej umową – dysponuje zaledwie 1/3 zbieranych składek emerytalnych, natomiast 2/3 jest przeznaczane przez fundusze emerytalne do gry na giełdzie. Interes społeczny przegrywa zatem z interesem bogatych i jeżeli ludzie nie wywalczą zmiany tego systemu wprost na ulicach – to klasa polityczna nic nie odda z tego, co zawłaszczyła, bo ma władzę i dysponuje mediami.
Co ciekawe, o ile Polska z ochotą przyjmowała rozwiązania chilijskie i trwa w tym do dzisiaj, tak np. Węgrom udało się z tej pułapki wyrwać. W tym roku polski rząd musi pożyczyć na wypłatę emerytur ponad 3 mld zł i państwo nic nie robi, żeby 2,5 mln Polaków wycofało się z OFE. A trzeba przecież spłacać także 145 mld długu wynikłego z OFE z przeszłości. Polska – jako druga po Grecji – płaci największe odsetki obsługi długu, a przez najbliższe 4 lata z powodu OFE dług będzie większy o 40 mld zł.
Koszty tego niemoralnego systemu ponoszą więc wszyscy Polacy, natomiast zyski mają nieliczni. Co przykre – podkreślała prof. Oręziak – przy wprowadzaniu tego systemu korumpowano nie tylko elity władzy, ale i naukowców, profesurę. To działanie wbrew interesom państwa i społeczeństwa. Niestety, czyni tak nawet polskie radio, czyli media publiczne.
Z tego systemu należy jak najszybciej wyjść, zaoszczędzilibyśmy wówczas 3 mld zł rocznie, tj. więcej niż z podatku bankowego i sklepów wielkopowierzchniowych. Do tego potrzebna jest jednak wola rządu oraz wyrwanie się z zależności od banków. Przyjęcie OFE bowiem to największa po wojnie krzywda, jaka nas spotkała. Długi legalne i nielegalne O zadłużeniu Hiszpanii i miasta Kadyks mówił z kolei José Ramón Páez Pareja z partii Podemos, doradca ekonomiczny władz Kadyksu. Przedstawiał jak do tego doszło (kryzys hipoteczny – gminy budowały domy bez rozeznania potrzeb, a także stadiony oraz lotniska, z których nie odleciał żaden samolot) i jak trudno obecnie rozwiązywać ten problem (banki, jeśli przejmą mieszkania za długi, to mogą upaść, bo wartość gruntów i nowo wybudowanych budynków mocno spadła). Odpowiedzialność ponosi tu Partia Ludowa, bo to ona współpracowała z bankami i teraz chce je ratować pieniędzmi publicznymi. Elity polityczne dokonały więc oszustwa wobec społeczeństwa i zdestabilizowały kraj (bezrobocie w Kadyksie wynosi 45%, a zadłużenie gospodarstw domowych w państwie wzrosło 5-krotnie).
Rodzi się w związku z tym pytanie o legalność takich długów, o ich restrukturyzację lub całkowite umorzenie, zwłaszcza że obecnie Hiszpania musi przeznaczać 13% swojego PKB na ich obsługę. Rząd zadłużał się, aby rozwiązywać problemy prywatnych banków; uważa się, że nawet 66% zadłużenia administracji publicznej może być uznane z tego powodu za niezasadne. Ale problem jest skomplikowany, bo elity hiszpańskie zadłużały się nie tylko u swoich obywateli – 44% długu Hiszpanii to dług zewnętrzny, zaciągany w instytucjach międzynarodowych oraz w innych państwach (głównie w Niemczech), którego spłatę czy umorzenie trzeba negocjować. Dług to najświeższa i gorąca debata w tej chwili w ekonomii – podkreślał Rafał Woś. Nawet ekonomiści mają problemy ze zrozumieniem sytuacji, w jakiej znalazł się świat. Panuje powszechne przekonanie, że dług jest stratą, co nie jest prawdą, nie rozróżnia się długu publicznego od prywatnego, choć to ten drugi jest praprzyczyną obecnych problemów, bowiem gdyby nie było długu prywatnego, nie byłoby i publicznego. Dołączyła do tego głosu i prof. Elżbieta Mączyńska, prezes PTE, mówiąc, iż to obecna ekonomia wpędza świat w długi. Dług jest bowiem cechą gospodarki neoliberalnej - dowodził dr Gavin Rae (Akademia Koźmińskiego), niemniej analizując zjawisko długu trzeba rozróżniać inwestycje od konsumpcji oraz dług publiczny od prywatnego. Wysoki dług publiczny jest bowiem wynikiem kryzysu, a nie jego powodem. Przyczynami długu są: spadek PKB, wzrost bezrobocia i ubóstwa oraz ratowanie przez rządy banków i sektora finansowego. Przed kryzysem to właśnie dług prywatny był problemem: w UE w 2004 roku wynosił 200% PKB, natomiast w 2008 już 250%. To on wywołał kryzys, choć był też i skutkiem polityki neoliberalnej, doprowadzającej do spadku inwestycji publicznych (w 2013 było ich o 20% mniej niż w 2008 roku, czyli spadek 2-krotnie większy niż w USA czy Japonii) - najważniejszego czynnika gospodarczego. Ważne jak odróżnić inwestycje od konsumpcji – w Europie obecnie wprowadza się program inwestycji społecznych i gospodarczych (w Wielkiej Brytanii jest to program Partii Pracy), gdyż wiadomo, że inwestycje prywatne nie tworzą wzrostu gospodarczego. Polska ma zapisane w Konstytucji (taki zapis nam narzucono), że dług publiczny nie może przekroczyć 60% PKB, co ogranicza nasz rozwój. Większego długu jednak nie ma się co bać, jeśli finansuje się nim inwestycje publiczne.
Dług i kobiety
A jak na dług patrzą kobiety? Dr Anna Zachorowska- Mazurkiewicz (Instytut Ekonomii, Finansów i Zarządzania UJ) przedstawiła problematykę długu z perspektywy ekonomii feministycznej. Otóż kobiety mają gorszy dostęp do kredytu, bo i wynagradzane są gorzej i majątek mają mniejszy niż mężczyźni. W sytuacji ograniczenia wydatków publicznych, zwłaszcza w sferze socjalnej, to jednak one ponoszą największe ciężary. Bo rządy – ratując banki pieniędzmi podatników – zakładają, iż praca socjalna może być wykonana nieodpłatnie w rodzinie, czyli głównie przez kobiety. Tymczasem zaangażowanie się państwa w rozwój usług jest bardzo opłacalne, m.in. z powodu wzrostu miejsc pracy.
Metody studenckie
Długi dotykają także studentów – o czym mówił Piotr Kowzan z Uniwersytetu Gdańskiego. Zgodnie ze Strategią Lizbońską bowiem następuje wzrost udziału środków prywatnych w finansowaniu edukacji na poziomie uniwersyteckim.
W Polsce nie skutkuje to jednak większą liczbą kredytów bankowych – korzysta z nich mniej niż 8% studentów. Polskie kredyty studenckie są też symboliczne: wynoszą 600 – 800 zł miesięcznie, podczas gdy w innych krajach pokrywają wszystkie koszty studiowania i utrzymania (żeby studiujący nie musieli w tym czasie pracować).
Pierwotnym celem tych kredytów było zwiększenie dostępu do studiów dla biedniejszej młodzieży, uwolnienie od przymusu pracy w okresie studiów oraz oswojenie z kredytami. Niemałą rolę przypisywano pedagogice długu: że edukacja jest usługą konsumpcyjną, że kredyt jest lekcją relacji młodego człowieka z państwem i uczy, ile człowiek jest wart. Co z tego wyszło? Cześć naszych studentów się nie zadłuża z powodów ideowych (praktykują ascetyczny tryb życia, żyją za tyle, ile mają), ale część po prostu boi się, że po skończeniu studiów nie będzie miała go z czego spłacić.
A co robią ci, którzy wzięli kredyt, a nie mają go z czego spłacić? W Polsce już można ogłosić upadłość konsumencką, co jednak rzadko się zdarza.
W Szwecji studenci wymyślili inną metodę ratunku: uciekają z dotychczasowego miejsca zamieszkania – w 2009 r. zniknęło 20 tysięcy osób mających niespłacone kredyty studenckie. Turystyka upadłościowa dotyczy zwłaszcza osób dobrze wykształconych: zwykle są to absolwenci prawa, ekonomii, albo obu tych kierunków.
W Islandii z kolei studenci zażądali zajęć wakacyjnych, gdyż uczelnie w tym czasie nie wypłacają stypendiów. W USA natomiast powstała grupa inicjatywna, która ogłosiła, iż w sytuacji, kiedy takich studentów będzie milion – przestaną spłacać kredyt, gdyż będzie to już problem polityczny, nie pojedynczego studenta.
W Chile wymyślili akty sabotażu, paląc publicznie umowy kredytowe (co jest dość naiwne), natomiast w Hiszpanii autor badań spotkał się ze swoistym wallenrodyzmem – student bierze kredyt i przeznacza go nie na kształcenie, ale szlachetny, społeczny cel (np. budowę spółdzielni). Mimo różnych sposobów radzenia sobie z długiem, studenci nie mają jednak wyjścia i muszą go spłacać, jeśli chcą edukacji na poziomie wyższym, bo ta kosztuje. Poza tym instytucje finansowe patrzą na nich jak na konsumentów, zatem o szlachetnych ideach edukacji nie ma co marzyć.
Długi miejskie
Druga część debaty prowadzonej przez Przemysława Wielgosza z Le Monde diplomatique dotyczyła długów miejskich, z którymi Hiszpanie w ocenie José Ramóna Páeza Pareji mają podobne do nas problemy. Miasta budowały stadiony, niepotrzebne lotniska, a teraz nie mają z czego spłacać zaciągniętych kredytów. Ustawodawstwo hiszpańskie utrudnia finansowanie miast, poziom zadłużenia samorządów oficjalnie wynosi ok. 75%, ale w rzeczywistości jest wyższy, bo nakładają się na to stare długi. Walka z tymi haniebnymi długami nie może jednak przebiegać pod hasłami radykalizmu, musi polegać na negocjacjach.
Aparat neoliberalny tak reguluje sytuację, aby nie było ludzi niezadłużonych, czyli wolnych – podkreślał Piotr Ikonowicz z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Dług nie jest przypadkiem. Większość zadłużenia to zadłużenie mimowolne – ludzie zadłużają się, żeby jeszcze żyć. Z badań wynika, że 20% gospodarstw domowych w Polsce wydaje 130% swoich dochodów! W dodatku w 2011 roku ustawodawcy znieśli wszelkie ograniczenia dla lichwy, którą zajmują się także banki. Przykładem perpetuum mobile wyzysku jest firma windykacyjna Kruk, która posiada własny bank. Nic dziwnego, że wartość firm windykacyjnych na giełdzie wzrasta, a handel długami można zakwalifikować jako zorganizowaną przestępczość.
W przypadku mieszkań stworzono system, w którym zarówno cena mieszkania, jak i czynszu jest zawyżona, bo cenę pieniądza ustalają bogaci, a płacą - biedni. Jeśli ktoś popada w dług, bezpieczniej jest nie mieć własnego mieszkania, bo komornik może je zlicytować za 1 zł, a lokatora wyrzucić na bruk. (W Polsce w ostatnich 20 latach dokonano 2 mln eksmisji). Z ustawy upadłościowej też nie mogą skorzystać wszyscy, bo wniosek taki trzeba opłacić (20% najbiedniejszych na to nie stać). Zbudowanie w Warszawie stadionu za 2 mld złotych ( a miasto stało wówczas na skraju bankructwa) pochłonęło czterokrotny budżet miasta na budownictwo komunalne – przypomniał Antoni Wiesztort z Kolektywu Syrena. Na prywatyzacji stołówek szkolnych miasto zarobiło 27 mln zł, czyli tyle, ile wydało na budowę strefy kibica.
Dostajemy więc ciastka zamiast chleba, ale dzisiaj co czwarty radny miejski jest milionerem, więc nic dziwnego, że samorząd chce zlikwidować budownictwo komunalne - podkreślił. Nikogo nie interesuje, że 50 tysięcy warszawiaków jest zadłużonych na pół miliarda złotych. Długi te są nie tylko niesprawiedliwe, ale i nielegalne, gdyż powstały po drakońskiej podwyżce czynszów w 2008 roku w lokalach komunalnych Warszawy (z 2 zł do 6 zł za 1 m2, ale dla wcześniej zadłużonych – z 2 zł do 18 zł/m2).
Trzeba więc przerwać tę miejską spiralę zadłużenia, gdyż widać, że Warszawa wraca do kumulacji problemów społecznych jakie miała w latach 30. XX w., czyli sytuacji doprowadzającej do wojny (w 1939 Warszawa w 97% była prywatna i była najbardziej zagęszczonym miastem w Europie). Ludzie w Polsce dali się nabrać na mit klasy średniej i dalej dają się manipulować – podsumował Piotr Ikonowicz. Jednak nie może być tak, że człowiek aby żyć, leczyć się, uczyć, będzie musiał się zadłużać. I tak długo, dopóki pieniądza nie przestaną kreować banki komercyjne zamiast banku centralnego, jak długo nie wyjdzie się z tego neoliberalnego systemu, nic się nie zmieni – dług pozostanie nierozwiązywalnym problemem. Anna Leszkowska *o prywatyzacji emerytur na świecie prof. L. Oręziak napisała książkę, którą recenzowaliśmy w SN Nr 8-9/14 - OFE, czyli katastrofa prywatyzacji emerytur
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 489
„Nauki ekonomiczne”, które dominują na dzisiejszych uniwersytetach i w szkołach wyższych, to jednostronne teorie kapitalizmu, które poprzez państwowy system edukacji blokują alternatywne podejścia naukowe i mogą izolować się od akademickiej różnorodności i wolności. Pilnie potrzebne zmiany w kapitalistycznej praktyce gospodarczej, która nadal wykorzystuje większość ludzi, są zatem blokowane przez ten sam autorytet, z którego powinny się wywodzić: naukę.
Prof. Christian Kreiß nieustannie to podkreśla i wskazuje na newralgiczne punkty systemu pisze na swoim blogu Fassadenkratzer Herbert Ludwig i zamieszcza jego esej na ten temat (https://fassadenkratzer.de/category/bildung/).
Jak społecznie szkodliwy światopogląd jest nam sprzedawany jako nauka – i co możemy z tym łatwo zrobić
Nasza dzisiejsza ekonomia, jak sama nazwa wskazuje, przedstawia się jako nauka. Ale to nieprawda. Praktycznie wszystkie nasze obecne analizy naukowe, modele, eseje i zalecenia polityczne dotyczące ekonomii w najszerszym sensie opierają się na niewielkiej liczbie podstawowych założeń ideologicznych lub aksjomatów. Same te podstawowe założenia nie mają jednak nic wspólnego z nauką; są to założenia czysto ideologiczne — można by nawet powiedzieć religijne lub niereligijne. Moim zdaniem te założenia i wynikające z nich środki polityczne są nie tylko fałszywe, ale również bardzo szkodliwe dla naszego społeczeństwa i naszych interakcji.
Oprócz tego, że te aksjomaty są antyspołeczne i zgubne, oznaczają one również, że nasi młodzi ludzie studiujący ekonomię nie mają już możliwości niezależnego, swobodnego i tolerancyjnego informowania się o naszych procesach gospodarczych. Ponieważ w ekonomii dyskusje, nauczanie i badania są de facto wyłącznie oparte na tych podstawowych założeniach. Nasi młodzi studenci ekonomii zatem, zazwyczaj nie wiedząc o tym, lub nie zdając sobie z tego sprawy, wchodzą w hermetycznie zamkniętą sieć dogmatów, z której zostają uwięzieni i na próżno walczą, aby się wydostać.
Prawdziwie alternatywne opinie, fundamentalnie alternatywne podejścia, nie istnieją już w dominującym dziś głównym nurcie ekonomii. Praktycznie nie są już omawiane. Są po prostu ignorowane. Wszystko to dzieje się bardzo subtelnie i cicho. Dlatego nasi uczniowie nie uczą się już niczego o możliwości myślenia i analizowania ekonomii w całkowicie inny, bardziej humanitarny sposób, a nie w sposób, w jaki uczy się młodych ludzi dzisiaj, a mianowicie polegając w dużej mierze na egoizmie, propagując egoizm i popychając ich w stronę egoizmu — a tym samym, w dłuższej perspektywie, rujnując nasze społeczeństwo i świat.
Nie chcę wysuwać żadnych osobistych oskarżeń wobec moich kolegów z ekonomii; to dalekie od moich intencji. Zdecydowana większość moich kolegów jest sympatyczna i miła, a – jak wszyscy inni – po prostu przekonana do swojego światopoglądu – w przeciwnym razie nie mieliby ich. Ale większość ludzi nie bierze pod uwagę, że w pewnym sensie oni również są ofiarami systemu.
Interesują mnie wyłącznie kwestie systemowe: dlaczego nasz system nauk ekonomicznych, a raczej system wierzeń, działa tak dobrze, tak skutecznie, tak subtelnie i tak błyskotliwie inteligentnie, wykluczając inne, alternatywne, niepożądane opinie, podejścia i modele, a nie poprzez wysuwanie jakichkolwiek oskarżeń wobec ekonomistów.
Siedem założeń światopoglądowych dzisiejszych nauk ekonomicznych
Bezpośrednio lub pośrednio cały nasz system nauk ekonomicznych opiera się na następujących siedmiu podstawowych założeniach lub aksjomatach:
- Odsetki składane są dobre, słuszne i ważne
- Posiadanie jakiejkolwiek kwoty jest ważne i słuszne (teoria praw własności)
- Firmy muszą maksymalizować swoje zyski
- Konkurencja i rywalizacja są ważne i dobre
- Nienasycenie (chciwość)
- Konsumenci podążają za modelem homo oeconomicus, są racjonalni i maksymalizują swoją użyteczność (utylitaryzm)
- Niewidzialna ręka rynku sprawia, że egoistyczne zachowania poszczególnych uczestników rynku (gospodarstw domowych i firm) przekształcają się w dobro wspólne.
Nauka czy światopogląd?
Łatwo zrozumieć, że tych siedem podstawowych założeń lub przekonań nie jest nauką, lecz światopoglądami.
Zamiast nienasycenia lub chciwości można by na przykład użyć słynnego cytatu Gandhiego jako motywu przewodniego podręczników ekonomii: „Świat ma wystarczająco dużo dla potrzeb każdego, ale nie dla chciwości każdego”. Albo wypowiedzi Lao Tzu: „Nie ma większego grzechu niż chcieć za dużo, nie ma większego zła niż nie wiedzieć, co jest wystarczające, nie ma większego błędu niż chcieć mieć”. Albo można by również zacytować Marcina Lutra: „Jest wielu, którzy myślą, że mają dość Boga i wszystkiego, gdy mają pieniądze i dobra, polegając na nich i chełpiąc się nimi tak sztywno i pewnie, że nic nikomu nie dają. Oto i ten człowiek ma boga zwanego Mamonem, to jest pieniądze i dobra, na którym pokłada całe swoje serce, co jest również najpopularniejszym bożkiem na ziemi”.
Gdyby to były zasady przewodnie naszych modeli ekonomicznych, otrzymalibyśmy zupełnie inne wyniki i zupełnie inne zalecenia polityczne.
Zamiast konkurencji i rywalizacji można by położyć nacisk na współpracę, jak bardzo przekonująco robi Christian Felber. Zamiast nieograniczonej akumulacji własności można by wprowadzić limit własności. Christian Felber proponuje 10 milionów euro.
Zamiast maksymalizacji zysku dla prywatnych udziałowców, można zaproponować modele spółdzielcze i fundacje pożytku publicznego jako model biznesowy dla firm. Albo po prostu, jak było to powszechne na początku lat 80., gdy studiowałem ekonomię: że celem firm jest po prostu dostarczanie dobrych produktów i usług, a nie maksymalizacja zysków.
Zamiast odsetek składanych można by nauczać idei Silvio Gesella, że pieniądz nie powinien przynosić odsetek, ale raczej systematycznie tracić na wartości, a zatem być wolnym lub malejącym pieniądzem zamiast naszego obecnego pieniądza fiducjarnego.
Można też omówić inspirowane buddyzmem idee modelu pieniądza Karla-Heinza Brodbecka, który jest także zagorzałym krytykiem ideologicznych podstaw naszej ekonomii, co pokazuje tytuł jednej z jego książek: Kwestionowane podstawy ekonomii: filozoficzna krytyka ekonomii .
Zamiast maksymalizacji użyteczności i utylitaryzmu, propagowanych przede wszystkim przez laureata Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii Gary'ego Beckera, można by promować rozwagę, współczucie i człowieczeństwo.
Krótko mówiąc, można by zasadniczo założyć dokładne przeciwieństwo wszystkich powyższych aksjomatów, ponieważ nie jest to kwestia nauki, ale światopoglądów, fundamentalnych przekonań religijnych lub niereligijnych.
Jeśli naruszone zostaną siedem aksjomatów, nie będzie żadnej kariery naukowej
W Niemczech (i, moim zdaniem, w większości innych zachodnich krajów uprzemysłowionych) zazwyczaj nie dostaniesz profesury z ekonomii, jeśli naruszysz choć jeden z aksjomatów, nie mówiąc już o kwestionowaniu kilku. Oznacza to, że nasze katedry ekonomii są obsadzane niemal wyłącznie przez osoby, które podzielają siedem aksjomatów wymienionych powyżej. Każdy, kto myśli inaczej, nie dostanie doktoratu, nie mówiąc już o habilitacji, a zazwyczaj nawet nie dostanie pracy licencjackiej lub magisterskiej.
Nie oznacza to, że dzisiejsi profesorowie są nieprzyjemni lub nawet nie mają prawości. Wręcz przeciwnie. Zdecydowana większość moich kolegów jest przekonana o swoich teoriach i wyjaśnieniach i wierzy, że uczą młodych ludzi wartościowej i ważnej wiedzy.
Jak egoizm jest propagowany w ekonomii
Niestety, edukacja ekonomiczna de facto w dużej mierze, bezpośrednio lub pośrednio, polega na propagowaniu egoizmu. Wykazały to również różne badania. Jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych założycieli nowoczesnej ekonomii do tej pory, laureat Nagrody Nobla Milton Friedman, praktycznie demonizuje dobre, społeczne zachowanie menedżerów: liderzy korporacyjni, którzy kierują się sumieniem społecznym, a nie maksymalizacją zysku, którzy tworzą miejsca pracy dla długotrwale bezrobotnych, zmniejszają dyskryminację i zapobiegają zanieczyszczeniu środowiska, nadużywają swojej władzy, są hipokrytami, którzy trwonią pieniądze innych ludzi – mianowicie akcjonariuszy – są oszustami, lekceważą demokrację i podważają fundamenty wolnego społeczeństwa.
Krótko mówiąc: menedżerowie, którzy czynią dobro, którzy chcą promować dobro wspólne, zamiast maksymalizować zyski dla akcjonariuszy, są źli. Co ciekawe, Milton Friedman nadal cieszy się dobrą opinią wśród ekonomistów.
Tak więc: Każdy, kto chce zrobić coś społecznego, odpowiedzialnego lub dobrego, tworzy coś złego lub niegodziwego, a ci aktorzy zaangażowani w działalność rynkową, którzy wyłącznie realizują swoje własne egoistyczne interesy, promują dobrobyt społeczny właśnie w ten sposób, nawet jeśli nigdy nie mieli takiego zamiaru. Ta kluczowa idea jest naprawdę wspaniała w swojej sztuce zniekształcania. Przekształca wszelki egoizm w altruizm. Legitymizuje wszelki egoizm w życiu gospodarczym. Pozwala to głosić egoizm z czystym sumieniem. Jeśli przemyślimy to do logicznego wniosku, logiczny i przekonujący wniosek z tej szkodliwej dla ludzkości idei brzmi: Nie tylko można, ale trzeba głosić i promować egoizm.
Etyka biznesu dzisiaj
Wiodący niemiecki podręcznik etyki biznesu konsekwentnie wyciąga dokładnie taki wniosek. W swojej książce z 2018 r. Business Ethics Christoph Lütge i Matthias Uhl nie boją się śpiewać pochwał dla własnego interesu:
„Można rozumieć interes własny – w odpowiednich ramach – jako rodzaj „nowoczesnej formy dobroczynności” [...]. Tak więc tradycyjny kontrast między dobrym, altruistycznym zachowaniem a złym egoizmem nie ma już zastosowania”.
Warto dokładniej przeanalizować te stwierdzenia. Własny interes jest współczesną formą dobroczynności . Słowo „dobroczynność” jest aluzją do Nowego Testamentu; autorzy mówią w pewnym sensie, że Jezus głosiłby dziś miłość własną zamiast dobroczynności. To prowadzi nas do sedna moralnego. Nowy Testament jest odwrócony w jednym ze swoich zasadniczych stwierdzeń.
Chrześcijaństwo staje się swoim przeciwieństwem. Ale nie dotyczy to tylko chrześcijaństwa. Praktycznie wszystkie inne religie również opierają się na przezwyciężaniu egoizmu, szczególnie buddyzm i islam, ale także judaizm i szamanizm.
Centralne stwierdzenia współczesnej ekonomii są zatem nie tylko antyreligijne, ale także destrukcyjne dla religii. Bo jeśli podstawowe cnoty religii zostaną zniszczone, jest to frontalny atak na samą religię. Jest to również wyraźnie pokazane w innym kluczowym zdaniu w książce Etyka biznesu: „ Tradycyjny kontrast między dobrym, altruistycznym zachowaniem a złym egoizmem już nie obowiązuje”.
Podstawową ideą praktycznie wszystkich religii jest rozróżnienie dobra od zła, przy czym altruizm jest prawie zawsze kojarzony z dobrem, a egoizm ze złem. Zniesienie tej opozycji oznacza zniesienie i wypaczenie wszelkiej etyki i moralności w ich przeciwieństwo. Ale nie dotyczy to tylko dwóch etyków biznesu lub filozofów Lütge’a i Uhla. Oni po prostu uczciwie wyciągają logiczne wnioski z doktryny ekonomicznej. Hans-Werner Sinn, przez długi czas prawdopodobnie najbardziej znany niemiecki ekonomista, powiedział coś bardzo podobnego: „Gospodarka nie jest instytucją etyczną. Każdy, kto podchodzi do niej z moralnymi roszczeniami, nie zrozumiał, jak działa gospodarka rynkowa ”. Sinn nie bierze pod uwagę tego, że sam stoi na ideologicznym gruncie, zakładając siedem podstawowych aksjomatów.
Te kilka przykładów pokazuje, że podstawy naszych obecnych nauk ekonomicznych prowadzą głęboko na terytorium religijne i etyczne, które nie mają nic wspólnego z nauką. Jednak te ideologiczne lub religijne, a raczej antyreligijne podstawy są rzadko omawiane, a tym bardziej poważnie kwestionowane. A każdy, kto je kwestionuje, nie dostanie katedry ekonomii, a tym bardziej doktoratu z ekonomii.
Obecny system nauczania ekonomii, jeśli przemyśli się go do logicznego końca, sprowadza się do tego, co szczerze powiedzieli Lütge i Uhl: Kontrast między dobrym altruizmem a złym egoizmem jest znoszony i powinien zostać zniesiony. Etyka i moralność są znoszone i powinny zostać zniesione. Dzisiejszy system myślenia ekonomicznego, który prawdopodobnie jest reprezentowany na większości zachodnich uniwersytetów, jest fundamentalnie nieetyczny, niemoralny, nieludzki i, moim zdaniem, prowadzi do zniszczenia.
Obecne kontrpodejścia konwencjonalnej ekonomii głównego nurtu leczą jedynie objawy i dlatego są nieskuteczne.
Obecnie istnieje coraz więcej teorii i kursów z zakresu ekonomii, które zajmują się zrównoważonym rozwojem, społeczną odpowiedzialnością biznesu, zachowaniami ekologicznymi, efektami zewnętrznymi itd. Są to bardzo przychylne podejścia.
Jednak moim zdaniem będą one strukturalnie nieskuteczne, dopóki nie zostaną zniesione leżące u ich podstaw aksjomaty. Dopóki firmy będą zmuszane do maksymalizacji zysków, wszystkie takie dobrze zamierzone podejścia prawdopodobnie zawiodą. Prowadzi to zasadniczo do greenwashingu, który staje się coraz bardziej powszechny.
Jako ekonomista, należy mieć odwagę, aby zidentyfikować i wyeliminować prawdziwe zło: fałszywe, szkodliwe fundamentalne założenia naszego światopoglądu. Maksymalizacja zysku, maksymalizacja użyteczności, odsetki składane, nieograniczona akumulacja bogactwa, egoizm i chciwość sprawią, że zrównoważony rozwój, CSR itp. zostaną zdegradowane do środków placebo, które prowadzą do greenwashingu, hipokryzji i biurokracji zamiast humanitarnego, przyjaznego dla środowiska systemu ekonomicznego, za którym tęskni wielu młodych ludzi. To mydlenie oczu młodym studentom zamiast mówienia im prawdy. Wielu młodych ludzi również to czuje.
Podstawowe zło naszego systemu naukowego: przymus państwowy
Podstawowym złem opisanego systemu, które zapewnia, że aksjomaty nie mogą zostać naruszone, jest przymus państwowy w naszym systemie szkolnictwa wyższego. Zarówno zakładanie nowych uniwersytetów, jak i ich bieżąca działalność podlegają bardzo surowym przepisom państwowym: istniejące programy studiów muszą być regularnie akredytowane przez przymus państwowy. Akredytację przeprowadzają profesorowie z innych, pokrewnych programów studiów na innych uniwersytetach lub zewnętrzne agencje akredytacyjne. Zarówno koledzy, jak i agencje są zgodni z siedmioma podstawowymi aksjomatami. Każdy, kto naruszy jedno lub więcej z siedmiu podstawowych założeń, nie zostanie akredytowany i w związku z tym nie będzie mógł już nauczać. W rezultacie programy studiów, a nawet uniwersytety z odmiennymi zasadami są de facto zakazane przez państwo.
To również charakteryzuje wiodące zachodnie czasopisma ekonomiczne. Tutaj również recenzenci — ekonomiści, którzy decydują, czy nowy artykuł zostanie opublikowany, czy nie — wszyscy przeszli przez siedem podstawowych aksjomatów, czy to na poziomie licencjackim, magisterskim, czy doktorskim, zinternalizowali je i zazwyczaj reagują zaskoczeniem, gdy ktoś poważnie kwestionuje jeden z nich. Dlatego czasopisma naukowe również cementują siedem aksjomatów.
Co musimy pilnie zrobić
Niesamowicie łatwo byłoby stworzyć liberalny, tolerancyjny i pluralistyczny system edukacji, w którym większość nauczycieli ekonomii nie musiałaby już głosić egoizmu, bezpośrednio lub pośrednio: poprzez bony edukacyjne dla wszystkich uczniów:
Każda młoda osoba kwalifikująca się do studiowania (nie tylko studenci ekonomii) otrzymuje miesięczny bon edukacyjny, na przykład, równoważny aktualnemu miesięcznemu kosztowi nauki, i może go wykorzystać do aplikowania na wybrany uniwersytet lub college. Jeśli zostaną przyjęci, college otrzymuje płatność z bonu.
Zakładanie uniwersytetów zostanie uproszczone i mniej biurokratyczne. Sponsorzy uniwersytetów muszą opierać się na niemieckiej ustawie zasadniczej i nie mogą działać w celu osiągnięcia zysku, ale raczej jako spółka z ograniczoną odpowiedzialnością non-profit (GmbH) lub inna forma prawna non-profit. Nie potrzebujemy już ministerstw nauki. To oszczędza koszty, a przede wszystkim ogromną ilość biurokracji.
Poprzez zakładanie nowych uniwersytetów w ramach systemu bonów, konkurencja edukacyjna i akademicka między uniwersytetami zapewniłaby zwycięstwo najlepszym. Prawdopodobnie będą to te z najlepszymi profesorami i największą liczbą najlepszych kandydatów. W ciągu kilku lat firmy i urzędnicy państwowi określą, lub rozniosą się wieści, które uniwersytety produkują najbardziej odpowiednich absolwentów.
Wszystkie formy państwowej akredytacji — które są generalnie biurokratyczne, długotrwałe, nieefektywne i ograniczające wolność — staną się zbędne. Dobre, niezależne uniwersytety — oparte na niemieckiej konstytucji — będą kształcić dobrych, niezależnych absolwentów, którzy sprawdzą się również w biznesie i służbie publicznej.
Dajmy naszym młodym ludziom szansę na wolną, pluralistyczną, wszechstronną i tolerancyjną edukację! Wykształćmy naszych młodych ludzi, aby byli silnymi, niezależnymi myślicielami! Ustanówmy niezależny, wolny i tolerancyjny system szkolnictwa wyższego!
Christian Kreiß
Prof. Christian Kreiß, urodzony w 1962 r., studiował i uzyskał doktorat z ekonomii i historii gospodarczej na Uniwersytecie Ludwika i Maksymiliana w Monachium. Przez dziewięć lat pracował jako bankier, w tym siedem lat jako bankier inwestycyjny. Od 2002 r. jest profesorem administracji biznesowej ze szczególnym uwzględnieniem inwestycji, finansów i ekonomii. Jest autorem ośmiu książek.
Więcej (tekst z odnośnikami) - www.menschengerechtewirtschaft.de

