Ekonomia (el)
- Autor: Ewa Jastrzębska
- Odsłon: 9375
Wiele problemów współczesnego świata powodowanych jest działalnością transnarodowych korporacji, przede wszystkim produkcyjnych.
Globalizacja, jako proces, nie jest zjawiskiem nowym w historii świata; nowością jest jednak jej obecny zasięg, obejmujący prawie wszystkie obszary globu, skala współzależności, głębokość i charakter powiązań.
Szybki postęp techniczny i wzrost gospodarczy nie obejmują jednak wszystkich w równym stopniu – pogłębia się polaryzacja świata, wzrasta bezrobocie, poszerzają się obszary ubóstwa, nasilają się patologie społeczne, pogłębia się degradacja środowiska przyrodniczego spowodowana przekroczeniem zarówno jego zdolności asymilacyjnej, jak i granicy odnawialności.
Jednocześnie rewolucja w światowej komunikacji podnosi świadomość tych zagrożeń i nierówności globalnych, które są moralnie nie do przyjęcia i politycznie nie do utrzymania.
Nierównomierność procesów globalizacji jest zjawiskiem, o którym pisze wielu badaczy, podobnie jak i o kosztach ponoszonych zarówno przez całe, zmarginalizowane regiony i państwa, jak i przez liczne zmarginalizowane ekonomicznie i społecznie grupy. Wprawdzie sam podział świata na regiony zamożne oraz ubogie nie jest efektem globalizacji, to jednak stale utrwala ona istniejące zróżnicowanie poziomu rozwoju gospodarczego i dobrobytu poszczególnych regionów świata.
Nierówny dostęp do korzyści, jakie niesie ze sobą globalizacja, powoduje zwiększanie się dysproporcji między biednymi a bogatymi regionami, utrwalając podział świata na biedne Południe (Afryka, Azja, Ameryka Łacińska, Środkowy Wschód) oraz bogatą Północ, a także sprzyjając polaryzacji społeczeństw obydwu światów. Pogłębiająca się dychotomia wymusza konieczność podjęcia działań mających na celu jej zniwelowanie, tym bardziej, że w dobie globalizacji i wzrastających współzależności problemy państw słabo rozwiniętych dotyczą nie tylko ich samych, lecz mogą także w znacznym stopniu dotknąć państwa rozwinięte.
Twórcy problemów
W rozważaniach na temat globalizacji, polaryzacji świata i marginalizacji państw ubogich nie sposób pominąć kluczowej roli korporacji transnarodowych (KTN).
W społeczeństwach coraz bardziej zaczyna dominować pogląd, że wiele problemów współczesnego świata powodowanych jest właśnie działalnością transnarodowych korporacji, przede wszystkim produkcyjnych. Uważa się bowiem, że propagują one materializm, nadmierny produktywizm i materiałochłonność gospodarki, konsumpcjonizm i życie na kredyt, generują sztuczne potrzeby, przyczyniają się do powstawania kosztów zewnętrznych i neokolonializmu ekologicznego.
W świetle tych negatywnych trendów, wobec wzrostu siły i znaczenia transnarodowych korporacji oraz przy wyraźnej ewolucji wielu funkcji państwa zmienia się przekonanie o roli sektora biznesu. Przedsiębiorstwa, wywierając tak istotny wpływ na swoje otoczenie, powinny ograniczać i niwelować negatywne skutki swojej działalności oraz uczestniczyć w przeciwdziałaniu zagrożeniom cywilizacyjnym.
Rozwój demokracji partycypacyjnej i społeczeństwa obywatelskiego w coraz większym stopniu zmusza przedsiębiorstwa do uwzględniania w prowadzonej działalności gospodarczej celu innego niż tylko Friedmanowska maksymalizacja zysku.
Znaczny wpływ na wzrost takich oczekiwań wywarły liczne i głośne skandale korporacyjne oraz nadużycia i nieetyczne postępowanie firm, które wywołały dyskusję wokół etyki biznesu.
Neokolonializm ekologiczny
Transnarodowe korporacje, przyczyniające się do nadmiernej materiałochłonności gospodarki przez kreowanie sztucznych potrzeb oraz wytwarzanie produktów o krótkim cyklu życia i jednorazowych, obarczane są winą za postępującą degradację środowiska przyrodniczego.
Równocześnie proces globalizacji sprawił, że rosnące w siłę KTN mają swoje filie w państwach, w których obowiązują odmienne regulacje prawne, w tym wymogi dotyczące ochrony środowiska przyrodniczego, a społeczeństwo ma różną siłę oddziaływania na sektor biznesu. Ta luka w standardach ochrony środowiska między państwami wysoko rozwiniętymi i rozwijającymi się może przyczyniać się do tworzenia tzw. oaz zanieczyszczeń (pollution havens), gdyż zachęca do przesuwania „brudnych” przemysłów do państw o niższych normach ochrony środowiska . Dzieje się to zgodnie z mikroekonomiczną zasadą minimalizacji kosztów.
Konsekwencją takich działań produkcyjnych korporacji jest bezkarne zanieczyszczanie wody, ziemi i powietrza, eksploatacja zasobów mineralnych, oderwanie od korzeni rdzennej ludności, stosowanie zbyt łagodnego prawa pracy oraz lokowanie ryzykownych produkcji i technologii w państwach rozwijających się.
Przenoszenie ekologicznie uciążliwej produkcji do państw o niższych standardach i regulacjach środowiskowych oznacza również międzynarodowe przemieszczanie się (transfery) emisji zanieczyszczeń oraz ogranicza możliwości rozwiązywania globalnych problemów ekologicznych. Wiąże się to z przerzuceniem ryzyka ekologicznego na słabszych partnerów i niemal zawsze powoduje pogorszenie jakości środowiska w państwie, gdzie mają miejsce takie „brudne” bezpośrednie inwestycje zagraniczne.
S. Czaja definiuje neokolonializm ekologiczny (ekoimperializm) jako zjawiska ekonomiczne i polityczne, polegające na lokowaniu w państwach rozwijających się przez firmy pochodzące z państw rozwiniętych przestarzałych technologii produkcyjnych, deponowaniu odpadów i zanieczyszczeń, których utylizacja jest w państwach rozwiniętych kosztowna, nadmiernej eksploatacji surowców znajdujących się na obszarze państw rozwijających się, przy ich niskiej cenie lub nakładaniu przez państwa rozwinięte dodatkowych zobowiązań ekologicznych, utrudniających rozwój społeczno - ekonomiczny państw rozwijających się, bez odpowiedniego wsparcia logistycznego i finansowego.
Z drugiej jednak strony, ten postępujący proces może wywoływać wiele groźnych konsekwencji ekonomicznych i społeczno - politycznych również dla państw rozwiniętych.
Zdaniem T. Żylicza, w rozważaniach na temat migracji „brudnych przemysłów” z państw rozwiniętych do państw rozwijających się trzeba również wziąć pod uwagę fakt, że państwa biedne domagają się inwestycji przemysłowych, choćby to były nawet przemysły mineralne i chemiczne, likwidowane w państwach wysokorozwiniętych ze względów ekologicznych. Ponadto uważa on, że nie da się rzetelnie udowodnić hipotezy o występowaniu tego typu migracji, można bowiem wskazać przykłady lokalizacji brudnych przemysłów zarówno w państwach biednych, jak i bogatych.
Łamanie praw człowieka
Transnarodowe korporacje w swojej działalności produkcyjnej wykorzystują różnice występujące zarówno w geograficznym rozmieszczeniu czynników produkcji, jak i w polityce ekonomicznej poszczególnych państw. Tym samym mają znaczący wpływ (negatywny i pozytywny, bezpośredni i pośredni) na przestrzeganie praw człowieka. Jest on widoczny przede wszystkim w państwach rozwijających się, gdzie wiele przedsiębiorstw (zwłaszcza z branż konsumpcyjnych – odzieżowej czy obuwniczej), w poszukiwaniu tańszej siły roboczej i mniej restrykcyjnych przepisów, przeniosło swoją produkcję, stając się niejednokrotnie najważniejszym pracodawcą w tych regionach.
W ten sposób, z jednej strony, internacjonalizacja łańcucha dostaw przyczyniła się do rozmycia odpowiedzialności za łamanie przepisów państw goszczących – zwłaszcza regulacji z zakresu prawa pracy i ochrony praw konsumentów, z drugiej zaś – silna pozycja przedsiębiorstw pozwala na wymuszanie na rządach państw goszczących ograniczenia kontroli ich działalności. Nie bez znaczenia jest też fakt, że same rządy niejednokrotnie dopuszczają się zaniedbywania praw człowieka.
Postawa unikania przez korporacje zobowiązań w obszarze praw człowieka (szczególnie nieprzestrzegania praw pracowniczych) przyczyniła się do wielu nadużyć i przykładów łamania tych praw nie tylko przez same KTN, ale także przez ich lokalnych dostawców i kooperantów. Praca w nadgodzinach, po siedem dni w tygodniu, nieprzestrzegane przepisy BHP, dyskryminacja i poniżanie kobiet, zwalnianie za działalność w związkach zawodowych, zatrudnianie dzieci – to standardy pracy obowiązujące w wielu fabrykach należących do KTN, zlokalizowanych w państwach Południa.
Zgodnie z raportem A Risky Business? Managing core labour standards in company supply chains, 45% badanych firm nadal nie prowadzi polityki i nie ma systemów zarządzania, które zapewniałyby utrzymanie standardów Międzynarodowej Organizacji Pracy (MOP, International Labour Organization – ILO), względem wszystkich pracowników w łańcuchu dostaw. Wiele przykładów dotyczących tych zjawisk znajduje się choćby w książkach J. Bakana Korporacja, czy też N. Klein No logo. Coraz częstsze przypadki łamania praw człowieka i pracownika przez KTN stały się w ostatnich latach przedmiotem ostrej krytyki społecznej oraz bojkotu konsumenckiego, uświadamiając tym samym opinii publicznej wagę problemu.
Trzeba zauważyć, że chociaż wiele transnarodowych korporacji przestrzega regulacji rządowych w zakresie płac pracowniczych, często jednak nie oznacza to zapewnienia godnego poziomu życia pracownikom. Korporacje, ustalając minimalne płace dla pracowników, opierają się na definicjach pracy minimalnej określonej przez rząd danego państwa. Zdarza się, że kwota ta jest znacząco niższa niż minimum potrzebne do godnego życia. Dane wskazują, że w takich państwach, jak Bangladesz (uważany za kraj, w którym siła robocza jest najgorzej opłacana na świecie), płaca pracowników nie wzrosła od 1994 do 2006 r., co przy inflacji oznacza, że zmalała o połowę.
Historia przemysłu tekstylno - odzieżowego w Bangladeszu jest idealną ilustracją procesu, jaki zachodził w gospodarce światowej. Alokacja produkcji do państw globalnego Południa wydawała się idealnym rozwiązaniem na promowanie rozwoju zarówno przedsiębiorstw z państw bogatej Północy, jak i słabszego ekonomicznie, lecz posiadającego tanią siłą roboczą, Południa. Obecnie eksport tekstyliów stanowi gros PKB tego niewielkiego państwa, gdzie przemysł odzieżowy zatrudnia około 2 mln ludzi. Brak zainteresowania przedsiębiorców i konsumentów zachodnich warunkami, w jakich pracują ludzie szyjący kupowane przez nich ubrania, powoduje zachowanie status quo.
Powszechna ignorancja i samozadowolenie społeczeństw bogatej Północy, brak pytań, monitoringu, chęci dowiedzenia się, w jakich warunkach produkowane są dobra przez nich konsumowane, jest cichą zgodą na naruszenia, często wymuszane przez krótkie terminy dostaw i rosnącą konkurencję. Transnarodowe korporacje, coraz częściej budujące swój wizerunek firm społecznie odpowiedzialnych (co ma na celu zdobycie nowych i przywiązanie obecnych klientów), zapominają o tym, co najważniejsze, czyli realnym zobowiązaniu wobec całej społeczności, wśród której funkcjonują, a nie tylko społeczeństwa w wysokorozwiniętym państwie macierzystym.
Wina, jaką ponoszą produkcyjne KTN za złą sytuację pracowników w państwach Południa, zdaniem wielu jest kwestią dyskusyjną. Jednakże bez względu na wynik tej dyskusji nie należy zapominać, że idea odpowiedzialnego biznesu nakłada na przedsiębiorców obowiązek prowadzenia działalności gospodarczej w sposób, który przyczynia się zarówno do dbałości o interes własny (pomnażanie zysku przedsiębiorstwa), jak i do ochrony oraz pomnażania dobrobytu społecznego. Ze względu na swoje rosnące znaczenie sektor biznesu ma dzisiaj obowiązek uczestniczyć w rozwiązywaniu światowych problemów, a czasami jest wręcz jedyną instancją zdolną faktycznie wpłynąć na niektóre z nich.
Ewa Jastrzębska
Autorka jest adiunktem w Katedrze Rozwoju Regionalnego i Przestrzennego Zakładu Ekonomii Środowiska i Zasobów Naturalnych w Kolegium Ekonomiczno-Społecznym SGH w Warszawie
Tytuł i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
Tekst jest fragmentem większego opracowania Autorki, dostępnego pod adresem: http://kolegia.sgh.waw.pl/pl/KES/kwartalnik/archiwum/Documents/EJastrzebska8.pdf
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 188
Globalne oszustwo „wyżywienia świata”
Półki w supermarketach nigdy nie były pełniejsze, a mimo to dieta stała się uboższa. Na całym świecie systemy żywnościowe, chwalone za produktywność, dostarczają teraz mnóstwo kalorii, a jednocześnie borykają się z powszechnym niedoborem mikroelementów, katastrofą ekologiczną i niestabilnością obszarów wiejskich.
To efekt modelu rolniczego, który utożsamia bezpieczeństwo żywnościowe z plonami, a masową produkcję z pożywieniem. Rolnictwo przemysłowe, wspierane miliardami dolarów subsydiów, coraz bardziej przypomina państwo opiekuńcze dla agrobiznesu i gigantów handlu detalicznego, których zyski zależą od publicznych pieniędzy.
Spadek wartości odżywczych
Napędzane przez korporacje rolnictwo przemysłowe twierdzi, że wyżywi świat, ale zbyt często dostarcza pustych kalorii, jednocześnie pozbawiając populacje składników odżywczych. Weźmy pod uwagę, że ryż wysokoplenny produkuje puste kalorie, jednocześnie stając się ubogi w składniki odżywcze. Od lat 60. XX wieku stężenie cynku i żelaza w pszenicy i ryżu w Indiach spadło o 30–45%. Dla porównania, proso i rośliny strączkowe dostarczają znacznie więcej białka, cynku i żelaza na cal kwadratowy.
Nie jest to zjawisko unikalne dla Indii: brytyjskie laboratorium Rothamsted Research oceniło stężenie minerałów w archiwalnych próbkach ziarna pszenicy i gleby z eksperymentu Broadbalk Wheat Experiment. Eksperyment rozpoczął się w 1843 roku, a jego wyniki wskazują na znaczący spadek stężenia cynku, miedzi, żelaza i magnezu w ziarnie pszenicy od lat 60. XX wieku.
Jednocześnie, w ciągu ostatnich siedmiu dekad w Indiach, powierzchnia upraw prosa, charakteryzującego się wysoką wartością odżywczą, zmniejszyła się o 60%. Spadek ten jest wynikiem zmian strukturalnych w indyjskim rolnictwie po Zielonej Rewolucji.
W Wielkiej Brytanii logika jest podobna, choć wyrażona inaczej. Dominuje żywność ultraprzetworzona, monokultury wyjaławiają glebę, a kalorie są obfite, a odżywianie zagrożone. Otyłość współwystępuje z niedoborami mikroelementów; bydło karmione trawą i zróżnicowany płodozmian zostały w dużej mierze zastąpione systemami wymagającymi dużych nakładów, podczas gdy supermarkety dyktują priorytety produkcyjne i kształtują rolnictwo.
PR branżowy często próbuje uzasadniać swoją rolę, sugerując, że świat umarłby z głodu bez nasion i chemikaliów. Przemysł uzasadnia to twierdzenie trwałym mitem Zielonej Rewolucji; narracją, którą prof. Glenn Stone i inni skutecznie obalili . Twierdzenie, że nasiona przemysłowe „uratowały” Indie przed masowym głodem, jest na przykład mniej historyczne niż PR.
W rzeczywistości Zielona Rewolucja oznaczała zwrot w stronę rolnictwa wymagającego dużych nakładów, które zastąpiło dotychczasowe osiągnięcia w zakresie wydajności na rzecz modelu wymuszającego zależność od opatentowanych nasion, nawozów sztucznych i pestycydów dostarczanych przez coraz bardziej skoncentrowany globalny przemysł.
Przemieszczenia i niepewność
Kiedy tradycyjne rolnictwo ulega destabilizacji poprzez wycofanie się państwa, nakłady korporacyjne, globalne łańcuchy dostaw i monokultury, staje się ono nieopłacalne finansowo dla wielu rolników. Społeczności wiejskie są odrywane od ziemi. W Indiach to wysiedlenie jest wykorzystywane jako element szerszej strategii neoliberalnej, polegającej na karczowaniu gruntów pod rolnictwo korporacyjne na skalę przemysłową.
Na brytyjskiej wsi młodzi ludzie wyjeżdżają do miast, ponieważ życie na wsi staje się ekonomicznie nie do utrzymania, a wsie tracą szkoły, opiekę zdrowotną i transport. Tymczasem rolnicy w dużej mierze polegają na dotacjach, grantach na rozwój obszarów wiejskich i programach rolno-środowiskowych.
Płatności te stabilizują głównie przemysłowe łańcuchy dostaw i zyski supermarketów. W Wielkiej Brytanii ponad połowa dochodów gospodarstw rolnych pochodzi z subsydiów, a nie ze sprzedaży rynkowej, a większe gospodarstwa rolne otrzymują płatności w nieproporcjonalnym stopniu. W efekcie subsydia utrzymują monokultury i produkcję wielkoseryjną na potrzeby supermarketów.
Brytyjskie dotacje, takie jak System Płatności Podstawowej i jego następcy, zapewniają pozarynkowy próg dochodów rolniczych. W związku z tym pełnią one funkcję pośredniej dotacji dla gigantów handlu detalicznego. Pokrywając podstawowe koszty utrzymania rolnika, podatnicy skutecznie obniżają próg rentowności dla producentów, umożliwiając supermarketom wykorzystanie siły nabywczej do negocjowania cen u rolnika, które często są niższe od rzeczywistych kosztów produkcji.
Podatnik płaci więc za utrzymanie gospodarstwa rolnego przy życiu, a supermarket czerpie z tego zysk poprzez zaniżanie cen i zwiększanie marż detalicznych.
Napad na opinię publiczną
Te krajowe systemy subsydiowania są osadzone w transnarodowej gospodarce opartej na środkach produkcji rolnej, w której dominuje niewielka liczba korporacji zajmujących się sprzedażą detaliczną żywności, produkcją środków agrochemicznych i nasiennych, w tym firmy takie jak Bayer i Syngenta, które sprzedają zastrzeżone nasiona i środki chemiczne po cenach, na które rolnik w innym przypadku nie mógłby sobie pozwolić .
W Wielkiej Brytanii publicznie wspierane dochody z gospodarstw rolnych stabilizują popyt na zastrzeżone nasiona, pestycydy i nawozy zintegrowane z łańcuchami dostaw prowadzonymi przez supermarkety, zapewniając przewidywalne rynki dla dostawców środków produkcji, nawet gdy ceny w gospodarstwach rolnych spadają.
Rolnik jest naciskany przez obie strony (środki produkcji i handel detaliczny) i chociaż mechanizmy mogą się różnić w zależności od kraju, logika jest spójna: państwo przejmuje ryzyko, podczas gdy firmy prywatne czerpią zyski z uzależnienia rolników od własnościowych środków produkcji i systemów produkcji wykorzystujących duże ilości chemikaliów. Widzimy globalnie zintegrowany system publicznego zarządzania ryzykiem w agrobiznesie.
Podczas gdy Indie wciąż (choć w sposób niepewny) próbują chronić producentów (poprzez mechanizmy takie jak minimalna cena gwarantowana w celu zapewnienia plonów i publiczny system dystrybucji w celu stabilizacji kosztów dla konsumentów), system w Wielkiej Brytanii został w pełni wykorzystany do zmniejszenia ryzyka w bilansach prywatnych gigantów.
Brytyjska opinia publiczna jest „napadana” dwukrotnie: raz w urzędzie skarbowym i drugi raz przy kasie. Jednocześnie państwo subsydiuje trzeci „napad”: finansowany z podatków kryzys w służbie zdrowia. Stawiając wolumen ponad wartość odżywczą, rząd płaci korporacjom za wywołanie kryzysu zdrowotnego, a następnie nakłada podatki na społeczeństwo, aby leczyć jego skutki. Podatnicy finansują puste kalorie, marże supermarketów i wynikające z nich choroby przewlekłe, których koszt ponosi NHS.
Pasożyci społeczni
Media zbyt często oczerniają ubogich (zarówno rodziny w Wielkiej Brytanii, jak i borykających się z problemami rolników w Indiach) za to, że potrzebują publicznego wsparcia. Jednak największymi „pasożytami” nie są rodziny rzekomo „manipulujące systemem”, lecz akcjonariusze przedsiębiorstw handlu detalicznego i przedsiębiorstw produkujących środki produkcji, których marże zysku są pokrywane z publicznych pieniędzy.
W Wielkiej Brytanii sektor rolny tkwi w pułapce subsydiów, która działa jak finansowany z podatków system podtrzymywania życia dla handlu detalicznego w korporacjach. Chociaż roczny budżet rolny od 2007 roku utrzymuje się na stałym poziomie 2,4 miliarda funtów (co stanowi znaczną redukcję po uwzględnieniu inflacji), pozostaje on jedyną przeszkodą między wieloma brytyjskimi rolnikami a bankructwem.
Według statystyk Departamentu Środowiska, Żywności i Spraw Wsi (Defra) za lata 2024/25, płatności te stanowią obecnie od 30% do 55% dochodów gospodarstw rolnych. Bez tej interwencji publicznej większość brytyjskich gospodarstw rolnych ponosiłaby stratę netto. Oznacza to, że obecna cena rynkowa żywności jest decyzją polityczną mającą na celu ochronę marż gigantów handlu detalicznego, takich jak Tesco, które niedawno odnotowało skorygowany zysk operacyjny w wysokości 3,13 miliarda funtów.
W Indiach za każdym razem, gdy rolnik zeskanuje swój odcisk palca, aby kupić dotowany worek nawozu, uruchamia transfer środków publicznych do producentów chemikaliów. Według analityka polityki Devindera Sharmy (w licznych artykułach w gazecie „The Tribune”), ustalając cenę detaliczną mocznika przy jednoczesnym zagwarantowaniu zwrotu kosztów, rząd stworzył środowisko niskiego ryzyka dla rolnictwa o dużej intensywności produkcji.
Przeciętne indyjskie gospodarstwo domowe zajmujące się rolnictwem zarabia zaledwie 10 218 rupii (113 USD) miesięcznie , podczas gdy firmy chemiczne — chronione kwotą 1,91 lakh crore (23 miliardów USD) z funduszy publicznych — pozostają bardzo dochodowe.
Niezależnie od tego, czy stało się tak z powodu stagnacji dotacji w Wielkiej Brytanii, czy też rozwoju technologii biometrycznych w Indiach, państwo stało się ostatecznym gwarantem modelu rolnictwa wymagającego wysokich nakładów i wysokich kosztów, który w innym przypadku byłby dla producentów nieopłacalny pod względem komercyjnym.
W kierunku nowego systemu
W Wielkiej Brytanii zerwanie z tym modelem wymaga strukturalnego demontażu „państwa supermarketów”. Prawdziwa transformacja wymagałaby reformy rolnej, która oddzielałaby wartość gruntów od spekulacji nieruchomościami, a także zaostrzenia przepisów dotyczących handlu detalicznego , które nakazywałyby minimalny udział producenta w cenie detalicznej, gwarantując, że wartość nie zostanie przejęta przez akcjonariuszy, zanim opuści ona bramę gospodarstwa.
Obecny drapieżny model jest świadomym wyborem politycznym. Potrzebna jest alternatywa – oparta na odporności społeczności, zdrowiu ekologicznym i zasobności odżywczej, a nie na wydobyciu przez korporacje. Ta zmiana jest już widoczna w pojawiających się fragmentach oporu zarówno w Indiach, jak i w Wielkiej Brytanii.
W Indiach odrodzenie uprawy prosa w Odiszy pokazuje, jak można odzyskać dotacje na rzecz sprawiedliwości społecznej. Łącząc minimalne ceny gwarantowane (MSP) ze zdecentralizowanymi zamówieniami publicznymi i programami posiłków szkolnych, państwo przekształciło proso z „zapomnianego pożywienia” w filar odżywiania i zdrowia gleby.
W Wielkiej Brytanii rolnictwo wspierane przez społeczność, sieci zajmujące się przechowywaniem nasion i lokalne spółdzielnie działają jako ciche oderwanie się od korporacyjnego łańcucha dostaw. Podczas gdy podatek spadkowy i konsolidacja rynku zagrażają dostępowi do ziemi, projekty te priorytetowo traktują zdrowie na akr i lokalną autonomię, zapewniając, że wartość tworzona przez glebę pozostaje w społeczności, a nie jest odprowadzana do centrali handlowych.
Droga naprzód wymaga fundamentalnego odłączenia żywności od logiki jej pozyskiwania. Oznacza to przejście od państwa, które subsydiuje dywidendy akcjonariuszy, do państwa, które inwestuje w suwerenność glebową, rolnictwo na małą skalę i długoterminowe zdrowie swoich obywateli.
Colin Todhunter
Colin Todhunter specjalizuje się w rozwoju, żywności i rolnictwie. Jest adiunktem naukowym Centrum Badań nad Globalizacją (CRG).
Za: https://www.globalresearch.ca/stolen-soil-corporate-welfare-global-scam-feeding-world/5911142
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 105
Globalne wstrząsy, których doświadczyliśmy w ostatnich latach, są często przedstawiane jako chaotyczny ciąg wydarzeń: „pandemia”, inflacja, niedobory energii i wojna. Nic dziwnego, że większość ludzi jest zdezorientowana. Jednak analiza strukturalna ujawnia bardziej przemyślany, kontrolowany demontaż umowy społecznej XX wieku.
Jesteśmy świadkami przejścia od produktywnego modelu kapitalistycznego, który wymagał masowej, zdrowej siły roboczej, do tego, co Janis Warufakis nazywa porządkiem techno-feudalnym.
Siłą napędową tej transformacji była desperacka strategia stabilizacji finansowej wdrożona za sprawą wydarzenia związanego ze zdrowiem publicznym. Jak zauważa profesor Fabio Vighi, globalny system finansowy osiągnął punkt krytycznej niestabilności pod koniec 2019 roku, o czym świadczy załamanie się amerykańskiego rynku repo (gdzie banki pożyczają sobie nawzajem pieniądze).
Zamrażając gospodarkę realną poprzez lockdowny, banki centralne wpompowały ogromne ilości płynności, aby ratować sektor bankowy i finansowy. Gdyby te pieniądze trafiły do funkcjonującej gospodarki, wywołałoby to hiperinflację. Utrzymując ludność w domach, elity przeprowadziły tajną akcję ratunkową, która utrzymała dominację klasy finansowej kosztem produktywnej klasy średniej.
Konieczny był jednak również geopolityczny reset. Przez dekady niemiecka gospodarka opierała się na trzech filarach: tanim rosyjskim gazie, eksporcie zaawansowanych technologii do Chin oraz amerykańskim parasolu bezpieczeństwa. Do końca 2025 roku wszystkie trzy uległy załamaniu. Jak zauważa profesor Michael Hudson, „sabotaż” gazociągów Nord Stream był strukturalną koniecznością dla zachodnich elit finansowych.
Gdyby Niemcy kontynuowały integrację z Rosją i Chinami, powstałby ośrodek władzy niezależny od dolara amerykańskiego. Konflikt na Ukrainie miał swój cel: zmusił Niemcy do zastąpienia rosyjskiego gazu rurociągowego i znacznej rozbudowy infrastruktury skroplonego gazu ziemnego (LNG), a także do uzależnienia się od amerykańskiego LNG. W przeciwieństwie do gazu rurociągowego, LNG wymaga znacznego schłodzenia, transportu i regazyfikacji – procesu z natury trzy do czterech razy droższego.
W rezultacie niemiecka produkcja przemysłowa w 2025 roku osiągnęła najniższy poziom od lat 90. XX wieku. Przemysł ciężki, taki jak BASF (chemikalia) i ThyssenKrupp (stal), przenosi swoją produkcję do USA lub Chin. Jednocześnie Niemcy porzucają rolę giganta przemysłowego, koncentrując się na tworzeniu miejsc pracy w takich obszarach jak zielona energia (w tym rozwój „centrum wodorowego”), półprzewodniki i mikroelektronika, robotyka i biotechnologia, a także przeznaczając kapitał na roczne wydatki na obronę w wysokości 150 miliardów euro.
Tymczasem londyńskie City prosperuje dzięki globalnej zmienności, podczas gdy Niemcy chylą się ku upadkowi. City jest między innymi globalnym centrum ubezpieczeń od ryzyka wojennego i handlu energią. Jeśli rurociąg zostanie zniszczony lub strategicznie ważny szlak żeglugowy zostanie zagrożony, cena ubezpieczenia od ryzyka wojennego potroi się. Londyński rynek ubezpieczeniowy (Lloyd's) pobiera te „premie za ryzyko” z globalnej gospodarki.
Maklerzy z City traktują niestabilność geopolityczną jako niestabilną klasę aktywów. Nawet gdy brytyjskie gospodarstwa domowe cierpią z powodu rosnących rachunków za energię, centrum finansowe nadal przynosi zyski, czerpiąc bogactwo z chaosu, który polityka zagraniczna przyczynia się do jego tworzenia.
Co więcej, City of London zapewniło sobie pozycję niezastąpionego pośrednika w transatlantyckim obrocie energetycznym. Chociaż fizyczny gaz pochodzi ze Stanów Zjednoczonych i jest zużywany w Europie, to niemal w całości w Londynie zarządzana jest finansowa i prawna architektura tego handlu.
Brokerzy towarów i giełdy, takie jak ICE (Intercontinental Exchange) w Londynie, odnotowują rekordowe wolumeny obrotu kontraktami terminowymi na LNG i instrumentami pochodnymi. Są to zakłady finansowe na przyszłą cenę gazu. Wraz ze wzrostem zmienności, opłaty i prowizje pobierane przez londyńskich traderów i izby rozliczeniowe gwałtownie rosną.
Ponad 90% światowych ubezpieczeń morskich, w tym specjalistyczne i drogie ubezpieczenia dla tankowców LNG, jest objętych ubezpieczeniem Lloyd's. Egzekwując surowe składki na ryzyko wojenne dla każdego statku pływającego po wodach europejskich, Londyn w rzeczywistości nakłada prywatny podatek na każdą cząsteczkę gazu zastępującego utracone dostawy z rosyjskich rurociągów.
Gwarantuje to, że podczas gdy europejski przemysł zmaga się z wysokimi kosztami energii, firmy finansowe City ponoszą ogromne koszty związane z logistyką zastępczych dostaw.
Naturalnie, strukturalne przeobrażenia gospodarek narodowych prowadzą do ogromnych napięć społecznych. To właśnie tutaj pojawia się „rosyjskie zagrożenie”. Zostało ono wyniesione do rangi wszechogarniającej narracji wewnętrznej, służącej do radzenia sobie z wewnętrznym sprzeciwem i mobilizowania społeczeństwa do jednoczenia się pod sztandarem. Strach na wróble pełni istotną funkcję psychologiczną, przekształcając narastający gniew ubogich w patriotyczny obowiązek znoszenia trudności.
W ramach tego systemu „stałego stanu wyjątkowego” każda forma sporu pracowniczego, protestu lub krytyki systemowej może zostać uznana za złośliwą ingerencję zagraniczną lub działalność wywrotową, co pozwala państwu na wykorzystanie nowych, dalekosiężnych uprawnień policyjnych w celu stłumienia wewnętrznych tarć.
Aby uzasadnić przekierowanie miliardów dolarów z dochodów podatkowych z upadających usług publicznych na kompleks wojskowo-przemysłowy w celu generowania „wzrostu” w upadającej gospodarce (desperacka próba ożywienia upadającego neoliberalizmu), państwo musi utrzymywać stale wysoki poziom lęku egzystencjalnego. W Wielkiej Brytanii Strategia Przemysłu Obronnego 2025 jednoznacznie przedstawia militaryzację jako motor wzrostu i wykorzystuje widmo rosyjskiej inwazji, aby legitymizować dotowany przez państwo transfer bogactwa do zaawansowanych technologicznie firm zbrojeniowych.
Tworząc permanentny stan wojny, elity dbają o to, by jeden z filarów gospodarki służył bezpośrednio bezpieczeństwu państwa, jednocześnie wmawiając społeczeństwu, że kurczące się zasoby opieki zdrowotnej i emerytury są konieczną ofiarą dla przetrwania narodu.
Ujawnia to również zmianę statusu społecznego. W epoce przemysłowej państwo zasadniczo „subskrybowało” klasę robotniczą i inwestowało w NHS (Narodową Służbę Zdrowia) oraz edukację, ponieważ potrzebowało produktywnej populacji do napędzania produkcji. Jednak sztuczna inteligencja, robotyka i kryzys gospodarczy coraz bardziej sprawiają, że znaczna część tej siły roboczej staje się zbędna.
Ponieważ kapitał może już nie uznawać reprodukcji siły roboczej za pożądaną lub opłacalną, państwo wycofuje swoją subskrypcję. Widoczny spadek wartości NHS jest wynikiem celowej dezinwestycji. (Rynek prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych w Wielkiej Brytanii osiągnął rekordową wartość 8,64 miliarda funtów – wzrost o prawie 14% rok do roku).
Jeśli pracownik nie jest już potrzebny do produkcji, państwo uznaje służbę zdrowia za „nieefektywne centrum kosztów”, które należy zlikwidować.
Kiedy populacja przestaje być postrzegana jako atut, a staje się obciążeniem finansowym, państwo przechodzi od opieki do zarządzania wyjściami z domu. To nie przypadek, że na Zachodzie pojawiają się apele o szybką legalizację wspomaganego samobójstwa. To może również wyjaśniać, dlaczego w domach opieki podczas pandemii COVID-19 przepisywano midazolam i wydawano nakazy „nie reanimować”. Dane pokazują, że rząd Wielkiej Brytanii zakupił ogromne ilości midazolamu na początku 2020 roku (zapasy wystarczające na dwa lata w ciągu zaledwie dwóch miesięcy).
W 2025 roku oficjalne oceny skutków wykazały, że legalizacja wspomaganego samobójstwa doprowadziłaby do „znacznych oszczędności” kosztów dla NHS i państwowego systemu emerytalnego – same oszczędności emerytalne szacowano na nawet 18,3 miliona funtów w ciągu dekady. Ocena skutków ustawy o terminalnie chorych dorosłych (koniec życia) (maj 2025 r.) oficjalnie określiła ilościowo wpływ na „świadczenia i emerytury”. Oszacowano, że do dziesiątego roku państwo zaoszczędziłoby około 27,7 miliona funtów rocznie na niewypłaconych emeryturach i świadczeniach z zabezpieczenia społecznego z tytułu wspomaganego samobójstwa.
Przyspieszając „outsourcing” nieproduktywnej starszej populacji (co się stało z marketingowym hasłem COVID „ratuj babcię”?), system usuwa miliardy dolarów przyszłych zobowiązań emerytalnych z bilansu państwa.
Co stanie się dalej – czego możemy się spodziewać? Będziemy świadkami dalszego rozpowszechniania przez elity narracji o permanentnym stanie wyjątkowym pod przykrywką kryzysu klimatycznego i zagrożenia ze strony Rosji, aby zapewnić dyscyplinę ideologiczną niezbędną do uzasadnienia nasilenia polityki oszczędności. Jednocześnie cyfrowe dowody osobiste i cyfrowe waluty banków centralnych stworzą system totalnego nadzoru. W tym rodzącym się systemie obywatel zostanie zastąpiony przez „podmiot administrowany”, którego dostęp do gospodarki zależy od oceny społecznej.
Colin Todhunter
Colin Todhunter specjalizuje się w żywności, rolnictwie i rozwoju oraz jest współpracownikiem naukowym Centrum Badań nad Globalizacją w Montrealu.
Źródło: https://off-guardian.org/2025/12/23/land-of-confusion-the-great-reset-in-motion/
- Autor: Anna Wziątek-Kubiak
- Odsłon: 4315
>
Poniżej przedstawiamy wybrane fragmenty komentarza Anny Wziątek-Kubiak zamieszczonego w raporcie nr 22 Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN - Gospodarka Polski. Prognozy i opinie. – wydanego w maju br.
>/.../ Niemal wszystkie stosowane mierniki oceny poziomu i czynników innowacyjności przedsiębiorstw, także syntetyczne, wskazują na końcowe miejsce polskich przedsiębiorstw w UE. Dowodzą więc znaczącej luki innowacyjnej polskich przedsiębiorstw względem firm unijnych, w tym także – niektórych nowych krajów członkowskich. A to z kolei może wpływać na odmienność reakcji polskich przedsiębiorstw na zmiany koniunkturalne w stosunku do krajów bardziej zaawansowanych w rozwoju. Nasuwa się pytanie o kierunki zmian luki innowacyjnej w ostatnich latach, a w świetle tego – o zasadność i kierunki intensywności polityki państwa w zakresie tworzenia infrastruktury innowacyjnej./.../
>
>Przed kryzysem
>
>Podobnie jak w innych krajach kierunki zmian nakładów na inwestycje innowacyjne były zróżnicowane między firmami. W okresie bezpośrednio poprzedzającym wybuch ogólnoświatowego kryzysu (lata 2006–2008), z jednej strony, stosunkowo duży (na tle UE) odsetek (46,1%) polskich firm zwiększył wydatki innowacyjne. Wskaźnik ten był większy tylko w sześciu krajach UE.
Z drugiej jednak strony, relatywnie wysoki odsetek firm wydatki te obniżył (13,3%), a w blisko 22 krajach UE odsetek ten był niższy. W pozostałych firmach (40,6%) wydatki te się nie zmieniły. Ostatecznie Polska była w grupie siedmiu krajów, w których wysoce dodatnie były różnice między odsetkiem firm, które zwiększyły wydatki na inwestycje w innowacje, i tych, które te wydatki zmniejszyły.
>Wzrostowi nakładów na innowacje ogółem, w tym na inwestycje w innowacje, towarzyszyła jednak kontynuacja (z 25,6% w 2004 r. do 23,2% w 2006 r.) spadku udziału firm innowacyjnych w ogólnej liczbie przedsiębiorstw przetwórstwa przemysłowego.
Uwzględnienie wzrostu nakładów na innowacje ogółem nasuwa wniosek o narastającej koncentracji działalności innowacyjnej w coraz mniejszej liczbie firm innowacyjnych, a więc o zwolnionym procesie upowszechniania wiedzy przez sprzężenia między polskimi przedsiębiorstwami innowacyjnymi i między innowacyjnymi i nieinnowacyjnymi.
>Zapewne w jakiejś mierze uzupełniała to importowana wiedza. Wzrostowi nakładów na innowacje towarzyszył także bardzo silny spadek udziału nowych lub/i zmodernizowanych produktów w przychodach ze sprzedaży (z 22,5% w 2004 r. do 13,1% w 2006 r. i do 12,4% w 2008 r.). W latach 2006–2008 spadek ten dotyczył nowych produktów dla przedsiębiorstwa.
>Było to zapewne powiązane ze wspomnianą koncentracją działalności innowacyjnej. Udział w rynku zwiększały te firmy innowacyjne, które – wykorzystując wdrażane innowacje do wygrywania walki konkurencyjnej – bardziej niż na dywersyfikacji produktów koncentrowały się na wprowadzaniu nowych dla rynku produktów.
>
>W kryzysie
>Długookresowy trend wzrostu nakładów na innowacje polskich przedsiębiorstw został przerwany w 2009 roku. Był to rok zapaści sektora innowacyjnego w Polsce, który zapoczątkował kilkuletni okres zahamowania aktywności innowacyjnej przedsiębiorstw, a więc odwrócenia wcześniejszego trendu.
>W 2009 r. przedsiębiorstwa obniżyły wydatki na wszystkie (poza wydatkami na oprogramowanie i B+R) składniki procesu innowacyjnego, a także znacząco (z 17 029,7 mln zł do 14 929,3 mln zł) zmniejszyły własne wydatki na innowacje. Silny spadek wydatków na innowacje ogółem odzwierciedlał zmniejszanie się wydatków na inwestycje innowacyjne. Wpływ przedsiębiorstw innowacyjnych na popyt w gospodarce wyraźnie zmalał.
>
>Jeśli zmiany wydatków na inwestycje innowacyjne były silnie skorelowane ze zmianami inwestycji ogółem polskiej gospodarki, to po 2009 r. spadek inwestycji w innowacje był większy niż inwestycji w przemysł i całej gospodarki. Jeśli bowiem w latach 2006–2007 dynamika wzrostu inwestycji innowacyjnych była znacznie większa niż inwestycji polskiej gospodarki, to po 2009 r. te pierwsze z roku na rok zmniejszały się znacznie silniej niż te drugie. Znaczącemu pogorszeniu się ogólnego klimatu koniunktury od połowy 2008 r. do końca 2009 r. i niewielkiej jego poprawie do końca 2011 r. towarzyszył silny spadek popytu przedsiębiorstw innowacyjnych na zasoby czynników, zwłaszcza na inwestycje.
>
Zapaść, jaka wydarzyła się w sektorze innowacyjnym w 2009 r., dotyczyła większości jego składników. Zmniejszyły się wydatki firm na szkolenia i marketing nowych produktów, wzmocnił się spadkowy trend udziału przedsiębiorstw innowacyjnych w ogólnej liczbie przedsiębiorstw, znacząco zmniejszył się udział nowych – dla rynku – produktów w przychodach ze sprzedaży oraz odsetek firm, które współpracowały z innymi podmiotami w dziedzinie innowacji.
Zmalał nie tylko udział firm wprowadzających innowacje produktowe i procesowe, ale także tych, które wprowadzały innowacje marketingowe i co może dziwić – także organizacyjne. Równocześnie dodatnia, dla lat 2006–2008, różnica między procentowym udziałem firm, które zwiększyły i zmniejszyły wydatki na innowacje, przekształciła się w 2009 r. w dalece ujemną (–35,6% polskich firm). Udział ten był jednym z najwyższych wśród krajów UE.
>Odwrotna tendencja miała miejsce w przypadku wydatków na B+R oraz w przypadku udziału firm, które uruchomiły produkcję nowych produktów innowacyjnych. Ta ostatnia zmiana najprawdopodobniej była efektem wcześniejszej aktywności i nakładów na innowacje firm.
>
>W 2009 r. przedsiębiorstwa więc odsunęły działalność innowacyjną na przyszłość. Koncentrując się na oszczędnościach, rezygnowały z wprowadzania nawet stosunkowo nisko kosztowych innowacji organizacyjnych oraz ze wspierających sprzedaż innowacji marketingowych.
Wprowadzane przez przedsiębiorstwa oszczędności uderzały przede wszystkim w wydatki na cele innowacyjne. Towarzyszący temu spadek rozmiarów wsparcia budżetowego na innowacje (z 284 mln do 172 mln zł) wzmacniał trend obniżania się innowacyjnej aktywności firm.
Gdyby nie silny wzrost wcześniej zakontraktowanych kredytów bankowych (z 4889 mln do 5433 mln zł) na realizację innowacji, prowadzący do silnego wzrostu ich udziału w nakładach na inwestycje ogółem (do 25% w 2009 r.), oraz środków uzyskanych z zagranicy, głównie z UE (z 376 mln do 568 mln zł), kryzys w działalności innowacyjnej polskich przedsiębiorstw przybrałby większe rozmiary.
>
W kolejnych dwóch latach aktywność innowacyjna przedsiębiorstw nie uległa zasadniczym zmianom. Zwolnieniu tempa spadku inwestycji w innowacje towarzyszył niestabilny w czasie wzrost wydatków na poszczególne składniki procesu innowacyjnego.
>
Jednakże część przedsiębiorstw, które nie zaniechały wprowadzania innowacji, podjęła działania na rzecz utrzymania lub zwiększenia udziałów rynkowych. Wzrostowi (w 2010 r.) udziału nowych dla rynku produktów w przychodach ze sprzedaży przedsiębiorstw przemysłowych towarzyszył bowiem wzrost udziału firm, które wprowadziły innowacje marketingowe i wzrost wydatków na marketing nowych produktów.Na skutek załamania aktywności innowacyjnej bardzo silnie (z 6,4% do 1,6%) zmniejszył się udział firm, które uruchomiły produkcję nowych wyrobów. W kolejnym roku udział tych firm ponownie się zwiększył, ale towarzyszył temu spadek udziału firm, które zaczęły sprzedawać nowe dla rynku produkty. Poprawie w latach 2009–2010 ogólnego klimatu koniunktury towarzyszył wzrost wydatków na pozainwestycyjne składniki procesu innowacji, zwłaszcza na B+R.
>
Perspektywy
Kryzys ogólnoświatowy i oczekiwania jego przeniesienia na polski grunt, a więc zwiększenie niepewności warunków działania, obniżyły skłonności do podejmowania ryzykownych inwestycji w innowacje.
Mimo wzrostu w 2010 r. PKB i popytu, malała aktywność inwestycyjna polskich firm. Oznacza to, że nie tyle kształtowanie się popytu globalnego, ale zmiany ogólnego klimatu koniunktury wpływają na aktywność innowacyjną polskich przedsiębiorstw.
W przypadku Polski /.../ skutki destrukcyjne kryzysu dla innowacji przeważały nad efektami akumulacyjnymi. Nie jest pocieszające, że polski sektor innowacyjny nie był jedynym w UE, który tak silnie odczuł skutki kryzysu finansowego.
>Skutki te okazały się najsilniejsze dla nowych krajów członkowskich.
>
W sumie zmiany aktywności polskiej gospodarki i towarzyszące im zmiany ogólnego klimatu koniunkturalnego będą miały kluczowe znaczenie dla wzrostu nakładów na innowacje polskich firm. Wzrost wsparcia budżetowego, mniej restrykcyjna polityka kredytowa banków oraz wzrost środków unijnych na cele innowacyjne mogą być ważną siłą wspierającą zdolności firm do wdrażania innowacji.
Nakłady na innowacje wyznaczają bowiem zmiany zdolności firm do akumulowania wiedzy, a więc mają długookresowe skutki dla wzrostu. Niemniej jednak kumulacyjny charakter wiedzy oznacza, iż sam wzrost nakładów na innowacje i ich poszczególne elementy, zwłaszcza na inwestycje, automatycznie nie przekładają się na wzrost aktywności innowacyjnej przedsiębiorstw.
>
Luka w poziomie akumulacji wiedzy między Polską i krajami unijnymi nie ułatwia aktywności innowacyjnej polskich firm. Jej wzrost w okresie zahamowania aktywności gospodarki będzie utrudniać zwiększenie aktywności polskich przedsiębiorstw.
Uwagi te implikują, że w najbliższym czasie nie należy oczekiwać zasadniczego wzrostu innowacyjnej aktywności polskich firm. Silny wzrost funduszy z kapitału ryzyka w okresie spowolnienia wzrostu gospodarczego sugeruje istnienie w Polsce potencjału do rozwijania sektora innowacyjnego.
Anna Wziątek-Kubiak

