Ekonomia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1490
Koniec drugiej i początek trzeciej dekady XXI w. z pewnością przejdą do historii świata, w tym także do historii gospodarczej, jako czas koronawirusowej pandemii COVID-19. Zarazem okres ten - niezależnie od pandemii - wyróżnia się narastaniem napięć społecznych, których podłożem są przede wszystkim narastające nierówności społeczne, w tym ekonomiczne. Pandemia problem ten spektakularnie uwydatnia, skutkując nie tylko ogromem śmiertelnych ofiar wśród ludzi (wg WHO - ponad 4 mln do lipca 2021), ale też głębokimi kryzysowymi zjawiskami w gospodarkach oraz w relacjach społeczno-gospodarczych w wymiarze krajowym i globalnym.
Obecnie w dyskursie społeczno-gospodarczym i politycznym wyraźna jest skłonność do przypisywania właśnie pandemii niemal wszystkich dysfunkcji i chaosu współczesnego świata, jednak istnieje dostatecznie wiele dowodów na to, że ich podłoże jest bardziej złożone. Ma charakter systemowy, strukturalny, wynikający z wynaturzeń wolnorynkowego neoliberalnego modelu kapitalizmu.
Już przed pandemią zarówno sama rzeczywistość, jak i wyniki badań naukowych niemal jednoznacznie wskazywały, że świat cechują zagrażające trwałości rozwoju społeczno-gospodarczego rozmaite, generujące jego chwiejność asymetrie, czego spektakularnym przejawem jest m.in. narastanie nierówności społecznych.
Nierówności społeczne - problem globalny
Nierówności społeczne są jedną z podstawowych asymetrii współczesnego świata, w tym niedostosowania dynamiki i rozmiarów podaży dóbr rynkowych do dynamiki i rozmiarów zapotrzebowania na nie. Jednym z bardziej kompromitujących tego przykładów jest marnotrawstwo żywności w krajach bogatych, przy równoczesnym występowaniu obszarów głodu w niektórych częściach świata.(1)
Choć pod wpływem globalnego wzrostu gospodarczego nierówności społeczne między krajami stopniowo zmniejszają się, to zarazem jednak w wielu krajach, w tym zwłaszcza bogatych, narastają nierówności wewnętrzne. Zwraca na to uwagę m.in. brytyjski ekonomista Anthony Atkinson, analizujący „globalną nierówność”. Naukowiec ten wykazuje, że do lat 70. XX w. w bogatych krajach nierówności spadały, natomiast nierówności między krajami zwiększały się, obecnie zaś jest odwrotnie, dysproporcje w bogatych krajach wzrastają, zaś między krajami się zmniejszają.
Narastanie nierówności społecznych to proces występujący w wielu, nawet najbogatszych krajach. Nieprzypadkowo też problem ten od lat jest jednym z głównych tematów debat na corocznym Światowym Forum Ekonomicznym w Davos. Zarazem corocznie publikuje raporty na temat nierówności międzynarodowa organizacja humanitarna OXFAM, w których dowodzi narastającej przepaści między biednymi i bogatymi. Trend ten pogłębia pandemia, stąd też ostatni raport OXFAM ukazał się pod symptomatycznym tytułem „Wirus nierówności” [The Inequalityvirus, 2021].
Z nierównościami wiążą się rozległe, negatywne społeczno-gospodarcze następstwa, co potwierdzają intensyfikujące się wieloaspektowe, międzynarodowe badania naukowe. Analizowane są przede wszystkim nierówności dochodowe, które wyraża współczynnik Giniego (im jest wyższy, tym wyższy poziom nierówności).
Jednak nierówności dochodowe stanowią tylko jeden ze składników znacznie szerszej kategorii, jaką są nierówności społeczne, obrazujące nie tylko kwestie dochodowe, ale także kwestie zasobności majątkowej, usytuowania społecznego, edukacyjne, zdrowotne, komunikacyjne i inne, często trudno poddające się pomiarom. Te negatywne zjawiska są ze sobą synergicznie sprzężone, co skutkuje nasilaniem się problemu nierówności. Choć pandemia COVID-19 problem ten silnie wyeksponowała, to na zagrożenia wynikające z narastania nierówności wskazywały wyniki badań prowadzonych wcześniej, na wiele lat przed pandemią.
Winien kapitalizm
Ze szczególnym rezonansem spotkały się m. in. wyniki badań prowadzone przez francuskiego ekonomistę Thomasa Pikettego. Na podstawie wieloprzekrojowych analiz danych statystycznych za okres 300 lat, uznał on rosnące nierówności dochodowe za immanentną cechę kapitalizmu. W kapitalizmie bowiem stopa zwrotu z kapitału (r) trwale przewyższa tempo wzrostu gospodarczego (g), czyli zawsze r>g. Na podstawie analiz historycznych Piketty dowodzi, że związane z tym kumulujące się napięcia nieuchronnie muszą być rozładowywane albo przez rewolucje, wojny, albo przez głębokie kryzysy społeczno-gospodarcze.
Historia gospodarcza zdaje się w pełni potwierdzać zasadność takiego wniosku, choć tezy Piketty’ego są przez niektórych ekonomistów kwestionowane. Tezy Piketty’ego potwierdzają też szczegółowe badania prowadzone przez brytyjsko-amerykańskiego ekonomistę Angusa Deatona, uhonorowanego w 2015 r. Nagrodą Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych za „analizę konsumpcji, ubóstwa i dobrobytu”.
Dyskurs na temat nierówności zasługuje na uwagę tym bardziej, że narastające dysproporcje w podziale światowego bogactwa, jak i dostępie do niego oraz wynikające z tego bariery popytu i patologie społeczne, to problemy dotyczące nawet najbardziej rozwiniętych krajów, w tym także USA.
Nierówności społeczne są jednocześnie i przyczyną, i skutkiem rozmaitych negatywnych zjawisk społeczno-gospodarczych. Eksponuje to także noblista Joseph Stiglitz, który ocenia, że: „Jedną z najciemniejszych stron gospodarki rynkowej, jakie wyszły na światło dzienne, są wielkie i wciąż powiększające się nierówności, które naruszyły strukturę społeczną Ameryki i zachwiały jej równowagę gospodarczą. Bogaci coraz bardziej się bogacą, a reszta boryka się z trudnościami nie do pogodzenia z „amerykańskim snem”.
Chociaż opinie ekonomistów na temat skali, przyczyn i następstw nierówności nie są zgodne, a w dodatku problematyka ta niełatwo poddaje się szczegółowym badaniom, to jednak analizy potwierdzają narastającą przepaść między bogatymi a biednymi oraz procesy napędzania nierówności przez wielki biznes, m.in. poprzez działania polityczno-lobbystyczne i naginanie prawa, uniki podatkowe i in.
Polska także nie jest wolna od wymienionych problemów. I choć pod względem nierówności dochodowych nie odbiega od poziomu ogólnoeuropejskiego (współczynnik Giniego oscyluje wokół 0,3), to doświadcza wielu rozmaitych przejawów nierówności społecznych, w tym edukacyjnych, zdrowotnych, majątkowych i in.
Obecnie w wyniku pandemii COVID-19 nierówności dochodowe silnie narastają, także w krajach UE. Jak wynika bowiem z badań, pandemiczny spadek dochodów najsilniej dotyka osoby o najniższych dochodach, przy tym związana z pandemią utrata miejsc pracy najsilniej dotyka osoby posiadające jedynie podstawowe wykształcenie. W dodatku pandemiczny kryzys, nawet jeśli wygasa, to już obecnie pozostawia lub może pozostawiać po sobie rozmaite „pandemiczne blizny”, a wzrost nierówności jest jedną z nich. Przy tym ich zanikanie wymagać będzie co najmniej dekady (raport OXFAM).
Problemy te stają się też niełatwym wyzwaniem dla Unii Europejskiej, w obszarze której wyraźnie dochodzi nie tylko do nasilania się nierówności, przede wszystkim ekonomicznych, lecz także do przejawów wyraźnej niespójności między deklarowanym w traktatach UE modelem ustroju społeczno-gospodarczego a społeczno-gospodarczą rzeczywistością.
Wyzwania ustrojowe
Z badań wynika, że nasilające się w skali globalnej nierówności wymagają zasadniczego przedefiniowania polityki makroekonomicznej, polityki społeczno-gospodarczej i jej celów oraz priorytetów. Najbardziej chyba zaskakującym przykładem zwrotu w tym kierunku jest opinia kolegium redakcyjnego „The Financial Times” (FT) z 3 kwietnia 2020 r.– prominentnego brytyjskiego dziennika dotychczas zdecydowanie o neoliberalnym zabarwieniu, ukierunkowanym na minimalizację roli państwa i fundamentalizm rynkowy.
Zespół FT, w odróżnieniu od wcześniejszych swoich poglądów, obecnie wskazuje na konieczność zwiększania roli państwa w kształtowaniu społeczno-gospodarczej rzeczywistości i traktowania wydatków publicznych w kategoriach inwestycji w społeczne dobro wspólne i innowacje, a nie wyłącznie w kategoriach kosztów obciążających społeczeństwo.
Poglądy tego typu coraz częściej są artykułowane w literaturze przedmiotu, gdzie wskazuje się, że obecnie dodatkowego znaczenia nabiera teza, że przeciwdziałanie narastaniu nierówności wymaga odejścia od neoliberalnej koncepcji państwa minimum na rzecz państwa aktywnego w kształtowaniu innowacyjnej ekosfery i stymulującego postęp społeczny oraz prospołeczne strategie, z uwzględnieniem długookresowego horyzontu czasu i długookresowych korzyści społecznych, służących poprawie jakości życia ludzi. Stąd znaczenie długookresowych wizji strategicznych, zorientowanych na stymulowanie innowacji użytecznych społecznie oraz na identyfikowanie ryzyka innowacji pozornych, szkodliwych i niepożądanych, prowadzących do anomii, erozji etyki i zaufania.
Na tym tle mnożą się jednak pytania o rzeczywiste możliwości przeciwdziałania nierównościom społecznym. Na tle zróżnicowania formułowanych przez ekonomistów rekomendacji, charakterystyczna jest obecnie coraz silniejsza argumentacja na rzecz zwiększania inwestycji publicznych, w tym ukierunkowanych na przeciwdziałanie antypopytowym nierównościom dochodowym. W badaniach i publikacjach coraz częściej wskazywana jest konieczność umacniania redystrybucji dochodów na rzecz grup niżej uposażonych, których wzrost dochodów silniej i szybciej przekłada się na popyt rynkowy.
Przedstawione analizy wskazują zarazem, że podstawowe podłoże wzrostu nierówności w skali globalnej ma jednak charakter systemowy, wynika z dominacji doktryny neoliberalnej w kształtowaniu społeczno-gospodarczej rzeczywistości. Cztery dekady dominacji takiej doktryny silnie wpłynęły na kształtowanie się globalnych struktur i trendów społeczno-gospodarczych, także instytucjonalnych. Spektakularnym tego przejawem jest właśnie nasilanie się nierówności społecznych, w tym dochodowych, co jest m.in. związane z rozwojem struktur oligopolistycznych.
Znajduje to potwierdzenie zarówno w teorii ekonomicznej, jak i w praktyce. Między innymi brytyjski ekonomista Paul Collier wskazuje na swego rodzaju żarłoczność, niesprawiedliwość neoliberalnego systemu społeczno-gospodarczego i cechujący go egoistyczny indywidualizm, kreujący „społeczeństwo rottweilerów”.
Z kolei struktury monopolistyczne, choć paradoksalnie są oksymoronem, antytezą wolnego rynku i jego mechanizmów, to potwierdzają jednak ich autodestrukcyjne cechy. Wolny rynek z natury bowiem nagradza najsilniejsze podmioty, sprzyjając ich rozrostowi, tym samym wciąż umacniając ich rynkową władzę i pozycję, stopniowo marginalizując wolną konkurencję, zarazem osłabiając rynkową pozycję mniejszych podmiotów.
Doświadczenia kryzysu finansowego 2008-2009, a zwłaszcza obecnego kryzysu pandemicznego, stawiają zatem pod znakiem zapytania zasadę, że mechanizmy wolnego rynku – bez interwencji publicznej – mogą skutecznie przeciwdziałać narastaniu nierówności.
Jak podkreśla Wolfgang Streeck, znany niemiecki socjolog ekonomiczny, „jakąś formą pozytywnej zmiany mogłoby być demontowanie tych 40 lat neoliberalizmu na wszelkich szczeblach. I budowanie za pomocą takich instytucji, jakie jeszcze nam się uchowały. Osobno krok po kroku na każdym rynku. Na rynku pracy, rynku kredytowym albo usługowym. Ale to zadanie trudne i żmudne”.
Żywe trupy idei
Wynaturzenia powstające na podłożu neoliberalnej doktryny, głównie na przykładzie USA, są przedmiotem rozważań Paula Krugmana, laureata Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii, w książce pod symptomatycznym tytułem: Arguing withZombies: Economics, Politics, and the Fight for a BetterFuture (Zmagania z Zombies: ekonomia, polityka i walka o lepszą przyszłość).
Owe tytułowe Zombies, czyli żywe trupy, to w tym przypadku nie przedsiębiorstwa sztucznie podtrzymywane przy życiu, a ekonomiczne idee. To potężne idee ekonomiczne, których nie udaje się wyeliminować z życia społeczno-gospodarczego, mimo negujących te idee dowodów naukowych. Krugman dochodzi do wniosku, że dzieje się tak dlatego, że stojące za tym interesy gospodarcze i polityczne są zbyt silne.
Idee te, choć negowane przez rzeczywistość społeczno-gospodarczą i jej szkodzące, wciąż znajdują miejsce w obszarze politycznym i gospodarczym, co nierzadko łączy się z interesownym zakłamywaniem realiów. Krugman przeciwstawia się takim teoriom - Zombies jak teoria skapywania (rickle-down theory), wg której nierówności społeczne, w tym dochodowe, nie stanowią problemu, bowiem przypływ, czyli bogacenie się najbogatszych unosi wszystkie łodzie, zatem bogacą się wszyscy.
Według Krugmana w USA już samo poruszanie kwestii nierówności traktowane jest jako bezzasadna, nieamerykańska „marksistowska gadanina”. Gwałtowny wzrost nierówności w okresie pandemii przeczy jednak zasadności lekceważenia tej kwestii. Krugman ocenia wręcz, że nigdy wcześniej we współczesnej amerykańskiej historii plutokracja tak otwarcie nie przyjęła idei, że zyski liczą się o wiele bardziej niż ludzie. Na polskim gruncie sporo miejsca tym kwestiom poświęca także Grzegorz W. Kołodko, który zwraca uwagę, że łodzie „maluczkich” często toną, a „podnoszą się jachty tylko luksusowe”.
Narastanie nierówności nie podważa użyteczności koncepcji społecznej gospodarki rynkowej, a przeciwnie, wskazuje na konieczność bardziej niż dotychczas konsekwentnej polityki jej wdrażania. Koncepcję tę bowiem cechuje - tak obecnie niezbędne - uwrażliwienie społeczne i zorientowanie na harmonizację postępu gospodarczego z postępem społecznym i ekologicznym, a tym samem poprawę jakości życia ludzi.
Prospołeczne ukierunkowanie dotyczy także koncepcji fundamentalnych zmian systemu społeczno-gospodarczego, przedstawionych w opublikowanej w oryginale przed pandemią, tj. w 2017 r., książce Kate Raworth pt. Ekonomia obwarzanka. Siedem sposobów myślenia o ekonomii XXI wieku. Koncepcja ta w pełni przystaje do zasad społecznej gospodarki rynkowej (SGR). Raworth m.in. wskazuje na obecnie występującą długą listę dysfunkcji społeczno-gospodarczych, podkreślając zarazem, że podstawowe z nich wynikają z niezamierzonego lub celowego mylenia pojęć, w tym utożsamiania celów społeczno-gospodarczych ze środkami ich osiągania.
M.in. wzrost PKB przekształcił się w podstawowy cel w polityce społeczno-gospodarczej, wypierając, wydawałoby się oczywisty, fundamentalny w krajach demokratycznych cel, czyli poprawę jakości życia ludzi i dobrobyt społeczny. Błędem jest jednak utożsamianie wzrostu PKB z trwałym, zrównoważonym, harmonijnym rozwojem społeczno-gospodarczym, którego filarami są - obok wzrostu gospodarczego - postęp społeczny i ekologiczny. Sam wzrost gospodarczy bez należytego postępu społecznego i ekologicznego jest dzikim wzrostem gospodarczym, hamującym dobrobyt społeczny.
Reasumując, można stwierdzić, że w obecnych wysoce turbulentnych warunkach idee SGR brzmią wręcz jak memento dla współczesnego świata. Dotyczy to zwłaszcza euckenowskich i erhardowskich ostrzeżeń dotyczących zagrożeń wynikających z kartelizacji gospodarki oraz przestróg przed zaniedbywaniem celów społecznych.
O użyteczności modelu SGR świadczą także sukcesy gospodarki niemieckiej, wciąż mimo neoliberalnych trendów, pozostającej pod wpływem tego modelu. Także kraje skandynawskie dostarczają dowodów na zasadność opierania polityki społeczno-gospodarczej na ordoliberalnych zasadach cechujących koncepcję SGR.
Konkluzja
Rzeczywistość społeczno-gospodarcza dowodzi, że mechanizmy wolnego rynku w obecnych warunkach nie tylko nie są w stanie przeciwdziałać narastaniu nierówności, lecz przeciwnie ten trend umacniają, preferując jednostki silne ekonomicznie. Trend narastania nierówności nasila także ogarniająca obecnie świat czwarta rewolucja przemysłowa.
W takich warunkach fundamentalne znacznie ma kształtowanie i wdrażanie modelu ustroju społeczno-gospodarczego harmonizującego, godzącego interesy ekonomiczne i społeczne, a także ekologiczne. Takim warunkom odpowiada zadekretowany w traktach unijnych model społecznej gospodarki rynkowej, znajdujący także potwierdzenie w koncepcji ekonomii obwarzanka. Wskazuje to zarazem na konieczność większego zdeterminowania UE we wdrażaniu tego typu koncepcji.
Elżbieta Mączyńska
(1) T. Stuart wskazuje, że choć liczba głodujących ludzi świata szacowana jest na ok. miliard osób, to w USA przedsiębiorstwa wytwarzające żywność oraz supermarkety i konsumenci wyrzucają na śmietnik ok. 30–50% żywności. Zarazem autor ten wskazuje na tkwiące w tym obszarze rezerwy. Na przykład w Korei Południowej 98% komunalnych odpadów spożywczych podlega recyklingowi, w USA zaś dotyczy to zaledwie 2,6% odpadów.
Powyższy tekst prof. Elżbiety Mączyńskiej jest skrótem artykułu „Unia Europejska wobec nierówności ekonomicznych”, który ukazał się w 2021 roku w wydawnictwie Polska w Europie jutra. Polityka europejska Polski w kontekście zmian międzynarodowych XXI wieku pod red. Józefa Niżnika z udziałem Jana Barcza i Jana Truszczyńskiego.
Wydawcą tomu jest Komitet Prognoz PAN "Polska 2000 Plus" oraz Team Europe przy współpracy z Przedstawicielstwem Komisji Europejskiej w Warszawie.
https://prognozy.pan.pl/images/publikacje/2021-PWEJ-PDF-druk.pdf
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji SN
- Autor: Marek Chlebuś
- Odsłon: 2725
Pieniądz dłużny, ten kamień filozoficzny XX wieku,
zdolny zamieniać papier w złoto, właśnie traci moc. Co dalej?
Lata tłuste, lata chude
Oto znowu mamy kryzys finansowy w USA. Nie pierwszy i nie ostatni. Był już kryzys paliwowy, była bańka internetowa, jest zapaść w kredytach hipotecznych, a gdy ta się skończy – będzie chwila uspokojenia, może entuzjazmu, aż przydarzy się jakiś nowy kryzys... Wydawałoby się, że to tylko cykle gospodarcze: po siedmiu latach tłustych przychodzi siedem lat chudych, po euforii – trwoga, a PKB to wolniej, to szybciej, ale ciągle rośnie; akcje drożeją, konta puchną, rozwój nie ustaje. Cóż – to prawda – rozwój, tyle że... choroby. Choroby pieniądza.
Dwieście lat temu, na początku XIX stulecia, za jednego dolara można było kupić około 1,6 grama złota; sto lat temu, na początku XX stulecia – półtora grama, i taka cena pozostawała aktualna aż do Wielkiego Kryzysu lat 30-tych, po którym siła nabywcza dolara ustabilizowała się na poziomie około 0,9 grama złota. Ten poziom utrzymywał się bez większych zmian aż do lat 70-tych, kiedy to dolar oderwał się od parytetu złota, po czym zaraz imponująco zanurkował. Pod koniec roku 1970 za dolara można było kupić 0,83 grama złota, a z końcem kolejnych lat: 0,71... 0,48... 0,27... 0,16...
Przez cały XIX wiek dolar stracił na wartości kilka procent, w ciągu dwudziestu lat Wielkiego Kryzysu i Wielkiej Wojny – siedemdziesiąt procent, a przez pierwsze kilka lat dysparytetu staniał pięćset procent. Z początkiem drugiego tysiąclecia dolar był wart 0,114 grama złota, na koniec siódmego roku tysiąclecia tylko 0,037. W obecnym, ósmym roku, dług publiczny USA może wzrosnąć dwukrotnie i proporcjonalnie do tego będzie mogło przybyć dolarów. Ile wtedy będzie można kupić złota za zielony banknot? Wciąż więcej niż setną część grama?
Jeśli wierzyć liczbom, a nie zaklęciom polityków czy finansistów, kryzys nabiera tempa i coraz bardziej wymyka się spod kontroli. Dolar odgrywa dziś centralną rolę w systemie finansowym świata. Kryzys dolara szybko musi stać się kryzysem światowym, dotykającym nawet tych, którzy w życiu nie widzieli zielonego banknotu. Różne diagnozy uwypuklają różne aspekty kryzysu, ale wszystkie można sprowadzić do tego, że na świecie jest za mało bogactwa, a za dużo pieniądza – oczywiście, jak zawsze, nie u wszystkich.
Krótka historia dolara
Imperialna kariera dolara jest krótka, liczy raptem sześćdziesiąt lat i chociaż jeszcze trochę potrwa – na dociągnięcie do pełnych stu lat panowania szansa jest niewielka. To będzie raczej krótka historia. A było to tak:
Globalnym mocarstwem wieku pary była Wielka Brytania, a światową walutą był brytyjski funt. Globalnym mocarstwem wieku ropy są Stany Zjednoczone i światową walutą jest amerykański dolar. Wiek ropy powoli się kończy, choćby dlatego, że kończy się ropa. To jednak nie oznacza od razu ani końca dominacji USA, ani nie unieważnia dolara. Oddanie światowego prymatu przez Wielką Brytanię wymagało w XX wieku dość mocnych argumentów: jednego Wielkiego Kryzysu i dwóch wielkich wojen, a trwało to wszystko trzydzieści lat, nawiasem mówiąc: dość okropnych lat. Należy uznać za bardzo wątpliwe, czy Ameryka da się zdetronizować łatwiej niż jej poprzedniczka, tym bardziej, że na razie nie ma komu.
Drugą Wojnę Światową zakończyły dwa wielostronne porozumienia: militarne w Jałcie i finansowe w Bretton Woods. Jałta dzieliła świat na polityczne strefy wpływów amerykańskich i rosyjskich zaś Bretton Woods ustanawiało światowy ład finansowy z uprzywilejowaną rolą USA. Z grubsza rzecz biorąc, banki centralne całego świata uznały za nadrzędny bank amerykański – FED, który dysponując zgromadzoną w USA większością światowego złota, wystawiał pokwitowania praw do tego złota, zwane właśnie dolarami. Każdy banknot dolarowy był równoważny 1/35 uncji, czyli 0,89 grama kruszcu. Takimi to banknotami banki centralne całego świata wypełniały swoje skarbce, traktując je jako lżejszy odpowiednik metalu. System ten załamał się na początku lat 70-tych, kiedy prezydent Nixon poinformował świat, że papier i złoto to jednak nie to samo.
Dolar pozostał mimo to centralną walutą świata, częściowo w wyniku instytucjonalnej oraz intelektualnej bezwładności, a częściowo dzięki narzuconemu alternatywnemu zabezpieczeniu na ropie, czyli zmonopolizowaniu rozliczeń naftowych przez tzw. petrodolara. FED był nadal centralnym bankiem centralnych banków, a dolar światową walutą rezerwową.
Ład jałtański stracił moc w roku 1989, choć nie jest pewne, czy się całkiem skończył, czy tylko uległ modyfikacji. Mniej więcej w tym samym czasie, rozpoczął się demontaż systemu petrodolara: powstało euro jako alternatywna waluta rezerwowa, a poszczególne kraje naftowe próbowały odchodzić od dolara, na którego wiarę trzeba je było nawracać z coraz większym wysiłkiem. W ciągu siedmiu lat ekspansji euro, dolar oddał jednak tylko kilka procent udziału w rezerwach bankowych, zmniejszając swój udział z 72% do 64%. Jest to na razie niewielka strata. W tym tempie, proces wypierania dolara przez euro musiałby trwać przeszło pół stulecia. To za długo. Tyle już dolar nie wytrzyma, przynajmniej – nie taki dolar.
Wszystkie pieniądze świata
System, który się właśnie zdestabilizował, wygląda co do istoty i w wielkim, ale chyba nie fałszującym uproszczeniu tak: kiedy rządowi USA brakuje pieniędzy, musi zaciągnąć dług. Stwarza wtedy obligacje skarbowe i (wprost lub okrężną drogą) wymienia je w amerykańskim banku centralnym, FED, na stwarzane tam dolary. Potem rząd pokrywa pozyskanymi od FED dolarami różne wydatki, a FED sprzedaje pozyskane od rządu obligacje na rynku, teoretycznie już za inne, ale faktycznie za takie same dolary, jakimi wcześniej płacił rządowi.
W warunkach równowagi FED pozyskuje dla siebie najwyżej tyle pieniędzy, ile ich wcześniej wytworzył dla rządu. Ilość pieniędzy banku centralnego jest więc powiązana z ilością obligacji skarbowych i przez nią limitowana. Gdyby rząd sam odkupił te swoje obligacje od banku centralnego, zniknąłby i dług publiczny, i pieniądz. Ale wtedy cała formuła za szybko redukowałaby się do skądinąd słusznej postaci: 0=0.
Dolary FED trafiają do banków komercyjnych, w których są rozmnażane, jako że banki wydają swoim kredytobiorcom wielokrotność posiadanych pieniędzy. Dolary banków komercyjnych powstają w momencie udzielenia kredytu, a ich zabezpieczeniem są przyszłe spłaty kredytobiorców, którzy tym samym, gdy zaciągają kredyt, stają się gwarantami bankowego pieniądza.
Kreacja pieniądza w bankach komercyjnych jest – z natury – ograniczona przez zadłużenie kredytobiorców, a prawnie – przez rezerwy obowiązkowe FED: banki muszą bowiem pewną część swoich pieniędzy deponować w pieniądzu FED. Część tę określa stopa rezerw FED, która – de facto – mówi, ile bank komercyjny musi mieć pieniędzy, aby pożyczyć 100 dolarów. Teoria finansów nazywa to rezerwą częściową. Zazwyczaj stopa rezerw wynosi mniej niż 10%, dlatego większość dolarów powstaje w amerykańskich bankach komercyjnych.
W podobnej sytuacji (do banków komercyjnych w USA) są banki centralne innych krajów. One także przechowują rezerwy dolarów, mniej więcej proporcjonalnie do wielkości tych rezerw emitując własne waluty, równolegle powiązane z długiem publicznym ich państw. Banki komercyjne tych krajów dalej rozmnażają swoje waluty – z takim mnożnikiem, ile razy stopa rezerw ich banku centralnego mieści się w stu, zazwyczaj jest to od kilku do kilkudziesięciu razy, a więc głównie tam, w bankach komercyjnych, powstają wszelkie waluty.
Patrząc od drugiej strony: nie będąca dolarem waluta powstaje w (nieamerykańskim) banku komercyjnym po prostu w taki sposób, że bank udziela kredytu. Proceder ten jest ograniczony przez stopę rezerw banku centralnego (dla danej waluty) oraz zasób pieniądza banku centralnego. Z kolei pieniądz banku centralnego powstaje, kiedy ten udziela pożyczki swojemu państwu, a pożyczka ta jest limitowana (głównie) przez zgromadzone w banku centralnym rezerwy dolara.
Podobnie kreują pieniądz, tym razem już dolara, banki komercyjne w Ameryce, stwarzając swoje dolary dla kredytobiorców w ilości ograniczonej przez stopę rezerw obowiązkowych oraz zasób dolara FED. A na samym szczycie tej piramidy FED produkuje swoje dolary w miarę, jak rząd USA produkuje obligacje, wyrażające dług publiczny USA. Każdy pieniądz powstaje jako czyjś dług – w ilości powiązanej z kolejnymi długami, ograniczonymi przez jeszcze inne długi, i tak dalej – aż do jądra tego wszystkiego, którym jest dług USA.
Pieniądz i równowaga
Teoretycznie, kreacja pieniądza jest pod wielopiętrowym nadzorem rządów oraz banków. Pieniądz powstaje jako obustronnie dobrowolny dług w tempie kontrolowanym i przez dłużników, i przez wierzycieli. Cały ten mechanizm reguluje kilka rodzajów liczb, dekretowanych przez rządy i banki, a główne parametry kontrolne wyznaczają rząd USA oraz FED, regulujące światowy zasób dolara. Wydawałoby się, że system jest pod tak ścisłą odgórną kontrolą, że bez jakichś kardynalnych błędów w sterowaniu powinien pozostawać w równowadze.
Jak zapewniają finansiści, system ma też wbudowany silny mechanizm kontroli oddolnej, stwarzany przez prawny wymóg, aby ilość udzielonych kredytów była równa ilości posiadanych przez banki depozytów. Miałoby to ograniczać rolę banków, które jakoby tylko pośredniczyły pomiędzy tymi, którzy mają nadwyżki pieniędzy (depozytariusze), a tymi, którym pieniędzy brakuje (kredytobiorcy).
Wydawałoby się to sprzeczne z postawioną wyżej tezą, że banki mogą pożyczać więcej pieniędzy, niż ich mają. Kiedy jednak spojrzeć na to zdroworozsądkowo, to zbilansowanie kredytów i depozytów można interpretować tak, że skoro praktycznie wszyscy trzymają swoje pieniądze na rachunkach bankowych i skoro praktycznie każdy pieniądz wyraża czyjś kredyt, to arytmetyczna równość sum kredytów i depozytów (w całym systemie) jest tylko potwierdzeniem definicji pieniądza. Byłaby to zatem tylko taka niezobowiązująca tautologia ku pocieszeniu mniej wnikliwych.
Pieniądz to nie tylko dług, ale jeszcze: dług oprocentowany. Odsetki od tego długu, też zresztą regulowane przez banki centralne, muszą być corocznie pokrywane z nadwyżek dochodów państwa (i kredytobiorców) nad kosztami, a jeżeli tych nadwyżek nie ma i odsetki nie są płacone, dopisuje się je do długu, który wtedy rośnie. Dalej, wraz z kapitałem, odsetki wchodzą do cen, stopniowo je powiększając i tworząc inflację.
Inflacja z kolei powoduje, że ciągle ta sama gospodarka, nawet przy niezmiennych produkcjach i obrotach, potrzebuje coraz więcej pieniędzy, czyli znowu długu. Stale go więc przybywa, a zapotrzebowanie na pieniądz zaczyna wyznaczać procent składany, który z natury rośnie wykładniczo. Tak też (przy deficytowych budżetach) musi rosnąć dług publiczny i prywatny, poprzez swoje oprocentowanie dalej powiększając ceny – i mamy coś, co w cybernetyce nazywa się dodatnim sprzężeniem zwrotnym: długi nakręcają się same i rosną, przewyższając wszelkie racjonalne wartości. Nazywanie tego wzrostem czy postępem jest trochę mylące.
Rosnące zapotrzebowanie na pieniądz obiegowy można alternatywnie zaspokajać bez zwiększania długu, po prostu przyśpieszając obieg pieniądza. Ten sam pieniądz może być bowiem użyty wielokrotnie. Pieniądz skarbcowy, na przykład złoto, zmienia właściciela rzadko, raz na ileś lat, pieniądz papierowy wchodzi do obiegu raz na ileś dni, ale pieniądz elektroniczny – ograniczany już tylko szybkością elektronów – może być użyty setki razy dziennie.
Ponieważ cyrkulację pieniądza w rzeczywistej gospodarce limituje prawdziwy ruch towarów i usług, a ten podlega ograniczeniom fizycznym, biologicznym i społecznym, szybki pieniądz jest wypychany tam, gdzie równie szybki może być obrót, to znaczy na giełdy oraz rynki finansowe, zasysając na nie większość inflacji i wbudowując ją we wzrosty indeksów, które tym samym mierzą, owszem, rozwój, ale nie gospodarki, lecz hiperinflacji.
Gdyby budżety państw, przedsiębiorstw i konsumentów były zrównoważone, to znaczy gdyby ich dochody przewyższały koszty przynajmniej o kwotę odsetek od koniecznego (dla wytworzenia pieniądza) długu, system pieniądza dłużnego mógłby być stabilny. Inaczej mówiąc, gdyby rządy i banki - albo chociaż gospodarki – stanowiły oazy powściągliwości oraz roztropności, wtedy działałyby systemowe mechanizmy stabilizacji. Jednak w sytuacji niedostatku cnót, system pieniądza dłużnego łatwo popada w nierównowagę, a wtedy wprowadza do finansów wykładniczy wzrost, który – gdy nabiera tempa – objawia się jako kryzys.
Alternatywnie, gdyby gdzieś za pieniądzem stało chociaż ziarno zboża, albo kropla wody przypisana do jednostki monetarnej, system zyskiwałby wewnętrzne mechanizmy stabilności, nie odwołujące się do cnót. Byłoby to może mniej optymistyczne, ale za to bezpieczniejsze i chyba uczciwsze.
Czyj pieniądz?
Pieniądz zawsze się zużywa, jeden szybciej, inny wolniej, ale każdy obiegowy pieniądz traci z czasem na wartości. Pieniądz kruszcowy ma coraz gorszą wagę lub próbę, pieniądz papierowy ma coraz mniejsze pokrycie w złocie, pieniądz rządowy jest co jakiś czas unieważniany, albo denominowany. Niezależnie od teorii, taka jest nieubłagana praktyka finansów: moc pieniądza jest nietrwała.
Dzisiaj świat traci wiarę w moc dolara. Na co jednak miałby swoją wiarę przenieść? Na euro, franka, funta, rubla, juana? A czym się one od dolara różnią? Chyba tylko tym, że gdzie indziej lokalizują ten sam problem. Praktycznie wszystkie światowe waluty mają taki sam mechanizm kreacji, przypisany do długu. Im więcej pieniądza domaga się gospodarka, tym więcej emitent musi wykreować długu. Kiedy waluta staje się światowa, światowej miary staje się zadłużenie – i kraju emitenta, i jego obywateli, a precyzyjniej mówiąc – klientów jego banków. Euro, frank, funt, rubel, juan – to byłyby tylko alternatywne nazwy kredytu, który i tak nie będzie spłacony.
Jeżeli waluta nie jest naturalna jak zboże, paliwo czy złoto, jeśli sama przez się ani nie zaspokaja ludzkich potrzeb, ani nawet nie jest pożądanym dobrem rzadkim, wiarę w moc i unikalność waluty trzeba ludziom narzucić. Służą temu policje i armie, strzegące w kraju i za jego granicami monopolu kreacji pieniądza. Pieniądz jest wtedy oparty po prostu na sile. Teoretycy finansów nazywają to fiat money, co niekoniecznie jest komplementem.
Im silniejszy politycznie jest emitent, tym bardziej śmieciowy może narzucić pieniądz. Dzisiaj może to być nawet jakaś postwaluta, od zawsze zdematerializowana, oparta wyłącznie na ewidencji kont, po prostu jedna z funkcji globalnej Sieci. W czym byłaby nominowana? Cóż, zero to zawsze zero: zero metrów, zero kilogramów, zero dolarów, zero euro. Można by od razu nazwać taką walutę: zero. Czego zero – to nieważne, ale czyje zero – to już zaczyna się liczyć, bo definiuje może nietrwałe, ale gigantyczne centrum zysku.
Global, kredyt, amer, dolar, mili, micro albo soft – jakkolwiek miałby się nazywać, globalny pieniądz będzie na razie amerykański. Póki Stany Zjednoczone mają większość atomowych głowic świata i póki są gotowe ich użyć, wystarczające zabezpieczenie amerykańskiej waluty może stanowić wzbogacony uran. Jak długo? Tu jednoznacznej odpowiedzi nie umiem udzielić, mogę tylko przytoczyć (i podtrzymać) swoją diagnozę z 2005 roku, zamieszczoną w książce „Planeta obiecana, studium globalizacji”, rozdział „Świat bez Lewiatana”:
„Wzór stabilności świata oparty na supremacji USA wydaje się realistyczny i wysoce prawdopodobny, przynajmniej w perspektywie pierwszego półwiecza. Później staje się jednym z możliwych i niespecjalnie wśród nich uprzywilejowanym scenariuszem. Hegemonia USA może jednak ustać znacznie wcześniej, nawet w najbliższym dziesięcioleciu.
Finanse USA są dramatycznie nierównowagowe (...).
Zawieszone renty i emerytury, kontrolowany popyt, reglamentacje, rekwizycje, kontrybucje i inne cechy gospodarki sterowanej, zwłaszcza wprowadzone w warunkach pokoju, mogłyby silnie nadszarpnąć wiarę Amerykanów w Amerykę i amerykański pomysł na urządzenie świata. Wojny daleko od granic nie pobudzą, ani nie wystraszą ludzi wystarczająco, aby uzasadnić wyrzeczenia. Potrzebne będzie zagrożenie bezpośrednie na terenie USA, jakiś silny konflikt wewnętrzny, poważny terroryzm, napaść nuklearna.
To jednak z jednej strony osłabiłoby USA, z drugiej – mogłoby szybko wyczerpać nagromadzone zasoby patriotyzmu.
Wewnętrzna słabość Ameryki, zwłaszcza zaś zwątpienie w sercach Amerykanów, podobne do tego, które niedawno dotknęło Rosjan, to klimat końca hegemonii. Strategiczny sojusz z USA przestanie być dla Rosji tak atrakcyjny jak dzisiaj. Rosja z jej potencjałem strategicznym stanie się chorą, lecz posażną panną na wydaniu, same zaś Stany będą musiały wielokrotnie ograniczyć koszty utrzymania swojego potencjału, a tym samym jego wielkość. Im później to nastąpi, tym mniej powinno być groźne, bo mniej pozostanie pretendentów do statusu globalnego mocarstwa. W połowie stulecia uzasadnione ambicje globalne będą już chyba miały oprócz Ameryki tylko Chiny i być może Indie, jeśli jakoś uwolnią się od klinczu z islamem. I może Europa, jeśli zdąży zyskać głowę.”
Jaki pieniądz?
Kruszec ściera się i traci wagę, zboże zjadają szkodniki, chleb wysycha, sól namaka, a tytoń wietrzeje. Żadne dobra materialne nie są wieczne. Pieniądz także nie. Jednak pieniądz naturalny, nominowany w jakichś dobrach lub wprost nimi będący, w odróżnieniu od pieniądza dłużnego, nie prowokuje nierównowagi. To wszystko. Tylko i aż tyle.
Ekonomiści „od zawsze” poszukiwali stabilnej miary wartości, niezależnej od dekretów, mód, albo koniunktur. Bywała nią ziemia, bywały woły, bywało zboże, bywało złoto, bywała dniówka, bywał mniej lub bardziej wydumany koszyk dóbr. Dzisiaj, samorzutnie i niepostrzeżenie, uniwersalną miarą wartości staje się po prostu energia, łatwa do przetłumaczenia na paliwo, prąd, głowice atomowe, ciepło, światło, ziemię, żywność – same najważniejsze rzeczy.
Całe materialne bogactwo ludzi to Ziemia, a praktycznie cała dostępna nam energia pochodzi od Słońca, które opromienia Ziemię nieprzerwanym strumieniem mocy o wielkości przeszło stu milionów gigawatów. Daje to ponad tysiąc watów na metr kwadratowy, średnio dwanaście kilowatogodzin na dobę. Dzienne potrzeby człowieka – w strefie umiarkowanej i przy przeciętnym poziomie aktywności oraz zamożności – są porównywalne z energią słoneczną dochodzącą do kilku metrów kwadratowych gruntu. Jedzenie to odpowiednik ćwierci metra, zużycie elektryczności – ponad pół metra, ogrzewanie – metra, transport – trochę powyżej metra.
Na żyjącą dziś osobę przypada (bez Antarktydy) przeszło dwa hektary powierzchni lądów. Rolnictwo angażuje z tego mniej niż ćwierć hektara na grunty orne oraz przeszło pół hektara na łąki i pastwiska. Roczna produkcja per capita to 340 kg zbóż, 50 kg ziemniaków, 29 kg manioku, 28 kg soi, 20 kg cukru, 38,7 kg mięsa, 80,5 kg mleka, 8,6 kg jaj, 15,7 kg ryb. I jeszcze pół metra sześciennego drewna, po pół tony węgla oraz ropy i trochę innych surowców. Tak naprawdę, niczym więcej nie możemy rozporządzać.
Ciało dorosłego człowieka zabiera ze strumienia światła słonecznego około metra kwadratowego. Tyle więc każdemu naturalnie przysługuje, dopóki żyje i póki go ktoś nie zamknie w ciemnicy. Gdyby tak nadać średniej dobowej energii słonecznej na metr kwadratowy nazwę sol, jej wielkość nawiązywałaby i do Słońca, i do Ziemi, i do doby życia człowieka, a nazwa zarówno do Słońca, jak do najlepszej waluty w historii, złotego solidusa, wprowadzonego jeszcze przez cesarza Konstantyna i dominującego w Europie przez przeszło tysiąc lat – aż do upadku Konstantynopola.
Sol wynosiłby jakieś dwanaście kilowatogodzin, około dziesięciu tysięcy kalorii, ponad czterdzieści megadżuli. Byłby równoważny (energetycznie) mniej więcej trzem kilogramom zboża, niecałym dwóm kilogramom węgla, przeszło litrowi benzyny i ponad miligramowi czystego uranu. Według dzisiejszych cen, odpowiadałby mniej więcej jednemu dolarowi i trzydziestu paru miligramom złota, ale byłby od obydwu znacznie lepszym pieniądzem.
Energia jako waluta nie podlegałaby inflacji ani fałszerstwom. Poza tym, wymuszałaby zachowania ekologiczne, gdyż nominowany w energii pieniądz niewiele się różni od opłaty za korzystanie ze środowiska. Dodatkowo, pozwalałaby na niesamowitą optymalizację spraw publicznych i finansowanie zadań państwa bez żadnych podatków czy opłat, a tylko w oparciu o konieczny i właściwie naturalny monopol energetyczny, odpowiadający dzisiejszemu przywilejowi druku pieniądza. Obciążenia fiskalne ludności zmalałyby kilkakrotnie... no, w każdym razie mogłyby zmaleć.
A co ze złotem? Czyżby jego blask miał całkiem zgasnąć? Raczej nie. Jest niezastąpione w elektronice, łatwo podzielne i trwałe. Poza tym, przyciąga wzrok, wabi kobiety, podnieca skąpców – nasz gatunek ma jakąś słabość do złota. Złoto jest jednak pieniądzem mało praktycznym. Jest zbyt wartościowe dla codziennych rozliczeń, a zbyt tanie dla przenoszenia dużych wartości. Cena dobrego domu - pół miliona dolarów - to wprawdzie tylko litr złota, lecz waży aż 20 kilo. Dość trudno byłoby to nosić. Przy wielkich transakcjach, lepszym pieniądzem są standaryzowane diamenty, akumulujące tysiące razy większe niż złoto wartości na jednostkę masy. To jednak waluty bogatych.
A co z najbogatszymi? Oni też mają swój metal: uran, z którego wyrabia się insygnia najwyższej władzy. Ma on bowiem tę fascynującą właściwość, że zgromadzony w odpowiedniej ilości, samorzutnie wybucha, wywołując imponujące zjawiska atmosferyczne i geologiczne, a przy tym gwałtownie zwiększając rangę tego osobnika, albo instytucji, która taki fajerwerk potrafi wywołać. Najmniejsza bomba potrzebuje jednak dziesiątek kilogramów uranu, a to odpowiada gigantycznym energiom i kosztom. Uranowe berło jest za drogie, żeby je marnować na fajerwerki. Na szczęście. Na razie.
Co zatem?
Najbardziej naturalnym i najrozsądniejszym pieniądzem byłaby po prostu energia. Na pierwszy rzut oka, może się ona wydawać mało poręczna: chodzenie po chleb z koszykiem węgla czy butelką ropy pewnie by się łatwo nie przyjęło, ale z ogniwami elektrycznymi już prędzej, a z kodami dostępu czy elektronicznymi kluczami do przyłączy energetycznych – to już naprawdę żaden problem.
Energia nie wymaga konwencji, indoktrynacji ani przymusu; przyjmą ją chętnie nie tylko ludzie, ale też w postaci światła – rośliny, w postaci pokarmu – zwierzęta, w postaci paliw – maszyny. I w końcu: jakość energii chroni fizyka, a ta nie uznaje perpetuum mobile, przez co jest z natury niepodatna na kuglarstwo finansistów i na demagogię polityków. To wiele.
Marek Chlebuś
Warszawa, 2008
Źródło: http://chlebus.eco.pl/ECOSOC/pieniadz.htm
- Autor: Krystyna Hanyga
- Odsłon: 3311
W pierwszych miesiącach roku, kiedy zbliżał się termin rozliczeń podatkowych i organizacje zainteresowane pieniędzmi z odpisu 1% rozwinęły wielką kampanię reklamową. Ożywiła się też dyskusja, czy wprowadzenie statusu organizacji pożytku publicznego i mechanizmu alokacji części podatku przyniosły oczekiwane skutki społeczne, czy nie ma w tym zbyt wielu nieprawidłowości.
Na dobrą sprawę, brakuje gruntownych badań tego sektora, oceny są formułowane na podstawie wskaźników ilościowych. W ub. roku przeprowadzone zostało pierwsze w Polsce badanie wpływu statusu OPP na działalność organizacji pozarządowych w Polsce (zlecenie Forum Darczyńców, reprezentatywna próba 400 OPP). Potwierdziło się, że status OPP jest traktowany instrumentalnie, daje korzyści materialne i także wizerunkowe, ale trzeba w to zainwestować. Prawie 2/3 badanych organizacji akceptuje wskazywanie konkretnej osoby, na którą przeznacza się 1%. Ludzie wolą personifikować cel, wpłaty są wtedy większe. Rzeczywiście, dzięki dopływowi pieniędzy, organizacje mogły zwiększyć zakres działania, przy czym dynamika przychodów była znacznie wyższa u tych, które wcześniej uzyskiwały wysokie wpływy. Duże i bogate są bogatsze, mniejsze tracą, co grozi im marginalizacją, mimo iż lokalnie mogą odgrywać istotną rolę. Zdaje się, że niekiedy pożytek publiczny ustępuje pod naciskiem mechanizmów rynkowych. Pora na zmiany?
Z prof. Jerzym Hausnerem, inicjatorem i współtwórcą ustawy o działalności pożytku publicznego i wolontariacie z 2003 roku, rozmawia Krystyna Hanyga.
- Panie Profesorze, czy jest Pan zadowolony z funkcjonowania tej ustawy? Czy praktyka nie odbiega od zamierzeń i celów?
- Argumentem wskazującym, że jest to dobra ustawa, było to, że została znowelizowana dopiero po kilkuletnim okresie funkcjonowania. Jest to rzecz rzadka jak na polskie ustawodawstwo, ponieważ ustawy są na ogół pospiesznie nowelizowane, co świadczy o ich niezbyt solidnym przygotowaniu. Ta była przemyślaną legislacją, dosyć długo i starannie przygotowywaną, a nowelizacja jest zawsze potrzebna, bo autorzy muszą swoje zamierzenia skonfrontować z praktyką.
Jako drugie kryterium oceny można przyjąć to, czy ustawa jako systemowe rozwiązanie prawne poprawiła warunki działania organizacji pozarządowych w Polsce. Jestem głęboko przekonany, że tak. Inna kwestia, że nie sprawdziły się wszystkie zapisy ustawy, dlatego była potrzebna taka uzupełniająca, po części korygująca nowelizacja. Nie było to jakieś zasadnicze odrzucenie jej idei czy nawet konstrukcji.
W ustawie było zawarte pewne rozwiązanie dotyczące współpracy organizacji pozarządowych z samorządem, z władzą publiczną. Ta współpraca nie nabrała oczekiwanego kształtu, ale, moim zdaniem, jest to proces dochodzenia do partnerstwa, proces operacjonalizacji, upraktycznienia konstytucyjnej zasady pomocniczości państwa. Niektóre samorządy rzeczywiście traktują organizacje pozarządowe jako partnera, inne poszły w nienajlepszym kierunku i przyjęły postawę instrumentalnego traktowania organizacji jako swoich klientów, a nie samodzielne podmioty. Niektóre pozorują współpracę, sprowadzając ją do dostarczania minimum informacji. Tak więc sytuacja w kraju jest bardzo różna, ale ten proces jednak dokonuje się.
Sumując, mogę powiedzieć, pomysł tej legislacji obronił się, co nie znaczy, że obroniły się wszystkie przepisy i rozwiązania. Nie wypowiadam się generalnie na temat funkcjonowania organizacji pozarządowych, bo to jest zupełnie inna sprawa.
- Ta ustawa miała przynieść aktywizację społeczną obywateli. Tymczasem mechanizm 1%, choć bardzo ważny dla organizacji pozarządowych, wyzwolił równocześnie inne mechanizmy i postawy, które na pewno nie były jej celem. Pojawiły się patologie, które psują wizerunek trzeciego sektora. To prawda, wzrasta liczba wpłat z odpisu 1% podatku dochodowego, ale nie w wyniku przemyślanych decyzji, a raczej pod wpływem marketingu, reklamy, odwoływania się do litości. Mocno dyskusyjny jest także sposób dysponowania tymi środkami.
- Możliwość odpisu 1% podatku od dochodów osobistych jest częścią większej konstrukcji, to nie jest samoistny mechanizm. Początkowo mało obywateli korzystało z tego rozwiązania, teraz ich liczba zwiększa się z roku na rok. Po drugie, organizacje pozarządowe mają coraz większe finansowanie. Nie jest ono wielkie, jednak dzięki temu mechanizmowi do organizacji pozarządowych dociera kilkaset milionów złotych. Natomiast nie podoba mi się w tym mechanizmie przede wszystkim indywidualizacja, sytuacja, w której to, co miało być działaniem obywatelskim, z przeznaczeniem dla kogoś anonimowego, na pewien cel społeczny, na organizację, stało się w jakiejś części darowizną dla konkretnej osoby.
- Organizacje pożytku publicznego w większości akceptują możliwość indywidualizacji, a nawet ją popierają. To przysparza pieniędzy.
- Powstały organizacje, które są fikcją, służą do transferu pieniędzy, są swego rodzaju kasą transferową. To łamanie idei ustawy i nie powinno być dopuszczone. Ten problem jest coraz poważniejszy, ale również nie podoba mi się, że obywatele często dysponują tym 1% w sposób mechaniczny, ich decyzje są przypadkowe, wynikają z jakichś podsuniętych informacji, są podporządkowane marketingowi. Np. jedna z organizacji rozprowadzała wzory oświadczenia podatkowego z wpisanym swoim numerem konta i zebrała najwięcej pieniędzy. To jest konsekwencja tego, że pewne rozwiązania i mechanizmy tej ustawy nie zostały właściwie zastosowane. Od razu też powiem, że moje wyobrażenia o liczbie organizacji pożytku publicznego całkowicie rozeszły się z tym, co jest. Myślałem, że będzie kilkaset takich organizacji, że będą to duże organizacje, z tradycją i pewnym dorobkiem. Okazało się, że jest ich kilka tysięcy.
- To miała być elita… Zbyt łatwo przyznaje się ten status, zaniżone zostały kryteria.
- Mam wrażenie, że polityka władz sądowych w tej sprawie szła po linii najmniejszego oporu. Każdy, kto przyniósł papiery, otrzymywał rejestrację, system sądowniczy potraktował to całkowicie formalnie, nie wgłębiając się w stronę merytoryczną. Przyznanie statusu organizacji pożytku publicznego okazało się po prostu rejestracją. W związku z tym powstało wiele organizacji, które nie są w stanie wypełnić wynikających ze statusu obowiązków, a powstały po to, żeby sięgnąć po ten 1%. Widać już nawet, że te, które nie odnoszą sukcesów w zdobywaniu pieniędzy, często rezygnują ze statusu OPP, bo daje on prawa, ale właśnie nakłada też obowiązki. Uważam, że ich egzekwowanie i sprawdzanie, czy dana organizacja jest w stanie wywiązać się z nich, nie do końca zostało dopełnione. To też jest punkt do weryfikacji.
- Budzi sprzeciw fakt,, że niektóre organizacje pożytku publicznego niemałe pieniądze, pozyskane z tego 1%, przeznaczają na wielkie kampanie reklamowe, billboardy, plakaty, ulotki, reklamy w mediach. Za niezdrową sytuację można również uznać powstanie całego biznesu do obsługi beneficjentów 1%, żerującego na hojnie obdarzanych.
- To znaczy, że pewna część organizacji istnieje właśnie ze względu na ten mechanizm 1% i że przeznaczają znaczną część swoich dochodów na pozyskiwanie tych pieniędzy. Służy to ich istnieniu a nie realizacji celów statutowych. To jest powód dla ustawodawcy, by wprowadzić ograniczenia limitowe, ile można przeznaczyć na marketing, i jednocześnie zażądać rzeczywistej sprawozdawczości. W ostatnim okresie skreślono z rejestru trochę organizacji pożytku publicznego, które nie dostarczyły w odpowiednim czasie swoich sprawozdań. Te sprawozdania powinny być zresztą rozpatrywane nie tylko w kategoriach czysto formalnych, ale także poddane pewnej weryfikacji, choćby nawet selektywnej, aby nie tworzyć do tego nowej armii urzędników.
Moim zdaniem, sektor organizacji pozarządowych nie wytworzył pewnych zasad wewnętrznych, opartych nie na ustawach, tylko swego rodzaju samorządności i samoregulacji. W ustawie jest zapisana Rada Działalności Pożytku Publicznego, która w 1/3 składa się z przedstawicieli tych organizacji. Można ich uznać za reprezentację środowiska i na tych osobach powinien ciążyć obowiązek rozpoczęcia wewnętrznej uczciwej debaty o negatywnych, patologicznych działaniach, które mogą podważać wiarygodność OPP. Oprócz korygowania legislacji i praktyki wynikającej z ustawy, bardzo potrzebny jest ten obszar krytycznej refleksji, samokontroli, samoregulacji mających charakter bardziej etyczny i społeczny niż formalny i urzędniczy.
Chciałem także zwrócić uwagę, że jedną z takich patologii jest to, że media, także komercyjne mają własne organizacje działalności pożytku publicznego i wykorzystują swoją przewagę marketingową i reklamową do autopromocji. Nie mam nic przeciwko tym fundacjom, ale jest tu nierówność szans, jeśli istnieje Fundacja Polsatu czy TVN, korzystające w istocie rzeczy z quasi reklamy społecznej.
- Trzeba zmienić system finansowania działalności pożytku publicznego?
- Organizacje pozarządowe w zbyt dużym stopniu bazują na środkach publicznych, a w związku z tym uzależniają się od władzy publicznej. Powinny mieć możliwość pozyskiwania środków własnych. Rozwiązaniem, które parę lat temu zaproponowałem, jest ustawa o przedsiębiorczości społecznej. Dawałaby ona także organizacjom pozarządowym dodatkowe możliwości prowadzenia działalności gospodarczej w celach społecznych, w formie przedsiębiorstwa społecznego, usamodzielniała je, upodmiotowiała. Niepokoi mnie również, że te organizacje w swoich działaniach są szalenie zorientowane na środki unijne, a przecież będzie ich z czasem mniej, a za jakiś czas może w ogóle nie będzie. Czy to oznacza, że zaniknie ta forma aktywności obywatelskiej? Organizacje nie profilują się, nie budują swego środowiska, misji, zdolności do działania, one po prostu krążą między różnymi źródłami środków publicznych, a to powoduje, że nie wypełniają swoich statutowych funkcji. Te wszystkie problemy sprawiają, że trzeci sektor nie rozwija się z taką dynamiką, jak chcielibyśmy, i w taki sposób, który służy budowie społeczeństwa obywatelskiego, kapitału społecznego i rozwojowi.
System finansowania publicznego musi być możliwie prosty, przejrzysty, sprawny. Pamiętajmy jednak, że rozwój organizacji pozarządowych nie może wyłącznie opierać się na finansowaniu publicznym, ale również w jakiejś części na odpłatności, indywidualnej dobroczynności, własnej aktywności, działalności gospodarczej. W Polsce właśnie te inne mechanizmy nie rozwijają się, co powoduje, że to skrzywienie i patologie stają się mocniejsze. Skorygujmy to! – to zadanie dla ustawodawcy, ale także dla sektora i jego reprezentacji. Więc sumując, zbiorowe doświadczenie w funkcjonowaniu tego systemu powinno nas skłaniać do dokonania teraz pogłębionej refleksji i istotnych korekt. I uchwalenia ustawy o przedsiębiorczości społecznej.
- W środowisku organizacji pożytku publicznego i ich otoczeniu trwa dyskusja na temat anomalii w funkcjonowaniu sektora, a stanowiska są bardzo różne. Jedni uważają, że należy wzmóc kontrolę, nadzór, inni – przeciwnie, że te nieprawidłowości są skutkiem nadmiernej regulacji, która utrudnia działalność. Są również opinie, że należy zlikwidować status OPP i wtedy problemów nie będzie. Na skuteczną kontrolę społeczną trudno liczyć, obywatele są nie tylko mało aktywni, ale też pojęcie pożytku publicznego czy dobra wspólnego to dla wielu kategorie dość abstrakcyjne.
- Przed ustawą o działalności pożytku publicznego w Polsce istniały przepisy pozwalające na samoorganizację. Istniała ustawa o fundacjach, prawo o stowarzyszeniach i bardzo długo część środowiska uważała, że nie są potrzebne żadne nowe rozwiązania. W moim przekonaniu, problem polegał na tym, że w Polsce świat władzy publicznej i świat społeczeństwa obywatelskiego, organizacji pozarządowych jako organizacji obywatelskich były od siebie całkowicie odwrócone. Działalność była finansowana głównie ze środków zagranicznych i szczególny opór w stosunku do wprowadzenia nowego ustawodawstwa wyrażały silne organizacje, zbudowane za środki zagraniczne, które chciały utrwalić swoją monopolistyczną pozycję. W związku z tym chodziło nie tyle o stworzenie nowego typu organizacji pozarządowych, co pewnego statusu, o który mogą się ubiegać istniejące i nowe organizacje. Statusu, który pozwalał wchodzić w bardziej zaawansowaną współpracę z władzą publiczną, szczególnie samorządami terytorialnymi.
Idea była taka: jeden porządek to jest porządek samoorganizacji, drugi to uregulowane według pewnych zasad współdziałania samorządnych, samodzielnych organizacji pozarządowych z władzą publiczną. Uważam, że elementem tego powinien być status OPP. Tu nie widzę żadnego powodu rewidowania konstrukcji jako takiej, natomiast bardziej istotne elementy do rewizji są związane z praktyką.
Dzisiaj problemem nie jest tylko to, jak zapewnić organizacjom bieżące finansowanie, roczne czy krótsze, ale w jaki sposób mogą one budować swój żelazny kapitał, który wyposażyłby je w zdolność do prowadzenia działalności, aby były uniezależnione od koniunkturalnego finansowania projektowego. Organizacje potrzebują też bazy lokalowej. Myślę, że w małych i średnich miejscowościach gmina będzie zmierzać do tego, żeby istniały swego rodzaju domy inicjatyw obywatelskich, aktywności obywatelskiej, gdzie różne organizacje pozarządowe będą miały miejsce dla siebie, będą razem gospodarzyły, gdzie będzie prowadzona działalność kulturalna, edukacyjna czy inna.
Uważam, że dzisiaj dla rozwijania tego ruchu brakuje wielu narzędzi, np. możliwości pozyskiwania pożyczek i poręczeń. System bankowy nie jest tym zainteresowany, stąd potrzebne jest rozwijanie firm pośrednictwa finansowego, nie będących instytucjami rynkowymi, adresowanych do organizacji pozarządowych, by w przypadku realizacji większych projektów mogły one pożyczać pieniądze na wkład własny.
Widzę masę luk w naszym systemie, które powinny być usuwane przy wykorzystaniu pieniędzy unijnych. Najgorszym użytkiem jest wyznaczanie po prostu puli na organizacje pozarządowe, które startują w konkursach i dostają te pieniądze. To nie rozwiązuje problemu, tworzy natomiast sytuację, w której będą one coraz bardziej podporządkowane logice finansowania unijnego, nie zakorzenią się, nie zbudują zaplecza, ale staną się profesjonalnymi mechanizmami do wyciągania publicznych pieniędzy, nie zawsze dla dobra społecznego.
- Panie profesorze, dlaczego naukowcy nie zajmują się pogłębionymi badaniami jakości działania organizacji pozarządowych? Jeśli są, to raczej badania wyrywkowe, ilościowe, ogólne diagnozy…
- Jest Klon/Jawor, pomyślany jako infrastrukturalna organizacja, jest relatywnie silny ruch osób, które zajmują się tym analitycznie. Badania nie są rozwinięte z wielu powodów. Np. nie ma porządnej statystyki publicznej i badania tego sektora są kosztowne, bo trzeba to robić trochę chałupniczo. Organizacje pozarządowe to jest także i segment aktywności zawodowej - rosnący zresztą na całym świecie – w tej chwili udział zatrudnienia w tym sektorze wynosi w Polsce ponad 1%. Potrzebne jest stworzenie ośrodków, które byłyby w stanie prowadzić kompetentne, profesjonalne badania w tym zakresie. Uczelnie muszą zacząć doceniać, że w ogóle istnieje trzeci sektor, muszą pojawić się naukowcy wyspecjalizowani w tej problematyce. Gdyby porównać, jak wygląda zaplecze badawcze tego sektora w Niemczech czy w innych krajach, to my jesteśmy jeszcze na poziomie szkoły podstawowej, ale odrabiamy zaległości. Tutaj potrzebne byłoby rozsądne ukierunkowanie środków publicznych, mniej na różnego rodzaju rozproszone i drobne projekty, bardziej na systematyzację wiedzy w tym zakresie i tworzenie centrów wiedzy o sektorze pozarządowym.
- Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1867
W odniesieniu do pracy zdalnej panuje spory chaos definicyjny. W analizach tej formy pracy niekiedy synonimicznie traktowane są tak pokrewne kategorie, jak home working, home office, telepraca, a nawet praca nakładcza, chałupnictwo, czy gig economy, czyli praca na żądanie, czego najbardziej popularnym przykładem są usługi świadczone przez Uber. Takie synonimiczne podejście nie jest jednak zasadne, albowiem każdą z wymienionych form pracy, mimo podobieństw, sporo jednak różni, w tym przede wszystkim status prawny, szczegółowo określający prawa i obowiązki pracowników oraz pracodawców.
Najbardziej ogólna definicja pracy zdalnej, to praca wykonywana w domu pracownika lub w innym miejscu, które nie jest zwykłym miejscem prowadzenia działalności przez organizację. W Polsce do czasu pandemii pojęcie pracy zdalnej nie istniało w systemie prawnym. Do dziś nie występuje w kodeksie pracy, choć zawiera on regulacje dotyczące np. telepracy, ale to wszak forma pracy nietożsama z ogólnym rozumieniem pracy zdalnej.
Pandemia COVID-19 i konieczność izolowania się ludzi w obronie przed wirusem spowodowała zarazem niemal eksplozję zainteresowania pracą zdalną i jej wdrażaniem w praktyce na różnych szczeblach instytucjonalnych. Dowodzą tego statystyki potwierdzające, że choć praca zdalna relatywnie rzadko występowała w przeszłości, to obecnie w wielu krajach stopniowo przechodzi do głównego nurtu, utrwalając swą pozycję w nowej rzeczywistości. Co prawda, dynamizm obecnych przemian i zmieniająca się siła wirusowych ataków sprawia, że statystyki te cechuje swego rodzaju syndrom ruchomych piasków. Statystyki te wciąż bowiem ewoluują, zmieniają się to w jednym, to w drugim kierunku.
Wzrost znaczenia pracy zdalnej, a zarazem zmienność sytuacji pod tym względem potwierdza m.in. przypadek USA, gdzie przed pandemią COVID-19 zaledwie około 5% Amerykanów pracowało w domu. Do maja zaś liczba ta wzrosła do 62%, a w październiku wynosiła 40%. Podobne trendy zauważalne są także w innych krajach wysoko rozwiniętych, w tym i w Polsce (Praca 2.0., 2021).
Dlatego też problematyka pracy zdalnej oraz związanych z nią następstw ekonomicznych, społecznych, ekologicznych i innych nabiera obecnie fundamentalnego znaczenia, nie tylko w skali krajowej, lecz także globalnej. Wiąże się z tym wysyp rozmaitych badań oraz ekspertyz na ten temat. Choć badania te wciąż nie dostarczają jednoznacznych ocen co do przyszłości tej formy pracy, to jednak umożliwiają identyfikację niektórych charakterystycznych problemów z nią związanych.
Skutki rozwoju technologii
Procesy intensyfikacji zainteresowania pracą zdalną zapoczątkowane zostały na długo przed pandemią, co miało podłoże przede wszystkim w dokonującej się rewolucji cyfrowej. To właśnie rewolucja cyfrowa tworzy warunki efektywnego wdrażania pracy zdalnej w praktyce, i to na szerszą skalę. Jednak zapowiedzi, że świat będzie ewaluował w kierunku takiej formy pracy pojawiały się już znacznie wcześniej, przed wieloma dekadami, zwłaszcza w literaturze futurystycznej, choć nie tylko. Chyba najbardziej wyraziście przedstawiał to już w latach 60. i 70. ubiegłego wieku guru futurologii, amerykański futurolog i rzecznik myśli społecznej, Alvin Toffler w słynnej Trzeciej fali oraz Szoku przyszłości (Toffler 1986; Toffler 1998), gdzie prognozował trendy związane z nieistniejącym jeszcze wówczas Internetem, w tym koncepcję elastycznego i ruchomego biura i możliwości wykonywania pracy poza siedzibą firmy (Toffler 1986; Toffler 1998).
Rozwój pracy zdalnej to jeden z wielu przejawów procesów cyfryzacji gospodarki i życia społecznego. Procesy te intensyfikują się w wyniku tzw. czwartej rewolucji przemysłowej, która obecnie ogarnia świat, burząc, niemal wywracając do góry nogami, wiele funkcjonujących w nim systemów, konstrukcji, zwyczajów, narzędzi kształtujących modele biznesu, relacji zawodowych, rodzinnych i in. Sprostanie wymogom tej rewolucji to obecnie kwestia być albo nie być, istnieć lub zginąć, istnieć lub wegetować w złożonym otoczeniu społeczno-gospodarczym.
Czwarta rewolucja przemysłowa (Przemysł 4.0, Gospodarka 4.0) wyraża się w rozwoju sztucznej inteligencji, stanowiącej połączenie potencjału fizycznego, cyfrowego i biologicznego. Sztuczna inteligencja jest jej symbolem, natomiast symbole trzech poprzednich rewolucji to kolejno: maszyna parowa (XVIII w.), elektryczność i żarówka (XIX/XX w.) oraz komputer (połowa XX w.). O ile pierwsza rewolucja unicestwiła system manufakturowy na rzecz fabrycznego, druga spowodowała przejście od wieku pary do wieku elektryczności, trzecia skomputeryzowała świat, to czwarta zmienia niemal wszystko i niemal wszędzie (Schwab, 2016).
Wskutek czwartej rewolucji przemysłowej i cyfryzacji, dynamika przemian jest tak wielka, że zmiany prognozowane kilka dekad temu przez Tofflera w jego Trzeciej fali to już historia, czy niemal zamierzchła przeszłość, a współczesność to nowe „fale” kształtowane przez postęp robotyzacji i sztuczną inteligencję.
Bardzo obrazowo przedstawia to obecnie inny futurolog amerykański, Kevin Kelly, który w książce pod znamiennym tytułem Nieuniknione. Jak inteligentne technologie zmienią naszą przyszłość prognozuje, że większość technologii, które za 30 lat zdominują funkcjonowanie gospodarki i społeczeństwa, nie została jeszcze wynaleziona, a 70% dzisiejszych zawodów zostanie zastąpionych przez robotyzację. Kelly podkreśla, że w wyniku niebywałego dynamizmu przemian żyjemy w czasach „stawania się" i wszyscy stajemy się nowicjuszami.
Przechodzenie do pracy zdalnej powinno być traktowane jako ważne ćwiczenie w przygotowywaniu się do kolejnych, wielce złożonych wyzwań czwartej rewolucji cyfrowej. To zarazem swego rodzaju sprawdzian stopnia tego przygotowania oraz sprawności zarządzania na różnych szczeblach życia społeczno-gospodarczego.
Zdaniem pracowników i pracodawców
Mimo mnogości rozmaitych badań na temat pracy zdalnej, obraz tej formy pracy wciąż nie jest dostatecznie wyrazisty. Jedne z pierwszych w Polsce badań, przeprowadzone na przełomie kwietnia i maja 2020 r. przez Future Business Institute (FBI), przedstawione zostały w raporcie Praca zdalna - rewolucja, która się przyjęła. Z badań tych wynika, że prawie wszyscy respondenci (83%) zadeklarowali, że w ich firmie istnieje możliwość pracy zdalnej i to na wszystkich stanowiskach (Praca zdalna - rewolucja, 2020).
Wg tych badań, przed wybuchem epidemii 30% ankietowanych w ogóle nie pracowało zdalnie, 46% pracowało sporadycznie i przypadkowo. Wg stanu z przełomu maja i kwietnia 2020 r. 73% badanych pracowało zdalnie w sposób ciągły. Dane te mogłyby świadczyć, że praca zdalna dobrze się przyjęła, choć obraz ten zaburza fakt, że wg tych badań tylko 21% respondentów uznało wprowadzenie stałej pracy zdalnej za korzystne z perspektywy przedsiębiorstwa i swojej własnej.
Zważywszy na nieuchronność przemian, jakie przynosi czwarta rewolucja przemysłowa, można jednak zakładać, że praca zdalna na trwałe zagości w większości organizacji, choć w zależności od specyfiki ich działalności, z różnym natężeniem. Praca zdalna nie jest wszak możliwa ani zawsze, ani wszędzie. Są takie rodzaje pracy, które prawdopodobnie nigdy nie będą mogły być realizowane zdalnie, choć rozwój sztucznej inteligencji wciąż te obszary niemożności zawęża.
Jednym z licznych tego przykładów jest, jeszcze do niedawna wręcz niewyobrażalne, wykorzystywanie sztucznej inteligencji w medycynie w formie zdalnej kontroli przez lekarzy stanu zdrowia pacjentów. Choć obecnie wciąż trudno wyobrażalna jest praca zdalna nauczycieli przedszkolnych, to nie można wykluczyć, że w przyszłości i tu może zagościć ta forma pracy, zwłaszcza zważywszy na dynamiczny rozwój edukacji zdalnej, co zresztą ma swoje dobre i złe strony, w tym nierzadko (choć nie zawsze) gorsze rezultaty takiej formy edukacji.
Z przeprowadzonych jesienią 2020 r. przez McKinsey Global Institute dość szeroko zakrojonych badań obejmujących dziewięć krajów, 800 miejsc pracy i 2000 zadań (What’s next 2020; Ferreira 2020) wynika, że 99% ankietowanych wskazuje na przynajmniej jedną korzyść wynikającą z pracy zdalnej. Pracodawcy wskazują przede wszystkim na możliwości obniżki kosztów, w tym kosztów użytkowania powierzchni biurowych i innych, większe możliwości pozyskiwania w przestrzeni globalnej pracowników o pożądanych kwalifikacjach, co zarazem może wpływać na obniżenie kosztów zatrudnienia i zwiększanie konkurencji na rynku pracy, przy równoczesnym zwiększaniu spektrum wyboru przez pracowników miejsc pracy. Pracodawcy i pracownicy wskazują przy tym na rosnące w wyniku pracy zdalnej możliwości przeciwdziałania niepożądanym odejściom z pracy osób, którym trudno godzić obowiązki zawodowe z obowiązkami domowymi, w tym z opieką nad dziećmi i innymi członkami rodziny.
Ze wszystkich niemal badań wynika, że niemal wszystkie badane osoby w pełni zgodnie wskazują na oszczędności czasu przygotowań i dotarcia do miejsca pracy, większe możliwości dostosowywania czasu wykonywania pracy do własnych preferencji, co może sprzyjać wyższej produktywności pracy. Podkreślane są przy tym też ekologiczne korzyści wynikające z rozwoju pracy zdalnej.
Zarazem jednak dostrzegane są rozmaite wady pracy zdalnej. Powszechnie wskazywane jest tu związane z tą forma pracy marginalizowanie relacji społecznych, poczucie izolacji i osamotnienia, a jednocześnie trudności oddzielenia życia prywatnego od służbowego i poczucie „bycia ciągle w pracy”. Pracodawcy eksponują zaś przede wszystkim problemy związane z ryzykiem niedostatecznego bezpieczeństwa danych służbowych, trudności kontroli sposobu wykonywania pracy i in.
O korzystnych perspektywach rozwoju pracy zdalnej przekonują też wyniki badań przedstawionych m.in. przez specjalizującą się w rozpoznawaniu trendów na rynku pracy, jedną z największych tego typu platform internetowych, Glassdoor. Wyniki te przedstawiane są m.in. przez szefa tej platformy, Andrew Chamberlaina. Badania te wykazują, że choć po pandemii można oczekiwać powrotu pracowników do biur i innych miejsc pracy, ale ta praca już nie będzie taka sama. Wzmacniają się bowiem tendencje do uelastyczniania form pracy, stosownie do oczekiwań pracowników. Wyraźnie rośnie zainteresowanie pracą zdalną. Zarazem zmieniają się oczekiwania płacowe. W sytuacji rosnących możliwości pracy zdalnej zmieniają się też preferencje mieszkaniowe pracowników, którzy dzięki pracy zdalnej będą mogli mieć większe możliwości wyboru miejsca zamieszkania i jego zmiany na tańsze miejscowości. Może to zarazem wpływać na zmniejszanie gęstości zaludnienia w miastach i zatrzymanie w nich trendu rosnących cen mieszkań i czynszów. Technologie cyfrowe, komunikacyjne sprawiają bowiem, że czynnik lokalizacji staje się coraz mniej istotny dla życia zawodowego.
Ze wszystkich badań niemal jednoznacznie wynika, że trwałą zmianą będzie spędzanie przez pracowników więcej czasu w domach i mniej dojazdów do pracy.
Z ostrożnych prognoz wynika, że ze względu na takie oceny pracy zdalnej można oczekiwać, że jej zakres po pandemii wzrośnie około czterokrotnie w porównaniu ze stanem przed pandemią.
Badania pracy zdalnej nie dają jednak jednoznacznego obrazu jej wpływu na produktywność pracowników. Opinie na ten temat w znacznym stopniu są sprzeczne. Podkreślane jest m.in., że gdyby praca zdalna była bardziej produktywna aniżeli stacjonarna, to jej zakres już przed pandemią byłby znacznie większy. Skoro tak nie było, to może oznaczać, że pracodawcy nie są przekonani co do wyższej produktywności pracy zdalnej i wątpią w wyższą produktywność pracowników „ubranych w piżamy”.
Jednak bardziej szczegółowe, pogłębione badania zdają się przemawiać za tezą o wyższej produktywności takiej formy pracy. Wynika to m.in. z badań prowadzonych przez zespół Harvard University (Harrington, 2020). M.in. wykazano w nich, że praca zdalna przeważnie bardziej przyciąga osoby, które były średnio mniej produktywne niż te, które wybierały pracę stacjonarną.
Wynaturzenia pracy zdalnej
Na wynaturzenia pracy zdalnej zwraca uwagę m.in. znany badacz zarządzania pracą i ewolucją jej form, Nicholas Bloom, profesor na Stanford University. Naukowiec ten przestrzega, że praca zdalna, obok wskazywanych wyżej zalet, ma jednak także rozmaite ciemne strony. Na podstawie wieloletnich badań Bloom wykazuje, że ograniczanie bezpośrednich kontaktów zawodowych na rzecz pracy zdalnej nie zawsze wpływa korzystnie na produktywność, a przy tym nieuchronnie prowadzi do spadku innowacyjności i kreatywności, która zdecydowanie wymaga kontaktów face to face.
Najbardziej groźne są przy tym negatywne zdrowotne następstwa pracy zdalnej, w tym zwłaszcza skutki dla zdrowia psychicznego, czego pełne konsekwencje są trudne do przewidzenia i pomiaru. Jest to istotne tym bardziej, że w praktyce pandemia i technologie cyfrowe pogłębiają nierówności społeczne, nie tylko dochodowe, lecz także edukacyjne. Jest to m.in. pochodną nierówności w dostępie do nowoczesnych technologii cyfrowych i wiedzy na ten temat, Bloom mówi tu wręcz o tykającej bombie zegarowej (Stanford professor 2020; Bloom,2015).
Optymalne wykorzystanie technologii cyfrowych, w tym pracy zdalnej, staje się zatem niełatwym wyzwaniem. Niewłaściwe proporcje między pracą zdalną a stacjonarną mogą bowiem zwiększać ryzyko rozmaitych nieprawidłowości, czy wręcz wynaturzeń. Można je zaobserwować już dziś.
Istotne jest zatem takie zorganizowanie proporcji między pracą stacjonarną i zdalną oraz stworzenie takich warunków, aby ani zewnętrzni interesariusze, ani sami pracownicy w kontaktach wewnętrznych i zewnętrznych nie odczuwali wykonawczego dyskomfortu. Spełnienie tego warunku ma miejsce wówczas, gdy ani interesariusze, ani pracownicy nie odczuwają żadnych negatywnych następstw pracy zdalnej. Niestety, w praktyce nierzadko tak nie jest.
O tym, że znalezienie optymalnych proporcji między pracą zdalną i stacjonarną ma fundamentalne znaczenie zarówno dla pracowników, jak i pracodawców przekonują m.in. ich powszechne niemal deklaracje, że nie chcą już pracować tylko stacjonarnie, ale też nie chcą pracować wyłącznie w trybie zdalnym. Dlatego tak ważne jest dopracowanie się w tym względzie złotego środka. W tym złotego środka między cyfrowymi i tradycyjnymi sposobami komunikacji społecznej, zarówno wewnątrz firmy, jak i z jej zewnętrznymi interesariuszami.
Ustalenie efektywnych proporcji między pracą zdalną i stacjonarną wymaga holistycznego, pełnego rachunku ekonomicznego, z uwzględnieniem kosztowi i efektów zewnętrznych (exterbalities). Niewłaściwe proporcje i stacjonarną i nadmierne marginalizowanie komunikacji offline, mogą bowiem prowadzić do kosztownych ekonomicznie i społecznie rozmaitych wynaturzeń, co może niweczyć dobrodziejstwo nowoczesnych technologii i same pracy zdalnej.
Jednym z bardziej niebezpiecznych tego przejawów jest niszcząca człowieczeństwo dehumanizacja pracy. Przestrzegał przed tym już w 1946 r. Albert Einstein w liście do intelektualisty Ottona Juliusburgera: „Jestem przekonany, że przerażający upadek moralności, jakiego jesteśmy świadkami w dzisiejszych czasach jest rezultatem mechanizacji i dehumanizacji naszego życia – zgubnych produktów ubocznych mentalności naukowo-technicznej. Nostra Culpa!” (Calaprice, 2014) . Ta wielka przestroga nabiera dziś swoistej aktualności. Ważne jest bowiem, by owa Nostra Culpa (nasza wina) nie urzeczywistniała się. Jest to istotne tym bardziej, że już obecnie nie brakuje przejawów dehumanizacji. Jednym z bardziej ponurych tego następstw jest narastający - i to w skali globalnej - problem samotności człowieka.
Wirus samotności
Badania pracy zdalnej jednoznacznie wskazują, że osoby pracujące w takim trybie, wśród najbardziej dokuczliwych jego mankamentów wymieniają marginalizację czy brak relacji społecznych. Praca w trybie online i brak bezpośrednich offlinowych kontaktów ze współpracownikami pogłębia gwałtownie rozszerzający się w wielu krajach syndrom samotności.
O tym, że jest to problem, który prowadzić może do rozmaitych negatywnych zjawisk społecznych i ekonomicznych, przekonują szczegółowe analizy przedstawione w książce brytyjskiej ekonomistki Noreeny Hertz pod symptomatycznym tytułem The Lonely Century: Coming Together in a World that's Pulling Apart. Jest to wnikliwa analiza ekonomicznych, społecznych (w tym zdrowotnych, zwłaszcza psychicznych) i politycznych następstw nasilającego się we współczesnym świecie syndromu samotności. Technologie cyfrowe i cyfrowa komunikacja między ludźmi, w tym praca zdalna, to czynniki potęgujące skalę negatywnych skutków zjawiska samotności.
Hertz na podstawie rozległych badań i statystyk dowodzi, że jeszcze zanim globalna pandemia wprowadziła do życia pojęcia takie jak lockdown, czy dostęp przestrzenny/fizyczny (nieprawidłowo w polskiej publicystyce określany jako „społeczny”), samotność była na najlepszej drodze, aby stać się słowem definiującym stan ludzkości w XXI wieku. Związane jest to z dokonującym się we współczesnym świecie procesem rozpadu „tkanki wspólnoty”, co zagraża relacjom społecznym i życiu osobistemu.
Choć nowoczesne technologie wielce ułatwiają życie w izolacji, o czym świat przekonuje się zwłaszcza w warunkach pandemii, to zarazem zmieniają relacje społeczne na niekorzyść bezpośrednich kontaktów między ludźmi. Hertz podkreśla jednak, że technologie cyfrowe nie są tu jedynym winowajcą. Wskazuje na inne, nie mniej ważne czynniki, takie jak demontaż instytucji obywatelskich, radykalna reorganizacja miejsc pracy, w tym rozrost pracy zdalnej, masowe migracje do miast i pustoszenie, marginalizacja małych miejscowości.
Hertz jako winowajcę wskazuje zarazem neoliberalizm, dziesięciolecia dominacji w większości krajów rozwiniętych neoliberalnej doktryny, której cechą jest priorytet dla interesów indywidualnych, ponad dobro wspólne. Ekonomistka ta wiąże to poglądami brytyjskiej premier Margaret Thatcher oraz jej polityką z lat 80. XX w., opartą na założeniu, że „nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo, zaś ekonomia i gospodarka to jedynie środki do zmiany serca i duszy ludzi z ‘kolektywizmu’ na to, co osobiste”.
Na podstawie imponującego zestawu interdyscyplinarnych, naukowo-badawczych źródeł, Hertz charakteryzuje rozliczne synergicznie ze sobą sprzężone negatywne ekonomiczne, społeczne, i polityczne następstwa samotności. Charakteryzuje skutki dla zdrowia człowieka, co przekłada się na następstwa ekonomiczne, w tym koszty ponoszone przez poszczególne osoby, ale i przedsiębiorców, a także państwo, którego domeną jest zdrowie publiczne.
Badania potwierdzają, że samotność jest zatrważająco szkodliwa dla zdrowia. Wywołuje kumulujące się reakcje stresowe, osłabiając układ odpornościowy, co zwiększa ryzyko chorób serca, udaru i demencji oraz powodując prawie 30% większe prawdopodobieństwo przedwczesnej śmierci. Obfitość podawanych przez Hertz dowodów nie pozostawia miejsca na wątpliwości. Nieprzypadkowo też była premier Wielkiej Brytanii Teresa May mianowała pierwszego na świecie ministra samotności - ogłaszając „ukrytą epidemię” dotykającą 9 milionów Brytyjczyków jako „jedno z największych wyzwań dla zdrowia publicznego naszych czasów”. W poruszającym wywiadzie dla „Der Spiegel” Hertz stwierdza wręcz, że samotność jest bardziej szkodliwa dla zdrowia niż wypalanie 15 papierosów dziennie.
Hertz wykazuje zarazem, że charakterystyczne dla neoliberalizmu fetyszyzowanie zysku i pogoń za nim - bez względu na koszty społeczne i ekologiczne - prowadzi do wynaturzeń w sferze przestrzennego zagospodarowania. Wyraża się to m.in. w pogarszającym jakość życia ludzi rozroście megamiast, kosztem społecznej i ekonomicznej marginalizacji mniejszych miejscowości i całych regionów. Hertz podkreśla, że im większe miasto, tym szybciej poruszają się ludzie, nie zważając jeden na drugiego, a im gęstsze zaludnienie, tym mniej przyjazne relacje między ludźmi i większa ich samotność.
Charakteryzując rozmaite formy samotności, Hertz analizuje i ich technologiczne podłoże. Można być np. osobą, która zamawia przez Internet prawie wszystko, czego potrzebuje do życia i przez to interakcje międzyludzkie są wysoce ograniczane. Hertz wskazuje na niebywałe metody radzenia sobie ludzi z samotnością, m.in. zamieszkanie z robotem lub popełnianie przestępstw na tyle poważnych, by trafić do więzienia (co stało się fenomenem wśród japońskich seniorów). Przekonująco argumentuje, że charakterystyczne dla współczesnego świata głębokie zatomizowanie sprawia, że brakuje wielu zwykłych ludzkich powiązań, które w przeszłości były codziennością (Ökonomin 2020).
Wiele miejsca w książce Hertz zajmuje kwestia pracy zdalnej i nadmiernego eksploatowania komunikacji cyfrowej, traktowane jako fundamentalne czynniki nasilania się samotności. Osłabia to możliwości i umiejętności bezpośrednich relacji międzyludzkich oraz gotowość na nie. Hertz zauważa. że gdyby mantry „wspólnoty”, narzucane przez firmy z sektora mediów społecznościowych były prawdziwe, świat byłby jedną wielką, szczęśliwą rodziną. Tak jednak nie jest, choć w sytuacji, gdy miliardy ludzi połączonych jest ze światem cyfrowym na niezliczone sposoby, tytułowy „Wiek samotności” brzmi niemal jak oksymoron czy absurd, ale jest rzeczywistością.
Zarazem jednak technologie cyfrowe i praca zdalna ujawniają skalę działań i prac bez sensu.
Wykrywacz pracy bez sensu
Choć badania na temat pracy zdalnej wciąż mają charakter in statu nascendi, to jednak umożliwiają identyfikację wielu specyficznych, związanych z tą formą pracy zjawisk. Jednym z nich jest powszechne wykonywanie w czasie formalnie przeznaczonym na pracę szeregu innych niezwiązanych z nią zajęć. Przyznaje to zdecydowana większość ankietowanych osób pracujących zdalnie.
Jeśli zaś praca zdalna w mniejszym stopniu angażuje czas pracownika aniżeli praca stacjonarna, to może to świadczyć o występowaniu w tej ostatniej zajęć zbędnych, bezużytecznych, mających cechy syndromu pracy bez sensu.
Autor pojęcia „praca bez sensu”, amerykański antropolog David Graeber, w głośnej książce Bullshit Jobs: A Theory identyfikuje ogromne pokłady takiej pracy, wskazując na destrukcyjne tego następstwa społeczne i ekonomiczne. „Czy może być coś bardziej demoralizującego nad konieczność wstawania przez pięć dni w tygodniu przez całe dorosłe życie, żeby wykonywać zadanie, o którym w skrytości ducha sądzi się, że wcale nie musi być wykonywane, że jest tylko marnotrawieniem czasu lub środków, albo wręcz czyni świat gorszym?” Wg Graebera każdy zna ten rodzaj osób, których czas wypełniony jest zasiadaniem w komisjach, obradujących nad rozwiązaniem problemu zbędnych komisji” Sarkazm tego autora ma jednak podstawy i uzasadnienie w tym, że niemal każdy pracujący tego doświadcza i niemal gołym okiem widać, że rozmiary tego typu zajęć wciąż rosną, czego źródeł Graeber upatruje przede wszystkim w systemie społeczno-gospodarczym zdominowanym przez doktrynę neoliberalną.
Graeber definiuje pracę bez sensu jako „formę zatrudnienia, której kompletna bezcelowość, zbędność bądź szkodliwość są tak rażące, że nawet zatrudniony nie jest w stanie uzasadnić jej istnienia”.
Praca zdalna może uzmysławiać skalę pracy zbędnej. Ujawnia bowiem, które grupy pracowników w czasie pracy zdalnej są w tak małym stopniu obciążone zadaniami do wykonania, że w firmie niemal zapomina się, że takie stanowiska istnieją. Wg Graebera, niektóre prace są na tyle bezcelowe, że „nikt nie zauważa, kiedy osoby mające je wykonywać znikają”. „Gdybyśmy obudzili się pewnego ranka i odkryli, że nie tylko pielęgniarki, śmieciarzy i mechaników, a do tego jeszcze kierowców autobusów, sklepikarzy, strażaków, albo kucharzy w barach szybkiej obsługi wymiotło do innego wymiaru, rezultaty byłyby katastrofalne (...). Tego samego nie można powiedzieć o menedżerach funduszy hedgingowych, konsultantach politycznych, guru od marketingu, lobbystach”.
W dodatku Graeber wskazuje na odwrotnie proporcjonalne zależności między wartością społeczną pracy a wysokością wynagrodzeń. Zwraca na to też uwagę Mariana Mazzucato w książce pod prowokującym tytułem The Value of Everything: Making and Taking in the Global Economy. Ta włosko-brytyjska ekonomistka wskazuje, że współczesne gospodarki nagradzają działania, które raczej wysysają, ekstraktują wartość, aniżeli ją tworzą. Różnice między tworzeniem wartości a jej ekstrakcją Mazzucato wyjaśnia na podstawie m.in. analizy dysproporcji wynagrodzeń i dochodów między poszczególnymi grupami zatrudnionych, np. przepaści między wysoko wynagradzanymi bankowcami a nauczycielami, sytuującymi się na przeciwnym biegunie płac.
Elżbieta Mączyńska
Powyższy tekst jest skrótem artykułu prof. Elżbiety Mączyńskiej przygotowanego dla „Polityki Społecznej” - https://polityka-spoleczna.ipiss.com.pl/resources/html/cms/MAINPAGE
Zagadnienie pracy zdalnej będzie tematem przygotowywanej w tym roku przez Autorkę interdyscyplinarnej konferencji naukowej w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym, o terminie której poinformujemy w SN.
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od redakcji SN.