Humanistyka el
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2218
Linearność i cykliczność (2)
Człowiek powinien skupić swoje wysiłki na wypełnianiu roli społecznej jaka mu przypadła, na rozwoju moralnym i działaniu ku pożytkowi innych.
Konfucjusz
Współczesne pojmowanie linearności czasu i rozwoju cywilizacyjnego (a co za tym idzie – takie samo spojrzenie na ludzki, indywidualny los) na Zachodzie wiąże się przede wszystkim z epoką Oświecenia. Wtedy to za naczelną zasadę naszego gatunku uznano rozwój i postęp przynależny człowiekowi. Oczywiście, miało to dotyczyć wyłącznie rasy białej, kulturalnego obywatela Zachodu.
Misyjność Zachodu oraz duch zdobyczy – licząc od I Wyprawy Krzyżowej z ostatniej dekady XI wieku – mimo odcięcia się od tradycji religijnej Średniowiecza (judeochrześcijańskiej) przez Renesans i Oświecenie (zwłaszcza francuskie), właśnie w epoce kolonialnej święciła swe największe triumfy.
To koncepcja chrześcijańskiej misji, ale w innym wymiarze. Gra tu rolę zarówno echo religijnej misyjności (choć bez chrześcijańskiej retoryki), jak i wywodzący się z przedchrześcijańskich źródeł duch plemion germańskich (agresja i podbój).
Misyjność religijną zastąpiono misyjnością cywilizacyjną (choć kościoły chrześcijańskie doskonale wpisały się w ów trend). Misyjność białego człowieka, mimo wielowiekowego wdrukowywania nauk Jezusa w umysły Europejczyków, utrwaliła malowniczy mit barbarzyństwa plemiennego, kwitnący pełnym blaskiem u szczytu epoki kolonialnej. „Czyńcie Ziemię sobie poddaną” rzekł Pan do swego wybranego ludu.
To zupełnie inna misyjność niż buddyjska czy hinduistyczna, która zawsze pozostawała podróżą „do wnętrza” jednostki, kładąc nacisk na ascezę, kontemplację, wycofanie. Ruch mniszy ze Wschodu nie wydał z siebie takiego tworu jak rycerz-mnich z mieczem nawracający pogan na „jedyną, prawdziwą” wiarę, pozostając symbolem owego myślenia w kategoriach podboju przy użyciu siły.
Świat zachodnich idei i wartości miał pęcznieć, rozszerzać się na zewnątrz. Nie przewidywano powrotu do źródła, skurczenia się. Owym pęcznieniem cywilizacji Zachodu są dzieje i rozwój, a także dążenie do hegemoni Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej (w mniejszym stopniu – Australii, Nowej Zelandii czy Kanady).
Prawda według tradycji judeochrześcijańskiej głoszona przez duchowieństwo – zwłaszcza po sakralizacji władzy papiestwa i ustanowienia jej jako nadrzędnej nad władzą doczesną – uchodzi za jedyną, absolutną i niepodważalną.
W azjatyckich systemach religijno-filozoficznych stanowiących podstawę porządku społecznego jest odwrotnie. Doktryna religijna – każda – jest sama w sobie ortodoksyjną, ale nie jest jednocześnie obligatoryjną. Jest to właśnie ten specyficzny dla hinduizmu czy konfucjanizmu nurt tolerancyjny, gdyż religia została sprowadzona z jednej strony do rytuałów, a z drugiej – do uwolnienia porządku publicznego, spokoju społecznego, uwolnienia polityki od emocji związanych z rytuałami i religijnymi dogmatami.
Monizm świata chrześcijańskiego - gdyż Bóg, nasz Pan, jest jedyną prawdą, bytem idealnym i wszechogarniającym , jak mówi Pismo Święte - jest diametralnie różnym projektem. I daje diametralnie różne wyniki.
Oświecenie w butach diabła
Liberalna demokracja w stylu zachodnim to efekt historii i procesów społecznych w tej części świata: przecież pokój utrzymuje się w demokracjach nie tyle dzięki władzy, co wskutek równowagi sił w społeczeństwie. Ustrój w państwie jest taki lub inny i ma to sens o tyle, o ile zapewniony zostaje pokój wewnętrzny oraz ład społeczny.
W ostatnich 3-4 dekadach, kiedy Zachód przyjął bezkrytycznie zasady neoliberalizmu, turbokapitalizm z preferencją sektora bankowo-finansowego i zachłysnął się upadkiem muru berlińskiego oraz dekompozycją obozu radzieckiego, zupełnie zarzucił uniwersalistyczne idee Oświecenia, kłamliwie i nieudolnie powtarzane przy okazji kolonialnych podbojów.
Negatywną rolę odegrał też nurt intelektualny zwany postmodernizmem, a zwłaszcza towarzysząca mu tzw. dekonstrukcja z właściwym jej bezpłodnym, bezideowym sceptycyzmem. To wszystko ograniczyło przestrzeń wolności i swobody do tego, co Barber nazwał „zakupizmem”, czyli niepohamowanym konsumpcjonizmem.
Już w XIX wieku niektórzy klasycy liberalizmu głosili idee, podjęte przez twórców ortodoksyjnego neoliberalizmu i dogmatycznego monetaryzmu jak Ludwik H.E. von Mises czy Friedrich von Hayek, a także przez Miltona Friedmana. Oddaje tę mentalność sentencja klasyka liberalizmu, Johna S. Milla: „Jedyną swobodą zasługującą na to miano jest swoboda dążenia do własnego dobra na swój własny sposób, o ile nie usiłujemy pozbawić innych ich dobra lub przeszkodzić im w jego osiągnięciu”(p. John S. Mill, Utylitaryzm. O wolności).
Oczywiście, dotyczyć to może jedynie jednostek, które my, światli Europejczycy, chrześcijanie, uznamy za ludzi (tu kłania się idea narodu wybranego, nowego Izraela, niosąca dobro, pokój, jedynie słuszne wartości, demokrację itd.). Bo dziesięć przykazań Mojżesza – ze sławnym „nie zabijaj” - przeznaczone było dla swego plemienia. Przecież zaraz potem Izraelici, gdy tylko Mojżesz objawił im tablice z przykazaniami boskimi, w brutalny sposób zdobyli Kanaan, mordując totalnie autochtonów. Podobnie rzecz się miała w historii chrześcijaństwa.
Wszystkie wytwory zachodniej kultury są – mówiąc Heglem – ukąszone tymi religijnymi konotacjami, judeochrześcijańskim myśleniem i interpretacją rzeczywistości. Także Oświecenie nie ustrzegło się tego ukąszenia, wchodząc w buty judeochrześcijańskiej tradycji. Dziś to widać wyraźnie. Nie na darmo Bóg chadza często w butach diabła, o czym pisał K. H. Deschner w „Kryminalnej historii chrześcijaństwa”.
Ten uniwersalny prąd myślenia, jakim było Oświecenie, pomimo antyreligijnej i antychrześcijańskiej często narracji doznał też owego ukąszenia przez tradycję judeochrześcijańską, wchodząc „w buty diabła”.
Oświeceniowy antyklerykalizm nie oznacza bowiem zerwania z religijną czy quasi-religijną mentalnością, z dogmatyzmem mającym źródła w abrahamowych religiach, wyzwoleniem od myślenia wedle kanonów wiary. Nie oznacza automatycznego przejścia na stronę mocy racji rozumowych, empiryzmu.
Echa tego dziedzictwa to dążność za wszelką cenę do zbawienia (świata, Innego człowieka), misjonizm i poczucie wybrania. To także myślenie w kategoriach wyższości kultury tzw. białego człowieka (czyli także wszelkich wytworów materialnych i duchowych) nad innymi rasami, ludami, kulturami.
Takie pojęcia jak: wolność, wybory wartości, indywidualizm, liberalna demokracja traktuje się podobnie jak religijną wiarę w wiekach średnich i epoce kolonializmu, a to na tej glebie wyrosły przecież takie zjawiska jak rasizm, eugenika, kolonializm, czysto utylitarne podboje uzasadniane wartościami wyższymi (duchowymi).
Nienawiść i miłość
Dwoistość kultury Zachodu to jednocześnie antynomia między uznaniem siebie za ów naród wybrany, niosący wartości tej kultury uznane jako clou rozwoju ludzkości, przy jednoczesnym szermowaniu uniwersalistycznymi hasłami rodem z Oświecenia (i taką też tradycją). To zarówno samouznanie, jak i wykluczanie Innego. Taki cierń po owym wybraniu (nadziemskiego pochodzenia) pochodzący zarówno z judaizmu (koncepcja niezwykle ekskluzywna), jak i chrystianizmu wg św. Pawła.
Stąd rodzi się podążanie ku doskonałości po linii prostej, ciągły ruch do przodu i przekonanie, iż tę doskonałość osiągniemy narzucając całemu światu nasze wartości, sądy, idee.
Euroatlantyckie myślenie judeochrześcijańskie (bo tak trzeba współcześnie ujmować Zachód - obojętnie, czy myślimy o Pax Christiana z czasów pontyfikatu Innocentego III stanowiącego szczyt papo-cezaryzmu, czy o Hiszpanii Izabeli i Ferdynanda, Imperium Brytyjskim Wiktorii, czy NATO) zafundowało i funduje nadal jako pierwsze w historii gatunku ludzkiego wojny i podboje w imię prawd myślowych, w imię idei (choć gospodarcza hegemonia zawsze szła w parze ze wzniosłymi hasłami o ideach, wartościach, demokracji etc.). Pierwszym tego typu przedsięwzięciem militarnym na masową skalę w imię idei były krucjaty w XI-XIII wieku.
Odpowiedzialność zbiorowa, skrucha zbiorowa, no i wina zbiorowa stają tym samym za depersonalizacją zła i niosą w sobie znamiona zemsty, nie sprawiedliwości i zadośćuczynienia. Odzierają jednostkę tym samym z godności, bo zabiera się jej subiektywność wyrzutów sumienia i skruchy. Jak pisze katolicka filozofka Chantal Delsol („Esej o człowieku późnej nowoczesności”), przed epoką hegemonii Zachodu (a więc mniej więcej od epoki wypraw krzyżowych, choć de facto trzeba to kojarzyć z odkryciem Ameryki przez Kolumba i rozpoczęciem czasów kolonializmu), prowadzono podboje w imię „prawd bytowych”.
Azjata, buddysta, konfucjanista, sikh czy hinduista nie czuje powołania prozelityzmu w imię swej wiary, prawdy.
Ale na samym początku prowadzonych wojen (rekonkwista czy krucjaty), przekonani o wyższości swej wiary Europejczycy, chrześcijanie rzymscy, poddani papieża, zobaczyli, iż stoją cywilizacyjnie i kulturowo niżej niż ich religijni przeciwnicy.
Pisze o tym Krzysztof Pomian („Europa i jej narody”): Arabowie czy prawosławni Bizantyjczycy. Szok, zdumienie, ale i złość, zazdrość oraz inne złe emocje towarzyszące fanatycznej wierze religijnej. Widać to w zderzeniu, jakiego doznaje kwiat zachodniego rycerstwa i wielmożów wchodzących podczas I wyprawy krzyżowej do Konstantynopola, podejmowanych na salonach cesarza Aleksego I, (vide: A. Komnena – „Aleksjada”, S. Runciman – „Dzieje wypraw krzyżowych”), a potem skonfrontowanych z kulturą muzułmańskich władców na Bliskim Wschodzie”.
Ta „wyższość Wschodu polegała nie tylko na jego ogładzonych obyczajach. Wschód to również rozległe ziemie, skąd pochodzą kruszce i kamienie szlachetne, korzenie, jedwabie i inne przedmioty zbytku”.
To był kolejny element wzmacniający pęd na Wschód -„Drang nach Osten”(tu też tkwią źródła niemieckiego parcia na Wschód przez kilka setek lat). Pęd do podboju.
Pragnienie zawładnięcia wszystkimi tymi skarbami pchało kolejne pokolenia Europejczyków poza ten „mały półwysep leżący na zachodnich krańcach” gigantycznego kontynentu azjatyckiego (tak Europę określił kiedyś I Sekretarz KPCh Mao Zedong w wywiadzie dla zachodnich dziennikarzy).
Wolność, ale na naszych warunkach
Dziś to nie jest już antynomia miłości i nienawiści. Nikogo się nie chce (przynajmniej oficjalnie i werbalnie) nienawidzić czy wykluczać. Ale odmawia się temu Innemu podmiotowości, człowieczeństwa, czyli tym samym dehumanizuje poprzez demonizację i chęć nawrócenia (Ch. Delsol, jw.). Afganistan, Somalia, Irak, Libia, Serbia / Kosowo, Syria są tego najlepszymi, klasycznymi dowodami.
I w tym tkwi owa perfidia politycznej praktyki powodująca degenerację uniwersalizmu postoświeceniowego: siłowe nawrócenie (czyli narzucenie temu Innemu wiary w nasze wartości) przy prowolnościowej, prodemokratycznej narracji, z prawami człowieka na ustach. Dawniej była to koncepcja religijno-teologiczna, dziś polityczno-ekonomiczna.
Totalizm nie pojawia się w chwili, gdy zauważamy, że wszystko wolno, ale wtedy, gdy podobnie jak religijni fanatycy i fundamentaliści stajemy się przekonani o swojej racji, o prawdziwości swojej prawdy (i jej wyższości nad innymi poglądami i sądami).
Doskonale ujmuje to hiszpański filozof Fernando Savater, mówiąc o Janie Pawle II i jego koncepcjach człowieka i świata, które są odzwierciedleniem mentalności Europejczyków: „Gdy Jan Paweł II przestrzega przed >kulturą śmierci< i >demokracją bez wartości<, gdy woła: >Brońcie Krzyża!<, dusza fundamentalisty zostaje ukojona. Myślę, że Papież jest na swój sposób fundamentalistą. /.../
Mówię o fundamentalizmie Papieża, gdyż on nie przyjmuje tego, że w demokracji mogą być uznawane także wartości nienależące do katalogu wartości chrześcijańskich. /.../ Prawa człowieka powstały i upowszechniły się wbrew papieżom i katolicyzmowi. /.../
Bardzo dobrze, że dzisiejszy Papież uznaje te wartości za dobre dla człowieka. Ale też są takie przejawy wolności, którym Papież mówi »nie « - np. wolność przerywania ciąży czy wolność do wychowania nienaznaczonego treściami religijnymi. To też są wartości demokracji, których trzeba bronić przed atakami - także Papieża, bo on je utożsamia właśnie z pogubieniem prawdziwych wartości” (F. Savater, „Czy papież jest fundamentalistą?”, Gazeta Wyborcza 17.10.2003).
Krytyczny racjonalizm podpowiada, że oczywiście wszystko jest możliwe, bo nieograniczone są możliwości ludzkiej kreacji. Ale nie zawsze, gdyż poznanie jest procesem, jest stawaniem się człowieka bardziej ludzkim. I to jest także jeden z przejawów owej linearności kultury Zachodu.
Mówienie i ocenianie minionych satrapii na podstawie aksjologii wygodnej i zbieżnej z naszym systemem wartości, nie prowadzi do uniknięcia podobnych sytuacji, jeśli oskarżenia wobec naszych przodków stają się tylko zemstą (podszytą pogardą), odreagowaniem złych emocji czy pospolitym koniunkturalizmem.
Kiedy brak jest przede wszystkim refleksji nad przyczynami historycznych faktów i chęci zrozumienia wyborów ludzi wtedy żyjących - nic to nie da i rządy satrapii, autorytaryzmu czy totalitaryzmu powrócą.
Milenaryzm judeochrześcijański zakaził kulturę Zachodu z jednej strony tym podążaniem ku transcendentnemu Bogu, który jest Absolutem i ostatecznością, a z drugiej - nieusuwalnością grzechu pierworodnego, który niczym stygmat zmusza do ciągłego podążania do doskonałości.
Zaraził też spojrzeniem na Oświecenie jako na świecką religię i to jest pieczęć judeochrześcijańskich koncepcji w wielu płaszczyznach. I ta wiara w jedynego transcendentnego Boga, związana z ideą zbawienia, wzmacnia niesłychanie ową linearność myślenia utwierdzaną cały czas przez dążenie do nieskończoności, czyli życia wiecznego.
Pycha kroczy przed upadkiem
„Ludzie Zachodu, w tym Europejczycy, są w istocie znacznie bardziej przekonani o swej cywilizacyjnej wyższości, niż dają temu wyraz, zwłaszcza publicznie. Potwierdzają to podejmowane przez nich starania, by wartości uznawane przez ich cywilizację zyskały rzeczywiście ważność powszechną” (K. Pomian, jw.). I to jest też zarówno efekt myślenia linearnego, absolutyzującego siebie i swoje wartości, jak i echo idei narodu wybranego o religijnej proweniencji. Wszystko jednak w podtekście sprowadza się do władzy i zysków, będących naczelną zasadą gospodarki rynkowej, a narracja ma sprawiać wrażenie, że chodzi o coś innego.
Epoka władzy neoliberalnych dogmatów zintensyfikowała indywidualizację, ale nie w kierunku upodmiotowienia jednostki jako części kolektywu, społeczeństwa, lecz jako apologię i triumf egoizmu, egocentryzmu i zachłanności. A także towarzyszących im niechęci, separacji, pogardy dla Innych: dla mniej zamożnych, gorzej sytuowanych, niemodnie ubranych, ubogich, nie dających sobie rady w wyścigu szczurów etc.
Ten problem ma załatwić – też judeochrześcijańskiej proweniencji – jałmużna. Jałmużna, która nie jest solidarnością, nie wiedzie ją empatia czy humanizm, ale jest wyrzutem i zarazem uspokojeniem chrześcijańskiego sumienia (religia odzwierciedla tu stosunki społeczne, zaś instytucja ją reprezentująca - władzę kapitału i rządzącej klasy). „Dawno temu człowiek wiedział, że potrzebuje innych ludzi do ochrony swoich osobistych praw: dołączał do partii politycznych i brał udział w strajkach. Dziś człowiek albo uznaje swe wolności za dane i oczywiste, albo sądzi, że jest w stanie ochronić się sam - czy to klikając myszką, czy pozywając władze do sądu” (I. Krastew, „Demokracja nieufnych”).
Dwie koncepcje, dwa sposoby myślenia, dwie różne cywilizacje. Czy starcie jest nieuchronne? Nie sądzę. Huntington się mylił w prognozach, choć jego opis źródeł tego problemu, genezy konfliktów, zasługuje na szacunek i uwagę.
Radosław S. Czarnecki
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 164
W 1988 roku Edward Herman i Noam Chomsky opublikowali Manufacturing Consent: The Political Economy of the Mass Media, w której przedstawili swój „model propagandy”. Praca ta stała się fundamentalną krytyką stronniczości głównego nurtu mediów w Stanach Zjednoczonych i wywarła wpływ na całe pokolenie badaczy krytycznej komunikacji. Jako konsolidacja krytycznych badań nad komunikacją polityczną prowadzonych w ciągu XX wieku i oparta na wiedzy Hermana jako naukowca zajmującego się studiami komunikacyjnymi, „model propagandy” zidentyfikował istotne elementy paradygmatu napędzanego przez elity, który rozumie główne media informacyjne, obecnie często określane jako media korporacyjne lub tradycyjne, jako służące interesom potężnych aktorów politycznych i ekonomicznych. Jako taki, „model propagandy” opisuje scenariusz, w którym główne media informacyjne nie spełniają liberalnych oczekiwań dotyczących potrzeby solidnie niezależnego systemu medialnego, który bada potężnych i działa jako kontrola władzy.
Opis
Ponieważ główne media informacyjne są tak złożone, Herman i Chomsky zdali sobie sprawę, że potrzebny będzie ogólny model koncepcyjny opisujący dynamiczne procesy związane z „produkowaniem zgody” i brakiem informacji służących interesowi publicznemu. Kluczowe pytanie wciąż zadawane jest do dziś. Dlaczego więc media tak bardzo zawodzą? Zgodnie z „modelem propagandy” pięć filtrów kształtuje przekaz medialny.
Po pierwsze, wielkość, struktura własności i nastawienie na zysk mediów masowych oraz ich wspólne interesy z innymi dużymi korporacjami, bankami i rządem powodują konflikt interesów między rzekomą rolą mediów jako strażnika elity a interesami tej elity. Historie, które są sprzeczne z tymi grupami interesów, mają, ogólnie rzecz biorąc, mniejsze szanse na upublicznienie niż te zgodne ze światopoglądem dużych konglomeratów korporacyjnych.
Po drugie, uzależnienie mediów od przychodów z reklam wprowadza dalsze ograniczenia między mediami informacyjnymi a interesami handlu. To uzależnienie kształtuje przekaz medialny tak, aby trafiał do zamożnej publiczności, którą reklamodawcy są najbardziej zainteresowani. Ogranicza to również liczbę programów krytycznych i kontrowersyjnych, ponieważ reklamodawcy zazwyczaj chcą unikać programów o poważnej złożoności i niepokojących kontrowersjach, które zakłócają nastroje zakupowe.
Po trzecie, dziennikarze w przeważającej mierze polegają na elitarnych źródłach informacji przy tworzeniu wiadomości. Konieczność dostarczania stałego i szybkiego przepływu „ważnych” wiadomości, w połączeniu z rozbudowanym aparatem public relations rządu i wpływowych grup interesów, oznacza, że dziennikarze są zazwyczaj silnie uzależnieni od urzędników państwowych i przedstawicieli korporacji przy definiowaniu i kształtowaniu agendy informacyjnej.
Po czwarte, za każdym razem, gdy kontrowersyjne materiały są faktycznie emitowane, generują one nieproporcjonalnie dużą ilość „krytyki” ze strony osób powiązanych z potężnymi interesami, w tym instytucji sponsorowanych przez korporacje i rządowych „spin doktorów”. Ataki te ostrzegają również redaktorów i dziennikarzy przed publikowaniem wiadomości, które są uważane za zbyt kontrowersyjne.
Po piąte, „model propagandy” podkreśla znaczenie ideologii antykomunizmu w okresie zimnej wojny. Służyła ona jako mechanizm kontroli, oferując dziennikarzom łatwe ramy do interpretacji wydarzeń światowych i dając przywódcom politycznym silne narzędzie retoryczne do określania krytyków amerykańskiej polityki zagranicznej jako niepatriotycznych.
Współczesne znaczenie
Mimo że środowisko medialne uległo drastycznym zmianom od lat 80. XX wieku, zwłaszcza na skutek pojawienia się komunikacji internetowej i powiązanych z nią niezależnych/alternatywnych mediów, Model Propagandy pozostaje użytecznym i istotnym modelem wyjaśniającym.
Główne media/media korporacyjne nadal są ważnymi, jeśli nie dominującymi, źródłami informacji dla znacznej części społeczeństwa, podczas gdy niewiele wskazuje na to, że dziennikarze głównego nurtu zmienili swoją tendencję do polegania na oficjalnych źródłach i odwoływania się do nich przy konstruowaniu swoich materiałów.
Podobnie, chociaż ideologia antykomunizmu okresu zimnej wojny może być postrzegana jako coś z przeszłości, mechanizmy ideologiczne takie jak „wojna z terroryzmem” lub „wojna humanitarna” pełnią równoważne funkcje, a niektórzy twierdzą, że rusofobia leży u podstaw pojawienia się „nowej zimnej wojny”.
Wreszcie, „flak” pozostaje tak samo istotny jak zawsze dla zrozumienia, w jaki sposób zarządza się sprzeciwem w demokracjach, w których kampanie oszczerstw lub zniesławień stają się widocznym elementem i można je zidentyfikować w wielu różnych obszarach problemowych, w tym w wojnie i polityce zagranicznej (globalna „wojna z terroryzmem” 11 września) oraz zdrowiu publicznym (Covid-19).
Krytyka
Nic dziwnego, że wielu dziennikarzy głównego nurtu jest głęboko zirytowanych twierdzeniami, że ich praca jest ograniczona przez siły poza ich kontrolą, i sprzeciwia się twierdzeniom o braku autonomii. Wywiad z Chomskym , przeprowadzony przez Andrew Marra z BBC, jest dobrym przykładem trudności, jakie dziennikarze głównego nurtu mają z pogodzeniem się z „modelem propagandy”.
Jednak w środowisku akademickim model propagandy zyskał na przestrzeni lat pewien poziom akceptacji jako element „paradygmatu elitarnego”. Jednocześnie samo środowisko akademickie może być postrzegane jako część szerszego aparatu propagandowego, więc być może nie jest zaskakujące, że model propagandy nie jest szerzej akceptowany niż przez środowisko akademickie.
„Model propagandy” nie wyjaśnia jednak wszystkiego. Choć uwzględnia czynniki ograniczające autonomię mediów, nie uwzględnia warunków, w których proces tworzenia zgody zawodzi. Ponadto, koncentruje się on przede wszystkim na funkcjonowaniu mediów głównego nurtu, ale jest to tylko jeden z elementów zrozumienia roli propagandy we współczesnych demokracjach. W związku z tym model propagandy niewiele mówi o instytucjach i doktrynach związanych z zarządzaniem i produkcją propagandy, a także o roli innych instytucji, takich jak środowisko akademickie, o którym wspomniano powyżej, w produkcji i rozpowszechnianiu propagandy.
Redaktor Propaganda in Focus (https://propagandainfocus.com/)
Ten krótki artykuł jest częścią cyklu „Kluczowi myśliciele i idee w badaniach nad propagandą” zamieszczonym w tym piśmie.
Za: https://propagandainfocus.com/herman-and-chomskys-propaganda-model/
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1765
Postanowiłem pofantazjować. Nawet ryzykując posądzenie o nadmierną egzaltację nie mogę się bowiem oprzeć wrażeniu, że dzisiejsza pandemia jest nie tylko ogromnym wyzwaniem medycznym, gospodarczym i logistycznym, ale też wielkim, ponadczasowym, cywilizacyjnym moralitetem.
My, ludzie, zbudowaliśmy swoją samoświadomość Istot Naczelnych na niepodważalnych osiągnięciach naszego gatunku: opanowaliśmy ogień, wymyśliliśmy koło, mikroprocesory, teorię względności i fizykę kwantową, antybiotyki, Internet, sputniki i szachy, a później maszyny, które w nie grają, stworzyliśmy IX Symfonię, Monę Lisę, Thermomixa i klocki Lego. Zaatakował nas natomiast organizm będący w gruncie rzeczy pojedynczą nicią RNA w otoczce z kilku białek, niezdolny nawet do samodzielnego życia poza komórką ofiary. Przy ludzkim genomie o długości ok. 2 m, z ponad 43 tysiącami genów, czyni go to biologicznie skrajnie prymitywnym. A jednak, powiedzmy szczerze, jego atak dosłownie rozłożył ludzkość na łopatki, z całą jej fenomenalną wiedzą, wyrafinowaną technologią i napędzaną algorytmami logistyką. Jest nadzieja, że tylko chwilowo. Ale wielorakie konsekwencje, na wszystkich poziomach życia społecznego i gospodarczego, na długo pozostaną katastrofalne.
Niektórzy (niestety zbyt wielu) twierdzą, że „Człowiek został stworzony, aby czynić Przyrodę mu poddaną”. Uzasadniają w ten sposób jego (tego Człowieka, znaczy) jakoby prawo do brutalnej ingerencji w środowisko – wycinania lasów, zabijania zwierząt, przekopywania mierzei, trucia atmosfery i oceanów, rujnowania gospodarki wodnej przez kopalniane odkrywki... Przykład obecnej pandemii przypomina nam o naszym faktycznym, mocno niestabilnym miejscu w ekosystemie i generalnie w ewolucji.
Dla wielu to zabrzmi zapewne rozczarowująco, ale Homo sapiens jest w istocie niezauważalnym epizodem w historii naszej planety. Na fikuśnym kalkulatorku w formie żółwika pożyczonym od mojego wnuka policzyłem skrupulatnie, że istniejemy na niej ok. 0,0065% czasu jej istnienia. Czyli ziemski ekosystem rozwijał się (szczęśliwie) przez miliardy lat – bez człowieka! Gdyby nas kiedyś zabrakło, to mrówki (ok. 22 000 gatunków, 2,20% czasu Ziemi) nawet tego nie zauważą. Natomiast rekiny (ok. 500 gatunków, 9,1% czasu Ziemi) się bardzo ucieszą, bo najmądrzejszy na Planecie twór biologiczny - Homo sapiens, w jego topowej wersji Macho, zabija ich ok. 100 mln rocznie (Journal of Marine Policy, 2018, mówi nawet o 273 mln). Głównie po to, żeby odciąć płetwy (wyrzucając resztę), bo uważa, że są fajnym afrodyzjakiem. Nie jest tak dlatego, że zupy z płetwy nie można zastąpić czymś równie smacznym, a już na pewno nie w obronie własnej, bo rekiny zabijają rocznie tylko ok. 5 osób. Czyli nie są mściwe. Czyli jednak są znacznie mniej inteligentne, niż my.
Żeby to rozczarowanie jeszcze pogłębić: Earthwatch Institute na posiedzeniu Royal Geographical Society of London (2019) ogłosił, że to pszczoły, a nie my, są najważniejszym gatunkiem na Ziemi. Po pierwsze, bo zależy od nich 70% ziemskich zbiorów, a po drugie, bo są jedynym gatunkiem biologicznym, który nie przenosi żadnych patogenów (w przeciwieństwie do nas). Przy okazji wspomniano, że w ciągu ostatnich lat udało się nam zlikwidować 90% ich populacji. Dzielny Homo.
Może jednak nie powinniśmy się tym za bardzo przejmować, bo, jak ostrzegają australijscy klimatolodzy w głośnym, ubiegłorocznym raporcie: „cywilizacja ludzka prawdopodobnie upadnie do roku 2050”, jeśli nie zrobimy czegoś naprawdę radykalnego w sprawie ocieplenia.
Słońce zgaśnie dopiero za kilka miliardów lat, więc może nawet zdąży powstać nowa cywilizacja Homo sapiens 2.0, a jak i ta upadnie, to po niej następne? Pozostawmy im przynajmniej dużo informacji o naszej historii, żeby mogły się uczyć na naszych błędach. Czyż nie byłoby okropnie przykro twórcom tych cudownych, monumentalnych pomników na Wyspach Wielkanocnych, gdyby wiedzieli, że dziś nie mamy pojęcia po co i jak to robili i dlaczego to było to dla nich takie piekielnie ważne? I nie dowiemy się, bo żadnego z nich już nie ma. Biedacy.
Wracając do pandemii, koronawirusa i narzucającego się stąd moralitetu: lepiej, żebyśmy nie zapomnieli, że jesteśmy (łatwo możemy się stać) epizodem historycznym – błyskotliwą mega cywilizacją, która w krótkim czasie fenomenalnie urosła, po czym równie szybko pokonała sama siebie, bo jej osiągnięcia uczyniły ją bezbronną wobec problemów, które sama stworzyła. To byłoby takie napoleońskie Waterloo w wersji super makro.
W globalnym świecie, globalne technologie tworzą globalne problemy, które zatem muszą być rozwiązywane globalnie. Nic natomiast nie wskazuje, żebyśmy to umieli, ani nawet chcieli się tego nauczyć. Globalne problemy ciągle próbujemy rozwiązywać lokalnie, posługując się egoistyczną racjonalnością. Prezydent Putin (2019): „My się nawet cieszymy z ocieplenia. Oszczędzimy na ogrzewaniu, będziemy potrzebować mniej lodołamaczy i przybędzie nam ziemi do uprawy”. Donald Trump wycofał USA z paryskiego porozumienia klimatycznego, Polska nie przystąpiła, jako jedyna, do unijnego planu neutralności klimatycznej, a Brazylia nie zaprzestaje masowo wycinać lasów deszczowych, żeby produkować olej palmowy, bo jest potrzeby do produkcji czekoladek i czipsów, a te, jak wiadomo, są niezbędne do oglądania Netflixa.
Wszystko to odbywa się pod auspicjami trudnych do zakwestionowania, szczególnie przez entuzjastycznych liberałów, mechanizmów demokratycznych. Stąd tyleż szokujący, co zastanawiający jest postulat sławnego (słusznie!) ostatnio badacza superinteligencji Nicka Bostrom’a (Oxford Univ.): „Tylko masowa inwigilacja i totalna władza zapobiegnie zniszczeniu naszej cywilizacji przez technologię. Ludzkość potrzebuje cyberwładcy” Tak, wiem - jak mawiał smerf Maruda - to się nie może udać! Idealistycznie rozumiana demokracja jest bowiem ważniejsza od przetrwania. Tym gorzej dla nas, a znacznie lepiej dla rekinów.
Donald Tusk w wywiadzie dla Gazety Wyborczej parę dni temu mówi: „Lekiem na wirusa jest więcej zjednoczonej Europy”. Prawda, ale tylko częściowa, potwierdzająca zresztą moją poprzednią tezę o lokalności myślenia. Lekiem na wirusa i pozostałe wielkie problemy globalne jest wyłącznie więcej zjednoczonego świata. Ale to jest problem sam w sobie, jak widać, znacznie trudniejszy.
Myślę, że koronawirus, mimo tej swojej mizernej, żeby nie powiedzieć żałosnej, nitki RNA (w porównaniu z naszym zjawiskowo mądrym DNA) jest całkiem rezolutny i słusznie kombinuje, że Homo sapiens nie skrzykną się globalnie, żeby z nim walczyć, tylko będą prężyć muskuły lokalnie. A on jest przecież przeciwnikiem zupełnie innej generacji, niż obecni, „tradycyjni” gracze rynkowi - grupy interesów, rządy i ich „racje narodowe”, hierarchie, korporacje międzynarodowe i politycy z wszystkimi ich uprzedzeniami, stereotypami i sentymentami!
Żyjemy w świecie kolejnych Czarnych Łabędzi i nieustannie pojawiających się zdarzeń każących nam wykrzyknąć, jak pisał Tim O’Leary, „WhatTheFuck!”. Czyli takich, które przewracają nasze dotychczasowe rozumienie świata i jego mechanizmów, wymagając już nie tylko „myślenia poza pudełkiem”, ale w zupełnie nowych pudełkach. Jak mawiała Mary Poppins: „Kiedy świat staje na głowie, to trzeba pójść w jego ślady”
Koronawirus to taki startup-marzenie wszystkich startupowców na świecie: nieskończenie skalowalny, bezlitośnie racjonalny i śmiertelnie skuteczny. Wszyscy teoretycy i praktycy biznesu o tym wiedzą: nowi gracze wymagają zupełnie nowych strategii walki. A tych dziś nie mamy. Czy jest szansa, że zdążymy je mieć zanim uszczęśliwimy rekiny? (Sami teraz widzicie do czego może doprowadzić dużo wolnego czasu w zamknięciu i picie wina przed południem!)
Pozdrawiam wszystkich zdrowych, podejrzanych o chorobę i chorych (tych pozdrawiam najbardziej).
Piotr Płoszajski
Prof. Piotr Płoszajski jest pracownikiem naukowym w SGH w Warszawie
Powyższy tekst został opublikowany w czasopiśmie Design Alive 5.04.20 http://www.designalive.pl/moralitet-na-motywach-koronawirusa/
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2492
Wielkie Tyrnowo w drugiej połowie XIV wieku było scenerią gwałtownych i brutalnych wypadków. To malowniczo położone miasto funkcjonowało jako siedziba władz państwowych i religijnych cesarstwa bułgarskiego od jego restytucji pod koniec wieku XII aż do schyłku czternastego stulecia. Tu odbywały się najważniejsze uroczystości: koronacje, śluby władców, tu spoczywały relikwie świętych opiekunów państwa. Tutaj też zwoływano biskupów, mnichów i innych przedstawicieli duchowieństwa na synody.
W historii zapisało się kilka takich wydarzeń: dwa zgromadzenia osądzające bogomiłów, z lutego 1211 r. i kolejne, najpewniej z roku 1355 oraz zjazd z roku 1359 lub 1360 (data nie została precyzyjnie udokumentowana).
Za bluźnierstwo – kara śmierci
Ostatni z wymienionych synodów był skierowany przeciwko żydom. Osądzono na nim trzech członków gminy. Za bluźnierstwo car skazał ich na karę śmierci. Nie jest do końca jasne, na czym dokładnie polegały ich przewiny. Przebieg synodu i okoliczności jego zwołania znamy z opisu patriarchy Konstantynopola Kaliksta, zawartego w Żywocie Teodozjusza Tyrnowskiego. Zapisał on, że żydzi „nastawali” na „czcigodne ikony” Chrystusa i Bogurodzicy, „okazywali pogardę Bożym świątyniom i składanym w nich ofiarom”, „znieważali kapłanów, szydzili z mnichów i popełniali inne niegodziwości”.
Kalikst stworzył swoją opowieść najpewniej na podstawie relacji zasłyszanej od uczestniczącego w synodzie Teodozjusza (bohatera Żywotu…) około trzech lat po wydarzeniach. Nie zachowały się inne świadectwa omawianych tu wypadków. Car zlitował się nad trójką skazańców i zamienił karę śmierci na obcięcie języka i uszu. Jeden z żydów – ze strachu – przyjął chrześcijaństwo. Gdy rozeszła się wieść o tym, że dwóch pozostałych nie zechciało „przyjść do prawdziwej światłości, lecz woleli pozostać w mroku swojej bezbożności, gniew ludu obrócił się przeciwko nim. Ludzie zbiegli się z krzykiem i pobili jednego tak, że wyzionął swego plugawego ducha; drugi zaś został stamtąd zabrany” i poddano go karze – dowiadujemy się z Żywotu Teodozjusza Tyrnowskiego.
Przyczyny tak gwałtownej reakcji mieszkańców Tyrnowa kryją się w okolicznościach sprawy, które nie są wprost wskazane przez hagiografa. Wzburzenie ludu na „niewdzięczność” osądzonych, którzy nie skorzystali ze wspartej groźbą tortur „propozycji” zmiany religii, było duże. Możemy się domyślać, że nie była to pierwsza sprawa, która poróżniła sąsiadujące ze sobą społeczności chrześcijan i żydów, a wzajemna wrogość i nieufność osiągnęła już znaczne rozmiary.
Podejrzani obcy i bogaci
Historia świata pełna jest przykładów podobnych linczów i przemocy międzyreligijnej. Jeśli idzie o średniowiecze, to europejski Zachód jest w nie bogatszy niż Wschód; z krwawą rozprawą z katarami i pogromami żydów w okresie krucjat na czele. Niejednemu zapewne przyjdą na myśl procesy o czary i polowanie na czarownice, albo brutalne wojny religijne, ale ich apogeum przypada na okres późniejszy.
Wróćmy jednak na Wschód. Przyjrzyjmy się serii krwawych wypadków zapoczątkowanych w Konstantynopolu, w roku 1182, masakrą łacinników, jak zwano na Wschodzie wyznawców rzymskiego katolicyzmu. W stolicy cesarstwa bizantyńskiego było kilka dzielnic zamieszkiwanych przez przybyszów z Zachodu, przede wszystkim z Italii. Parali się oni bardzo intratnym handlem morskim, czemu sprzyjały cesarskie przywileje, i świadczeniem usług finansowych.
Obcy i bogaci łatwo stawali się przedmiotem zawiści, podejrzeń i wrogości. W Konstantynopolu łacinnicy czuli się zanadto jak u siebie. Genueńczycy, Pizańczycy i Wenecjanie, którzy stanowili większość przybyszów, konkurowali o przewagę w handlu w bezpardonowy sposób - dochodziło do zbrojnych napaści i podpaleń. Do roku 1180 cesarzem był Manuel II Komnenos, który doprowadził do intensyfikacji kontaktów z łacinnikami na wielu polach. Dwukrotnie żonaty z kobietami z Zachodu, organizował turnieje rycerskie – rozrywkę dotychczas nieznaną Bizantyńczykom, gościł na swoim dworze łacińskich teologów. Po jego śmierci druga żona Manuela – Maria z Antiochii – została regentką panującą w imieniu małoletniego Aleksego II.
W rozgrywce o władzę
Niechęć greckich mieszkańców Konstantynopola do łacinników i ich religii została wykorzystana w rozgrywce o władzę. Celem ataków konstantynopolitańskiego tłumu w roku 1182 stali się przybysze, a także ich kościoły i duchowni. Wkrótce po rozruchach i masakrze regencja upadła, a władzę przejął kolejny przedstawiciel rodu Komnenów Andronik I, który w 1183 r. rozkazał zamordować Aleksego II. Konflikty między państwami Zachodu a Bizancjum trwały dalej. W roku 1185 armia normańskiego królestwa Sycylii zdobyła i splądrowała Saloniki, mordując siedem tysięcy greckich mieszkańców.
Kolejne ciosy spadły na cesarstwo w 1203 r. Krzyżowcy we współpracy z Wenecjanami oblegli Konstantynopol, a następnie (1204) zdobyli go i złupili. Doszło do rabunków i bezczeszczenia kościołów, zamordowano wielu mieszkańców. Trudno wspomniane zdarzenia układać w jeden ciąg przyczynowy, natomiast o wzajemnych krzywdach pamiętano z obu stron. Budowały one napięcie i sprzyjały brutalnym zachowaniom. Od czasu obłożenia się anatemami przez wysłannika papieskiego kardynała Humberta i patriarchę Konstantynopola Michała Cerulariusza w roku 1054, zarzewiem wrogości stały się różnice religijne.
Kościoły nie utrzymywały łączności kanonicznej. Nazywamy ten rozłam wielką schizmą wschodnią, jakby był to wyłącznie spór o władzę w Kościele. Jednakże szybko obie strony konfliktu zaczęły się oskarżać o coś znacznie poważniejszego - o występek herezji, czyli przeinaczanie prawd wiary.
Wrogowie wewnętrzni
Warto wspomnieć również o stosunkach prawosławnych z „wrogami wewnętrznymi”. Dla Bizantyńczyków i Słowian południowych byli nimi między innymi uznawani za heretyków bogomiłowie. Traktowano ich surowo, duchowni ostro przestrzegali przed utrzymywaniem kontaktów z tymi innowiercami. Jednego z ich liderów, Bazylego Lekarza, na samym początku XII w. spalono na stosie na rozkaz cesarza Aleksego I Komnena. Dokonano tego na hipodromie, przy udziale licznej widowni, która domagała się od cesarza spalenia również uczniów i zwolenników Bazylego. Cesarz uchronił swoich więźniów przed gniewem ludu i dokonali oni żywota w odosobnieniu, „gdzie dostarczano im obficie żywności i odzieży”, jak podaje naoczny świadek wydarzeń, córka cesarza i kronikarka jego panowania, Anna Komnena.
Histeria antybogomilska ogarnęła Konstantynopol ponownie kilkadziesiąt lat później, za panowania wspomnianego już Manuela I Komnena. Szukano wówczas bogomiłów wśród wyższego duchowieństwa, posądzono o herezję dwóch patriarchów. Dochodziło również do rozkopywania grobów zmarłych - heretyków miano poznawać po zsiniałych prawych rękach, o czym ze zgorszeniem donosił jeden ze świadków wydarzeń Jerzy Tornikes. Przyczyn zamętu upatrywał on w sporze duchownych o władzę w kościele konstantynopolitańskim po śmierci patriarchy Teodota II (1154).
Elity a innowiercy i heretycy
Wróćmy jeszcze na chwilę do tumultu tyrnowskiego (1359 lub 1360), bowiem bieg wydarzeń pozwala nam wyłuskać jeszcze jedną ważną okoliczność, która towarzyszyła zamieszkom. Przyjrzenie się jej doprowadzi nas do drugiego zasygnalizowanego w tytule tematu – mowy nienawiści. Synod tyrnowski odbywał się, jak podaje Kalikst, w pałacu, siedzibie władcy. I właśnie w pobliżu centralnego ośrodka władzy i miejscu symbolizującym jej trwałość lud w akcie zbiorowej agresji zakwestionował decyzję cara udzielającą łaskę życia skazańcom; jeden z nich został zabity, a drugi uszedł z życiem tylko dzięki temu, że zabrano go z miejsca kaźni.
Cóż dodało śmiałości tłumowi do działania wbrew wyrokowi władcy? Czy nie obawiali się kary? A z drugiej strony, dlaczego car nie udzielił skutecznej ochrony więźniom? Trudno przypuszczać, że nie miał takiej możliwości. Odpowiadając na te pytania, możemy zapędzić się w rozważaniach jeszcze nieco dalej – być może tłum wiedział, że jego elity razem z carem podzielają gniewne uczucia wobec „zatwardziałych bezbożników”? I w tym momencie możemy wreszcie opuścić strefę spekulacji i zadać pytanie, na które odpowiedź będzie pewna: jaki był stosunek elit do innowierców i heretyków?
Wiele w tym względzie możemy się dowiedzieć, czytając uważnie wspominane wyżej teksty, takie jak świadectwo Anny Komneny czy Żywot Teodozjusza Tyrnowskiego autorstwa Kaliksta. Cóż pisała o Bazylim i bogomiłach Anna? Odwołując się do zrozumiałej również współcześnie metafory twierdziła, że w ich wnętrzach siedzi wściekły wilk. Porównywała ich do niebezpiecznych żmij, a samego przywódcę herezji nazwała żarłocznym potworem. Uważała, że „diabeł opanował jego duszę”. Wyznanie bogomiłów to według niej „najgorsze i okropnie ohydne doktryny”, bezbożność i zaraza.
W tym samym rejestrze językowym swoją wypowiedź utrzymuje Kalikst. O „ludzie judejskim” pisał, że jest przewrotny i niewdzięczny; „miłują spory, aby głosić wszelakie bezbożności”, są wrogami Boga, zostali przez niego wydani w niewolę „wszystkim ludom” i okryci wieczną hańbą. Samo ich rzekome wystąpienie przeciwko wierze chrześcijańskiej, które dało powód do zwołania synodu, było według Kaliksta zamysłem „złego, przewrotnego i plugawego Szatana”.
O innych „bezbożnikach” Kalikst pisał w tym samym dziele, że car przepędził ich daleko od granic swego państwa, „aby ziemie bułgarskie stały się czyste, pozbawione tych nieczystych chwastów”. Podobne przykłady można by wymieniać jeszcze długo. Czy powinniśmy się tu doszukiwać czegokolwiek poza obraźliwą retoryką właściwą ludzkim sporom od zarania dziejów? Klucz do zrozumienia tych fraz daje nam psychologia społeczna, która bada zjawisko dehumanizacji.
„One” mniej ludzkie
Koncept ten służy opisowi schematów poznawczych, które sprawiają, że postrzegamy członków grup obcych jako mniej ludzkich niż osoby należące do naszej grupy. W popularnym odbiorze dehumanizacja to nie sam proces odmawiania człowieczeństwa, a jego skutek, którego najlepiej znanym przypadkiem jest uznanie przez niemieckich nazistów za podludzi: niepełnosprawnych, Żydów, Cyganów, Rosjan, Polaków i innych Słowian. Takie podejście jest fundamentalne dla rasistowskiej ideologii, która doprowadziła do zbrodni ludobójstwa.
Jednakże nie będzie nas tu interesowało intencjonalne, skrajnie negatywne przedstawianie „obcych”, które ma służyć realizacji celów politycznych. Obserwowany przez psychologów społecznych proces, który nas interesuje, czyli dehumanizacja, to zjawisko powszechne, codzienne, które zachodzi nie wówczas, gdy chcemy opisać lub ocenić „obcego”, ale wcześniej, bowiem warunkuje nasze postrzeganie.
Przyporządkowanie osób do kategorii „swoi” lub „obcy” jest dokonywane bezrefleksyjnie, intuicyjnie, ale ma doniosłe znaczenie, gdyż przesądza o naszym stosunku do kategoryzowanych osób. Opisywany jest szereg schematów, które sprawiają, że obcych postrzegamy jako osoby o uboższym życiu wewnętrznym: mniej inteligentne, mniej refleksyjne, mniej moralne, pozbawione emocji wtórnych, sprawczości, pragnień i przekonań. Obcy wydają się mniej przyjaźni i mniej otwarci. Wobec „onych” trudniej nam o empatię i przebaczenie. Negatywne zachowania wiążemy z trwałymi cechami obcych, a nie przygodną dyspozycją, czym usprawiedliwiamy ochoczo „swoich”.
Zagrożenia źródłem dehumanizacji
Procesy dehumanizacyjne nasilają się w warunkach poczucia zagrożenia i wpływają na zachowanie grupy, sprzyjając eskalacji pojawiających się konfliktów. Osoby odczłowieczone łatwiej jest nieludzko traktować. Zjawisko to często jest przywoływane, by ukazać przyczyny brutalnej przemocy w sytuacjach takich jak wojna czy etniczne czystki. Dehumanizacja subtelna (mniej empatyczne traktowanie obcych) nie różni się istotnie od dehumanizacji jawnej (poniżające nazywanie, traktowanie czy przemoc), a jedynie stopniem natężenia. Obie wypływają z tych samych dyspozycji psychicznych „agresora”.
Odruchy dehumanizacyjne u swych źródeł nie są pokłosiem złej woli, są udziałem nas wszystkich, niezależnie od poglądów. Danie im upustu w sferze językowej uprawdopodabnia zaistnienie przemocy fizycznej, dlatego dehumanizacyjne metafory zasługują na miano mowy nienawiści. Grupy obcych/swoich, które są przedmiotem zainteresowania psychologii społecznej to narody, klasy społeczne, wyznawcy jednej religii, ale też grupy mniej trwałe, jak na przykład studenci jednego uniwersytetu, a nawet tzw. grupa minimalna – sformowana na potrzeby badania na podstawie losowych wyznaczników.
Już w takich zbiorowiskach, zupełnie przygodnych, pojawia się zjawisko faworyzowania własnej grupy, zapowiadające zaistnienie typowych antagonizmów grupowych. Procesów tych nie należy automatycznie utożsamiać z dehumanizacją, która wymaga silniejszej identyfikacji z grupą. Dehumanizacyjne procesy są obserwowane również poza kontekstem grupy, w relacjach: ja – inni, w tym „swoi”.
Najbardziej ludzkim przedstawicielem gatunku homo sapiens okazuje się w oczach każdego on sam.
Na nasz użytek wystarczy skrócona prezentacja tego zagadnienia. Podczas badań nad postrzeganiem „obcych” sformułowano wiele szczegółowych konceptów, proponując rozróżnianie dehumanizacji mechanistycznej od animalistycznej, zwanej czasem infrahumanizacją - gdy osoba jest postrzegana bardziej jako maszyna lub zwierzę, lub gdy w odmiennych ujęciach teoretycznych stawia się w centrum uwagi zjawiska dementalizacji czy instrumentalizacji. Dehumanizacja jawi się powszechną tendencją poznawczą ludzkiego umysłu i jako taka może zostać użyta do nadania kontekstu zdarzeniom i tekstom z przeszłości.
Niegodni życia
Wróćmy do tekstów średniowiecznych. Wizerunek bogomiłów z dzieła Anny Komneny i żydów z Żywotu Teodozjusza doskonale wpisuje się w schematy dehumanizacji. Opisywane postacie pozbawione są własnej woli, nie są sprawcami wyrządzanego przez siebie zła – służą Szatanowi. Nie są zdolne do refleksji, a jeśli ulegają perswazji, jak jeden z nawróconych żydów, to ze strachu. Próżno by doszukiwać się u nich jakichś wyższych uczuć, jak np. litość, wzruszenie, wdzięczność. Dają za to ponosić się uczuciom pierwotnym, które dzielimy ze zwierzętami (strach, złość, odraza). Pozbawieni są ludzkich przymiotów, takich jak godność (okryci wieczną hańbą zasługują wyłącznie na to, by być niewolnikami) czy rozum (ich wierzenie i twierdzenia to oczywiste bzdury). Stanowią zagrożenie – jak żmije, wilki czy chwasty, sama ich obecność „zanieczyszcza” kraj i wymaga radykalnych działań.
W dyskusji z nimi nie warto odwoływać się do wartości, nie są one bowiem zdolne do odruchów moralnych.
W wieku IX w Bizancjum toczyła się dyskusja czy heretycy zasługują na to, by żyć i czy są zdolni do nawrócenia. Poza dyskusją pozostała kwestia czy wolno mieć poglądy odmienne od oficjalnych w sprawach doktryny religijnej. Praktyka późniejszych stuleci pokazała, że górę wzięło zdanie radykałów. Gdy lud żądał śmierci dla zwolenników Bazylego, Aleksy okazał im łaskę, ale ponieśli oni śmierć cywilną - nie wrócili już nigdy do społeczeństwa, pozostali w odosobnieniu i izolacji aż do śmierci.
* * *
Miejsce heretyków i innowierców w społeczeństwach wschodniej Europy i Południowo-Wschodniej, jak też ich historia i wizerunek literacki od wielu lat są przedmiotem badań pracowników i doktorantów Uniwersytetu Łódzkiego z centrum Ceraneum, Katedry Filologii Słowiańskiej, Katedry Historii Bizancjum i Studium Języków Obcych. Ostatnio nabrały one większego tempa i rozmachu dzięki inicjatywom prof. Georgiego Minczewa. Do najważniejszych z nich należą wydania tłumaczeń literatury dotyczącej herezji średniowiecznych na Bałkanach oraz kierowane przez niego granty badawcze: Literatura polemiczna Słowian prawosławnych w średniowieczu (2018–2022) i Herezje dualistyczne w dziejach Europy Południowo-Wschodniej IX–XV w. (2017–2021), finansowane przez Narodowe Centrum Nauki. Do obu projektów zaangażowano uczonych z zagranicy: Bułgarii, Danii i Włoch, co zaowocowało już wspólnymi publikacjami.
W tym samym nurcie można umieścić również cenne i nowatorskie badania dr Zofii Brzozowskiej i współpracującego z nią zespołu nad wizerunkiem Mahometa w literaturach słowiańskich (projekt finansowany z grantu NCN Mahomet i narodziny islamu – stereotypy, wiedza i wyobrażenia w kręgu kultury bizantyńsko-ruskiej, 2017–2021). Za istotne dla rozwoju tej dziedziny należy uznać również prace kierowane przez prof. Mirosława J. Leszkę nad kulturą i historią dziesiątowiecznej Bułgarii (grant NCN Państwo bułgarskie w latach 927–969. Epoka cara Piotra I Pobożnego realizowany we współpracy z Uniwersytetem Sofijskim w latach 2015–2018).
Jan Mikołaj Wolski

