Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 120
Czytając tytuł, można pomyśleć, że to jakaś aberracja. Liberalizm w swej ikonicznej wersji musi być antytezą wszelkich wierzeń religijnych, dogmatów, być uosobieniem swobód i najszerzej rozumianego obywatelstwa. Taki efekt to instytucjonalizacja oblekająca każdą ideę w struktury władzy ze wszystkimi jej atrybutami, której niezwykle jest pomocna zawsze wiara religijna (przekaz wertykalny określonych prawd, interpretacji, wizji rzeczywistości itd. z poddaniem się autorytetom). I zawsze temu towarzyszy przeformatowanie się idei na podobieństwo dogmatycznej, zbiurokratyzowanej i siłą rzeczy, przeciwstawnym jej rudymentarnym kanonom, religii. Tu - najszerzej rozumianej wolności jednostki.
Budowanie społeczeństwa obywatelskiego i obywatelskiej polityki, zdolnej przywrócić demokracji jej prawdziwy sens, jest niemożliwe bez zerwania z dogmatami liberalizmu.
Samir Amin
Zasadniczą i bezpośrednio związaną z podstawowym paradygmatem liberalizmu w klasycznym ujęciu jest jego rozumienie tolerancji. Tu trzeba wybrać to, co jeden z koryfeuszy XX w. myśli liberalnej John Gray (Dwie twarze liberalizmu) określił jako nieprzekraczalne antynomie: z jednej strony chodzi o ideały racjonalne - sterowane i promowane przez uznające siebie za elity - sposoby i formy życia, a z drugiej przekonanie (i to jest chyba jednoznacznie zgodne z pluralizmem, wielokulturowością i partnerstwem), że szczęście i dobrobyt to wieloznaczne pojęcia, a samorealizację i ich osiągnięcie można dokonać na różne sposoby, zależne od warunków lokalnych i kultury.
Jeżeli chcemy sklasyfikować liberalizm jako formę religii, to będzie to tzw. ateistyczna religia ideału. W tej formie wierzeń ideał Absolutu zastępuje się jednostkowym człowiekiem, który ma unikać cierpienia, stawać się ciągle szczęśliwym, radosnym, zająć się dążeniem do subiektywnie pojętej doskonałości.
W odróżnieniu od azjatyckich religii typu buddyzm, konfucjanizm, bądź dżinizm – wykastrowano ową wiarę z doskonalenia wewnętrznego, duchowego. Z dążenia do pełniejszego poznania Wszechrzeczy.
Trzy filary religii
Każdą religię budują trzy filary. To kult, doktryna i organizacja. Kult to określone praktyki, czynności, akty, dzięki którym, poprzez manifestację, oddaje się cześć, podkreślając tym przynależność do zbiorowości. Doktryna to zbiór określonych poglądów, poprzez które racjonalizuje się wiarę. Zaś organizację stanowi struktura instytucjonalna, zespół specjalistów od objaśnienia meandrów i interpretacji Pism Świętych zawierających dogmaty, utwierdzanie wspólnoty w ścisłym związku z centralą. Wspomniani specjaliści od egzegezy aktualnie wymaganej wiedzy i poprawnie politycznych poglądów stymulują świadomość wiernych. Dziś to skutecznie czynią korporacyjne media i sieci społecznościowe.
Definicja sacrum mówi najogólniej, iż są to sprawy i rzeczy wyłączone z dziedziny świeckości, wiązane z boskością, absolutem, transcendencją. To symbioza świętości bezpośrednio z Absolutem i przysługującymi mu przymiotami o wybitnym poziomie moralno-etycznym.
Z kolei najbardziej ogólna definicja religii o etymologicznym rodowodzie wiąże się z łacińskim pojęcie religiare (czyli związanie z Bogiem, z siłą wyższą, nadprzyrodzoną). Tak tłumaczył m.in. znaczenie religii (łac. religio) chrześcijański retor i apologeta Lucius Caelius Firmianus Laktantius (III-IV w. n.e.) w swym najważniejszym dziele Institutiones divinae. Z tym związane jest to, co św. Augustyn (IV-V w n.e.) określił obraniem sobie za cześć jakiś przedmiot ([w]: O państwie bożym).
Ważnymi w tej przestrzeni są refleksje na temat religii Georga Hegla, Ludwiga Feuerbacha, Maxa Mülera (twórcę nowożytnego religioznawstwa), Jamesa Frazera czy Friedricha Schleiermachera. Znaczącym jest też w tych rozważaniach refleksja pozostawiona przez dorobek Williama Jamesa, który na religię patrzył z typowo pragmatycznego, jurydycznego i amerykańskiego punktu widzenia. „Religia to wiara w porządek wyższy, niewidzialny i w to że najwyższe dobro zależne jest od naszego dostrojenia się do tego porządku” ([w]: Priciples of psychology).
Materialistyczne, historyczne i kulturowe ujmowanie religii musi jednak uwzględniać przede wszystkim jej społeczne znaczenie. I jej odniesienie do świata, ludzkości i człowieka jako jednostki do wspólnoty, w której bytuje, nierozerwalnie związanej z rozwojem ekonomicznym, kulturą, politycznego kontekstu w jakim trwa dana zbiorowość. Nie jest ona wiecznym, niezmiennym, danym na zawsze modelem (K. Marks, F. Engels, marksizm).
W tej konwencji utrzymane jest też rozumienie religii zaprezentowane przez kanadyjskiego religioznawcę Petera Beyera, który mówi, iż „religia to typ komunikacji oparty na opozycji immanentne / transcendentne, który użycza znaczenia źródłowej nieokreśloności wszelkie znaczącej komunikacji ludzkiej i dostarcza sposobów przezwyciężenia tej nieokreśloności, a przynajmniej radzenia sobie z nią i jej konsekwencjami” (Religia i globalizacja).
Jako struktura wertykalna, gdzie wspólnota ma do dyspozycji określone dogmaty zawarte w tzw. Pismach Świętych i spisanych interpretacjach owych kanonów dokonanych przez różnego rodzaju dawnych i współczesnych egzegetów jest zjawiskiem społecznym formatującym w określony sposób jednostki utożsamiające się z tym przekazem. Inaczej mówiąc – wiernych. Niektórzy powiedzą, że liberalizm nie proponuje czegoś takiego jak termin sacrum. W dzisiejszym czasie to już jednak przeszłość.
Niebiański Eden już na Ziemi
Religia kreuje ponadto zawsze sztuczną, doskonałą rzeczywistość, która oczekuje na wyznawców w zaświatach. Jednak triada: liberalizm – demokracja – konsumpcjonizm sprowadziły niebiański Eden na Ziemię. Tu i teraz jest szczęście, dobrobyt, radość i przeżywanie sukcesu. Dzięki możnym tego świata, ultraliberałom i systemowi, który promujemy i zalecamy. Nie musisz myśleć, baw się, uśmiechaj, konsumuj. Taka miękka dyktatura codziennie promowana przez media stanowiące część tej religii jako jeden z elementów systemu tworzy postnowoczesnych, sytych, zadowolonych niewolników, ślepych, irracjonalnych wyznawców (bo im to wmówiono, a oni uwierzyli, iż żyją w najlepszym z systemów będącym szczytem rozwoju naszego gatunku).
„A najbardziej mroczne są te dyktatury, którym ludzie ulegają nie w oparciu o to, czego się boją, ale ze względu na to, co najbardziej lubią” (A. Huxley, Syntetyczny Bóg). To dyktatura życzliwa, aksamitna, puszysta, a narkotykiem - jak sugerował Huxley w swych rozważaniach, jest konsumpcja uosobiona ze szczęśliwym i bezgrzesznym życiem. Masz tylko nie myśleć samodzielnie, nie być krytycznym, zająć się swoimi prywatnymi sprawami, a nam, możnym tego systemu, tworzącym ten doskonały świat, zostawić te najważniejsze sprawy. Bo my wiemy lepiej. Czy to niej jest typowa ilustracja konstrukcji religijnej?
Takie pojęcie osoby ludzkiej jest absolutnie sprzeczne z oświeceniowym, liberalnym (klasycznie pojmowanym) rozumieniem obywatela. Bo on a priori jest alternatywą stojącą na antypodach tego, czym jest konsument. Konsument to wyznawca, zaprogramowany, często fundamentalista i fanatyk. Liberalny, tolerancyjny, rozumiejący złożoność rzeczywistości obywatel jest biegunowo odmiennym jego wizerunkiem.
Liberalizm, który potocznie utożsamiono z neoliberalizmem (czyli konstrukcją sprowadzoną wyłącznie do rynku, zysków i gier wedle relacji kupno – sprzedaż), zwulgaryzowaną częścią liberalnych rozważań Adama Smitha, dzięki politycznej, eksperckiej, naukowej i medialnej narracji po upadku muru berlińskiego, wszedł na pole religijnych, antywolnościowych i coraz bardziej autorytarnych rozwiązań. Symbolem tego jest toksyczny, niedemokratyczny, antywolnościowy i przeciwstawny obywatelskości akronim TINA oznaczający There Is No Alternative (z ang. „Nie ma alternatywy”). Ów slogan. powtarzany od rządów Margaret Thatcher i Ronalda Reagana a używany początkowo w finansach, ekonomii i polityce, wskazujący, że dana opcja (czyli „nasza” opcja) jest jedynie sensowną i dopuszczalną, rozpełzł się na całą przestrzeń ludzkiej aktywności.
Właśnie dzięki globalnym, transnarodowym mediom i procesom globalizacyjnym tworzącym tzw. Globalczyka (p. G. Cimek Czas Globalczyka w: Sprawy Nauki nr 1/2023 i SN Nr 2 /2023) nastąpiła z jednej strony glajchszaltacja kultur w stronę westernizacji (amerykanizacji), a z drugiej wyraźnie obniżyły się standardy tego, co do tej pory uważano za racjonalność, realizm, pragmatyzm i zdystansowanie od oferty korporacyjnych mediów, narracji mainstreamu czy przekazu różnego rodzaju, namnożonych dzięki socjalnym sieciom tzw. autorytetów. Bo to są prawdy objawione. To bezdyskusyjna wiara w wyjaśnienia podawane przez jedynie uznanych, własnych egzegetów. Prawd „mówionych w imieniu dobra całego rodzaju ludzkiego, wymuszając ich zaaprobowanie jako substytutów prawdziwej cnoty” (J. S. Mill, Autobiografia).
Jest to przedłużenie niejako sporu pelagianizmu z augustianizmem -jakbyśmy się cofnęli o bez mała 1500 lat. Inne czasy, inne argumenty, ale jądro problemu pozostało nie zmienione. Pelagianie mówili, iż człowiek z natury jest doskonały. Św. Augustyn zaprzeczał, gdyż według niego niszczyć miało człowieka społeczeństwo i to, z czym je wiążemy: jego wytwory, jego interesy itd. Czyli determinizm panujących warunków.
Dzisiejsi „pelagianie”, czyli liberałowie i demokraci uważają, że konsumpcja i związane z nią szczęście oraz wolność ograniczona do „wolności zakupów” (p. B. Barber, Skonsumowani), w wyniku których to zjawisk następuje postęp, wzrasta równość i sprawiedliwość, to dogmat, realność docelowa. To Eden nie podlegający kontestacji, którego wizję należy przyjąć.
Ten niczym nie ograniczony zawężony i narzucony optymizm poznawczy nie uwzględnia napięć społecznych wynikających z kanonów liberalizmu wdrożonych do gospodarczych, kulturowych, z racji rozwoju technologicznego, oczekiwań w przedmiocie właśnie sprawiedliwości, równości, wolności (nie będących tylko zabawą i prymitywną konsumpcją).
Współczesny imperatyw konsumpcjonizmu spowodowany jest wynaturzeniem relacji człowiek – człowiek i sprowadzeniem jej do stosunku nabywca - sprzedający. Fetysz rynku (fetyszyzm jest wczesną formą religijnej wiary, wiary w magiczne właściwości przedmiotów) zaprzecza temu, co proponowała np. filozofia dialogu jako podstawy równoprawnych, tolerancyjnych, bez jakichkolwiek odniesień merkantylnych interpersonalnych relacji (M. Buber, Ja i Ty). A to zasadniczy kanon demokracji liberalnej wywiedziony z klasycznego liberalizmu.
Religia abstrakcyjnego fetyszyzmu uwalnia człowieka od ograniczeń, jakie niesie mu życie społeczne. Kasuje wątpliwości i zbędny zdaniem współczesnych pelagian krytycyzm. Religia przez poznanie Wszechrzeczy nie powstaje sama z siebie (mimo błędów, które powstają w efekcie takiego poznania), a dopiero wówczas, kiedy zaistnieje jako znaczenie społeczne (A. Karpiński, Religie monoteistyczne a społeczeństwa rynkowe, w: Religia a rynek).
Liberalizm - nowa religia
Liberalizm po 1991 r. objął w swe władanie praktycznie cały świat i przyczynił się do uznania demokracji wedle rozumienia jej przez liberalne elity euroatlantyckie za jedyną dopuszczalną formę rządów. Wskutek procesów globalizacyjnych i transplanetarnych korporacyjnych mediów stało się to dogmatem XXI. wieku. Praktyka pokazała, że Zachód tym samym stanął na pozycjach Kościoła katolickiego i papieży, który w swej doktrynie rozdają rozgrzeszenie i odpuszczają grzechy, jeśli się z nim zjednoczy podczas np. roku świętego i pielgrzymki do Rzymu. Oczywiście z równoczesnym uiszczeniem ofiary.
Interwencje zbrojne, które prowadzono w imię zaprowadzenia demokracji liberalnej w tej perspektywie były i są niczym krucjaty w średniowieczu, mające nawrócić pogan i heretyków na właściwe rozumienie prawdy. Czy to jest zgodne z klasycznym rozumieniem liberalizmu? - na pewno nie. Wszędzie, zwłaszcza w krajach Globalnego Południa ludzie na huragan turbokapitalizmu (neoliberalnych reform) zareagowali ucieczką „pod baldachim religii”.
Amerykańscy ewangelikanie wykonali i wykonują imponującą pracę eksportu wiary religijnej. Jednocześnie amerykańskie koncerny czynią to samo, by rosło zapotrzebowanie na tzw. „amerykanizm”, jako bazę dla ich zysków. W ten sposób USA po dwakroć przyczyniły się do powiązania ze swoim interesem dalekich od religii doktryn i ideologii – np. liberalizmu, uniwersalizmu, demokracji, stając się czołowym eksporterem religii i globalnym promotorem kapitalizmu w amerykańskiej wersji. Za Karolem Marksem można stwierdzić, że Ameryka eksportuje religijne „opium, jak i podsyca zapotrzebowanie na nie” (J. Micklethwait i A. Wooldridge, Powrót Boga).
A z demokracją liberalną (i samym liberalizmem powtarzanym jako neoliberalna mantra w przestrzeni publicznej) jest tak, jak z traktatem O Trójcy Świętej Akwinaty. Otóż Tomasz z Akwinu manuskrypt swego dzieła umieścił na ołtarzu katedry Notre Dame po to, by Bóg osobiście mógł zapoznać się z jego treścią. Bez względu na stosunek Boga do owego traktatu, bez boskiej recenzji i choćby znaku, św. Tomasz stwierdził, że Bóg zaaprobował jego tezy i jest tym samym jedynym w dziejach rodzaju ludzkiego autorem, który dostąpił tego zaszczytu (Ch. Hitchens, Bóg nie jest wielki). Analogicznie reagują zachodnie elity demoliberalne, które rzekomo są agnostyczne, ateistyczne, liberalne i tym samym sprzeciwiające się mieszaniu porządków ziemskiego i niebiańskiego. Dekretują to od dekad, że ich interpretacja liberalnych zasad, na których ma się opierać demokracja, jest jedyna, bezdyskusyjna i aprioryczna.
Radosław S. Czarnecki
Jest to pierwsza część eseju Autora „Liberalizm jako forma wierzenia religijnego” – drugą opublikujemy w następnym numerze, SN Nr 6-7/26. (red.)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 19
Zajęliśmy się w I części tego materiału zdefiniowaniem religii, pojęcia sacrum i wynikających stąd relacji interpersonalnych. Poza tym nakreślono w nim triadę liberalizm – demokracja – konsumpcjonizm jako rdzeń panującego systemu, dzięki niesłychanym możliwościom technologicznym (nieznanym w dotychczasowej historii ludzkości) formatującego świadomość ludzi: w wymiarze jednostkowym jak i zbiorowym.
Demokracja opiera się na nieustannym powątpiewaniu. Świat demokracji jest światem w ruchu, zmienia się, zderzają się w nim różne wartości, cele i interesy społeczne. (Krzysztof Teodor Toeplitz)
Wizerunek cywilizacji zachodniej od 2-3 dekad coraz wyraźniej uwidaczniał przejawy religijności. Na bieżąco relacjonowano modlitwy Jana Pawła II (potem Benedykta XVI i Franciszka I), jego podróże, śmierć i agonię papieża z Polski, żydowskie święta jak Jom Kippur, muzułmański ramadan, pielgrzymki wiernych do Mekki, wystąpienia Dalajlamy, spektakularne obchody na całym świecie w krajach katolickich (Hiszpania, Filipiny, Polska itd.) związane ze śmiecią Jezusa, obchody szyickich rytuałów w rocznicę śmierci Husajna ibn Alego (Aszura), kiedy wierni w różny sposób się okaleczają, co wzbudzało medialne zainteresowanie przeżywaniem doświadczeń religijnych (p. G. Corn, Religia i polityka w XXI wieku).
To samo od dekad obserwowano w USA, tej największej globalnej do niedawna gospodarce, hegemona politycznego i promotora tego, co kojarzy się z demokracją liberalną (J. Micklethwait, A. Wooldridge, Powrót Boga). W ten sposób model cywilizacji jaki wyeksportowano i upowszechniono na świecie przy pomocy globalizacji został naznaczony piętnem amerykanizmu z religijnym tłem. We wstępie do książki Bassama Tibi Fundamentalizm religijny, arabista prof. Janusz Danecki zauważył, iż obserwujemy – było to na przełomie XX i XXI w. – starcie religii i cywilizacji, w domyśle: cywilizacji utożsamianej z Zachodem. Trzeba dodać, że był to błędny wniosek. Gdy patrzymy dziś na sytuację globalną w tej mierze wyraźnie widzimy, że Zachód i jego dotychczasowe wartości są w silnej defensywie wobec wzrostu religijności (p. „Ewangelikanie i ewangelizacja”, Sprawy Nauki Nr 3 i 4 / 2026).
Fundamentalizm jest nie tylko zjawiskiem religijnym. Proponuje bowiem alternatywę, oparcie, podstawę dla rozedrganej, płynnej, pełnej możliwości, (które się zawężają na naszych oczach), ale dla wybranych. Pustka, z jaką współczesny człowiek się zderza w więdnącej pod wpływem procesów politycznych, kulturowych, ekonomicznych realnej rzeczywistości – zarówno w wymiarze materialnym (odczuwalny spadek jakości życia) jak i duchowym – dekonstrukcja dotychczasowych autorytetów i świeckich religii (utopii) musiała doprowadzić do zastąpienie takiej rzeczywistości transcendentalną, mistyczną, religijną abstrakcją (p. L. de Bonald, Teorie du pouvoir et religion demontre par le raissonnement et par l’histoire). Mimo wydania tej pozycji po raz pierwszy jeszcze w 1796 r., zachowuje ona cały czas autentyczność przy analizie takich i podobnych procesów społecznych.
Slavoy Žižek zauważył, że dziś zadaniem intelektualistów zachodnich nie jest ulepszanie zgniłego systemu, ale skupienie się na jego rosnących ograniczeniach. Zasadnicza utopia pogrążająca liberalne, demokratyczne myślenie polegające na tym, że mieszkańcy zachodnich, uprzywilejowanych krajów i klasy średniej oraz wyższej-średniej stanowiących o istocie systemu, mogący stale żyć w rzeczywistość toczącej się tak jak dotychczas, winna polec pod naciskiem intelektualnej dekonstrukcji (p. S. Žižek, „Potrzeba nowego rozdania”, Gazeta Wyborcza, 7-8.02.2015). Im szybciej tym lepiej.
„Poczucie własnej nieomylności i dogmatyzm łączące się z wiarą w cud” stanowi kruchą podstawę dla działalności publicznej (S. Bruce, Fundamentalizm). Tworzą się wówczas nierealistyczne, wyalienowane z realiów codziennego życia, miraże swej doskonałości. To działanie charakterystyczne dla typowych religijnych zelotów. Fundamentalistyczną cechą jest też chęć, dążność do kontroli środków i sposobów komunikacji społecznej.
Ironią wszelkich fundamentalizmów jest to, iż dawni dysydenci i kontestatorzy, którzy obejmują z czasem władzę przejawiają najszerzej idącą aktywność właśnie w tej mierze. I tak ma się dziś sytuacja z liberalnymi elitami, podobnie jak z koryfeuszami reformacji: Lutrem i Kalwinem, a w dalszej kolejności z intelektualistami i „erazmitami” walczącymi o tolerancję i pluralizm takimi jak Melanchton, Kapiton, Oekolampadius czy Bucer. Stali się oni po pokoju w Augsburgu (25.09.1555) i zapanowaniu zasady eius regio, cuius religio osobnikami czynnie i brutalnie tropiącymi herezje oraz różne odstępstwa od ich oficjalnie obowiązującej doktryny. Zwyczajnymi zelotami. Ogólnie rzecz ujmując, każdy fundamentalizm opiera się na przeświadczeniu, że istnieją pewne źródła i ich interpretacje, które są nieomylne i kompletne.
Sprowadzenie chrześcijaństwa do elementu władzy – po decyzjach Konstantyna Wielkiego i Teodozjusza Wielkiego – spowodowało ośmieszenie i dekonstrukcję wszelkich wartości związanych z uniwersalizmem, humanizmem, troską o stygmatyzowanego, wykluczonego (to pozostało tylko w formie jałmużny, a nie działań na rzecz zmiany stosunków społecznych i politycznych). Pierwotne wartości zostały odłożone do lamusa. Zaś dziś, na co w licznych wywiadach zwracał uwagę Zygmunt Bauman, przybywa ludzi którzy mają poczucie, że są gorsi od innych. A upokorzeni są gniewni, szukają środków, by ten gniew wyładować.
W erze powszechnej tik-tokeryzacji, disneylandyzacji i makdonaldyzacji wszystko stało się banałem, infantylnym gadżetem, klipem na ekranie i częścią przesuwających się stale kolorowych obrazów powodujących uczucie pustki, chaosu poznawczego, braku jakiegokolwiek fundamentu. Zdjęcie umierającej z głodu afrykańskiej dziewczynki i czekającego obok na jej śmierć sępa (Sudan, rok 1993, fotograf Kevin Carter) sąsiaduje z lampionami i fajerwerkami Las Vegas, brutalne walki w Sahelu, dżihadyści syryjscy (dziś szacowni reprezentanci „nowej Syrii”) z odciętymi głowami Alawitów i chrześcijan w dłoniach obcują z czerwonym dywanem w Hollywood, zdjęcia i informacje nt. Palestyńczyków ze zrównanej z ziemią i pozbawionej elementarnych warunków do życia Gazy, czego dokonał Izrael (uznawany za forpocztę demoliberalnego Zachodu na Bliskim Wschodzie) obcują z rautami, ceremoniami i balami euroatlantyckiej elity.
Świat w tej optyce, w tym medialnym bigosie jest absolutnie pozbawiony wszelkich wartości i punktów odniesienia - przy jednoczesnej liberalno-medialnej narracji, że jest to jedyna, wspaniała, docelowa dla całej ludzkości rzeczywistość. Musi to dotknąć również religii i doktryn, które do tej pory mogły wydawać się jakimiś drogowskazami, a którym horyzont odniesienia umknął w niebyt. Pozostała tylko infantylna, banalna, zawężona do zabawy, „radochy” i głupawych memów przestrzeń półrealna, półwirtualna.
Zmaterializowała się wieszczona przez Postmana, Huxleya czy McLuhana rzeczywistość. Taka świetlana przyszłość jest modelem na wskroś religijnym, bardzo podobnym do millenarystycznych wizji raju, złotego wieku, Edenu, świata przyszłości, kiedy Armagedon zniszczy tych złych, upadłych, brzydkich i niegodziwych. Wtedy zapanują autorytatywnie objawione zasady, wartości i ich interpretacje.
Myśl Starego Kontynentu od dawna jest porażona platońską wizją, ugruntowaną potem przez 2 tys. lat chrześcijańskiej władzy wdrożonej w doczesność (papizm i cezaropapizm, które są tym samym tylko w odbiciu lustrzanym), jakiejś siły nadnaturalnej, będącej idealnym prawzorcem wszystkiego, całej Wszechrzeczy.
Takie postrzeganie rzeczywistości eliminuje ewolucję i zmiany we wszystkich przestrzeniach, będąc rozumowaniem religijnym. Więc jeśli liberalizm uznał swe kanony i zasady za najlepsze i jedyne, wykreował się tym samym na doktrynę, która ma być szerzona bez względu na pluralizm kultur na świecie. W takim przypadku postępuje jak normalna dogmatyczna religia.
A przecież zgodnie „z tolerancją, mającą stanowić rudyment liberalizmu, każdy człowiek, każdy naród, każda cywilizacja może wybrać własną drogę do własnego celu niekoniecznie zgodną z drogami innych” (I. Berlin, „John Stuart Mill i cele życia” [w]: Cztery eseje o wolności).
Liberałowie, tracąc uniwersalizm i fundament swej idei i doktryny, stając się elementem sprawującym władzę opartej o dogmatyzm i aprioryzm (co stanowi istotę każdej religii), podtrzymali fatalną wadę: najlepiej czują się w towarzystwie sobie podobnych, wyznających te same idee, wartości, preferujących te same programy i mody (p. R. Bregman, Homo sapiens. Ludzie są lepsi niż myślisz).
Tradycja judeochrześcijańska mająca stanowić fundament kultury Zachodu nie pozwala wyjść poza horyzont światopoglądu opartego wyłącznie o ramy duchowości, etyki czy filozofii. Bez odwołań do prawnej kazuistyki, dziś idącej coraz bardziej w kierunku talmudycznego regulowania wszelkich możliwych aspektów życia. Niestety, liberalizm nie poszedł drogą systemów światopoglądowych rodem z Azji: buddyzmu, niektórych szkół hinduistycznych i dżinizmu.
Idea humanizacji śmierci przez rozpowszechnianie roli gilotyny w tym publicznym misterium, jakie towarzyszyło takim wydarzeniom, a potem przełożenie tego na wyroki śmierci dokonywane w zaciszach więzień czy kazamatów, które to akty „zgasiły wszelkie emocje, nawet najbardziej negatywne” kierowane przez tłum gapiów ku dekapitacji skazańców, oznaczać miało, że śmierć została zbanalizowana i odarta ze społecznych emocji. I było to częścią oświeceniowego humanizowania, uczłowieczania, racjonalizowania wszystkiego, co miało teraz dotyczyć nowoczesnego człowieka.
W tym przypadku, także zadawania mu śmierci. (F. Dürenmatt, Nocna rozmowa z człowiekiem, którym się gardzi). Orwellowski świat i panoptikon J. Benthama to przykłady i praktyki na zdolności liberalnych porządków we współczesnym świecie i ich degeneracji bliskich religijnym uzasadnieniom rodem z totalitarnych praktyk. Dziś nikt nikogo nie dekapituje, nie łamie kołem ani nie pali na stosie. Ale w Wieku kapitalizmu inwigilacji Shoshany Zuboff istnieją inne, nie mniej dolegliwe, dramatyczne sposoby materializacji świata Orwella. Pozbawia się jednostkę kontestującą liberalny porządek, nie godzącą się na jednowymiarowość prezentowaną i narzucaną przez mainstream, środków do życia, stawiając ją w sytuacji dziewczynki ze zdjęcia Cartera.
Eliminuje się ją nie tylko z przestrzeni wymiany myśli i komunikacji, ale pozbawia się ją możliwości normalnego bytu poprzez blokadę dostępu do usług bankowych, medycznych, korzystania ze środków komunikacji zbiorowej i indywidualnej (wyłączanie telefonów, konfiskata urządzeń itd.), zakaz przekraczania granic w Europie. I to w oparciu o decyzję administracyjną, od których nie ma w zasadzie odwołania. Kilkanaście osób z Europy już takie totalitarne represje spotkały ze strony Brukseli (np. pochodzącą z Kamerunu obywatelkę Szwajcarii Nathalie Yamb czy blogera z kraju Helwetów Pascala Lottaza).
O nadchodzącym systemowym kryzysie, groźniejszym niż to, co znamy z ostatnich dekad, grożącym gwałtownym wybuchem społecznego niezadowolenia w wyniku wzrostu światowej wieloetnicznej, wielokulturowej „underclass” czyli ludzi trwale wielopokoleniowo zdeklasowanych, zmarginalizowanych, stygmatyzowanych przez mainstream medialny jako nieudaczników i leni, przez to niewolnych i pozbawionych nadziei na poprawę swego losu ostrzegało już w I dekadzie XXI w. wielu myślicieli, emerytowanych polityków i naukowców. Tak różnych jak Henry Kissinger, Slavoy Žižek, Andriej Fursow, Thomas Piketty, Lester C. Thurow czy Emmauel Todd.
Za tę sytuację odpowiada autorytarnie panujący liberalizm, który cofnie zapewne cywilizację o dekady, podobnie jak to było po upadku Rzymu. Demonstracje antyglobalistów, ruch ”Occupy Wall Street” czy protesty przeciwko Acta już dawno były sygnałem, że społeczny bunt kiełkuje i to w tych przestrzeniach, gdzie elity i mainstream się tego nie spodziewały. Te ruchy społeczne można przyrównać do religijnej kontestacji w ramach systemu chrześcijańskiego totalitaryzmu średniowiecza.
To była odpowiedź na władzę Kościoła, pokazująca z jednej strony erozję doktryny, a z drugiej – zapowiedź tego, co zaczął Luter w 1517 roku, przybijając 95 tez na drzwiach kościoła w Wittenberdze (31.10.1517). Dotyczyły one m.in. ruchu flagelantów, beginek i begardów, waldensów, katarów (albigensów), mendykantów, lollardów, joachimitów itd. Niektóre ruchy, podobnie jak obecnie, system zaabsorbował pacyfikując ich początkowy radykalizm. Inne, przy pomocy władzy świeckiej, zniszczył eliminując fizycznie liderów (Dolcino, Hus, Savonarola, Tyler, Müntzer) lub stosując przy pomocy krucjat ludobójstwo (represje wobec albigensów/katarów czy husytów). Dziś można kontestatorów systemu wykluczyć z przestrzeni publicznej przy pomocy technologii (bez możliwości jakiegokolwiek odwołania niczym od wyroku inkwizycji).
Gdy system wyczerpuje swe możliwości rozwoju, gdy racjonalizm i pragmatyzm podpowiadają, że koniec się zbliża, wzbierają emocje, rozgorączkowane namiętności i dziecinne fantazje. Wzrastają upodobania do swarów i kłótni, pieniactwo i towarzysząca jej agresja, hipokryzja pomieszana z patosem świętości i przede wszystkim chciwość. Doskonale te procesy opisuje schyłek wielowiekowej epoki średniowiecza Johann Huizinga, znakomity mediewista i filozof kultury w Jesieni średniowiecza. Czy dziś tych nie obserwuje się tych zjawisk, powszechnych w społeczeństwach Zachodu, gdzie liberalizm panował od dekad? Schyłek średniowiecza, epoki królestwa religijności, jednowymiarowej kultury owocował niesłychaną bigoterią, przy jednoczesnym upadku zasad tak podnoszonych przez panujący system. Analogie z czasami współczesnymi są nad wyraz czytelne. Jak stwierdził Bertrand Russel - „Nigdy nie daj się zwieść temu, w co chcesz wierzyć”.
Radosław S. Czarnecki
Jest to druga, ostatnia część eseju Radosława Czarneckiego "Liberalizm jako forma wierzenia religijnego". Część pierwszą zamieściliśmy w SN Nr 5/26 (red.)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1297
Gnostycyzm (ze stgr. gnostikos, dotyczący wiedzy, służący poznaniu istnienia wszechrzeczy) - to doktryny i ruchy religijne powstałe na wschodzie Cesarstwa Rzymskiego w I w. p.n.e. (głównie w Syrii i Egipcie), łączące chrześcijaństwo z pogańskimi, grecko-egipskimi, wierzeniami religijnymi.
Gnoza, etymologicznie łączona z pojęciem gnostycyzmu, zazwyczaj to coś, co mistycy jak i metafizycy nazwali pierwotnym Objawieniem. Systemy te (niesłychana liczba, ale i żywotność, która trwała przez wieki, odradzając się co jakiś czas w różnych formach i postaciach bez względu na epokę i czasy), mimo różnic i wielości, łączy jeden wyraźny element: dualistyczny, wyraźnie rozgraniczający dobro i zło, sposób postrzegania rzeczywistości.
Stąd wytworzył się uniwersalny rys doktryny sprowadzający się do tego, że istnieje Najwyższe, pozaświatowe Bóstwo, doskonałe i odległe. Z niego wypływają niejako wszystkie, niższe byty boskie (np. Dobro, Prawda, Mądrość) o coraz to mniejszej doskonałości.
Na samym dole tej długiej zstępującej hierarchii znajduje się Stwórca, czyli Demiurg, zły i okrutny, który albo nie ma już świadomości istnienia Najwyższego, albo wypowiada mu posłuszeństwo. Jest zatem jakby Złym Bogiem, czyli Szatanem. Według gnostycyzmu, należy identyfikować go z biblijnym Jahwe. To on stworzył fizyczny wszechświat rządzony przez powołanych przez niego do istnienia złych zarządców, zwanych bogami, demonami czy aniołami.
Nigdy nie wierz w coś jedynie dlatego, że przemawiają za nimi domysły czy tezy jakiegoś starego mędrca. Nigdy nie wierz w coś jedynie dlatego że długoletnie przyzwyczajenie skłania cię do przyjmowania czegoś za prawdę, nie wierz wyłącznie autorytetowi twoich nauczycieli i duchownych. Kieruj się tym, co zgodne jest z twym doświadczeniem i dociekaniem i co odpowiada twemu rozumowi oraz służy twemu własnemu dobru i szczęściu - jak też wszystkich innych istot – to bierz za prawdę i żyj według niej. I oczywiście wierz temu, co się sprawdziło w praktyce.
Budda
Gnostycyzm to pojęcie zbiorczych, powstałych na przełomie starej i nowej ery w Imperium Romanum, prądów filozoficzno-religijnych o ukierunkowaniu mistycznym. Nie da ich się ich zaklasyfikować jako czysto chrześcijańskich, choć niektórzy gnostycy sięgali jawnie do tej tradycji. Nie stworzył ów ruch jednolitego, spójnego systemu. Stanowił zawsze konglomerat różnych wierzeń - dualistycznych, mocno przesiąkniętych bliskowschodnimi kultami, chaldejskim ezoteryzmem i kulturą hellenistyczną. Łączyło je przede wszystkim przekonanie o apriorycznym rozumieniu wybranych spośród wyznawców elit, jako istot mądrzejszych, oświeconych boską ingerencją.
Można wśród nich wyróżnić dwa kierunki interpretacyjne: to gnoza aleksandryjsko-platońska i syrio-perska. Zresztą religie pochodzące z terenu dzisiejszego Iranu oraz tamtejsza kultura zainfekowana od wieków specyficznym dualizmem stanowiła jeden z podstawowych zaczynów tych prądów i systemów. Na rozwój gnostycyzmu jako pewnej opcji w ramach tego, co rozumiemy jako judeo-chrześcijaństwo (a co było w późnym antyku modelem formującego się systemu z nową religią jako jednym z atrybutów władzy w schyłkowym okresie Imperium Romanum) wpływ miała galaktyka rozwijających się na przełomie tysiącleci ruchów, wierzeń, kultów itd. na obszarze Cesarstwa. To przede wszystkim kościoły Szymona Maga, Marcjona, sekty ceryntian czy elkazaitów, system Bazylidesa czy Walentyna, montanizm, a przede wszystkim manicheizm (J. Urban, Historia Kościoła).
Religia gnozy oparta została na niezwykle rozbudowanej mitologii, przypominającej współczesne powieści fantasy i dualistycznym pojmowaniu świata, opisującym i uzasadniającym ten dualizm. Greckie słowo gnosis oznacza szukanie, badanie, studiowanie (ale także efekty owych działań), wiedzę, mądrość, posiadanie prawdy etc. Poszukiwania ukrytej mądrości doprowadziły gnostyków do chęci posiadania tajemnej wiedzy o najwyższej prawdzie, ukrytej przed rzeszami nieświadomej gawiedzi - niewykształconej, nie posiadającej tego oświecenia i przez to prymitywnej.
W wyniku tak rozumianej wszechrzeczy gnostycy podzielili populację na trzy grupy ludzi. Pierwszą stanowią tzw. pneumatycy, czyli jednostki stojące na najwyższym stopniu uduchowienia – elita, a tym samym predestynowane do ocen, pouczeń, wydawania dekretów itd.
Niżej w hierarchii doktryny pozostawali tzw. psychicy (hylicy). A najniżej somatycy – owa gawiedź niejednolita i z oczywistych względów zróżnicowana.
Zbawienie i życie wieczne – naczelne elementy rozważań dla tamtej epoki - jest przeznaczone dla wybrańców, dla dusz bezgrzesznych i czystych. Dusze „niewiedzących” zostają unicestwione na sądzie ostatecznym z powodu wielkiej siły przeciwnika światłości. Czasem wystarczy czyściec, (abstrakcyjna konstrukcja powstałą w tym celu), w którym dusza śmiertelnika zostaje oczyszczona po poddaniu określonym czynnościom. Nabiera w ich efekcie pożądanej pobożności i doskonałości.
Według koncepcji gnostyków, człowiek jest niespójnym komponentem ciała, duszy oraz ducha (pneumy), choć posiada w sobie element boskości.
Zadaniem pneumatyków miało być uświadamianie sposobu zrozumienia swojej natury i poskromienie emocji wynikających z natury ciała przez wyznawców. Ich prawdziwą jaźnią ma być dusza, równie obca światu, jak Bóg (choć jest on w nim obecny). Prawa natury zniewalają człowieka, a jego ciało i dusza (w tym psychika) aktywnie mu się przeciwstawiają, ograniczają i upokarzają. Znaczeniem tego stanu miało być zrozumienie w chęci i czynie poznania oraz sposobu wzniesienia się poza stan natury ludzkiej, dając duchową mądrość i siłę mogącą tylko tymczasowo spoczywać w materii ciała ludzkiego. W ten sposób, człowiek mógł być przygotowany na ewentualną możliwość spotkania się ze Stwórcą wszechrzeczy i wkroczyć w jego światłość.
„Radykalny dualizm, przyjmuje dwie zasady: dobrą, Boga, twórcę duchów i aniołów oraz złą, której najwyższym przejawem jest szatan, diabeł. Szatan posługując się podstępem, zdołał się wedrzeć się do królestwa Boga i doprowadzić do tego, że podczas jednego starcia ginie dwie trzecie aniołów z nieba” (Adolf Holl, Heretycy).
Stąd potrzebni są „oświeceni pneumatycy” stanowiący elitę wybranych, objaśniający, gdzie tkwi dobro, czym ono jest i jak się materializuje w życiu codziennym.
Obsesja gnostyków
Obsesją gnostyków, zarówno w czasach Antyku jak i w późniejszych epokach, stała się realność, czyli doczesne istnienie spersonifikowanego zła (szatana). Wszystko, co stworzymy jako ludzie przy pomocy narzędzi naszego umysłu, posiadanej racjonalności, zdolności poznania i doświadczeń ma swój absolutnie dobry, albo zły aspekt. Stąd wynika perspektywa, iż każde istnienie musi być okupione kosztem innych. Giną, by żyć mógł ktoś inny. Takie spojrzenie na istotę ludzkiego bytu, często przeciwstawnego immanencji porządku natury, jawi się narzuceniem określonej aksjologii, wynikającej z ewolucji naszego poznania. Stanowi to sakralizację i uzurpację gatunku homo sapiens (oczywiście w osobach pneumatyków) jako elementu boskości w życiu doczesnym. Ten ryt trwa przez minione 2000 lat w kulturze europejskiej, będąc jej nieusuwalnym elementem - bez względu na epokę, preferowane systemy wartości i poznanie oraz panujące przesłania ideologiczne.
Tym samym zjadając mięso, bierzemy pośrednio udział w zabijaniu zwierząt (dlatego wśród gnostyków popularny był wegetarianizm). Idąc dalej - za poglądami współczesnych radykalnych ekologów, będących echem idei gnostyckich - czytając książki pośrednio przyczyniamy się do śmierci puszczy amazońskiej. Jeżdżąc samochodem – zatruwamy środowisko itd. Nie ma rzeczy, której konsekwencje nie byłyby dwoiste: dobro okupione jest złem. Postęp technologiczny okupiony jest zniszczeniem Ziemi i jej zasobów. Ludzie decydują się jednak płacić cenę popełniania zła za swój dobrobyt i rozwój. Zabijamy zwierzęta, robimy na nich eksperymenty, podbijamy narody lub walczymy w obronie swej niepodległości, niszczymy środowisko, jednym słowem czynimy mnóstwo zła (niekoniecznie własnoręcznie), ale czujemy się usprawiedliwieni, że prowadzi to do jakiegoś wyższego celu.
Gnostycy byli bardzo wyczuleni na zło doczesnego świata. Nie mogąc sobie wytłumaczyć jego pochodzenia, doszli do wniosku, że istnieją w kosmosie dwie przeciwstawne siły: to, co dobre i boskie oraz to co złe i ziemskie, ludzkie. Stworzycielem człowieka i świata nie był dobry Bóg, ale zły demiurg, zaś człowiek jest tworem nieudanym i przypadkowym. Kosmos jest miejscem zmagania się owych, antynomicznych sił. Gnostycy czuli się niewolnikami zła i desperacko szukali wyjścia ze swojej beznadziejnej sytuacji.
Źródłem tego typu refleksji i religijności – bo gnostycyzm antyczny tak należy traktować – są absolutnie wierzenia staro-perskie i babilońskie, zwłaszcza mazdaizm, zerwanizm i zaratusztranizm. Wpłynęły one również na ewolucję judaizmu w czasach niewoli babilońskiej.
Manicheizm – klasyka myśli gnostyckiej
Kolejnym ruchem religijnym o pochodzeniu bliskowschodnim, a odgrywającym kolosalną rolę w kulturze późnego antyku i rozwoju chrześcijaństwa, okazał się manicheizm. Tu już spotykamy się z klasyką myśli gnostyckiej i śmiało można powiedzieć, iż to przede wszystkim poglądy Maniego (Manesa, 216-276) ostatecznie ją zmodyfikowały. Prześladowania manichejczyków przeciągną się przez wieki aż do późnego średniowiecza, gdyż stanowili oni autentyczną konkurencję wobec dominacji Kościoła rzymskiego. Ową siłę czerpał z podatności na synkretyzm, dzięki czemu wchłonął wiele sekt, kultów i ruchów. To manicheizm przeniósł idee gnostyckie, już przeformatowane wedle swoich upodobań i interpretacji (zresztą zmiennych w czasie), w odległe od późnego antyku epoki, infekując swymi ideami kolejne umysły, kultury i zbiorowości.
W tym miejscu warto wspomnieć, iż przeniesie idei perskich i babilońskich,(zapładniających hellenizm), w Basen Morza Śródziemnego było decyzją imperatora perskiego Cyrusa II Wielkiego, który zezwolił Żydom przesiedlonym w trakcie kampanii Nabuchodonozora II do Babilonu na powrót do ojczyzny.
Gminy manichejskie rozprzestrzeniły się przede wszystkim na Bliskim Wschodzie, Egipcie i północnej Afryce oraz Iranie. Manicheizm dotarł też do Azji Mniejszej, Armenii, Dalmacji i Hiszpanii, a nawet do Chin. To była religia radykalnego dualizmu ducha i ciała, światła i ciemności, dobra i zła. Mani był apostołem światłości, ostatecznym Mesjaszem, zbawcą, lekarzem duszy, który wyzwala dusze do królestwa światłości. Gmina manichejska podzielona była na dwie grupy: elitę „wybranych”, „doskonałych” oraz większą grupę „słuchaczy”, czy też katechumenów (czyli jeszcze bardziej kategorycznie niż w pierwotnych gminach gnostyckich).
Popularność manicheizmu doprowadziła do tego, iż poczęto gnostycyzm utożsamiać wyłącznie z nim. Surowe wymogi etyczne spełniać mieli członkowie elity, którzy nie muszą brudzić sobie rąk sprawami cielesnymi. Są bowiem utrzymywani przez pracujących słuchaczy, którzy biorą na siebie „brudną robotę”, czyli tracą czas na pracę, kalają się seksem i ogólnie kontaktują ze światem. Wybrańcy natomiast starają się być od świata jak najdalej i dlatego podlegać mieli trzem pieczęciom – ust, dłoni i ciała. Znaczy musieli powstrzymywać się od spożywania wina i mięsa, kłamstwa, pracy oraz seksu. Doskonali mają poświęcać czas na studiowanie pism religijnych i ich kopiowanie. Wybrańcy spożywali tylko jeden posiłek dziennie, który dostarczali im słuchacze. Utrzymywanie wybrańców było uznawane za zasługę dla zbawienia duszy.
Manichejczycy przywiązywali dużą wagę do postów. Ograniczając swoje posiłki czuli, że dokonują mniej zła, bo zabijają mniej zwierząt i roślin. Doskonali (wzorowani na pneumatykach) pościli przez 1/3 roku. To efekt olbrzymiego poczucia grzeszności, co wyczytać można w zachowanych formularzach spowiedzi (znalezionych w archiwach w Iranie i Azji Centralnej).
Z jednej religii do drugiej
Chrześcijaństwo, zwalczając ostro system Maniego, dokonywało absorpcji idei manichejskich w ramach religijnego synkretyzmu, celem poszerzania swego zasięgu (kooptacja doktrynalna gmin manichejskich na obrzeżach i poza terenem Imperium Romanum). Tym tendencjom uległ – zresztą nie porzucając ich do końca życia, choć zwalczał manicheizm z pozycji chrześcijańskiej ortodoksji – bp Hippony, Augustyn Aureliusz, późniejszy święty i doktor Kościoła.
Jak zauważył James G. Frazer (Złota gałąź) wśród bogów wschodniego pochodzenia posiadający wpływy na zachodzie Cesarstwa Rzymskiego był kult Mitry. Pod względem rytuału, doktryny ów kult przypominał w wielu aspektach religię Wielkiej Matki (Kybele, Demeter, Asztarte etc.) lecz również chrześcijaństwo. Te wpływy, będące przejawem typowego synkretyzmu religijnego, oficjalnie w nauce Kościoła widoczne są od soboru w Efezie, gdzie uznano Marię Matką Boga, czyli Theotokos (431 r. n.e.).
Hybrydyzacji chrześcijaństwa sprzyjała – choć te tendencje były ostro zwalczane przez okrzepły już w strukturach imperialnego systemu władzy Kościół – popularność starożytnych misteriów, czyli form kultu religijnego dostępnych tylko dla osób wtajemniczonych, po rytuałach inicjacyjnych. Synkretyzm doby hellenistycznej i szczytowego rozwoju Cesarstwa Rzymskiego doprowadził do rozwoju licznych misteriów związanych z różnymi kultami. Wpływ wspomnianego wcześniej mitraizmu o silnym rysie dualistyczno-ezoterycznym był tu szczególny.
Z początkiem średniowiecza (tzw. wieków ciemnych), kiedy szerzyła się z jednej strony abnegacja wszystkiego, co materialne i cielesne, kojarzone z pogaństwem, a z drugiej towarzyszył temu katastrofalny upadek jakości życia (także nauki i edukacji), nastąpił wielowiekowy cywilizacyjny regres. Chrześcijaństwo wnosiło do ówczesnej kultury - tworząc ją i wszczepiając te wartości na wieki jako monopolista i rządca dusz – ów rys gnostycko-manichejskiej pogardy dla Inności oraz koncepcję wybrania i elitarności. To korespondowało niesłychanie blisko z wiarą w naród wybrany Izraela, którą rozciągnięto na całe chrześcijaństwo. Tym samym wykreowano siebie w oceanie pogaństwa i innowierstwa jako depozytariusza boskiej, jedynej i autentycznej prawdy. Ten rys apodyktycznej wiary w swe wybranie oraz misję nawracania Innych, (albo starcie ich z powierzchni Ziemi), na wieki został immanencją chrześcijańskiego Zachodu.
Uzurpatorzy elitarności
Ów konglomerat idei, doktryn i interpretacji różnych wierzeń, kultów, bądź obrzędów stał się płaszczyzną wyjścia dla wielu, do dziś dnia widocznych, trendów, mód i kierunków czy uzasadnień dla sprawowania władzy. Przeplata się to ciągle w historii Europy, różnie w różnych czasach, w formach przede wszystkim tego elitaryzmu, poczucia wyższości, posiadania tajemnej wiedzy niedostępnej dla prostego ludu, zdolności do poznawania prawdy i tym samym zbliżenia się do Absolutu. Czyli nabycie prawdy boskiej, gdyż to Pan nas oświecił i wybrał.
Stąd wzięły się późniejsze pomysły i idee kojarzone z tzw. predestynacją (najszerzej pojętą, różnie interpretowaną i używaną w różnych okolicznościach). Uzurpatorzy elitarności przypisujący sobie prawo i możliwości głoszenia wybrania poza uznanymi strukturami władzy byli piętnowani, prześladowani, niszczeni. Już w 475 synod w Arelate potępił prezbitera Lucydiusza za głoszenie takich poglądów.
W IX w. benedyktyński mnich, późniejszy opat z Fuldy Gottszalk nauczał, iż człowiek jest do grzechu a priori predestynowany i tym samym musi słuchać wybranych. Został potępiony przez synod w Quierzy (849 r.), a potem skazany przez sąd kościelny na chłostę i więzienie (J. Urban, Historia Kościoła). Jego pisma publicznie spalono. Takie poglądy o jawnie manichejskiej proweniencji stanowiły zagrożenie dla hierarchii kościelnej oraz elit, gdyż przypisywały predestynację do grzechu wszystkim ludziom, podważając tym samym elitarność i hierarchiczność wybrania możnych tamtego świata (a to było związane bezpośrednio z porządkiem i strukturą feudalną).
Gnostycyzm przemieszany z manicheizmem także w średniowieczu odciskał piętno na religii, filozofii, polityce. Nawiązywały do tego konglomeratu idei i wizji rozmaite sekty chrześcijańskie (bogomili, katarzy), muzułmańskie (ismailici) oraz żydowskie (kabała). W okresie nowożytnym przejawiało się to w renesansowym hermetyzmie (np. M. Ficino), protestanckiej teozofii (J. Böhme) oraz ideologii różokrzyżowców i purytanów. Rzeczywiste tego odrodzenie nastąpiło w XIX w., wpływając na strukturę i treści wielu nurtów ówczesnej kultury.
Wśród przedstawicieli zaszczepionych ideami gnostycyzmu wymienia się twórców idealizmu niemieckiego (J.G. Fichte, F.W.J. Schelling, F. Schleiermacher, G.W.F. Hegel), mistycyzmu rosyjskiego (S. Bułgakow, P. Floreński), twórców spirytyzmu (A. Kardec), teozofii (H. Bławatska, A. Besant), antropozofii (R. Steiner). Za taką formę można uznać także ruch New Age, w ramach którego rozwija się m.in. tzw. neognoza, reprezentowana przez naukowców z amerykańskich uniwersytetów w Princeton i Pasadenie w II połowie XX wieku.
Wpływy gnozy i idącej z nią symboliki rodem z Bliskiego Wschodu doskonale przedstawia historyk i politolog rosyjski Andriej Fursow. Chodzi o wartości wniesione do kultury europejskiej poprzez renesans włoski oraz wpływy gnostyckie, które ześrodkowały się w początku I tysiąclecia n.e. w Republice Weneckiej (726-1797). Teoretycznie była to republika, ale wraz z upływem czasu władza przesuwała się w kierunku wąskiej grupy najbogatszych reprezentantów patrycjatu miejskiego – arystokracji, stając się oligarchią wybranych z tytułu posiadanego kapitału. Symbolem tradycji lewantyjsko-perskich jest herb oraz godło Wenecji (do 1797 r.) – uskrzydlony lew. Zdaniem Fursowa, pokazują one analogie z symbolami antycznych kultur bliskowschodnich Babilonu, Asyrii, czy Persji.
Kościół rzymski sprawujący od Konstantyna Wielkiego praktycznie do Rewolucji Francuskiej kolosalną władzę nad umysłami Europejczyków i przez to modelując przez tyle pokoleń określoną świadomość społeczną, ulegając i adaptując mnóstwo elementów z popularnej doktryny gnostyckiej przeniósł pośrednio zasady gnozy w kolejne wieki historii Europy.
Leszek Kołakowski zauważył w związku z powyższym, iż „Kościoły chrześcijańskie tępiły pychę oświeconych choć ani uczoność, ani subtelność intelektualna nie czynią czyjejkolwiek wiary lepszą” (Jeśli Boga nie ma). Z kolei Naomi Klein (Doktryna szoku) daje mnóstwo przykładów jak neoliberalna, kreująca się na współczesnych wybranych pneumatyków, elita polityczna i mainstream, powodując przez kontrolowany z racji swej pozycji i działań chaos, wywołuje tym samym niespotykany dotychczas wzrost materialnych aktywów globalnego kapitału. Rozdźwięk między wybranymi a ludem tym samym się pogłębia.
Zagrożenie podstawowej egzystencji ludzi na świecie, wyzucie ich z godności, pozbawienie minimum bezpieczeństwa i niezależności, czyni demokrację przedstawicielską, zwaną dziś demokracją liberalną, fikcją sprowadzoną do aktu wrzucenia kartki wyborczej do urny. A gdzie miejsce na świadome uczestnictwo, debatę publiczną, obywatelskość, bez czego demokracja jest pustym pojęciem? To nie jest demokracja, to postępująca oligarchizacja wszystkich dziedzin życia.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 688
Łódź podwodna ma to do siebie, że co jakiś czas powinna wynurzyć się na powierzchnię. Gdy obserwujemy dzieje ostatnich II tysiącleci w historii Europy, to samo widzimy z ideami gnostycyzmu, które permanentnie, gdy horyzont zaciemnia się z racji kryzysu, wychylają się z mroków historii. Jak widać, są one cały czas obecne w mentalności, głównie klas rządzących i elit intelektualnych, które zabiegają o tworzenie swoistych dworów owych klas.
Wybranie, antydemokratycznie pojmowana elitarność, przekonanie o własnej nieomylności wraz z linearnym rozumieniem biegu historii przez Europejczyków daje właśnie takie rezultaty. I to różni ich od kultur azjatyckich, gdzie przeważnie dzieje realizują się w wersji cyklicznej. Czyli stale, w powracającym kole czasu (R. S. Czarnecki, Linearność i cykliczność, Sprawy Nauki nr 8-9/232/2018) „Europa a Azja”(1), oraz Misyjność Zachodu, tolerancja Wschodu (2), SN nr 10/2018).
Grupa dominująca narzuca wszystkim innym swe idee, swój kanon, służące jej celom odczytania historii.
Jej władza dominowania nad konkurencyjnymi punktami widzenia ma rzekomo umożliwiać uroszczenie, iż ideologia partykularna ma status uniwersalnej, transcendentnej prawdy. To jest parodia wspólnoty niosąca sobą milczące założenie, że wszyscy jej członkowie powinni myśleć w podobny sposób. (Christopher Lasch)
Współczesne elity liberalne też tak się pozycjonują, nie zważając na uwagę Wittgensteina, iż czy coś jest lub nie jest błędem – jest dane w określonym systemie. Podobnie jest z błędem w grze, który w jednej jest nim, a w innej nie - zależnie od reguł danej gry. A ewolucja wszystkiego przecież postępuje. Tak jak pluralizm kultur, wartości, poglądów, estetyki etc., będący istotą równoprawności całej naszej cywilizacji.
Panta rhei – jak mówi l Heraklit z Efezu. I dotyczy to również hegemonii czy dominacji takiej bądź innej elity, grupy czy zbiorowości. A one, te elity czyli klasa rządząca, uważa się za niezbędną, konieczną, odwieczną. Jako coś fundamentalnego, włączonego zgodnie z „końcem historii” Fukuyamy, w ład światowy. I stąd są niczym Kościół czystych Montanusa (II w. n.e.) - jednego z przedstawicieli takiej formy myślenia o społeczeństwie. I zachowują się niczym późnoantyczni pneumatycy implantowani w kolejne epoki i kultury, co jakiś czas wynurzający się z otchłani niczym tytułowa łódź podwodna.
Oazy dobrobytu i pustynia beznadziei
Osoby cieszące się przynależnością do nowej arystokracji umysłu, pozycji społecznej, jakości materialnego życia, kreowania nowych trendów i mód, gromadzą się w centrach, wysysając z interiorów wszystkie soki, także intelektualne. Interior tym samym staje się niczym pustynia, a centra skupiające elitę i oferujące coraz mniejszej liczbie osób możliwość awansu społecznego (pod warunkiem akceptacji reguł gry tych elit) powodują, iż stają się one oazami dobrobytu i postępu, wyspami na oceanach beznadziei, upodlenia, stygmatyzacji i wykluczenia.
To nasuwa skojarzenie z rozważaniami Jeana Baudrillarda na temat pustyni, jej uroku, a zarazem grozy i przerażenia, jakie ona budzi. Taka sytuacja jego zdaniem rodzi się z procesów „koncentracji orgii” i nieodwracalnego, permanentnego wywłaszczania coraz liczniejszych środowisk z ludzkich praw. Czyli postępującej dehumanizacji. (J. Baurdrillard, Ameryka). Tym samym mamy do czynienia ze stagnacją, a w zasadzie degradacją płacy realnej, erozją praw pracowniczych, eskalacją nierówności ekonomicznych.
Kolejnym efektem postępujących stratyfikacji społecznych jest pogarszanie się stanu zdrowia obywateli w interiorze, na peryferiach, gdyż zależy on coraz bardziej od grubości portfela. Poza tym postępujący chaos, brak minimalnego poczucia stabilizacji rodzą falę schorzeń związanych z psychiką, zaburzeniami osobowości oraz ucieczkę w alkoholizm czy narkotyki.
Z drugiej strony obserwuje się postępujący, będący lustrzanym odbiciem tych procesów ekstremizm, fundamentalizmy różnej maści, przede wszystkim religijne, wybuchy zachowań mających szokować społeczeństwo.
Wracając do rozważań Baudrillarda o pustyni: odwrócenie się oaz od interioru łączy centra siecią powiązań z globalnymi rynkami, cyfryzacją, szybkimi pieniędzmi, blichtrem bogaczy i ich ekstrawagancjami (jak zawsze podczas kryzysów i postępującej dekadencji). Cytowany Christopher Lasch sądzi iż „nic z tego nie może wróżyć pozytywnego dla demokracji” (Bunt elit). Obraz staje się coraz ciemniejszy, jeśli weźmiemy pod uwagę upadek debaty publicznej. Demokracja bowiem winna się opierać na żywej wymianie idei, poglądów i opinii w ramach publicznej debaty. Idee związane z własnością, wolnością słowa, swobodą myśli i głoszeniem niepopularnych tez powinny być dystrybuowane jak najszerzej.
W dogmatycznym domku
Ale te współcześnie dominujące grupy i klasy, narzucając wszystkim swe idee, swój sposób rozumowania, mające służyć ich celom, nawet w odczytywaniu i interpretacji historii, w spojrzeniu na kulturę, schematach i metodach myślenia pokazują, że ich żądza dominowania (wedle reguł rynkowych, które zdominowały totalnie świadomość) nad konkurencyjnymi punktami widzenia jest niewyczerpana. Powoduje ona, iż ten typowy partykularyzm zdobywa status uniwersalnej i absolutnej prawdy. Elity schroniły się w nowy dogmatyzm, w nową ortodoksyjno-liberalną religię, (choć znając historię myśli ludzkiej zakrawa to na oksymoron), unikając dzięki temu racjonalnej debaty i takich argumentów, które są sprzeczne z głoszonymi przez nich quasi-prawdami.
W ten sposób zasady racjonalności, charakterystyczne dla ostatnich dekad postępu, uległy osłabieniu. Zwiędły pod wpływem kulturowych trendów promujących płytką emocjonalność i afekty. Tym samym wzmogły się, także dzięki komercjalizacji mediów, ekscytacje sprawami czy wydarzeniami, które są błahe, nieistotne, a w perspektywie mijającego czasu stają się nic nieznaczącym drobiazgiem. I to też jest znamię kryzysu cywilizacyjno-kulturowego w racjonalnym, realnym wymiarze.
Wbrew pozorom, to postmodernizm swym stemplem postawionym na kulturze i umysłowości Zachodu spowodował zmierzch oświeceniowego racjonalizmu i optymizmu poznawczego. To z kolei wywarło powrót do myślenia magicznego, manichejskiego, w codziennym życiu. Szerzyć się poczęły na powrót okultyzm, ezoteryka, wróżbiarstwo, mity najróżniejszej proweniencji, spirytyzm etc.
Równolegle postępowała deprecjacja nauki, gdyż uległa ona dogmatyzacji i komercjalizacji, zgodnie z narracją i zaleceniami elit. A siły ciemne, mroczne, powracają zazwyczaj, gdy mamy do czynienia z kryzysem, wtedy, gdy następuje załamanie się istniejącego systemu, a dotychczasowy porządek społeczny rozsypuje się w proch.
Potrzeba Szatana, czyli rzecz o fundamentalizmie
Dziś system neoliberalnego kapitalizmu, stanowiący - jak się zdaje elitom zachodnim - clou rozwoju tego porządku, chyląc się ku upadkowi w efekcie cywilizacyjno-kulturowego kryzysu wydobywa – wydawałoby się dawno zapomniane – demony przeszłości, często rodem z wieków ciemnych.
To m.in. dlatego powróciło do codziennej praktyki dychotomiczne spojrzenie na genezę gnostycko-manichejską. Absolutyzacja antynomii Dobra i Zła wykreowała na powrót potrzebę realnego istnienia szatana, jako ześrodkowania wszelkich fobii, uprzedzeń, złych uczuć i namiętności z tym związanych. Pogłębia się, dająca zawsze opłakane efekty dychotomia my-oni (S. Opara, Tyrania złudzeń. Studia z filozofii polityki).
Kolejnym mitem przywołanym z otchłani dziejów myśli ludzkiej, kreującym realność przez rządzące elity, jest mit absolutnego wroga oraz towarzyszące mu zawsze pojecie „narodu wybranego” (tu – elity wybranej z wybranych, na wzór antycznych pneumatyków). Te mity tkwią w mentalności, w kulturze zachodnich Europejczyków mniej więcej od powstania chrześcijaństwa na gruzach Imperium Romanum. Doskonale się wpisały zarówno w idee gnostycko-manichejskie, jak i esencję judaizmu, rozprzestrzenionego na terytorium Cesarstwa.
Wspominany w I części eseju Łódź podwodna gnostycyzmu Leszek Kołakowski (Jeśli Boga nie ma) napisał, iż „przy założeniu absolutnego umysłu prawomocne jest używanie pojęcia PRAWDY i przekonanie, że ona może być zasadnie orzekana o naszej wiedzy”. Także o naszych decyzjach, o naszej narracji, wyborach. Tym samym dążymy do doskonałości i określenia naszego bytu jako czegoś absolutnego. I to jest warunek owej PRAWDY stającej się czymś fundamentalnym, przypisywanym głoszącym to elitom.
Ale w takim razie wkraczamy na pole rozważań o fundamentalizmie. To termin dotyczący nie tylko zjawisk związanych z wierzeniami religijnymi, jak się powszechnie sądzi. To skłonność do spojrzenia na świat cechująca się elitaryzmem, dogmatyzmem, moralizmem, swoistym prozelityzmem, czyli szerzeniem swojej wiary oraz poglądów wszelkimi możliwymi i dostępnymi metodami. Tu także mieści się antynomiczne rozumienie Dobra i Zła (absolutny dualizm aksjologiczny), z którego wynika znowu modna satanologia powodująca demonizację tych, których klasyfikuje się po stronie absolutnego Zła (D. Motak, Nowoczesność i fundamentalizm).
Taki rozwój sytuacji powoduje w poza zachodnim świecie, (i nie tylko, gdyż stratyfikacja i hierarchizacja postępują także w społeczeństwach do tej pory uważanych za modernistyczne, nowoczesne itd.), postępy antyokcydentalizmu, antydemokratyczne, predylekcję ku autorytaryzmowi i wybiórczego stosunku do rozwoju czy demokracji, utożsamianych z ową wybraną, pyszną i fundamentalnie, ekskluzywnie myślącą i postępującą elitą.
Skasowana prawda, czyli intelektualne oszustwo
Postęp i rozwój, a także towarzyszące im różnorodność i pluralizm świata, o który tak w „złotej erze kapitalizmu” te demoliberalne elity Zachodu walczyły i je promowały (E. Hobsbawm, Wiek skrajności), stanowiły granice określające wyższość tamtego systemu. Dziś, gdy te granice i kanony są nagminnie deptane przez dawnych admiratorów, zamienionych samoistnie w ortodoksyjnych kaznodziejów i fundamentalistycznych szermierzy jednomyślności, owa prawda wyparowała z przestrzeni publicznej. Uznano, że prawdy jako takiej (podobnie jak autorytetu) nie ma, gdyż zależna jest ona od interpretacji rzeczywistości przez jednostkę.
Jednocześnie w debacie publicznej zaczęto kreować siebie na aprioryczne autorytety i mandatariuszy liberalno-demokratycznej prawdy. A to jest niekonsekwencja i hipokryzja, intelektualne oszustwo. „Jest coś takiego w rzeczywistości, co nam mówi: „Nie, tego nie możesz powiedzieć”. Negacja jest dziś, w takich wypadkach, najbliższa prawdzie. Prawdą jest to, iż nie możesz czegoś powiedzieć, gdyż przekracza to pewne granice. Często ustanowione przez nas samych” (U. Eco, Kant and the Platypus).
I te elity, pozycjonujące się w publicznej przestrzeni w taki sposób, i określające siebie jako nośniki liberalnych oraz demokratycznych wartości, jednocześnie kastrują wszelką krytykę, wykluczając i stygmatyzując krytyków, bądź opozycjonistów. Czyli to, co jest niezgodne z ich wizją liberalnej demokracji, ale jest kompatybilne, utożsamiane i rozumiane do tej pory jako klasyczne, podstawowe niepodzielne prawa człowieka.
To samo dotyczy funkcjonowania państwa prawa, a przede wszystkim humanizmu. Taki model spojrzenia na świat, procesy w nim zachodzące, ludzi, kulturę wyłącznie wedle jednej optyki z równoczesnym tłumieniem (a nawet prześladowaniami) wszelkimi metodami innych wizji jest nie tylko powrotem do dzikiej cenzury, ale świadczy o żywych inklinacjach totalitarnych środowisk, które przedstawiały się dotąd jako antytotalitarne, antyautorytarne i jednoznacznie prowolnościowe i demokratyczne (R. S. Czarnecki, „Kiedy nasze zasady wykluczają inne racje”, Sprawy Nauki nr 2/247/2020).
Ta natrętna aksjologia, ten manichejski rys narastający coraz silniej od kilkunastu lat w publicznej narracji, że świat realny jest niezmiennym zmaganiem Dobra i Zła, (gdzie to, co uważamy za rzeczywiste jest nie podlegającym dyskusji dobrem), przeczy absolutnie wszelkim oświeceniowym ideom, postrzeganym jako uniwersum, do którego mamy dążyć w naszym rozwoju - traktując nawet z przymrużeniem oka meandry, jakimi myśl oświecenia wędrowała. Najlepiej to obrazuje zestawienie myśli klasyków filozofii i europejskiej kultury z różnych epok, ale mówiących o tym samym.
Roman Ingarden napisał, że „coś takiego jak sprawiedliwość, wolność, skrucha, miłosierdzie, ofiarność, uczciwość itd., a z drugiej strony np. upór, okrucieństwo, nienawiść, głupota, surowość, brutalność itd. istnieją w ogóle jako wartości pozytywne lub coś pozytywnie wartościowego, bądź negatywne, jako wartości idealne” (Książeczka o człowieku). W optyce, jaka jest przyjęta w tym materiale należy od razu przywołać myśl Barucha Spinozy, który w takim kontekście, wiele dekad przed Ingardenem stwierdził, iż „dążymy do czegoś. Chcemy, pragniemy, podążamy do czegoś nie dlatego, że uważamy to za dobre, lecz przeciwnie, dlatego poczytujemy coś za dobre, że tego pożądamy, tego chcemy, tego pragniemy” (Etyka). Może byłoby to wszytko do przyjęcia, skoro taka jest może natura człowieka wzmagana przez kult rynku i zysku (czyli sukcesu) tyle, że ta nachalna narracja o absolutnym dobru oraz uniwersalnych wartościach związanych z naszymi działaniami, decyzjami, sugerowanymi (bądź narzucanymi siłą) trendami, jest w świetle doświadczeń z niedalekiej przeszłości nie do przyjęcia. A poza tym przeczy podstawowym kanonom, które te same środowiska jeszcze nie tak dawno głosiły.
Mimo zwycięstwa wolności i demokracji w wyniku m.in. zaprezentowanych tu procesów, pojedynczy człowiek jeszcze może mówić co chce, ale jego opinia, jeśli okaże się sprzeczna z opiniami mainstreamu - określającym swoją pozycję jak to nazywa Jean Baudrillad (W cieniu milczącej większości) „opinią milczącej większości” (a to czysta uzurpacja, będąca symulakrem) - zostanie zakwalifikowana jako sprzeczna z political correctness i wyrzucona poza nawias debaty publicznej. Uciszona, zagłuszona stygmatyzacją, bądź hejtem. Bo dzisiejsza dyskusja publiczna, w erze mediów elektronicznych, wszechwładnych elit (o manichejsko-gnostyckim sposobie myślenia) i stojącym za nimi globalnym mega kapitale, przebiega tak, iż owi demagodzy politycznej poprawności mówią co ma myśleć ta mityczna milcząca większość, która ich niby popiera (sondaże, rankingi, badania). Gdy w jakiejś mierze te przesłania odbijają się echem od owego tłumu, ci demagodzy śmiało twierdzą, iż wyrażają powszechne nastroje społeczne. Groźna i totalitarna w swej istocie to tendencja i praktyka (T. Judt, Źle ma się kraj).
W podsumowaniu warto przytoczyć jedynie praktyczną stronę tych niekorzystnych, wręcz toksycznych, tendencji obecnych w życiu publicznym. Otóż Annalena Baerbock, minister spraw zagranicznych Niemiec, wiodącego kraju UE i mającego ambicje być tak postrzeganym na świecie, podczas spotkania ze swoimi wyborcami, miała powiedzieć, iż dziś po wyborach, kiedy zagłosowaliście na nas, idźcie do swoich, codziennych spraw, a nam (politykom wybranym przez was) dajcie spokój. My wiemy co mamy robić, jak rządzić.
To jest typowy objaw ekskluzywizmu i fundamentalistycznego sposobu myślenia. Absolutnie antydemokratyczny i urągający zasadom społeczeństwa obywatelskiego oraz samej obywatelskości jako takiej. Czy tak realizowana demokracja nie podcina gałęzi na której siedzi? Zarówno w tej praktycznej jak i w wymiarze kodowanych matryc w świadomości społecznej.
Czy tak funkcjonujące elity są zdolne do przewidywania efektów swych decyzji? Nie, nie mają już nic do wniesienia w życie publiczne, do ogólnoludzkiego rozwoju, do postępu myśli ludzkiej. Ten system kostnieje od przynajmniej 2-3 dekad i nie ma oprócz elitarnego ekskluzywizmu oraz „wsobności” nic do zaproponowania. A to świadczy z perspektywy historii, iż elity kreujące i stojące na czele owego systemu wypełniły swą dziejową misję (o ile taka kiedykolwiek istniała). Gdy społeczeństwa się wypalają, o czym świadczyć może przede wszystkim uwiąd intelektualny ich elit, nadchodzi zawsze pora, by przekazały kaganek cywilizacji w ręce innych ludzi, religii czy grup etnicznych ( W. Laqueur, Ostatnie dni Europy).
Radosław S. Czarnecki
Jest to druga część eseju Autora Łódź podwodna gnostycyzmu. Pierwszą zamieściliśmy w SN 8-9/24 Łódź podwodna gnostycyzmu (1)
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.

