Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2450
"Moja ojczyzna to nie dzień wczorajszy. Moja ojczyzna to jutro".
Romain Rolland
Sens motta tego tekstu, zaczerpniętego z dorobku Romain Rollanda zawiera się między historią i doświadczeniem z jednej strony, a życiem i spojrzeniem za horyzont z drugiej. Jest on afirmacją postępu, patrzenia w przyszłość, nastawienia na działanie i aktywność, odczytywaniem znaków czasu i odgadywaniem wyzwań epoki. Nie ma tu dojutrkowości, zdania się na Absolut i pozostawanie w więzieniu przeszłości.
Niewolnictwo historii i doświadczeń z nią związanych nie może człowieka ubezwłasnowolniać, gdyż czyni zeń wyalienowanego z życia kwietystę (w sensie decyzyjności i opisu świata), co z kolei prowadzić może do solipsyzmu teoriopoznawczego à la Gorgiasz z Leontinoi („Nic nie istnieje oprócz mnie”), będącego w zasadzie afirmacją skrajnego indywidualizmu, egotyzmu i egoizmu.
W Polsce przypływ uczuć patriotycznych, których emanacją jest przede wszystkim mnogość patriotycznych gadżetów w przestrzeni publicznej rozlewa się niezwykle szeroko. T-shirty z taką symboliką, tatuaże podkreślające przywiązanie do tego, z czym można kojarzyć „Boga, Honor i Ojczyznę”, narracja podniosła, wzniosła i nadęta, okadzona narodową mirrą i biało-czerwonymi dymami, pokazują, że Polak musi mieć obowiązki polskie.
W takim czasie tylko co poniektórzy – zapewne obcoplemieńcy, jacyś Żydzi, komuniści lub inni „popaprańcy” – próbują sikać do polskiego mleka, niczym mrożkowe garbate karzełki. A już szczególnie jest to naganne właśnie wtedy, gdy wśród młodzieży budzi się patriotyczny zew. On bowiem, zdaniem wyznawców tych praktyk, jest nadzieją na wielkość Polski, jej odrodzenie w wersji jagiellońskiej, kraju i narodu królującego między Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym.
Adwersarze i krytycy, uważający takie stanowisko w sprawie tzw. polskości - dziś fetyszyzowanej ponad miarę - za fałszywe świadectwo polskości, antypatriotyzm, przemilczają wszakże fakt, iż za tym „odrodzeniem uczuć patriotycznych” idą właśnie ataki rasistowsko-ksenofobiczne na wszystko co inne, co nie mieści się w endecko-klerykalnym, iście XIX-wiecznym mniemaniu o ojczyźnie, narodzie czy państwie. Bo w Polsce patriotyzm zawsze kojarzyć się musi ze sznytem endeckim i oenerowskim entourage. I tego żadne zaklęcia nie zmienią w przewidywalnym czasie.
No i do tego klerykalizm, a w zasadzie narodowo-religijna narracja, zbieżna z islamistyczną wizją wiary religijnej, prawa i porządku publicznego, niesłychanie utwierdzająca taki właśnie model patriotyzmu rodem z XIX stulecia.
Jak pisze włoski intelektualista i literat Umberto Eco („Cmentarz w Pradze”), taki patriotyzm stanowi najczęściej „ostatnie schronienie łajdaków; ludzi bez zasad moralnych owijających się zwykle sztandarem; bo bękarty powołują się zawsze na czystość swojej rasy. Narodowa tożsamość to jedyne bogactwo tych biedaków, a poczucie tożsamości oparte jest na nienawiści - na nienawiści wobec tych, którzy są inni”.
Jeśli opowiedzieć się mamy za istnieniem państw sensu stricte narodowych, pobudzanych i żywiących się nacjonalizmem, ksenofobią, walką o niepodległość (dotyczy to tych wspólnot, które do tej pory swych państw nie posiadają) – nikomu dążeń do własnego państwa odmówić nie możemy. Czy to Baskom, Szkotom, Tyrolczykom i Bawarczykom, mieszkańcom włoskiego regionu Trydent-Górna Adyga, Walijczykom, Korsykanom, Lombardczykom, mieszkańcom Sandżaku, Ślązakom, Łużyczanom, czy Rusinom. A co z Rosją (o, tu Polacy chętnie by widzieli poszatkowanie jej na setkę jednostek państwowych ), z Indiami (podobnych Tamilom w Indiach i na Cejlonie jest ok. 65-70 mln), z autochtonami na terenach USA, Kanady i Australii? Co z Kurdami, Jezydami, z całą mozaiką narodów, wspólnot, społeczności na Bliskim Wschodzie i w północnej Afryce. Co z Czarnym Lądem w ogóle?
Taki podział świata bez żadnej zwierzchniej organizacji powszechnie akceptowanej, prowadzić będzie do permanentnej, hobbesowskiej wojny wszystkich ze wszystkimi. To perspektywa mało zachęcająca, wiodąca do totalnej klęski ludzkości.
Pluralistyczny NWO
Można domniemywać, iż amerykańskie wizje New Word Order, którym od upadku muru berlińskiego hołduje Biały Dom i elita polityczno-finansowa USA, widzące w Ameryce owego jedynego zarządzającego permanentnymi kryzysami, wojnami i kolapsami, jako tuczącego się nimi hegemona, zdążają właśnie w takim kierunku.
Lewica i liberałowie w swej narracji powinni, muszą wręcz opowiadać się za pluralizmem (politycznym w skali globalnej przede wszystkim), przeciwko wszelkiej hegemonii. Sytuacja, gdzie mamy dwóch, trzech (czy więcej) hegemonów jest mniej groźna niż pojedyncze, samotne i egocentryczne imperium. Bo tradycja Oświecenia (dziś zapomniana i wspominana półgębkiem) to przede wszystkim człowiek. Jednostkowo i grupowo. Bez względu na rasę, język, wyznanie, poglądy polityczne, zakorzenienie kulturowe, czy miejsce w stratyfikacji społecznej.
Oczywiście, lewica i liberałowie (ci klasyczni, nie w wersji współczesnych neo-) dążyć winni do niwelowania różnic, znoszenia barier (także mentalnych), wyrównywania szans i podnoszenia ogólnego poziomu jakości życia. Jednak klasyfikacja jednostki czy społeczności na podstawie narodowej przynależności jest z lewicowo-liberalnego punktu widzenia niesłychanie naganna. M.in. dlatego, iż zaciemnia, ruguje różnice klasowe i społeczną stratyfikację z nich wynikającą, rzutującą z kolei na wspomnianą jakość życia jednostkowego.
Patriotyzm na dziś i jutro
Czym patriotyzm współczesny nie jest i być nie może - nie będę się zajmował. Postawię natomiast pytanie, czym dziś, w warunkach, w jakich znajduje się Polska i w obliczu wyzwań XXI wieku winien być dla nowoczesnej lewicy i klasycznych liberałów patriotyzm.
Nas wszystkich na pewno musi nieść jakiś pierwiastek utopijny - coś na kształt „szklanych domów”, o których Cezaremu Baryce mówił w Baku jego ojciec. Oczywiście, z racjonalnym oraz realistycznym zmysłem, iż do utopii winniśmy dążyć, ale prawdopodobnie nie zdołamy jej za swojego życia osiągnąć.
Współczesny człowiek winien być otwarty właśnie na utopię oraz postęp, które stanowią otwarcie ku przyszłości. Lewicowo-liberalna wrażliwość, empatia mają humanistyczny, niesłychanie nośny wymiar. To różnić winno lewicę i liberałów od konserwatywnej, odwołującej się do tradycjonalizmu i minionych wartości, prawicy.
Jak mówi prof. Maria Janion - „konserwatyzm jest zawsze niebezpieczny i szkodliwy”. W konserwatywnych przestrzeniach lewica i liberałowie nie mają co rywalizować z prawicą. To nieskuteczne - ludzie wybiorą oryginał, nie podróbkę.
Patriotyzm to dziś np. uczciwe płacenie podatków i kontrola ich wydatkowania na cele ważne społecznie: u nas to będzie przez wiele lat przede wszystkim edukacja - nie militaria i napawanie się pozorną siłą. Uczciwe płacenie podatków, bo mamy przecież suwerenne, wolne i niepodległe państwo. Podatków na rzecz społeczeństwa – bo państwo to rzecz wtórna, nie jest strukturą omnipotentną. Pojawiło się na określonym poziomie rozwoju społecznego, powołane do porządkowania życia i zapewnienia bezpieczeństwa obywatelom i - jak wszystko w życiu - podlega ewolucji, zmianom, może i zanikowi.
Patriotyzm w aktualnych polskich warunkach, to może przede wszystkim akcje o zachowanie w niezmiennym stanie Puszczy Białowieskiej. Dobra nie tylko narodowego (czyli – lokalnego), ale ogólnoludzkiego. To też sprzątanie Tatr, czy obrona Mierzei Wiślanej przed zakusami polityków, którzy mogą - nie bacząc na walory tego regionu – ją zniszczyć. To także unikalna akcja pod nazwą Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.
Łączenie polskości z uniwersalnymi dobrami, ogólnoludzkimi, społecznymi, w dobie globalizmu i ponadnarodowej władzy korporacji winno być dla lewicy i klasycznych liberałów priorytetem, podobnie jak walka o świat wolny od przemocy, egoizmu, nacjonalizmu, pazerności kapitału.
Kaliope czy Klio?
Nasza historia winna być podstawą do wyciągania wniosków na dziś i na jutro. Polskie dzieje, jak napisał prof. Konrad W. Studnicki-Gizbert („Dziś” nr 4/187/2006), to ciągła przewaga Kaliope (muzy epickiej poezji) nad Klio (muzą historii). Niesione przez Klio pergaminy symbolizują wiedzę, naukę, chłodną refleksję, zdystansowanie i mądrość. Jest to antynomia emocji, afektów, namiętności od zawsze obecnych w poezji, sztuce, literaturze. Pięknych i strzelistych aktów, ale pragmatycznie i życiowo zwodniczych, prowadzących często na manowce. W polskim przypadku – do tragedii narodowych.
Porzucić należy to, co jeszcze przed wojną Stanisław Cat-Mackiewicz uważał za naganne: tomiki wierszy Mickiewicza lub Słowackiego pełniące rolę podręczników orientacji patriotyczno-politycznej w ważnych dla kraju i społeczeństwa sprawach. Przestańmy deklamować politycznie, przestańmy myśleć romantycznie i irracjonalnie – apelował.
Kult pięknego dramatu, uwznioślonej śmierci, „liturgia cmentarna” i „czołobitność trumienna”, przeradzają się w traumatyczny dogmat: im więcej ofiar, tym większe bohaterstwo i powód do dumy oraz celebry. Emanują one retoryką na temat zła będącego cechą naszych przeciwników, wrogów, tych, którzy nas pokonali. Odmawiając im jakichkolwiek racji, racjonalnych (z ich punktu widzenia) uzasadnień, najczęściej też nie widząc naszych win i błędów.
Jak mówi narodowo-klerykalna prawica – to pedagogika klęski. Takie pojmowanie historii, ochoczo kultywowane nad Wisłą, może być zrozumiałe, lecz nie aprobowane, a na pewno nie może stanowić podstawy do uprawiania skutecznej i realistycznej polityki, bądź edukacji.
Czy konfederaci barscy, dziś stawiani jako XVIII- wieczni „żołnierze wyklęci”, walczący z odwiecznym wrogiem – „sowietami” – są godni admiracji z racji wartości, o które toczyli bój? Nota bene, dziś gloryfikowani tzw. żołnierze wyklęci są niezwykle podobni w swej postawie, tragizmie, (ale i irracjonalizmie oraz stygmacie klęski) do tamtych konfederatów. Podobnie ma się rzecz z powstaniem warszawskim.
Z tych przegranych i kultywowanych irracjonalnie powstań – zwłaszcza warszawskiego, które unicestwiło w 63 dni 216 tys. ludzi i jednocześnie zamordowało wielkie miasto – wyciąga się opaczne wedle kultu ofiary, cmentarza, pomnika i trumny, wnioski. Nie mówi się w ogóle o cywilach, o substancji mieszkaniowej, o zabytkach i tradycji popadłej w ruinę, w niebyt. Kazimierz Kutz w jednym ze swoich esejów („Gazeta Wyborcza, 15-16.02.2014) retorycznie i zarazem traumatycznie pyta: „Dlaczego w Warszawie nie ma obelisku ofiar powstania? Dlaczego udaje się, że nie ma sprawy?” I od razu odpowiada – bo refleksja nad tym faktem zniszczyłaby tandetność polskiego patriotyzmu, który może stać się „akumulatorem dla mesjanistycznego nacjonalizmu”.
Z tandetnością polskiego patriotyzmu współgra doskonale narracja wypełniająca całą przestrzeń edukacyjną, dyskusje naukowe i popularne, kształtująca dialog społeczny i medialną retorykę po 1989 roku. Reszty zniszczenia dokonały i dokonują liczne przedsięwzięcia Instytutu Pamięci Narodowej.
Czy ze wszech miar humanistyczne hasło „za waszą wolność i naszą” można odnosić do legionistów pacyfikujących Santo Domingo, bądź szwoleżerów Kozietulskiego, wyrzynających Hiszpanów na przełęczy Somosierra w imię imperialnych interesów Napoleona? Refleksje Krzysztofa Cedro z „Popiołów” Żeromskiego snute podczas walk o Saragossę nie są przedmiotem szkolnej egzegezy, edukacji obywatelskiej. Nie zajmują poczesnego miejsca w popularyzatorach historii, licznych periodykach itd.
Potrzeba wiedzy i refleksji
Irrealizm i absolutna nieznajomość – lub znajomość opaczna – dziejów swojego kraju przez najbardziej oddanych tradycyjnemu, nadwiślańskiemu patriotyzmowi adherentów prawicy ujawniła się w lipcu 2017 roku na pl. Krasińskich podczas wizyty prezydenta USA, D. Trumpa (z okazji spotkania przedstawicieli tzw. Trójmorza).
Otóż jedna z uczestniczek tego spotkania porównała je do zjazdu gnieźnieńskiego w 1000 roku. Zapewniając przy tym solennie, iż ten dzień wyznacza świetlaną przyszłość Polsce i regionowi, tak jak wydarzenie sprzed 1017 lat. Zapomniała jednakże, a może o tym w ogóle nie wiedziała, iż w kilkanaście lat po zjeździe w Gnieźnie na terenie naszego kraju rozpętała się okrutna wojna domowa (objęła Wielkopolskę, Śląsk i część Małopolski oraz Kujaw): liczni zwolennicy dawnej religii Słowian – czyli pogaństwa – obalili na kilka lat rzymsko-cesarski, (zachodnioeuropejski w dzisiejszym mniemaniu) porządek. Zapanowała powszechna anarchia, zburzono praktycznie większość świątyń chrześcijańskich, wyrżnięto kapłanów i mnichów.
Czesi pod wodzą króla Brzetysława splądrowali kraj, także Gniezno - wywożąc relikwie, dobra i pamiątki po owym zjeździe, a miasto arcybiskupie obrócili w perzynę. Dopiero wspólna interwencja z Zachodu (cesarza niemieckiego Henryka III) i Wschodu (księcia ruskiego Jarosława I Mądrego) przywróciła prawowitego władcę Kazimierza I Odnowiciela na gnieźnieński tron.
Czy kiedy pozostaniemy w tej symboliczno-bezrefleksyjnej narracji o naszej historii, możemy nadal rzucać kalumnie na sąsiadów, ich złowrogość, próby mieszania się w polskie sprawy?
Przyczynowo-skutkowa egzegeza faktów historycznych winna być esencją prowadzonej przez świadome elity edukacji, narracji i takiej też retoryki. Edukacji pokazującej procesy i skutki zdarzeń, a tym samym kultywowania racjonalnego patriotyzmu, ukształtowanego na tle historii regionu, Europy, świata, uwzględniającego procesy społeczne.
Bolesław Prus powiedział celnie, jakiego patriotyzmu nam trzeba (i jest to myśl nadal, mimo upływu dekad, jak najbardziej aktualna): „Prawdziwy patriotyzm nie tylko polega na tym, ażeby kochać jakąś idealną ojczyznę, ale żeby kochać, badać i pracować dla realnych składników tej ojczyzny, którymi są ziemia, społeczeństwo, ludzie i wszelkie ich bogactwa”.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1060
Mówienie o umiłowaniu kultury rosyjskiej, zachwycanie się Dostojewskim (tak, to polakożerca), Czajkowskim, Turgieniewem, Puszkinem, Rachmaninowem, moskiewskim baletem, Wysockim czy teatrem na Tagance nie świadczy absolutnie o braku rusofobii czy ksenofobii wobec „ludzi ze Wschodu” Europy.
Źródła leżą zarówno w emocjonalnie (zawsze) niezrównoważonej opcji romantycznej jak i w wielowiekowym zakodowaniu w polskiej myśli rzymsko-katolickiego, watykańskiego, rudymentu o misji Polski i Polaków rechrystianizacji „schizmatyckiej Rosji”. Powtarzanie mantry o tolerancji, spolegliwości i otwartości – jakie są ponoć immanencją polskości - nijak się nie ma do rzeczywistości. To pospolity humbug.
Tolerancja bez zrozumienia, bez próby zapoznania się z argumentacją strony przeciwnej jest obojętnością, zimną i skostniałą postawą rodzącą niechęć, z czasem – nienawiść i pogardę. Filozof prof. Andrzej Leder mówi: „Rozumieć nie oznacza się zgadzać. To jest podstawowy wymóg Oświecenia”. U nas w tej materii nie widać nawet prób zapoznania się z uzasadnieniami Wschodu – autentycznymi nie propagandowymi, krążącymi w przestrzeni publicznej niczym klisze starych filmów. „Azja i już” – w tym sloganie jest tyle wyższości, pogardy i paternalizmu polsko-katolickiego, że więcej de facto nie trzeba nic tłumaczyć.
Polska myśl polityczna od powstania listopadowego, ugruntowana przez styczniowe, zaprawiona przez refleksję romantyczną, zbudowała obraz Rosji jako największego wroga nie tylko Polski, ale i świata. Bunt przeciwko Rosji stał się obowiązkiem nie tylko patriotycznym, ale i moralnym. Tak cywilizowanej polityki uprawiać się nie da. Ciągle tkwimy w tych XIX wiecznych paradygmatach.
Andrzej Chwalba / Wojciech Harpula
Fascynująca rozmowa, wydana w ponad 450-stronicowej książce Polska-Rosja Wojciecha Harpuli i prof. Andrzeja Chwalby jest kolejną wyłamującą się z mainstreamowej narracji o stosunkach polsko-rosyjskich pozycją, jaka zaistniała w nadwiślańskiej przestrzeni publicznej w ostatniej dekadzie. Mimo tego, nadal panują u nas bezrefleksyjne: rusofobia i amerykanofilia (Bronisław Łagowski, Polska chora na Rosję, 2016). W minionej dekadzie warto w tej mierze odnotować m.in. pozycje Andrzeja Walickiego (O Rosji inaczej, 2019), Gracjana Cimka (Rosja – państwo imperialne?, 2011) czy Stanisława Bielenia i Andrzeja Skrzypka (Geopolityka w stosunkach polsko-rosyjskich, 2012). Te dwa antynomiczne sposoby postrzegania świata i rzeczywistości – rusofobia i amerykanofilia – wyznaczają przez ostatnie dekady profil i kanony polskiej polityki zagranicznej. I tak też kształtowane są gusty i mentalność opinii publicznej.
Co media pozytywnego o Rosji w ostatnim czasie napisały? Jaki obraz tego kraju-kontynentu, multikulturowego, wieloreligijnego i wieloetnicznego nam przedstawiają? Czy według ich narracji w tym olbrzymim państwie – „centrum cywilizacji prawosławnej”, jak stwierdził Samuel Huntington w Zderzeniu cywilizacji – wydarzyło się cokolwiek pozytywnego w XXI wieku? Czy polski obywatel karmiony państwową i demoliberalną propagandą pełną stronniczości, jadu, fobii i kompleksów (zarówno niższości jak i wyższości) może mieć przychylny, czy choćby neutralny stosunek do Rosji i Rosjan? Czy np. osiągnięcia kosmiczne Rosjan, którzy jako jedyni do tej pory potrafili skonstruować stację kosmiczną, z której korzysta do tej pory cały świat (nawet obdarzani u nas religijnym niemal kultem Amerykanie) opisywane są i komentowane w polskich mediach obiektywnie?
Kto i z której strony otwierał bramę w Auschwitz
Synonimem rusofobii oraz związanego z nią pogardliwego stosunku do Rosji i jej obywateli w najgorszym stylu jest wypowiedź czołowego polityka polskiego z partii demoliberalnej, w której stwierdził, iż obóz koncentracyjny w Auschwitz wyzwolili… Ukraińcy. Żołnierze Armii Czerwonej, 1 Frontu Ukraińskiego, którzy uczestniczyli w operacji oswobodzenia więźniów KL Auschwitz-Birkenau, mieli tylko tyle wspólnego z Ukrainą, iż wojsko to nacierało od południa, od strony Ukrainy. Bo służyli w tych oddziałach „ludzie radzieccy”, różnych narodowości, religii, kultur i języków, walczący z nazizmem i wojskami III Rzeszy. Gorszącego wymiaru ta wypowiedź - bądź co bądź znaczącego - polityka polskiego nabiera tym bardziej, iż jest on z wykształcenia historykiem, posługującym się dyplomem uniwersyteckim.
Ten skandaliczny, cechujący się brakiem wykształcenia, bądź złą wolą, ale popularny w mainstreamie, sposób kształtowania poglądów, zasługuje na notę niedostateczną z dyplomacji. Przede wszystkim z etyczno-moralnego punktu widzenia. Świadczy bowiem o braku empatii i poszanowania uczuć obywateli Federacji Rosyjskiej, naszego największego sąsiada i potencjalnego partnera polityczno-gospodarczego. Wielka Wojna Ojczyźniana (jak się nazywa w Rosji II wojnę światową, w której zginęło prawie 27 mln obywateli ZSRR) jest otaczana tam na wpółreligijnym kultem, gdyż niemal każda rodzina utraciła podczas tej wojny kogoś bliskiego. Próby poniżania i swoista pogarda dla ich uczuć i pamięci milionów ludzi (a to widać w enuncjacjach czy drobnych, acz wymownych gestach), jest nie tylko politycznym błędem. Jest po prostu wyrazem egotyzmu i dehumanizacji.
O kulcie poległych w obronie ojczyzny świadczą choćby masowe uroczystości związane z Dniem Zwycięstwa – marsze zwane „Bezsmiertnym połkiem”. Ta trwająca od niewielu lat tradycja zbiera w okolicznościowych pochodach miliony ludzi na terenie całej Federacji Rosyjskiej i za jej granicami. Uczestnicy marszu to rodziny poległych - maszerują z portretami i fotografiami swoich przodków oraz przypiętymi do piersi wstążkami św. Jerzego. I nawet te symbole – czysto rosyjskie, wiążące się z historią Rosji – są krytykowane jako „przejaw imperialnych ciągot Rosjan” (wypowiedź m.in. marszałka Senatu Bogdana Borusewicza, 2014).
Więc czemu nasz ból i rozpamiętywanie często dawnych tragedii narodowych, dramatów i związanych z nimi ofiar może być przedmiotem kultu i rytualnych egzekwii, a innych - nie? Szydzimy z innych, postponujemy ich, sami strojąc się przy tym w moralne i wzniosłe retorycznie piórka.
Jak inaczej nazwać kibicowanie podczas czeczeńskiej II wojny (i czasów bezpośrednio z nią związanych) terroryzmowi panoszącemu się w Rosji, któremu na Kaukazie przewodził bliski współpracownik ibn Ladena, Jordańczyk Chattab (zabity przez spec. służby rosyjskie) jak nie rusofobią? Mniejsza o gazetowe teksty, choć klimat tworzony wówczas np. przez najbardziej opiniotwórcze medium jakim była Gazeta Wyborcza (E. Skalski, „Czerwona zaraza, czarna śmierć”, 17-18.04.2004) nie może być pomijany milczeniem.
Absolutnym skandalem były wypowiedzi czołowych polityków polskich – w tym prezydenta czy ministra spraw zagranicznych – pouczających Rosjan w tym bolesnym dla nich i ich państwa momencie, stawiających się w roli Katonów i recenzentów, biorących de facto stronę morderców (dzieci z Biesłanu), czy zamachowców z Kaspijska (podczas obchodów dnia zwycięstwa zginęły wówczas 44 osoby, w tym 19 żołnierzy z orkiestry uczestniczącej w paradzie, kilkanaścioro dzieci, a 133 osoby zostały ciężko ranne). Te głosy stanowiły nie tylko dysonans, ale były pokazem zdehumanizowanych postaw na tle przekazu cywilizowanego świata (do którego polscy politycy tak ochoczo pretendują) solidaryzującego sie z Rosją i ofiarami terroryzmu międzynarodówki islamistycznej.
Z katolickim paszportem wpieriod!
Celnie ową atmosferę podsumowuje prof. Bronisław Łagowski, pisząc o panującym w Polsce „obłędzie antyrosyjskim” (p. Polska chora na Rosję). Taka postawa świadczy bowiem o tym, że polska elita polityczna cały czas, od lat gra na upokorzenie, pokazanie swej wyższości i odegranie się za historię, za to żeśmy jako kraj i naród przegrali de facto w XVIII i XIX wieku sprawę hegemonii i odgrywania konstruktywnej roli na wschodzie Europy z powodu własnych decyzji politycznych i społecznych.
To dobitny przykład na racje wyłożone w koncepcji długiego trwania Ferdynanda Braudela. Według niej, wydarzenia polityczne i militarne stanowią najpłytszą warstwę historii, którą najłatwiej usunąć. Na głębszym poziomie znajdują się procesy gospodarcze. Natomiast przemiany cywilizacyjne i religijne budują poziom najgłębszy, będący zarazem najważniejszym dla zrozumienia całości dziejów. Mają one najważniejsze znaczenie tak dla tożsamości, jak i systemu wartości panującego w danej zbiorowości. Reprezentowanie przede wszystkim interesów potrydenckiego Kościoła katolickiego wobec prawosławia (i wszelkiego innowierstwa) na wschodzie Europy w epoce przedrozbiorowej, połączone w XIX w. z romantycznymi uzasadnieniami mistyczno-moralnymi i misją „Polski jako Chrystusa narodów” wydaje po dziś dzień jak widać gorzkie, polityczne owoce.
Podłoże takich nastrojów i mentalności – na co zwraca w swym dorobku m.in. prof. Andrzej Walicki – leży w poczuciu wyższości moralnej. Zdarzało się to już kilkakrotnie w polskiej historii. Na ten fakt zwracają także uwagę w swej książce Polska-Rosja Chwalba i Harpula, zwłaszcza jeśli chodzi o kontekst wybuchu i przebiegu - a także efekty - powstania listopadowego w 1831 roku. Moralnym zwycięzcą jest jednostka, zbiorowość, naród cierpiący – niczym Jezus – za innych, za Europę, za Kościół i wiarę katolicką. Źródła można mnożyć. Lecz jest to zaprzeczenie tradycji i kultury starożytnej Hellady, do której polska elita tak ochoczo się odwołuje (jako do źródła cywilizacji zachodniej, której my mamy być jednym z newralgicznych segmentów w misji nawracania Wschodu). W starożytnej Grecji powszechnym nakazem było zapominanie (amnezja) o rzeczach złych w celu zachowania pokoju. Taka narracja i narzucona odgórnie jednolita tożsamość moralna zaprzecza pluralizmowi nowoczesności, tożsamości definiowanej według kanonów multi-kulti, różnorodności światopoglądowej wywiedzionej z różnych systemów aksjologicznych.
Czy to jeszcze nacjonalizm?
Współczesne polskie elity przywłaszczyły sobie prawo do reprezentowania narodowej pamięci i interpretowania historii w sposób bezdyskusyjny i aprioryczny w przeciwieństwie do „Polaków metrykalnych i ludności polskojęzycznej”. Walicki taką projekcję nazywa nacjonalizmem integralnym niewolącym polskie społeczeństwo mentalnie, utwierdzającym paternalizm, negatywnie pojmowany elitaryzm i kult wodzostwa. Pozbawia je tym samym umiejętności pluralistycznego widzenia świata i procesów w nim zachodzących (A. Walicki, O Rosji inaczej).
Ustawiając się w dualistycznej - a jednocześnie sprzecznej, wykluczającej względem siebie - pozycji względem Rosji, stajemy się niewiarygodni, irracjonalni, śmieszni. Z jednej strony chcemy być wieczną ofiarą i niewinnym męczennikiem, występującym wobec wschodniego sąsiada z pozycji moralnej wyższości uzasadnionej nie tylko naszym nieusuwalnym i niezapominanym cierpieniem doznawanym z jego strony. Z drugiej – ustawiamy się w pozycji imperialno-cywilizacyjnego rywala Rosji na wschodzie Europy. A przy tej okazji podkreślamy swoją cywilizacyjno-kulturową wyższość. Sporo autorów zwraca uwagę na kierunki i zamiary naszych prób okcydentalizacji Wschodu (bez względu na to, czy Wschód tego chce i czy mamy plenipotencje ze strony Brukseli na takie działania). Kierujemy je na Białoruś, Ukrainę, Mołdawię, Gruzję – nawet do Azerbejdżanu i Armenii.
W telewizyjnej debacie – niezależna i liberalna, moskiewska TV Deszcz – między Aleksym Nawalnym a znanym opozycyjnym i liberalnym dziennikarzem Władymirem Poznerem w kontekście wymiany zdań na takie tematy Pozner przytoczył casus kryzysu kubańskiego (1962). Czy rząd USA – zapytał – miał prawo wtedy naciskać i grozić Hawanie i Moskwie na sojusznicze zobowiązania dwóch suwerennych państw, członków ONZ i wynikające stąd decyzje odnośnie rozmieszczenia rakiet? Dzisiejsza sytuacja ze zbliżaniem się NATO do granic Federacji Rosyjskiej, sadowienie wokół jej granic broni ofensywnej ma ten sam prawno-międzynarodowy (i etyczno-propagandowy) wymiar.
Nie chodzi tu tylko o stosunek do Wschodu (Rosji i Rosjan przede wszystkim), ale o całą retorykę i sposób prowadzenia debaty publicznej, sposób myślenia i formy przekazu w naszym kraju trwające od niemal trzech dekad.
Świat według nowych analityków
Najbardziej skrajnym przejawem rusofobii i połączonej z nią politycznej aberracji jest ocena, jakiej ostatnio dokonał analityk ds. Wschodu Europy Witold Jurasz (Onet.pl z dn. 21.04.2021). W kontekście napięcia na granicy Ukrainy i Rosji uważa, że „pokój jest często groszy od wojny”, bo stabilizacja stosunków Zachodu (w zasadzie chodzi mu o UE) i Rosji oznacza powrót do dyplomacji, wymiany handlowej, normalizacji stosunków między dwoma częściami naszego kontynentu.
Abstrahuję od rozpatrywania opłacalności i korzyści idących z jakiejkolwiek wojny wobec najbardziej „zgniłego pokoju”. Na ten temat wypowiadali się jednoznacznie tak różni ludzi jak Nelson Mandela, Dietrich Bonhöffer, Karol Wojtyła, Dalaj Lama, Jean Paul Sartre czy Immanuel Kant. Stanowisko w najmniejszym stopniu udowadniające, iż jakikolwiek konflikt zbrojny komukolwiek może przynieść korzyści deprecjonuje wszystkich, roszczących sobie miano cywilizowanych, humanistycznych, empatycznych ludzi z wyobraźnią. Nie tylko osobników chcących uchodzić za poważnych analityków, komentatorów, o politykach nie wspominając.
Nie na darmo jeszcze w 2009 r. Michaił Gorbaczow, człowiek absolutnie pozbawiony cech krwiożerczego, czyhającego wyłącznie na życie Polaków „rosyjskiego niedźwiedzia” miał stwierdzić, że „jeśli chodzi o stosunek do Rosji, w Polsce wszystko jest zniekształcone”. (Jerzy Baczyński, Polityka, 31.10.2009)
Ci, którzy nie podzielają narzuconej przez mainstream rusofobicznej, paternalistycznej i zamkniętej w perspektywie mitu odwiecznego wroga wizji naszego wschodniego sąsiada, gdzie Kreml i prezydent Putin to symbole wszelkiego zła i przyczyny niepowodzeń dzisiejszego świata (przede wszystkim zachodniego i Polski) są oskarżani o agenturalność, podejrzaną i nieautentyczną polskość oraz kalekie poczucie tożsamość narodową.
Radosław S. Czarnecki
Jest to pierwsza część eseju „Mała rzecz o politycznym realizmie”. Drugą zmieścimy w następnym numerze, SN 7-8/21
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1062
Kontynuując rozważania nad politycznym realizmem polskiej polityki wschodniej (to nie tylko związek z polityką, ale i korelacja z mentalnością, mitologią narodową, społecznymi odczuciami i spojrzeniem na historię, edukacją i narracją medialną – czyli z kulturą) trzeba stwierdzić, iż niedopuszczenie do swej świadomości jakiejkolwiek normalizacji – na innych niż nasze wyobrażenia i fantazmaty - stosunków z Moskwą (a przez to – z cały Wschodem) to kolejna wersja powtarzana w historii wojen polsko-rosyjskich. Tym razem w konwencji zaproponowanej przez Huntingtona (Zderzenie cywilizacji). To - jak wskazują wspomniani Chwalba / Harpula (Polska-Rosja. Obsesja historii, historia obsesji) czy Walicki (O Rosji inaczej) próba uniemożliwienia normalizacji relacji Zachodu z Rosją.
Z upoważnienia Rady Obrony Państwa do Spa pojechał premier Władysław Grabski prosić Brytyjczyków i Francuzów o pomoc i pośrednictwo w rozmowach z Moskwą. To była Canossa. Polski premier został upokorzony. Sponiewierany. Alianci przypomnieli Polsce że to oni decydują o granicach. Ich zdaniem polska polityka jest awanturnicza, imperialna i musiała tak się zakończyć. Główne skrzypce w Spa grał premier rządu JKM Lloyd Georg. Warunki podyktowano dramatyczne. Wilno miało trafić do Litwinów, wycofano się z zamiaru plebiscytu na Śląsku Cieszyńskim, Spiszu i Orawie. Linia Curzona miała nie podlegać jakiejkolwiek dyskusji.
Andrzej Chwalba / Wojciech Harpula
Ale źródeł polskiej wrogości szukać można w historii i jej romantycznej oraz religijnej kotwicy, jaką na nadwiślańską kulturę, świadomość, obrzędowość, myślenie i postrzeganie historii rzucił katolicyzm w swej trydenckiej wersji. Kościół potrydencki sytuował się w pozycji „obleganej twierdzy”, obleganej przez złe, reformacyjne i obce feudalnemu Kościołowi siły. Pod rządami Zygmunta III Wazy II RP weszła w XVII wiek jako kraj nietolerancyjny, ofensywny, mający napięte stosunki i relacje, często wojujący z niekatolickimi sąsiadami (Szwecja, Rosja, Turcja, Prusy). Gdy jeszcze w imię imperialnych, religijnych i dynastycznych marzeń Zygmunta (purytańsko nastawionego wychowanka jezuitów) oraz litewsko-ruskich magnatów, a także interesów Rzymu i Kościoła, wplątała się Polska w awantury podczas „wielkiej smuty” w Rosji owoce musiały być opłakane. I zatruwają nawet do dziś relacje polsko-rosyjskie. I nie potrafimy – Rosjanie zresztą też – wyrwać się z tych efektów i cieni „długiego trwania”.
„Długie trwanie” to termin wprowadzony do humanistyki przez Fernanda Braudela, oznaczający perspektywę czasową, w której dokonują się wszelkie przemiany w kulturze. Z tej perspektywy większość wydarzeń politycznych, gospodarczych, militarnych jest nieistotna, czy wręcz niezauważalna. Najtrwalszymi, często dającymi o sobie znać w postaci dalekiego, bladego echa są fakty najgłębiej skryte w zbiorowej pamięci pod warstwami kultury, cywilizacji, religii. I to one często w postaci symboliki i obrzędowości przekazują informacje o tych wydarzeniach z przeszłości. Dając tym samym na podstawie analogii i przenośni odniesienia do współczesnych opisów wydarzeń czy ich interpretacji.
Tak zwana polityka wschodnia
Zachowujemy się – analizując całokształt polskiej tzw. polityki wschodniej (i nie tylko w dyplomatycznym, ale niemal w każdy wymiarze) - niczym rycerze krzyżowi, nietolerancyjnie, wrogo wobec wolności innych, wybiórczo traktując pojęcie demokracji i pluralizmu. Można odnieść wrażenie, iż cały Wschód (ale dotyczy to też Zachodu, choć w innym kontekście i płaszczyźnie rozumienia) ma przyjąć wyłącznie nasze pojmowanie historii, pochylać się ciągle nad naszymi ranami i bólem, współczuć nam i zarazem brać z nas przykład.
Cmentarna, zmitologizowana, irrealna polityka elit rodzi taką samą świadomość ogółu społeczeństwa. Liberalne z nazwy media sekundują od lat takim wersjom naszych dziejów. Mainstream stawia pieczęć i przepełnia ją goryczą porażek (choć jednocześnie udowadnia się, iż zawsze byliśmy moralnymi zwycięzcami, uwalniając się tym samym od analizy i dojścia do źródeł klęsk i katastrof). Wąsko, polocentrycznie i antymodernistycznie pojęta „idea swoistego misjonizmu i prometeizmu” - oprócz wspomnianej spuścizny kontrreformacji i ewangelizacyjnej pozycji, w jakiej ustawia się Kościół katolicki - jednoznacznie „determinuje postawę Polski wobec poradzieckiej przestrzeni ustrojowej i politycznej” (St. Bieleń, Polityka wschodnia Polski – między fatalizmem geopolitycznym a klątwą niemocy).
Zderzenie polskiej myśli prometejskiej z realną polityką, z pozycją – bez względu na sytuację wewnętrzną – Rosji, na tych obszarach budowaną i ugruntowywaną od kilkuset lat, musi zakończyć się porażką czy kompromitacją. Z tych mrzonek wynika brak jakiejkolwiek inicjatywy poprawy czy normalizacji stosunków z Rosją.
Wygląda na to, że marzenia, fantasmagorie i mity (brane za rzeczywistość) są esencją naszego spojrzenia na Wschód. Rosja ma być słaba, rozbita, przyjąć zachodni, a jeszcze lepiej – polski system wartości.
Takie rozumienie historii, polityki, zagadnień społecznych etc. jest życzeniowe, nierealistyczne. Po prostu razi ignorancją. Wedle takich koncepcji Rosja ma się stać na powrót terenem penetracji korporacji zachodnich, a obywatele winni „przeflancować się” na okcydentalizm. Symetrycznie do tych procesów w Polsce, w Rosji wzmaga się polonofobia i protekcjonizm – tak w enuncjacjach elit rządowych jak i kulturowych. Choć może i słuszna idea (realizowana w ramach UE wspólnie ze Szwecją) tzw. Partnerstwa Wschodniego, ale wykluczająca obecność Rosji w tym projekcie musiała spotkać się ze strony Moskwy z nieprzyjazną reakcją. Mogło się zrodzić uzasadnione podejrzenie, że chodzi tu nie o współpracę regionalną czy nawet ponadregionalną, lecz o wypychanie Rosji ze wszystkich możliwych sfer (także gospodarczych i kulturowych).
Okopy Świętej Trójcy
Mit wiecznego cierpienia (które uszlachetnia i stąd jesteśmy zawsze tymi „moralnymi zwycięzcami”) połączony z prometeizmem – a mamy z tym do czynienia w całej naszej tzw. polityce wschodniej (limitującej stosunki z naszymi wschodnimi sąsiadami) - im jest silniej akcentowany, im mocniej ugruntowany w publicznym przekazie (bez względu na polityczną i kulturową proweniencję podmiotów występujących w przestrzeni publicznej) tym bardziej odrywa się od rzeczywistych i oczywistych interesów Unii Europejskiej. Tym samym i Polski.
Ten mitologiczno-prometejski aspekt przenoszony jest też na dyskurs wewnątrzkrajowy. Zasada: „wszystko, albo nic” - czyli masz przyjąć tylko moje argumenty i rozwiązania, nawrócić na moje wartości, uznać moje prawdy i sposób myślenia - buduje kolejne obszary wzajemnych niechęci, niezrozumienia i wrogości. Efektem tego są „okopy Świętej Trójcy”, sprzeczne z zasadami społeczeństwa i wspólnoty. Ten INNY ma skapitulować. Poddać się. Polityka zewnętrzna i wewnętrzna polskich elit uzyskała po trzydziestu latach demokracji absolutną jednowymiarowość.
Byłoby absurdem wyobrażać sobie, że wspólnoty polityczne powstające na Wschodzie po upadku muru berlińskiego staną się repliką tych, które istnieją od dekad na Zachodzie. Odrodzenie dawnych cywilizacji czy kultur przybiera zawsze nowe, często niezrozumiale dla zadufanych w sobie ludzi Zachodu (widać też to u nas), formy.
Wycofywanie się państwa narodowego w łacińsko-atlantyckim kręgu cywilizacyjno-kulturowym (utożsamianym powszechnie z Zachodem) z kolejnych prerogatyw na rzecz dobrowolnych asocjacji ponadpaństwowych, czy mniejszych wspólnot, często nigdy nie posiadających pełnej suwerenności, nie musi przebiegać harmonijnie. Alternatywą takiej sytuacji są częste nawroty plemiennego trybalizmu, narodowych nienawiści i szowinizmu, co wyraźnie dziś widać. Dlatego zadaniem elit kierujących i nadających trendy rozwojowi społecznemu musi być uwzględnianie takich przypadków i sytuacji. Krytykowana inżynieria społeczna po raz kolejny pokazuje swą przydatność i potrzebę istnienia. Oczywiście w harmonijnej, spokojnej i zrównoważonej wersji.
Naiwność czy ignorancja?
Wracając do stosunków polsko-rosyjskich. Nasza opcja za zwiększaniem nacisku na Moskwę poprzez sankcje i blokadę obecności Rosji we wszystkich możliwych sferach na terenie Europy pokazuje jak polska elita (ale i część zachodniej także) nie rozumie Rosjan, ich uwarunkowań kulturowych, historii, tradycji, mentalności. Gdy będzie im gorzej - zbuntują się, obalą rządy Kremla (symbolu zniewolenia i wschodniej satrapii). W efekcie „przejdą gremialnie na wartości Zachodu”, będzie wolność, demokracja, a rzeki miodem i mlekiem popłyną.
Naiwność czy ignorancja motywują taki sposób patrzenia na ten kraj-kontynent? Kraj, którego obywatele różnych narodowości, religii, języków obojętnie o jakim rodowodzie uważają, że mieszkają na ósmym kontynencie świata.
I to jest osnowa tego niezrozumiałego przez nas „russkowo mira”. Przestrzeń poradziecka, zwłaszcza tam, gdzie po rozpadzie ZSRR pozostały miliony etnicznych Rosjan, ale także ludzi innych narodowości określających siebie jako „ruskich”, to miękka strefa tego kontynentu – a nawet cywilizacji, jak wielu - nie tylko jej obywateli - traktuje Rosję (m.in. Samuel Huntington, Zderzenie cywilizacji).
Mrzonki o „zaduszeniu ekonomicznym” i ich nieskuteczności wobec Rosji opisuje w niedawnym wywiadzie, udzielonym Alinie Doleckiej realizującej telewizyjny projekt „Master of Taste” Władymir Pozner. To opozycyjny wobec Kremla, o międzynarodowej pozycji, dziennikarz telewizyjny i publicysta. Uważa on samą ideę sankcji za skrajną głupotę, za absolutne niezrozumienie mentalności i sposobu organizowania się rosyjskiego społeczeństwa (on mówi – „russkowo naroda”, czyli obywateli Rosji różnych narodowości i kultur). Ma ono bowiem doskonałą umiejętność znoszenia zewnętrznych uderzeń, przeciwieństw losu. Naród jednoczy się wtedy przy państwie, a tym samym – przy władzy. I w takim działaniu Pozner widzi nieskuteczność wpływu na Rosję i Rosjan.
Polska znajomość Wschodu Europy, kreowanie się na przewodnika polityki Zachodu w strefie poradzieckiej, tym samym nawet wśród części opozycji antyputinowskiej musi uchodzić za humbug, wywoływać uśmiechy politowania. Kolejny fantazmat naszych elit mający być zmaterializowany w politycznej i kulturowej przestrzeni.
Polski Drang nach Osten
Omawiając nasze kolejne fiaska, trzeba dodać to, przed czym przestrzegał Jerzy Giedrojć - guru sporej części polskiej elity demoliberalnej. Coraz to słyszymy odwołania do jego dziedzictwa, ale są one jak zawsze nad Wisłą i Odrą czystą, bezrefleksyjną emisją słów mającą uwiarygodnić tego lub innego polityka w oczach odbiorców. Stworzyć wrażenie ważności, racjonalności, bliskości i zapoznania się z uznanymi autorytetami. Giedrojć napisał w swych notatkach, iż „możemy domagać się od Rosjan wyrzeczenia się imperializmu pod warunkiem, że my sami raz i na zawsze wyrzekniemy się naszego tradycyjno-historycznego imperializmu we wszystkich jego formach i przejawach”.
I jeszcze jeden cytat z notatek (1998) szefa paryskiej Kultury, tak często przywoływanego w politycznych enuncjacjach, jak ochoczo nie rozumianego lub interpretowanego wedle obowiązujących mitów i współczesnych paradygmatów. „Wszyscy ci politycy i dziennikarze polscy, którzy potępiają w czambuł Jałtę i Poczdam, którzy wypowiadają się tak, jak gdyby chcieli retroaktywnie wyprowadzić Polskę z koalicji antyhitlerowskiej, którzy zapominają, albo nie wiedzą, że udział w tej koalicji jest jedynym tytułem Polski do jej obecnych granic, wszyscy oni działają na szkodę Polski i oddalają perspektywę pełnej normalizacji stosunków między opinią polską a opinią sąsiadów ze Wschodu i Zachodu”.
I ten aspekt, na który zwraca i przed którym przestrzega w cytowanym fragmencie Jerzy Giedrojć jest jeszcze jednym elementem mającym zbudować polską obecność na Wschodzie Europy? Zarówno polityczną jak i kulturowo-cywilizacyjną. Dlatego też są te próby tak nieskuteczne, śmieszne by nie rzec – często kabotyńskie.
Czy jest szansa na zmianę choć w najmniejszym stopniu relacji Polska – Wschód Europy? Na razie nie widać możliwości i chęci po obu stronach tej barykady. I nawet nie chodzi tu tylko o Rosję. Podzielona dramatycznie kulturowo i cywilizacyjnie Ukraina (i ta polaryzacja ciągle tam postępuje), Białoruś rządzona twardą ręką przez Łukaszenkę, czy nawet należąca do UE Litwa nie mają jakiejkolwiek ochoty przytulić się, wejść w rolę „młodszych braci” III RP. Bez dogłębnej demitologizacji polskiej świadomości, oczyszczenia nadwiślańskiego imaginarium z kalek powstałych w latach czy wiekach minionych, a przenoszonych w realność XXI wieku nic się zmienić nie może.
W tej demitologizacji mieści się również dogłębna laicyzacja państwa i przestrzeni publicznej, gdyż nadmierna obecność Kościoła i jego funkcjonariuszy oraz czołobitność polityków wobec roli Watykanu (cień Jana Pawła ciągle jest żywy) sprawiają wrażenie, iż ów potrydencki, reewangelizujący wszystko co inne „Drang nach Osten” ciągle trwa. A w nim Polska pełni rolę rozgrywającego i moderatora. I to, o czym ten materiał mówi (wedle Puszkina) nie jest odwiecznym sporem w gronie Słowian, ani jak myślał Dostojewski nieprzekraczalna antynomia kultur Rosji / Wschodu (termin rosyjskiego sfinksa) i Zachodu. Choć tak myślało i myśli wielu zachodnich Europejczyków, np. Rudyard Kipling.
Sądzę, iż warto w podsumowaniu zacytować myśl wyrażoną przez dr. hab. Gracjana Cimka (Rosja – państwo imperialne?), iż przezwyciężyć można te uprzedzenia, fobie, wzajemne pretensje wyłącznie „dzięki interpretacji cywilizacyjnej i myśleniu holistycznemu, które mając na uwadze uwarunkowania globalne dostrzegają specyfikę rosyjskiej mentalności jako istotnego wyznacznika podejmowanych decyzji politycznych i wyborów światopoglądowych”. Ktoś musi wykonać ten pierwszy krok.
Radosław S. Czarnecki
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 127
Czy to nowe średniowiecze?
Nieodłącznym myśli konserwatywnej i prawicowej jest przekonanie, że społeczeństwo dzieli się na światłą eliitę i masy, nad którymi te pierwsze muszą sprawować intelektualną kuratelę.
Jan Sowa
Sentencja prof. Sowy, socjologa, kulturoznawcy, badacza nowoczesności, nie jest immanencją wyłącznie sił sytuujących się po prawej stronie sceny politycznej. Zwłaszcza dziś, gdy w wyniku procesów zachodzących w przyśpieszonym tempie na świecie po 1991 r. konserwatyzm, oraz wszystko co z nim jest związane (w odróżnieniu od tradycjonalizmu), stał się też swoistym systemowym modus operandi.
Termin ów, rodem z kryminalistyki, oznacza powtarzający się sposób działania sprawcy przestępstwa, zatem na podstawie ponad czterech dekad doświadczeń z niepodzielnymi rządami demoliberałów można z dużą dozą pewności przewidzieć kierunek rozwoju, w jakim podąży cywilizacja Zachodu i co przyniesie kultura z nią związana. Ludzie mają bowiem skłonność do perserwacji (łac. powtórzeń), czyli wykonywania takich samych czynności jedną (lub zbliżoną do niej), metodą.
Tak działają też ludzie władzy i szeroko rozumianego mainstreamu. Zwłaszcza, gdy te działania przynoszą im szeroko rozumiane korzyści, jak również z racji zrutynizowania swego myślenia determinowanego widzeniem świata oraz procesów w nim zachodzących.
Ten stan dobrze oddaje m.in. treść książki dwóch niemieckich dziennikarzy i publicystów, Mathiasa Böckersa i Paula Schreyera pt. Wir sind die Guten (Jesteśmy tymi dobrymi). Ich zdaniem (i nie tylko) współczesną demokracją liberalną Zachodu zarządza niedemokratyczna, nie wybierana przez suwerena (za jakiego w demokracji ma uchodzić lud), amorficzna, wszechplanetarna i mglista struktura unosząca się nad rządami i państwami, która zaprasza, przyjmuje i absorbuje urzędników, aktywistów, fanatycznych woluntariuszy i akolitów spraw kwalifikowanych jako political correctness. Kieruje tym samym nie tylko dyskusjami, dostarczaniem mediom quasi-profesjonalnych i objaśniających wszystko „ekspertów”, ale korumpuje tym samym debatę publiczną, czyniąc z niej rozmowę głuchego ze ślepcem. Taka manipulacja opinią publiczną na globalną i niewyobrażalną skalę przywodzi na myśli to, co George Orwell nazywał Ministerstwem Prawdy.
Rozum na wygnaniu
Przyczyna takiego stanu rzeczy tkwi w tym, że rozum znalazł się na wygnaniu. Po prostu jest w niełasce i permanentnie się go deprecjonuje, stawiając na emocje i afekty, „czucie” i chwilowe zauroczenie. Ten trend wzmocnił się wraz z dojściem do władz w krajach anglosaskich określonych sił (Ronald Reagan i Margaret Thatcher) i rozpoczęciem kontrrewolucji neoliberalnej, która po deregulacji gospodarek opanowała także inne przestrzenie życia publicznego.
Zapłodniona została świadomość w efekcie długotrwałej narracji i propagandy proneoliberalnej, charakterystycznymi dla niej koncepcjami i wartościami, głównie bezrefleksyjną apoteozą wolności. Za tym idzie zawężenie poznania oraz ciekawości świata i ludzi innego autoramentu ograniczające zainteresowania do indywidualnych spraw (swoisty narcyzm i egocentryzm) sprawiających przyjemność: konsumpcji i zabawy.
Poza tym, niejako równolegle, zrodził się na tej bazie swoisty „radykalizm ideologii praw człowieka – wywodzący się (…) z ducha roku 1968 – i wynikająca z niego hipertrofia jednostki przyczyniająca się do impotencji demokracji. Tym samym perspektywa wspólnotowej siły zostaje przed nami zamknięta” (Marcel Gauchet, Idee z pierwszej ręki).
Jednocześnie z tą kontrrewolucją, która sama w sobie jest typowym produktem konserwatywnym, wpływającym na społeczne myślenie, zaobserwować można fundamentalistyczne wzmożenie w łonie religii światowych. Zwłaszcza dotyczy to islamu (zwycięstwo ajatollaha Chomeiniego w Iranie) i katolicyzmu (wybór Karola Wojtyły na rzymskiego papieża). Zaowocować to musiało z kolei popularnością mętnej duchowości, nadprodukcją wróżek, zwiększeniem liczby w przestrzeni publicznej jasnowidzów, fachowców od hipnozy (vide Kaszpirowski), pospolitego szamaństwa, charyzmatyków w rodzaju Bashobory czy teleewangelistów (zwłaszcza w USA) itp.
Nie ludzie, ale konsumenci
Lud, będący osnową demokracji, został zastąpiony konsumentem. A konsument ma nie myśleć, ma być uwiedziony (Zygmunt Bauman, 44 listy ze świata płynnej nowoczesności). Tym samym można za Erichem Frommem stwierdzić iż „człowiek umarł, niech żyją rzeczy” (O byciu człowiekiem). Rzeczy, które on musi nabyć, posiąść, skonsumować i czuć się szczęśliwym. Tym samym wyzbywa się potrzeb wyższego rzędu, zapotrzebowania na krytycyzm, samodzielnego myślenia. Kup, a będziesz szczęśliwy, jutro nie jest ważne, baw się i żyj kolorowo, nie zagłębiaj się i nie myśl, liczy się chwila obecna etc. – taki przekaz idzie do przeciętnego członka ludu przepoczwarzającego się w konsumenta i członka bezkształtnej biomasy.
I na dodatek przekaz od tej amorficznej, wszechplanetarnej struktury poprzez skolonizowane i skorumpowane media płynie z wielu stron – to narracja ociekająca moralizmem, pouczeniami, kaznodziejstwem i paternalizmem. Już w końcu lat 60. XX w. hiszpański filozof Adolfo Sanchez Vasquez zauważył, że w przekazie europejskich elit wzbiera abstrakcyjny moralizm oceniający rzeczywistość i akty (także polityczne) wyłącznie przez pryzmat preferowanych wartości i wyznawanej moralności. Przyjmuje się jednocześnie, iż jedyną drogą do jej odrodzenia jest przymuszanie jednostek do tych rozwiązań, a nie zmiana środowiska, w jakim te jednostki bytują. Bo zasady wyznawane przez moralistę mają obowiązywać wszystkich podległych jego wpływom (Adolfo S. Vasquez, Filozofia praktyki). Czyli - Wir sind die Guten… Współcześnie, po 60 latach od wygłoszenia przez Vasqueza tej myśli, sytuacja jest absolutnie klarowna.
Jeżeli ignorancja, brak wiedzy, peryferyjność horyzontów myślenia, ciasnota intelektualna, idące zawsze w parze z arogancją (na to zwrócił już uwagę Giordano Bruno), stymulowane są na dodatek w kierunku skierowania zainteresowań jak największej liczby ludzi ku doraźnym, konsumpcyjnym celom, to trudno się dziwić, iż w efekcie tak sformatowanej świadomości w tle, po cichu, powoli acz systematycznie zachodzą określone tendencje. Korzystne z punktu widzenia owych amorficznych, nie posiadających demokratycznego mandatu, niedookreślonych do końca, sił. Ten stan świadomości społecznej, zarówno w skali lokalnej, państwowej jak i globalnej, jest pochodną forsowania różnorodnych pomysłów, planów, tkania najdziwniejszych wizji i wdrażania określonych projektów.
AI i człowieczeństwo
Jednym z takich zagadnień jest szeroko dyskutowane znaczenie i rola sztucznej inteligencji (AI) dla przyszłości naszego gatunku w świetle technologicznego postępu. Wiadomo jest, że na tej drodze czai się wiele, nieuświadomionych dziś, zagrożeń. I to w sferze społecznej, kulturowej, politycznej, a także – w militarnej. Taki kierunek postępu jest jednym z podstawowych, formatujących niejako na nowo nasze człowieczeństwo. Nasze gatunkowe jestestwo. Wystarczy spojrzeć jak powszechny dostęp do masowej komunikacji i przeniesienie niejako naszych zainteresowań w przestrzeń wirtualną zmieniło ludzi. Posiadanie smartfona i zatopienie się ludzi w świat obrazu emitowanego przez tego typu urządzenia widoczne jest na co dzień na całym świecie. Chodzi głównie o kontakty interpersonalne i relacje budowane dawniej na zasadzie tête-à-tête, będące motorem „uczłowieczenia małpy” i humanizowania człowieka.
Jose Ortega y Gaset (Człowiek i ludzie) celnie zauważył, że człowiek staje się nim w wyniku autorefleksji nad sobą samym i swoim sposobem bycia. Tu i teraz, i w przyszłości. Czy pozbawienie bezpośredniego kontaktu z drugim, takim samym człowiekiem, temu sprzyja? Czy gdy atakująca jego świadomość i podświadomość, narzucająca mu określone drogowskazy życiowe, agitacja zawężająca byt do prymitywnej konsumpcji i zabawy, pozwoli takiej jednostce stawać się coraz bardziej człowiekiem? Mocno wątpliwe.
W tym mieści się też pojęcie pracy (przeniesionej w wirtualną przestrzeń), której coraz bardziej brakuje i ten problem będzie się tylko pogłębiać (Jeremy Ryfkin, Koniec pracy). Wspomniane procesy prowadzą do wyzbywania się intymności, prywatności i unikalności osoby ludzkiej. A na dodatek wszystko staje się grą, ekspozycją, reklamą a przez to – towarem, który jest na sprzedaż w sieci. A każdy z nas jest inny i osobliwy przez pewną dozę tajemniczości – coś na kształt sacrum - przypisanej każdej jednostce. Towar z wielu względów czymś takim nie jest i być nie może.
Warto w tym miejscu przywołać termin technopolu, o którym już w II połowie XX w. wspominali tacy myśliciele i komentatorzy jak George Orwell, Marshall McLuhan, Aldous Huxley, Alvin Toffler czy Neil Postman. To ten ostatni stworzył w zasadzie to pojęcie w oparciu o wpływ „kultury obrazka” na człowieka. Wierzy on teraz, że jedynym celem pracy i myśli jest wydajność, zaś standardowe procedury, techniczne wyliczenia, testy i mierniki statystyczne są pod każdym względem lepsze od oceny ludzkiej. Stąd wykreowany został sąd, iż najlepiej sprawami obywateli kierują eksperci, technokraci, znawcy namaszczeni przez media i wspomniane amorficzne siły. A to, co jest niemierzalne i nie pochodzi z relacji kupno/sprzedaż nie istnieje, albo nie ma wartości. Reguły te przeniknęły ze sfery produkcji materialnej do innych dziedzin życia. I to jest także przykład dyktatu doktryny neoliberalnej. Świat technopolu stał się ahistorycznym i pozbawionym kulturowego kontekstu molochem. Dotychczasowe wielkie symbole upadły. Myśli za nas i dla nas technika triumfująca nad kulturą (Neil Postman, Technopoly. The surrender of culture to technology).
Dalszym etapem rosnącego znaczenia i wpływów technopolu oraz kolonizacji następnych przestrzeni naszego bytu i oddania ich coraz bardziej pozaosobowej sile sprawczej będzie powszechne zastosowanie sztucznej inteligencji. Nad tym projektem prace w wielu krajach są już daleko zaawansowane, choć nie wszytko jest ze zrozumiałych względów ujawniane.
Kilku znaczących autorów w II dekadzie XXI wieku (Stephen Hawking, Stuart Russell, Max Tegmark i Franck Wilczek) we wspólnym artykule naukowym dla The Independent (2.05.2014) stwierdziło na temat sztucznej inteligencji, że może ona mieć dwojaki wpływ na ludzkość, a rezultaty są absolutnie dziś nieprzewidywalne. Jeden (krótkoterminowy) zależeć będzie od tego, kto i do jakich celów ją kontroluje. Drugi, może ważniejszy (długoterminowy) zależeć będzie od tego, czy w perspektywie jej rozwoju da się ją w ogóle kontrolować. Zwłaszcza z chwilą jej autoreprodukcji. I właśnie ten drugi aspekt budzi wiele kontrowersji i dylematów.
Przykładem możliwości technologiczno-wirtualnego oddziaływania na ludzi, był casus terrorystycznego ataku państwa Izrael za pomocą stosownych impulsów na osobiste urządzenia komunikacji obywatel Libanu i Palestyny. Tel Awiw tłumaczył tę akcję walką z terroryzmem, lecz w jej wyniku doznało ciężkich obrażeń fizycznych wiele postronnych osób.
Iluzja demokracji
Nie mniej ważką sprawą, idącą równolegle z opisanymi trendami i następstwami będącymi ich efektami, które zawdzięczamy rozwojowi technologicznemu, jest postępująca stratyfikacja w dochodach i gromadzeniu gigantycznych majątków przez coraz węższą grupę współczesnych plutokratów. Ich finansowe możliwości a przez to i wpływy są już dziś tak gigantyczne – vide projekty i pomysły oraz pozycja w przestrzeni publicznej Elona Muska, Jeffa Bezosa czy Billa Gatesa (o megafinansistach i tzw. inwestorach jak Rotschildowie, Rockefellerzy, Warren Buffett, Rupert Murdoch, George Soros itp. nie wspominając) – że przekraczają wielokrotnie zasoby, jakimi dysponuje większość państw na świecie. Ich znaczenie i oddziaływanie na sferę publiczną oraz polityczną nie są jednak legitymizowane - jak winno być w demokracji - jakimkolwiek wynikiem wyborów.
A to suweren, czyli lud, winien decydować o kierunkach prowadzenia polityki przez rządy. By nie być gołosłownym, należy przytoczyć fragment słynnej mowy gettysburskiej Abrahama Lincolna, która stała się Biblią demokracji winnej zawsze być rządami ludu, sprawowanej przez lud, dla ludu. A demokracja to uczestnictwo ludzi świadomych, obywateli, nie konsumentów traktujących rządzących i ich programowe oferty, (które dotyczą przecież ich egzystencji), niczym reklamę pasty do zębów, czy samochodów.
Więc w tej materii zasadne jest pytanie, jakie postawił już w końcu XX w. w jednym z wywiadów Jose Saramago, literacki noblista (1998), w kontekście kryzysu demokracji i rodzących się preferencji ku autokracji o jej sens w obecnej formie. Bo jeśli „głosujący mogą usunąć rząd, jeśli im nie odpowiada umieścić na jego miejscu inny, ale ich głos nigdy nie miał, nie ma i nie będzie miał jakiegokolwiek widocznego wpływu na prawdziwą siłę rządzącą światem, a więc nie będzie miał też wpływu na losy ich kraju i ich samych. Mówię oczywiście o potęgach ekonomicznych, szczególnie tej wciąż powiększającej się części rządzonej przez międzynarodowe korporacje, których strategie stosowane w celu zdobycia dominującej pozycji na rynku nie mają nic wspólnego ze wspólnym dobrem, o które z definicji dba demokracja. Więc po co taka demokracja?”.
Dzisiejsza demokracja z przyrostkiem liberalna, dzięki technopolowi i bezgranicznemu królestwu neoliberalizmu, stała się po prostu teledemokracją żyjącą wyłącznie z sondaży, statystyki, nie z przekonań obywateli, które można swobodnie głosić na współczesnej agorze. A możliwości dla niej, jak nigdy w historii, postęp technologiczny stworzył aż nadto. I gdy mamy jako ludzkość tak rozlegle możliwości komunikacji, prezentacji i wymiany myśli, wychyla się niczym z jaskini obskurantyzmu nowa wersja średniowiecznej inkwizycji oraz papieskiego Idexu librorum prohibitiorum.
Znów znajdują się w mainstreamie, ponoć liberalnym i demokratycznym, reprezentanci chcący ochoczo cenzurować i określać co jest prawdą, a co nią nie jest. Co może mieć atest na rozpowszechnianie, a co jest zabronione. Jaki głos jest prawowierny, a co stanowi herezję zwalczaną jurydycznie etc. Ów mainstream niczym średniowieczny Kościół rzymski stara się zmonopolizować możliwie absolutnie przestrzeń publiczną. Jedną drogą jest infantylizacja i upupienie (vide Józio Kowalski w gombrowiczowskiej Ferdydurke) ludu przez uczynienie go konsumentem kosztem obywatela. Drugą - nachalność i totalizm medialnego przekazu, zgodnego z interesami elit pozostających u władzy, a de facto owych planetarnych, mglistych struktur, o których wspominają Bröckers i Schreyer. W obu przypadkach technopol jest niezwykle pomocnym narzędziem.
Czasy średniowieczne można scharakteryzować przede wszystkim jako głęboki podział na elity i lud. Utwierdzały tę dychotomię dwa filary – feudalizm ze swoją strukturą klasową i Kościół katolicki, który był jednocześnie feudałem rządzącym w wymiarze doczesnym, ale i depozytariuszem świadomości społecznej. Była to sytuacja, która wynika z sentencji papieża Gelazego I o dwóch mieczach, które władają światem. Jeden dzierży w ręku cesarz, drugi – papież. I obaj się uzupełniają w sprawowaniu władzy. Dziś trendy tak charakterystyczne dla świata „późnej nowoczesności” (termin stworzony przez Chantal Delsol, Esej o człowieku późnej nowoczesności) prowadzą do analogicznej społecznie sytuacji, mimo zaklęć o rozwoju i utrwalaniu demokracji.
A te miecze dzierżą dziś kapitał i media, ponoć wolne, acz pozostające na jego smyczy.
Radosław S. Czarnecki