Filozofia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2551
It i's a great thing to be a scientist, if you don't have
to make a living that way.* (Albert Einstein)
Od początku dwudziestego wieku notuje się przyspieszony rozwój nauki, przede wszystkim nauk przyrodniczych, w ślad za nimi różnych nauk stosowanych (techniczno-inżynieryjnych, medycznych, rolniczych itp.). Wiedza naukowa podwajała się co dziesięć lat i nadal rośnie eksponencjalnie.
Przyrost wiedzy naukowej w wyniku wzrastającej liczby ważnych odkryć przekłada się coraz szybciej na rozwój wynalazczości i - w konsekwencji - na rozwój techniki.
Masy społeczne interesują bardziej wynalazki techniczne niż odkrycia naukowe, ponieważ na co dzień mają o wiele więcej do czynienia z różnymi urządzeniami lub gadżetami technicznymi niż z nauką.
Nowinki techniki są chętnie nabywane, gdyż coraz bardziej ułatwiają one życie ludziom, a ich posiadanie wyróżnia i wzbudza zazdrość. Mało kto uświadamia sobie, że nie byłoby ich bez ogromnego wysiłku uczonych, którzy kryją się za wynalazkami i pozostają w ich cieniu. Toteż naukowcy są eksponowani w mass mediach o wiele mniej i rzadziej niż wynalazcy i posiadacze nowinek technicznych.
Przemijające wzorce
Naukowcy, zwłaszcza z dziedziny nauk przyrodniczych, nie lubią chwalić się, a nawet, gdyby chcieli, nie mają okazji do tego. Przecież prezentacja uczonego matematyka lub fizyka wypowiadającego się w żargonie specjalistycznym (tak mądrze mówiącego, że nikt go nie rozumie) nie zwiększy oglądalności telewizji ani nakładu prasy. Oni jeszcze nie potrafią, jak celebryci, zadziwiać ekstrawagancją ubiorów, głupimi fizys i golizną. Jeżeli pokazuje się uczonych, to z dziedzin humanistycznych i społecznych - najczęściej ekonomistów, historyków, politologów. I to z reguły takich, którzy chwalą władzę, albo kościół, a nie, broń Boże, opozycjonistów czy niewierzących.
Większość naukowców nie rzuca się w oczy, bo należą do klasy średniej - żyją skromnie, zarabiają przeciętnie (w okolicach średniej krajowej), nie mieszkają w rezydencjach lub pałacach, nie ubierają się modnie, nie stać ich na luksusowe samochody itp. Ich czas pracy jest nielimitowany. Często przy pomiarach spędzają całe doby. Nawet swój czas wolny poświęcają badaniom, albo spekulacjom myślowym, korzystając z własnego mózgu, a nie sztucznego. Przeważnie zajęci są swoimi sprawami. Są podobni do strażnika na wieży, o którym Johann W. Goethe pisał w „Fauście" – „Zum Sehen geboren, Zum Schauen bestellt, Dem Turme geschworen, Gefällt mir die Welt. Ich blick in die Ferne, Ich seh in die Näh' Den Mond und die Sterne, Den Wald und das Reh“ (Urodzony do rozglądania się, zamówiony do obserwacji, zaprzysiężony wieży, lubię ten świat. Spoglądam w dal na Księżyc i gwiazdy, a w pobliżu widzę las i jelenie).
Naukowiec jest urodzonym obserwatorem, który lubi świat, w jakim żyje i pracuje. Wieża pozwala mu lepiej rozglądać się i dociekliwiej patrzeć na świat z wysoka, z dalszej perspektywy. Wieża z kości słoniowej jest miejscem odosobnienia, gdzie uczeni mogą bez przeszkód oddawać się swoim rozmyślaniom i tworzyć swój własny świat. Jest też symbolem nauki, której zaprzysiągł się uczony.
Naukowiec, jak strażnik na wieży, który sygnalizuje swoje spostrzeżenia innym strażnikom, ma obowiązek przekazywać innym badaczom i społeczeństwu to, co odkrył, jeśli uzna to za istotne dla nauki i społeczeństwa - pisze Bernhard Goodwin (Die Perspektive von Wissenschaftlern auf die Wissenschaftskommunikation am Beispiel deutscher Forstwissenschaftler, Technischen Universtät München, 2011).
Jeszcze do połowy dwudziestego wieku w świadomości mas funkcjonował stereotyp naukowca - człowieka niedbającego o nic więcej, jak tylko o odkrywanie praw rządzących światem i prawdy o świecie; w pewnym stopniu abnegata nie liczącego się z opinią innych, oprócz ludzi swego kręgu; człowieka, który niezłomnie broni swych hipotez; człowieka o wysokim morale - uczciwego, prawdomównego i godnego naśladowania pod każdym względem.
Naukowiec zajmował wysoką pozycję w hierarchii społecznej m. in. dlatego, że zarobki profesorów były około 10-krotnie wyższe od płac robotników, co zwalniało ich ze starania się o zapewnienie sobie bytu. Nawet tytuł magistra i stanowisko asystenta w uczelni coś znaczyło. Był to, rzecz jasna, mocno wyidealizowany wizerunek naukowca, ale takich naukowców lub zbliżonych do tego wizerunku było wówczas wielu.
Ten stereotyp, jak wiele innych, uległ transformacji wskutek zaistnienia nowych warunków życia w konsekwencji postępu techniki i wiedzy oraz rewolucyjnych przemian społecznych (ustrojowych), rozwoju gospodarki i zmiany świadomości mas pod wpływem ideologii konsumpcjonizmu. Zmienił się świat, zmienili się ludzie. Również naukowcy przestali być takimi, jak wcześniej i zmienił się stosunek ludzi do nich.
Kim jest teraz naukowiec?
Termin „naukowiec" stworzył w 1833 r. William Whewell (wszechstronny erudyta) na prośbę poety Samuela Coleridge'a. Wcześniej posługiwano się określeniami „filozof przyrody” lub „człowiek nauki”. Teraz jest w obiegu kilka określeń naukowca:
• Naukowcem jest osoba, która systematycznie (nie prywatnie lub amatorsko) zajmuje się nauką i jej dalszym rozwojem. (Jest nim badacz lub nauczyciel akademicki, którego podstawowym miejscem pracy zawodowej jest szkoła wyższa lub instytut badawczy.)
• Naukowiec to ktoś, kto systematycznie prowadzi badania i wykorzystuje je do formułowania hipotez i sprawdzania ich, kto zdobywa wiedzę i dzieli się nią.
• Naukowiec (uczony), jest określeniem zawodu, polegającego na twórczej pracy, zmierzającej do rozszerzenia istniejącej wiedzy drogą prowadzenia badań naukowych (wg Słownika języka polskiego).
• Naukowiec poszukuje odpowiedzi na pytania, na które dotychczas jeszcze nikt nie odpowiedział i stosuje odpowiednie metody, za pomocą których może udowodnić prawdziwość tych odpowiedzi. (Czesław Grabarczyk, Etos, autorytet i odpowiedzialność naukowców i nauczycieli akademickich). Chodzi o pytania dotyczące tego, co bada i dyscypliny naukowej, jaką reprezentuje.
• Naukowiec jest osobą, która zawodowo (profesjonalnie) zajmuje się inicjowaniem lub tworzeniem wiedzy, produktów, procesów, metod i systemów oraz zarządzaniem programami badawczymi w tym zakresie. (Europejska Karta Naukowca, 2006)
W każdej z tych definicji powtarza się fraza „systematyczne, profesjonalne i nieprzypadkowe prowadzenie badań w celu gromadzenia, rozwoju i tworzenia wiedzy (naukowej)". Krótko mówiąc, naukowiec to człowiek, który profesjonalnie i twórczo rozwija naukę. Jednak, by to określenie było w pełni zrozumiale, trzeba wyjaśnić czym jest nauka. A to nie tak łatwo, jak się zrazu wydaje. W wyniku różnych dywagacji na ten temat dochodzi się do wniosku, że w ostatecznym rachunku o tym, co jest nauką, decyduje kryterium metodologiczne: naukowe jest to, co zostało odkryte lub stwierdzone w wyniku zastosowania odpowiednich procedur metodologicznych. A odpowiednimi są te, które zostały zaakceptowane przez naukowców.
W związku z tym ma się do czynienia z circulus in definiendo: nauką jest to, co uznane jest przez naukowców za naukowe, a naukowcem jest ten, kto tworzy naukę. Nauka jest tym, czym zajmują się i tworzą naukowcy. Dlatego najlepiej posługiwać się „socjologiczną" definicją naukowca: jest nim ten, kto jest pracownikiem naukowym uczelni wyższej lub innej instytucji naukowej.
W wyniku ewolucji społecznej zmienia się pojęcie nauki, a wraz z tym pojęcie naukowca. O tym, kogo uznaje się aktualnie za naukowca, decyduje środowisko naukowe.
Naukowcy dzielą się na ortonaukowców i metanaukowców. Pierwsi zajmują sie tylko swoją dyscypliną naukową, a drudzy wieloma subdziedzinami nauki. Ortonaukowcy, bardziej niż metanaukowcy, tworzą wyspecjalizowaną i hermetyczną grupę zawodową, coś na kształt kasty. W związku z tym są najbardziej odporni na oddziaływania społeczne i kulturowe i nie tolerują ingerencji różnych „ciał obcych", przede wszystkim polityków.
W drugiej połowie ubiegłego wieku, przede wszystkim w krajach zachodnich, dokonały się radykalne zmiany rzeczywistości społecznej w wyniku implementacji nowych ideologii oraz koncepcji ekonomicznych, politycznych i filozoficznych jak i niezwykłego postępu technicznego. Demokratyzacja i liberalizacja pociągnęła za sobą relatywizację wartości i norm etycznych oraz przebudowę hierarchii wartości. W związku z tym współcześni naukowcy coraz bardziej oddalają się od stereotypu, jaki ukształtował się w ciągu wielu minionych stuleci na bazie modelu idealnego naukowca.
Naukowiec- ideał to osoba ucieleśniająca w sobie takie cechy, jak pasja badawcza, ciekawość świata, kreatywność, dogłębna wiedza, umiejętność posługiwania się metodami i technikami badawczymi, łatwość polemizowania, samokrytycyzm, zdolność formułowania hipotez i ich weryfikacji, uporczywość, cierpliwość (praca naukowa jest zwykle związana z „odłożonym efektem”), obiektywizm, systematyczność, uczciwość, pokora, prawdomówność oraz rzetelność.
W teraźniejszym świecie nie ma już warunków koniecznych do realizacji modelu naukowca idealnego ze względu na te wszystkie cechy. Natomiast zaistniały warunki do rozwoju modelu naukowca realnego, twardo osadzonego w nowej rzeczywistości i charakteryzującego się głównie takimi cechami i umiejętnościami, dzięki którym łatwo może przystosowywać się do nowej rzeczywistości społecznej i dobrze funkcjonować w niej. W nowych warunkach życia zmieniła się natura dawnego naukowca, jego model, image i cechy.
Deprecjacja istoty i wizerunku naukowca
Większość współczesnych naukowców, zwłaszcza młodych, uległa nowym trendom do tego stopnia, że odrzuciła dawny model naukowca i kierując się normami „mieć" i „teraz" stworzyła nowy, być może lepszy z punktu widzenia ekonomii, ale nie etyki. Ważnie stało się posiadanie czegoś wymarzonego (bogactwa, stanowiska itp.) i zdobycie tego natychmiast, choćby nawet per fas et nefas.
Głównych przyczyn deprecjacji etosu naukowca upatruję w upolitycznieniu, ideologizacji, demokratyzacji, liberalizacji, relatywizacji prawdy, ekonomizacji (też niskie zarobki), digitalizacji i wykorzystywaniu nauki do celów zbrodniczych.
Wielu ludzi sądzi, że naukowcy są odporni na wpływy polityki i ideologii i tworzą „czystą naukę". Wydaje się im, że funkcjonują w hermetycznym środowisku, odizolowani od wpływów ze strony środowiska społecznego. Ale to nieprawda. We współczesnym świecie jest to niemożliwe. Jeśli naukowiec odgradza się od świata zewnętrznego, to najwyżej wtedy, gdy znajduje się w swoim warsztacie pracy. Poza nim jest zwykłym „zjadaczem chleba", jak inni ludzie.
Polityka rządzi światem i ludźmi. Chyba nie ma już takiej sfery życia społecznego, która nie została jeszcze upolityczniona. Niemal od każdego wymaga się poprawności politycznej. Upolitycznieni są reprezentanci dyscyplin humanistycznych. Najbardziej nauk społecznych (politolodzy, socjolodzy, ekonomiści i filozofowie). W mniejszym stopniu nauk technicznych, rolniczych i medycznych i przyrodniczych (im więcej matematyki w nauce, tym mniej jest podatna na wpływ kultury, w szczególności polityki i ideologii).
W zasadzie nie ma w tym niczego zdrożnego. Przecież niektórzy naukowcy (np. prezydenci - chemik Ignacy Mościcki, biochemik Chaim Azriel Weizman, filozof Tomasz Masaryk) byli wielkimi mężami stanu, albo odegrali epokową rolę w życiu swoich narodów i państw.
Wtrącanie się naukowców w sprawy polityki jest nawet godne pochwały, kiedy angażują się w obronę godności człowieka, dobra wspólnego, zasad demokracji, sprawiedliwości i bezpieczeństwa. Na przykład, przeciwko łamaniu praworządności i praw obywatelskich przez rządy autorytarne, przeciw rasizmowi, nietolerancji i indoktrynacji, w walkę o pokój w świecie, w ochronę środowiska itp.
Natomiast niebezpieczeństwo pojawia się wówczas, gdy naukowiec bez reszty ulega logice i presji polityki, stawia ją ponad nauką i zaczyna wykorzystywać swoją wiedzę i swój autorytet w celu uzasadnienia aktywności jakiejś fanatycznie wyznawanej przez siebie opcji politycznej, gdy po prostu zaprzedaje się politykom za odpowiednie apanaże lub obietnicę kariery zawodowej i staje się „prostytutką polityczną".
Upolitycznienie nauki idzie w parze z jej ideologizacją. W najnowszej historii często interpretowano osiągnięcia naukowców w duchu ideologii, nadając jej walor naukowości. Np. rasizm i ludobójstwo etniczne uzasadniano naukowo na gruncie antropologii i biologii, a socjalizm uczyniono „naukowym" na gruncie historii, ekonomii i filozofii. Również wiarę religijną i istnienie boga (w kościele katolickim) „naukowo" uzasadniają wierzący naukowcy, którzy tendencyjnie interpretują odkrycia i prawa przyrody na przekór logice i myśleniu racjonalnemu, charakterystycznemu dla naukowców.
Do podważania wartości naukowców przyczyniła się demokratyzacja połączona z liberalizacją. Po pierwsze, w wyniku powszechnego dostępu do nauki i umasowienia edukacji. Idea masowego kształcenia sama w sobie nie jest zła, ale jej skutki okazują niedobre, jeśli nie realizuje się jej na podstawie selekcji. Oczywiście, każdy ma prawo kształcić się (to gwarantuje konstytucja), ale nie każdy na najwyższym poziomie, lecz odpowiednio do swoich zdolności i chęci. Każdy powinien otrzymać podstawowe wykształcenie, ale nie musi kształcić się na uniwersytecie, jeśli nie ma właściwych predyspozycji psychicznych i nie zdobył w szkole średniej odpowiednich kwalifikacji (wiedzy i umiejętności).
Tymczasem zaniechano takiej selekcji w wyniku komodyfikacji nauki - przekształcenia jej w towar dostępny dla każdego, kogo stać na jego zakup. Szkoły wyższe, głównie prywatne, które utrzymują się przede wszystkim z czesnego, zabiegają o maksymalną liczbę studentów i w tym celu stosują różne chwyty marketingowe na rynku edukacji. Jest im obojętne, jakich kandydatów przyjmą, byle tylko interes się kręcił. Tak dzieje się też na uczelniach państwowych, może z wyjątkiem kilku renomowanych, nawet w przypadku studiów doktoranckich.
W konsekwencji urynkowienia nauki uczelnie funkcjonują podobnie do marketów, w których studenci są klientami, a naukowcy sprzedawcami wiedzy naukowej i … dyplomów. Coraz mniej jest chętnych do podjęcia pracy naukowej w uczelniach ze względów finansowych (zarobki asystentów i adiunktów na ogół są niższe od średniej krajowej, a profesorów - około podwójnej średniej), jak i ze względu na trudności w robieniu kariery i stabilizacji zawodowej (zdobyciu statusu samodzielnego pracownika nauki) oraz zaniku autonomii uczelni wskutek bezpardonowej ingerencji władz państwowych, partii politycznych i kościoła oraz szykanowaniu naukowców mających inny światopogląd i inne przekonania polityczne.
Po drugie, etos naukowca degraduje się w wyniku liberalizacji ubiorów, zachowania się i norm obyczajowych. Moda i swobodny sposób bycia ma swoje granice - nie wszystko, co „na topie" przystoi naukowcom. Ulegając modzie, by dostosować się do gustu mas (pospólstwa), ubierając się w stroje dżinsowe pastuchów amerykańskich (kowbojów), by skasować dystans w stosunku do studentów, sami deklasują się, zniżają się do ich poziomu i nadszarpują swój image.
Liberalizacja norm etycznych pozwoliła naukowcom być przekupnymi. Za pieniądze lub inne korzyści materialne i niematerialne opracowują „na zamówienie" sfingowane ekspertyzy, publikują fałszywe wyniki badań, piszą pozytywne recenzje i okłamują masy społeczne. Działają jak inni ludzie, którzy pod naporem ideologii konsumpcjonizmu i promocji bogactwa w mass mediach chcą za wszelką cenę dorównać krezusom.
Zadaniem naukowca jest poszukiwanie prawdy. Zwykle znajdują ją, ale tylko w wymiarze nauki, a nie w innych wymiarach - religijnym, artystycznym, literackim, politycznym itd. (p. W. Sztumski, Tyle prawd, ile rzeczywistości, "Sprawy Nauki", 5, 2000). Ta prawda nie jest tak powszechnie akceptowana przez masy społeczne, jak inne „prawdy" głoszone przez wróżbitów, kapłanów, szamanów, reklamotwórców, propagandystów, zaklinaczy i innych szalbierzy żerujących na łatwowierności i głupocie mas. Przecież nie ma obowiązku dawania wiary naukowcom, nawet w nowoczesnym społeczeństwie wiedzy, tym bardziej, że oni coraz częściej mylą się lub kłamią.
Pośrednio do obniżenia statusu naukowców w epoce cyfrowej przyczyniła się również powszechna digitalizacja. Jednym z jej negatywnych skutków jest uznawanie ilościowego opisu rzeczywistości (za pomocą liczb) za lepszy od jakościowego. Konsekwencją tego jest przekonanie, że ocena według kryteriów ilościowych jest bardziej przekonująca i sprawiedliwsza, bo obiektywna, od jakościowej, w myśl zasady „liczby nie kłamią". To prawda, ale nagminnie kłamią interpretatorzy danych liczbowych, którzy żonglują liczbami, jak im się podoba.
Krytycy oceny ilościowej pracy naukowca twierdzą, że obsesja na punkcie ilościowych wskaźników hamuje postęp naukowy. Dlaczego? Bo bardziej liczy się to, ile badacz opublikuje, w jakich wysoko punktowanych (impact factor, lista filadelfijska) czasopismach i ile razy był cytowany, a nie to, czego dokonał, jakich odkryć. Dlatego coraz bardziej rośnie motywacja naukowców do coraz częstszego publikowania. Przecież najważniejsze są zdobyte punkty oceny, ponieważ one decydują o losach naukowca. Do świadomości urzędników zarządzających edukacją nie dociera, że nauki, która niestety stała się towarem, nie można po prostu zmierzyć, ani zważyć jak inne towary, i nakleić na nią metkę z ceną, gdyż jest ona towarem specyficznym.
Pozycja, autorytet i wizerunek naukowców pogarszają się z dnia na dzień. się z przyczyn niezależnych od nich i subiektywnych. Trudno określić, jakie przyczyny przeważają. Być może u jednych obiektywne, u drugich subiektywne. Na razie drastyczny spadek obserwuje się w nielicznej i być może w niereprezentacyjnej grupie. To jednak wystarczy mediom, by mogły tendencyjnie nagłaśniać, eksponować i uogólniać to zjawisko - wszak „łyżka dziegciu beczkę miodu zepsuje" - i potępiać naukowców, zwłaszcza, że degradacja ich etosu wykazuje tendencję wzrostową, a ludzie bardziej dostrzegają cechy negatywne niż pozytywne. Wszystko wskazuje na szybkie przekształcanie się naukowca z człowieka ważnego, podziwianego i uchodzącego za ideał w zwyczajnego wyrobnika - pariasa.
Na koniec jeszcze jeden cytat J. W. Goethego, który dawno temu rozszyfrował naukowców i proroczo przewidział, jakimi stają się dzisiaj: "Daran erkenn ich den gelehrten Herrn! Was ihr nicht tastet, steht euch meilenfern, was ihr nicht fasst, das fehlt euch ganz und gar, was ihr nicht rechnet, glaubt ihr, sei nicht wahr, was ihr nicht wägt, hat für euch kein Gewicht, was ihr nicht münzt, das meint ihr, gelte nicht! Ich sah, dass den meisten die Wissenschaft nur etwas ist, insofern sie davon leben, und dass sie sogar den Irrtum vergöttern, wenn sie davon ihre Existenz haben" (Po tym poznaję panów uczonych! Czego nie dotkną, jest o mile odlegle od nich; czego nie pojmują, całkowicie to pomijają; czego nie obliczą, uznają za nieprawdę; czego nie zważą, do tego nie przywiązują żadnej wagi; myślą, że jak coś nie staje się monetą, to się nie liczy! Widziałem, że dla większości z nich nauka jest czymś tylko o tyle, o ile z niej żyją, i że nawet fałsz ubóstwią, jeśli to zapewnia im byt).
Wiesław Sztumski
* Być naukowcem jest wspaniałą rzeczą, jeśli nie musi się w ten sposób zarabiać na życie.
Wyróżnienia w tekście pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2774
Z prof. Andrzejem Szahajem, filozofem kultury i polityki, dziekanem Wydziału Humanistycznego UMK w Toruniu, autorem głośnej książki „Kapitalizm drobnego druku”, rozmawia Anna Leszkowska
- Wiemy już sporo o powodach wyboru przez Polskę po 89 r. modelu neoliberalnego w gospodarce – w dodatku jego wersji anglosaskiej, najbardziej radykalnej. Umyka nam jednak pewna refleksja ogólniejsza, dotycząca czasu, w którym go wprowadzano w wielu państwach, uwarunkowań cywilizacyjnych, politycznych i kulturowych.
Przypomnijmy, że narodziny neoliberalizmu to lata 70., tuż po rewolcie ogólnoświatowej roku 1968 i lata rozkwitu postmodernizmu - upadek wiary w rozum i systemowość, indywidualizm oraz konsumpcyjny styl życia.
W 1989 r. Polska, leżąca na peryferiach terytoriów wysokorozwiniętych, dopiero odkrywała te prądy, które właściwie wchodziły już w okres schyłkowy. Czy taki skok społeczeństwa i państwa w inny świat może się udać? Naukowcy i politycy po latach przyznają, iż weszliśmy w neoliberalizm w nieodpowiednim momencie…
- To było tak: gdy rozpoczynaliśmy swoje reformy, neoliberalizm był absolutnie dominującym, wręcz hegemonicznym prądem intelektualnym, szczególnie w ekonomii. Jego przedstawicielom wydawało się, że wreszcie wprowadzili ekonomię na tory nauki ścisłej, że są w stanie formułować żelazne prawa w oderwaniu od refleksji filozoficznej, socjologicznej czy politologicznej.
A do tego, praktyka państw zachodnich, w szczególności anglosaskich, sterowana neoliberalizmem zdawała się wykazywać na jego słuszność. Po latach stagnacji nastąpiło niewątpliwe ożywienie gospodarcze.
Nadto międzynarodowe organizacje gospodarcze jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy przyjęły założenia neoliberalne jako jedynie słuszne (jak najmniej państwa, jak najwięcej rynku).
Trudno się zatem dziwić, że i nasi reformatorzy uznali, iż nie ma co eksperymentować, tylko trzeba iść neoliberalną ścieżką, która zdawała się wtedy prowadzić do ekonomicznego raju. Tym bardziej, że neoliberalne rozwiązania ekonomiczne podpowiadali nam wszyscy transformacyjni pomocnicy. Wewnętrzny opór zaś był słaby i to zarówno w sensie politycznym, jak i ekonomicznym.
Poza tym byliśmy państwem upadłym i trzeba było coś zrobić szybko, aby odbić się od dna.
Co do reszty rzeczy, o których Pani wspomina, to faktycznie bardzo ciekawy jest kontrkulturowy kontekst narodzin neoliberalizmu czy wręcz libertarianizmu, prądu jeszcze skrajniejszego niż neoliberalizm. Oto zbuntowani studenci z lat sześćdziesiątych za swojego głównego wroga obrali państwo. Bunt odbywał się w imię nieograniczonej wolności oraz praw jednostki do szczęścia. Ważne było także nastawienie na kolekcjonowanie ciekawych wrażeń, ogólny hedonizm sprzyjający późniejszej eksplozji konsumpcjonizmu.
Wszystko to stanowiło pożywkę dla rozkwitu libertarianistycznych nastrojów, które zostały znakomicie skonsumowane przez proroków neoliberalnych rozwiązań gospodarczych, choć oni sami jako obyczajowi konserwatyści brzydzili się ruchem kontrkultury (jak np. Milton Friedman).
Tak oto paradoksalnie zbuntowani studenci swoimi pragnieniami utorowali drogę do dominacji ideologii, która w swoich efektach przyniosła skutki całkowicie sprzeczne z ich tęsknotami, jak utowarowienie wszelkich aspektów życia oraz narodziny czegoś, co wielki kanadyjski politolog C. B. Macpherson nazwał kiedyś „społeczeństwem rynkowym”.
System jak zwykle przetworzył ludzkie pragnienia i bunt w towar.
- Pokolenie 68 dostało od rządzących dobre posady, aby się nie awanturowało i spokojnie weszło w buty klasy średniej, przeciwko której się buntowało. Tak się skończyła ta rewolta, która u nas zdecydowanie nie jest doceniana i której przypisano zupełnie inną ideologię.
Wydaje się, że u nas pokolenie 89 poszło tą samą drogą i dostało równie dobre apanaże. Kariery, jakie zrobili „opozycjoniści” – bez względu na kompetencje społeczne - pokazują dzisiaj, że mimo pięknych, a często bałamutnych haseł, celem było głównie zdobycie władzy, a mniej reforma państwa. Przecież prof. Kowalik wyraźnie pisze, że w 89 r. Sachs nie był tak radykalny w programie napisanym dla Polski jak Balcerowicz; nie wierzył, że można tak iść po trupach…
Widać z tego, że wprowadzenie skandynawskiej odmiany kapitalizmu, czego Pan był i jest zwolennikiem, podobnie jak prof. Kowalik, nie było chyba wówczas możliwe. A przynajmniej nie z tymi kadrami…
- Jak Pani świetnie wie, jestem zdecydowanym zwolennikiem modelu skandynawskiego. Cieszyłbym się, gdyby zaczęto go wprowadzać w Polsce zaraz na początku transformacji. Obawiam się jednak, że nie było to możliwe. Wymagałoby znacznie wolniejszego tempa przemian. Tymczasem trzeba było coś zrobić szybko i szybko osiągnąć jakieś widoczne efekty. Stąd ogromny pośpiech, który zaważył na naszych reformach. Jakoś go rozumiem.
Moim zdaniem, największym błędem było jednak niewprowadzanie korekt na wzór skandynawski wtedy, gdy odbiliśmy się już do dna i było widać, że neoliberalny kapitalizm anglosaski przynosi sporo szkód. W tym sensie przespaliśmy szczególnie końcówkę lat 90-tych, no i wszystkie lata po wejściu do Unii Europejskiej. Co do kadr to sprawa nie jest taka prosta. Myślę, że znalazłyby się i stosowne kadry (choćby ludzie związani z prof. Tadeuszem Kowalikiem czy prof. Ryszardem Bugajem), gdyby była jakaś siła polityczna zdecydowana pchnąć Polskę na tory skandynawskie (tym faktycznie rządzącym absolutnie nie odmawiam dobrej woli; nigdy nie ośmieliłbym się posądzić np. prof. L. Balcerowicza o prywatę, albo cynizm; bardzo go szanuję i cenię, choć się z nim w wielu sprawach zupełnie nie zgadzam). Takiej nie było, co wynika z jednej strony z owej hegemonii neoliberalnej ideologii, a także układu sił i interesów.
Za neoliberalnym modelem ustroju opowiedziały się grupy interesu o decydującym znaczeniu dla losów naszego kraju w ciągu ostatnich dwudziestu siedmiu lat. Głównie wielkomiejska inteligencja, która bardzo zyskiwała na zmianach, klasa polityczna w całości bez względu na orientację ideową oraz kształtująca się grupa dużych przedsiębiorców mających ewidentnie wpływy polityczne.
Trzeba też pamiętać o otoczeniu ekonomicznym i politycznym. Nasi najważniejsi sojusznicy: Stany Zjednoczone oraz Unia Europejska realizowali projekt neoliberalny z ogromną żarliwością (i jedni i drudzy mają teraz z tego powodu spore kłopoty). Nasz zwrot w stronę Skandynawii wymagałby zatem odwagi i wizji, a tego nam bardzo przez ostatnie kilkanaście lat brakowało. Zabrakło męża stanu z prawdziwego zdarzenia oraz tak zdecydowanego i wpływowego ekonomisty jak prof. Leszek Balcerowicz, gotowego do wprowadzania w życie modelu nordyckiego.
- Profesora Kowalika intrygowała też rola premiera Mazowieckiego – „chodzącego kodeksu zasad moralnych” - we wprowadzaniu tak niesprawiedliwego społecznie ustroju, za którego skutki przepraszał Jacek Kuroń, bardzo krytycznie oceniał prof. Karol Modzelewski, a ostatnio prof. Marcin Król stwierdził brutalnie „Byliśmy głupi”. Oczywiście, historii nie zmienimy, choć zastanawia fakt, że przy właściwie dobrym dostępie do informacji na temat neoliberalizmu, jaki miały elity już w latach 70., zgodziły się na taką formę ustroju, który „umeblował” życie wielu pokoleń Polaków i to w większości źle.
Dzisiaj, po tylu latach szoku do głosu dochodzi kolejne pokolenie, któremu ten neoliberalny świat się nie podoba i wydaje się, że historia się powtarza… Jak pan ocenia tę sytuację nie tylko pod względem ustroju politycznego, ale i jego filozoficznej, kulturowej „podkładki”, czyli prądów intelektualnych - o ile takowe się pojawiły… Widzimy, że np. ruch alterglobalistów czy oburzonych umarł…
- Dosyć dobrze wiemy, co się stało i jakie są tego przyczyny. Literatura na temat kryzysu, neoliberalizmu, turbokapitalizmu jest ogromna. Diagnoza zatem została postawiona, wiemy, że w tę ślepą uliczkę nie można już brnąć. Kłopot w tym, że nie bardzo wiadomo co dalej.
Najlepiej byłoby powrócić do sprawdzonej polityki z najlepszych lat kapitalizmu, tzw. złotych dekad 1945 – 1975. Państwo socjalne, progresywna skala podatkowa, duży udział państwa w regulowaniu gospodarki, zrównoważony wzrost, duży udział płac w PKB, itd.
Problem w tym, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Warunki się zmieniły.
Chodzi przede wszystkim o globalizację, która poważnie ograniczyła pole manewru państwom narodowym, co za tym idzie podważyła także sens demokratycznie powziętych decyzji.
Warto jednak także pamiętać, że globalizacja nie może być traktowana jako wymówka. To, że trudniej dziś sterować pewnymi procesami ekonomicznymi czy społecznymi nie oznacza wcale, że jesteśmy bezradni. Przykład państw skandynawskich, w szczególności Szwecji, pokazuje, że można prowadzić suwerenną politykę gospodarczą i społeczną nawet w dobie globalizacji i osiągać sukces. To jeszcze jeden argument na rzecz modelu skandynawskiego.
Problem leży generalnie w tym, aby elity polityczne Zachodu zechciały wreszcie podjąć energiczne działania w celu odwrócenia negatywnych trendów, aby na miejsce partykularnych interesów pojawiło się solidarne działanie w imię dobra wszystkich. Pewne propozycje od dawna są znane jak np. podatek Tobina, który ograniczyłby rozmiary spekulacji finansowych, czy też likwidacja tzw. rajów podatkowych, która pozwoliłaby poddać jakiejś kontroli działania wielkich korporacji.
Jeśli chodzi o owe podkładki ideowe, o które Pani pyta to warto zwrócić się do idei klasycznej socjaldemokracji, do liberalizmu socjalnego, filozofii komunitaryzmu, niektórych nurtów filozofii chrześcijańskiej, jak np. personalizm, do społecznej nauki kościoła. Szukać inspiracji w stanowiskach filozoficznych, które podkreślały konieczność dbania o równość, sprawiedliwość społeczną, godność pracownika oraz o myślenie w kategoriach dobra wspólnego, a nie wyłącznie indywidualnego sukcesu, pamiętając jednocześnie, że wolność jest wartością trudną do przecenienia i trzeba ją chronić.
- Twierdzi pan, że proces naprawy neoliberalizmu to sprawa elit politycznych Zachodu. Czy to oznacza, iż tylko one mają takie możliwości i kompetencje? Czy nowe prądy i recepty na uzdrowienie tego ustroju nie mogą się narodzić poza Europą i USA?
- Neoliberalizmu nie da się naprawić. Można próbować trochę poprawić kapitalizm. To robota dla Zachodu. Reszta świata, za wyjątkiem Japonii, prezentuje jeszcze gorszą wersję kapitalizmu niż ta zachodnia. Dziki kapitalizm z nader wyraźnymi elementami socjaldarwinizmu. Próbują się z tego wyłamać niektóre kraje Ameryki Południowej, np. Ekwador czy Brazylia, ale idzie im tak sobie. Przez jakiś czas wydawałoby się, że ten ostatni kraj będzie pewnym wzorem dla wielu innych, szczególnie biednych, ale sen się skończył.
Zachód wciąż ma siłę wzorcotwórczą, i w tym co dobre, i w tym co złe. To stąd powinien wyjść impuls do zmiany. Tym bardziej, że dominujące międzynarodowe organizacje ekonomiczne i finansowe wciąż są de facto zdominowane przez kraje zachodnie, szczególnie przez USA.
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 6343
Najgorszym rodzajem niesprawiedliwości jest sprawiedliwość udawana.
Platon
Czym jest niesprawiedliwość? Najłatwiej zdefiniować ją jako przeciwieństwo sprawiedliwości, Ale pojęcie sprawiedliwości nie jest tak proste, jak się na ogół wydaje. Jest to pojęcie złożone, którego rozumienie zależy od tego, czy odnosi się do wymiaru prawnego, etycznego (moralnego), religijnego, indywidualnego, społecznego, przestrzennego (sprawiedliwość lokalna i globalna), czasowego (sprawiedliwość dziejowa) i klasowego.
W wymiarze prawnym oznacza ona po pierwsze, stosowanie jednakowych przepisów prawa w taki sam sposób dla wszystkich przestępstw i wykroczeń tej samej kategorii, i w stosunku do każdego, niezależnie od jego pozycji społecznej; a po drugie, takie istnienie ustawodawstwa, które każdemu zapewnia równe szanse w dziele kształtowania swego losu.
W wymiarze społecznym sprawiedliwość sprowadza się do prawidłowej partycypacji w dostępie do przywilejów, dóbr, zasług itp. w myśl zasady: „każdemu według tego, co mu się należy z mocy prawa i proporcjonalnie do tego, w jakim stopniu przyczynia się do dobra wspólnego”.
W wymiarze religijnym sprawiedliwość sprowadza się w zasadzie do uczciwości i prawości postępowania w stosunku do bliźnich, przy czym uczciwość oznacza traktowanie ludzi bez uprzedzeń i stronniczości.
W wymiarze etycznym oznacza zachowanie się i postępowanie moralnie nienaganne.
Wymiar indywidualny sprowadza się do subiektywnego poczucia sprawiedliwości, tj. do przekonania, że żyje się w praworządnym środowisku społecznym, gdzie nie doznaje się krzywdy ze strony prawa ani nikogo ze swojego otoczenia i że każdy, kto skrzywdzi, zostanie ukarany adekwatnie do winy (dosięgnie go ręka sprawiedliwości).
Sprawiedliwość dziejową rozumie się jako rozliczanie się z przeszłością, albo jako przekonanie, że każde złamanie prawa zostanie kiedyś ukarane. Jest to przestrogą dla sprawujących władzę teraz, że, jak ich poprzednicy, też będą mogli być pociągnięci do odpowiedzialności przez ich antagonistów i utracić zdobyte stanowiska, przywileje i bogactwo.
Narastająca niesprawiedliwość
W społeczeństwie wiedzy, oraz wobec postępującej technomorfizacji i digitalizacji człowieka, ludzie powinni być coraz bardziej sprawiedliwi w miarę jak rozum eliminuje uczucia. Przemawia za tym badanie psychologów z Chicago, którzy odkryli ostatnio na podstawie skanowania mózgu, że ludzie z superpoczuciem sprawiedliwości kierują się bardziej rozsądkiem niż emocjami (p. „Mail Online”, 03.02.2018). Przecież człowiek-robot ocenia sytuacje obiektywnie i wydaje wyroki bez dylematów emocjonalnych.
Jednak trudno dzisiaj dać wiarę temu przypuszczeniu, gdyż mimo znacznemu postępowi wiedzy życie przeczy realizacji idei sprawiedliwości w każdym jej wymiarze. Jakby na przekór, ludzi coraz częściej spotyka niesprawiedliwość, która szerzy się i pogłębia. Można zaryzykować twierdzenie, że narastająca niesprawiedliwość stała się atrybutem współczesnego środowiska społecznego.
Najbardziej i najczęściej spotyka ludzi niesprawiedliwość prawna ze strony sędziów ferujących niesprawiedliwe wyroki. Jak pisze Piotr Trudnowski, „Nikt nie ma takiej władzy nad obywatelem, jak sędzia” (p. P. Trudnowski, M. Czarnecki: Jestem i będę adwokatem polskich spraw, „Porozumienie”, 19.5.2014).
Ze zrozumiałych względów dotyka ona przeważnie osób z tzw. nizin społecznych, słabo wykształconych, nieporadnych i biednych. Oni muszą dłużej oczekiwać na rozprawy sądowe (dochodzić sprawiedliwości), a w przypadku ich spraw sędziowie orzekają więcej wyroków niesprawiedliwych, aniżeli w sprawach innych ludzi, zwłaszcza władców, celebrytów i bogaczy.
Liczbę niesprawiedliwych wyroków szacuje się pośrednio i niezbyt precyzyjnie na podstawie liczby apelacji zakładając, że wnoszą je pokrzywdzeni. W 2010 r. w Polsce liczba apelacji od wyroków sądów rejonowych wahała się między 25% a 35% (w zależności od tego, jakie instytucje te dane podają), a od wyroków sądów okręgowych przekraczała 60 % (p. A. Dryszel, Sądy nierychliwe i niesprawiedliwe, „Przegląd” Nr 21, 2010).
Trochę lepiej jest w Niemczech, chociaż i tam „prawo” nie równa się „sprawiedliwość” (p. H. Crolly, In Deutschland ist Recht nicht gleich Gerechtigkeit, „Digital Zeitung TV“, 14.02.2011). Według oceny sędziego Trybunału Federalnego, Ralfa Eschelbacha, liczba niesprawiedliwych wyroków w Niemczech sięga 25%. Ta liczba wydaje się zawyżona, ale jeśli wynosiłaby nawet tylko 10%, to i tak byłaby o wiele za duża (p. H. Schmitz, Vom Rechtsstaat vernichtet, „The European – Das Debatten Magazin“, 30.04.2013).
Na sprawiedliwość nie ma co liczyć
Niesprawiedliwe orzekanie przez sędziów tłumaczy się tym, że oni też są ludźmi i mogą popełniać błędy. To prawda, ale sędziowie powinni wymierzać sprawiedliwość, a nie ograniczać się tylko do litery prawa. Z tej racji, po pierwsze, nie powinni popełniać błędów rażących (np. skazywać niewinnych ludzi bez dostatecznych dowodów winy), po drugie - starać się popełniać coraz mniej błędów i po trzecie - zostawiać wszystkie problemy osobiste za drzwiami sali rozpraw (tak czynią np. nauczyciele, którzy z chwilą wejścia do klasy zapominają o sprawach osobistych). A nade wszystko, kierować się bardziej własną wiedzą prawniczą, rozsądkiem, krytycyzmem i empatią niż poglądami autorytetów, orzeczeniami innych sędziów w analogicznych sprawach oraz presją przełożonych, opinii tłumu, różnych organizacji i polityków.
Niestety, w edukacji prawników za mało kształci się w zakresie logiki (jak można nauczyć logiki w kilkanaście godzin warsztatów?), a w ogóle nie w zakresie filozofii (z wyjątkiem filozofii prawa) i psychologii ogólnej (p. http://www.rp.pl/artykul/116342-Wszystko-o-studiach-prawniczych--rekrutacja--program-i-tryb-nauki-.html)
Braki w systemie edukacji prawników, nieprecyzyjnie formułowane akty prawne oraz nadmierne uleganie czynnikom subiektywnym i presji polityki sprawiają, że niesprawiedliwości prawnej nie da się wyeliminować. Stale będzie się ona utrzymywać na pewnym poziomie, mimo „dobrej zmiany” polegającej na wymianie kadr sędziów i prokuratorów na bardziej uległych wobec władzy. Gdyby jeszcze uzależnić adwokatów od polityków, to byłoby już prawie tak, jak w okresie stalinowskim.
Tak samo jest z niesprawiedliwością społeczną, której główną przyczyną jest podział dóbr, nieadekwatny do wykształcenia oraz wkładu pracy, który urąga elementarnemu poczuciu sprawiedliwości.
Poczucie niesprawiedliwości społecznej wzmaga się wraz ze wzrostem różnorodnych sprzeczności, takich jak między biednymi a bogatymi, głodującymi a sytymi, pracą a kapitałem (nagradza się kapitał, czyli bogactwo, a nie pracę)*, warunkami życia w zależności od regionów lub kontynentów (np. na południu i północy globu, Afryce czy Europie, na terenach mniej i bardziej ucywilizowanych lub zurbanizowanych, w miastach i na prowincji itd).
Oprócz tych nierówności społecznych i niesprawiedliwości o zasięgu globalnym są jeszcze nierówności i niesprawiedliwości o zasięgu krajowym i lokalnym. Za niesprawiedliwe uznaje się sztucznie tworzone podziały obywateli np. na „prawdziwych” patriotów i „nieprawdziwych” (nazywanych „zdrajcami”), na swoich i obcych, przyjaciół i wrogów, na myślących „poprawnie” i inaczej, na zwolenników jednej opcji kulturowej, wyznaniowej, ideologicznej i innej, na narodowców (nacjonalistów) i kosmopolitów (obywateli świata) itd.
Te podziały są niesprawiedliwe, ponieważ prowadzą do bezpodstawnego wykluczenia społecznego pewnych jednostek lub grup ludzi, piętnowania ich i traktowania, jak jakiś „gorszy sort”.
Wnioski
- W toku ewolucji społecznej, w miarę komplikacji systemów społecznych i rozwoju neoliberalizmu narasta tendencja do wzrostu bezprawia i niesprawiedliwości.
- Bezprawie rozwija się głównie tam, gdzie istnieje wiele form i obszarów sobiepaństwa oraz „państw w państwie,” czyli takich enklaw, jak np. kościół katolicki, albo zakony (na mocy konkordatu), służby specjalne, korporacje zawodowe, nieformalne organizacje itp., gdzie mogą obowiązywać przepisy prawne lub prawa niepisane, niezgodne z prawem obowiązującym w danym państwie i konstytucją. Tam obraza prawa nie pociąga za sobą konsekwencji. W pewnym sensie „państwem w państwie” jest również aparat państwowy tak dalece wyobcowany od społeczeństwa, że nie liczy się z nim i nie odpowiada przed nim.
- Bezprawie pojawia się w krajach, w których dokonuje transformacja ustroju, np. totalitarnego w neoliberalny, gloryfikujący nieokiełzaną wolność, graniczącą z samowolą. Tam od początku panuje chaos prawny (moralny też). Dzieje się tak dlatego, ponieważ stare przepisy już przestają obowiązywać, a nowych jeszcze nie stworzono. Tworzy się luka prawna, której rozmiar z trudem udaje się zmniejszyć w ciągu wielu lat ze względu na silny opór sił konserwatywnych. Natomiast bezprawie maleje w wyniku transformacji odwrotnej, w której wyniku władza totalitarna jest w stanie bardzo szybko zaprowadzić porządek na swój sposób za pomocą bezprawnych sposobów.
- Wszystkie wymienione wcześniej formy bezprawia i niesprawiedliwości występują w różnych środowiskach (np. w rodzinie - jako niesprawiedliwy podział ról i obowiązków, w pracy – jako niesprawiedliwe płace i nagrody i traktowanie pracowników) nie tylko w naszym kraju.
- Niesprawiedliwość jest tym, czego państwo prawa musi unikać w przyszłości, a istniejące teraz – likwidować, nawet posługując się metodami, które nie są powszechnie akceptowane, bo – jak pisał Johann Wolfgang Goethe - „Nie rozumiem, dlaczego ktoś powinien być sprawiedliwy wobec niesprawiedliwych” (J. W. Goethe. Aus den Briefen 1808. An Eichstädt).
- Mimo wszystko, mizerne są efekty przeciwstawiania się bezprawiu i niesprawiedliwości. Przypomina to walkę z wiatrakami, albo syzyfowe prace – nigdy niekończące się wyzwanie i działanie, które może i powinno doprowadzić do ograniczania, ale nie do likwidacji tych patologii społecznych.
Nawet w państwach najbardziej totalitarnych i policyjnych są minimalne marginesy bezprawia i rozległe obszary niesprawiedliwości. A najlepsze prawo nie jest w stanie usunąć bezprawia i niesprawiedliwości. A zatem, prawo i sprawiedliwość pozostawać będą w sferze oczekiwań i marzeń mas, które mogą spełnić się wyłącznie w świecie iluzji, np. w królestwie „nie z tego świata”.
Wiesław Sztumski
Jest to druga część eseju prof. Wiesława Sztumskiego pt. Bezprawie i niesprawiedliwość. Pierwszą, dotyczącą bezprawia opublikowaliśmy w nr.4/18 SN.
* W 2017 r. nie 8, jak w 2016 r., ale 3 osoby mają większy majątek niż biedniejsza połowa ludzkości. Aż 82% majątku wypracowanego w 2017 roku trafiło do 1% najbogatszych ludzi na świecie. Natomiast połowa ludzkości nie wzbogaciła się wcale. Od 2010 r. majątek najbogatszych rośnie średnio o 13% rocznie. (p. http://rynekinwestycji.pl/nierownosci-spoleczne-na-swiecie/)