Filozofia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 36728
Postęp cywilizacyjny uwalnia ludzi w coraz większym stopniu i zakresie od wysiłku intelektualnego, a w szczególności od myślenia logicznego. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy komputery i różne „inteligentne”, albo „mądre” urządzenia techniczne, wspomagane komputerowo, świetnie zastępują mózgi ludzkie w zakresie logiki formalnej.
Praktycznie korzystają z nich przedstawiciele wszystkich zawodów. Wkrótce nie będą oni w ogóle musieli uczyć się logiki. W zupełności wystarczy im umiejętność posługiwania się „mądrymi urządzeniami” - znajomość instrukcji korzystania z nich oraz programów komputerowych niezbędnych do wykonywania zawodu.
Toteż ogranicza się nauczanie logiki w szkołach. Tym bardziej, że myślenie logiczne na co dzień sprowadza się do wnioskowania za pomocą algorytmów, następstwa stanów, prostych schematów testowych i stereotypów wyuczonych w szkołach lub nabytych w doświadczeniu życiowym. Wskutek tego na skalę masową postępuje zanik myślenia logicznego na gruncie podstawowych reguł i zasad logiki ogólnej.
Przeciętni zjadacze chleba mogą obyć się bez wiedzy z logiki, ale nie ci, od których decyzji zależy życie ludzi oraz losy narodów, państw, ludzkości i świata. Dotyczy to przede wszystkim elit władzy, zwłaszcza na najwyższych szczeblach zarządzania. Niestety, od kilkudziesięciu lat, a najbardziej ostatnio, decydenci polityczni coraz bardziej stronią od logiki.
Prawo Nowackiego
Jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, badania prof. Walentego Nowackiego pokazały, że przywódcy krajów wysoko rozwiniętych tracą swą mądrość i podejmują decyzje coraz bardziej nieracjonalne, wręcz głupie. W związku z tym sformułował on „prawo zanikania logiki u przywódców krajów rozwiniętych” (W. Nowacki, Civilization and Logic. The Law of Inversely Proportional Stupidity, 1983). Stąd wyciągnął wniosek o nieuchronnym końcu cywilizacji zachodniej i rozpadzie imperiów światowych w niedalekiej przyszłości w konsekwencji narastającej głupoty ich przywódców politycznych.
Również późniejsze badania psychologów-behawiorystów potwierdzają eskalację nieracjonalnych zachowań liderów. Dlatego coraz bardziej będzie brakować przywódców, którzy podejmowaliby mądre decyzje dla dobra publicznego (E. Winter, Our Political Decisions Are Based More on Emotion Than Reason and Logic 2015).
Wniosek W. Nowackiego byłby prawdziwy, gdyby przywódcy nie korzystali z mądrości swych doradców. Ale tak nie jest. Przywódcy polityczni mogą być coraz głupsi - nie muszą myśleć logicznie ani zachować się i działać racjonalnie. Wystarczy, żeby byli na tyle mądrzy, by korzystali z wiedzy fachowej swoich doradców, przede wszystkim z zakresu psychologii społecznej i techniki reklamy, która wyszła już poza ramy sfery handlu. Sukcesy polityków w walce wyborczej i sprawowaniu władzy są proporcjonalne do mądrości (wiedzy) doradców; pod tym względem politycy stali się już zakładnikami doradców.
Niektórym wydaje się, że są tak mądrzy, że mogą rządzić samodzielnie bez pomocy mądrych doradców. Tacy są naprawdę głupi i źle na tym wychodzą. Inni tylko udają głupich, by zmylić przeciwników i zwyciężyć. Tak np. prezydent USA Richard Nixon chciał przekonać świat, że jest niekompetentny i może podejmować irracjonalne działania. Chodziło o to, by wzbudzić strach u przywódców państw bloku wschodniego przed atakiem broni nuklearnej i skłonić ich do poddania się propozycjom amerykańskim.
Nixon wyjaśnił to swojemu doradcy Harry'emu Robbinsowi Haldemanowi w taki sposób: „Chcę, aby Wietnam Północny uwierzył, że osiągnąłem punkt krytyczny, kiedy zrobię wszystko, aby zakończyć wojnę. Zagramy coś w rodzaju: „Mój Boże, wiesz jak bardzo Nixon nienawidzi komunizmu. Kiedy wpadnie w szał, nikt nie zdoła go powstrzymać - a on trzyma rękę na przycisku nuklearnym. Za dwa dni Ho Chi Minh będzie osobiście w Paryżu prosić mnie o pokój.” (tamże).
Ten fortel Nixona zawiódł i Amerykanie musieli niechlubnie wycofać się z Wietnamu. Chciał on przechytrzyć swoich przeciwników i tylko uchodzić za głupka w ich oczach, ale w końcu sam okazał się naprawdę głupim. Mimo to, naśladują go inni współcześni przywódcy krajów dysponujących bronią nuklearną, jak np. USA i Korea Północna. Wierzą, że sukces zapewni im ich prawdziwa czy pozorowana głupota oraz zdolność do podejmowania absurdalnych decyzji.
Gorszy wypiera lepszego
Rację miał W. Nowacki, że stopień głupoty liderów politycznych i partyjnych rośnie odwrotnie proporcjonalnie do poziomu cywilizacji, wiedzy i techniki. W ciągu ostatniego stulecia, mimo zawansowanego rozwoju społeczeństwa wiedzy, potencjał myślenia logicznego liderów oraz ich zdolność do logicznej oceny sytuacji politycznych ulega postępującej redukcji. A każdy kolejny przywódca okazuje się głupszy od swego poprzednika. Inaczej mówiąc, z czasem gorszy lider wypiera lepszego. To tak jak w ekonomii, zgodnie z prawem Kopernika-Greshama - gorszy pieniądz wypiera lepszy (jeśli jednocześnie istnieją dwa rodzaje pieniądza, równowartościowe pod względem prawnym, ale jeden z nich jest postrzegany jako „lepszy”, to ten „lepszy" będzie gromadzony, a w obiegu pozostanie głównie ten „gorszy”).
Można by więc sformułować analogiczne prawo o stopniowym zastępowaniu mądrzejszych liderów przez głupszych. O jego prawdziwości świadczą chociażby wyniki kolejnych wyborów w różnych państwach i sposoby uprawiania przez nich polityki.
Przy tym ciekawe jest to, że kampania wyborcza kosztuje tym więcej, im głupszy jest kandydat na przywódcę. A koszty te ponoszą przede wszystkim podatnicy, nawet mądrzy, albo bezpośrednio z płaconych podatków, albo pośrednio w wyniku różnych form drenażu finansowego konsumentów, stosowanego przez biznesmenów sponsorujących kampanie wyborcze.
Np. w USA koszt kampanii wyborczej prezydentów od Abrahama Lincolna do Baracka Obamy wzrósł - uwzględniając inflację - ponad 250-krotnie, a ostatnia prezydencka kampania wyborcza w USA kosztowała podatników już ponad miliard dolarów (zob. How Much Does it Cost to Become President?, w: Investopedia, 24.10.2019).
Na dodatek, podatnicy (zwykli obywatele) płacą potem dodatkowo za niedorzeczne decyzje polityczne podejmowane przez głupich polityków, których sami wybrali. Chodzi nie tylko o wymierne koszty ekonomiczne, ale również niewymierne koszty społeczne.
Coraz mniej mądrych
Dlaczego tak się dzieje? Po pierwsze, w skutecznie ogłupianych od wielu lat społeczeństwach, kurczą się zasoby ludzi mądrych, którzy mogliby pretendować do władzy. (Nawiasem mówiąc, mądrzy nie garną się do władzy, bo wiedzą że władza ogłupia i deprawuje i nie jest im do niczego potrzebna).
Po drugie, elity władzy i związane z nimi grupy nacisku wysuwają najgłupszych polityków na liderów, by łatwiej mogli nimi manipulować i wykorzystywać do załatwiania własnych interesów. A w razie niepowodzenia obarczyć ich odpowiedzialnością za złe rządy i usunąć, czyli zastąpić ich jeszcze głupszymi i bardziej uległymi indywiduami.
Po trzecie, propaganda wyborcza żeruje przede wszystkim na głupocie elektoratu tumanionego krzykliwą reklamą i szokującymi imprezami wyborczymi. Naiwni wyborcy, oczekując zmian na lepsze, wierzą - kierując się złudną nadzieją, a nie logiką - w obietnice bez pokrycia składane przez kłamliwych polityków. Nawet w to, że najgłupszy kandydat stanie się po wygranych wyborach mężem opatrznościowym społeczeństwa, narodu oraz państwa i „dobrym paniskiem” dla pokrzywdzonych i ubogich. Bo, jak powiadają, głupi wszystko kupi.
To jednak mało. Doszło już do tego, że elity polityczne jawnie korumpują wyborców, rozdając na lewo i prawo zamiast przysłowiowej kiełbasy wyborczej „łapówki wyborcze”, np. u nas w postaci „500 albo 100 plus” dla dzieci, emerytów, krów, tuczników itp. Oczywiście, nie z własnej kieszeni, tylko z budżetu naszego państwa lub Unii Europejskiej, tzn. kosztem społeczeństw (podatników).
Jak to jest, że w państwie rzekomo praworządnym za korupcję karze się jednostki, albo zorganizowane grupy, a nie liderów partyjnych, samorządowych i państwowych? Oto, do jakiego stopnia urosło wyobcowanie polityków ze społeczeństwa oraz ich arogancja i poczucie bezkarności, nie tylko prawnej, ale też moralnej.
Zanik logiki u elit zaraża ich podwładnych. Ludzie widzą, że do tego, by stać się kimś ważnym, wyróżniającym się w oczach mas - liderem w organizacjach lub celebry tą, albo robić karierę polityczną i zajmować najwyższe stanowiska w rządzie - nie trzeba być mądrym w rozumieniu logiki (racjonalnym, krytycznym i refleksyjnym). Wystarczy być „mądrym życiowo”, tzn. sprytnym, przebiegłym, bezwzględnym, kierować się logiką pragmatyczną (logiką sukcesu) i w razie potrzeby postępować irracjonalnie, a nawet głupio.
W związku z tym w społeczeństwie wiedzy paradoksalnie kształtuje się społeczeństwo o rosnącym ograniczaniu roli rozumu. To nie wróży niczego dobrego dla przyszłych losów ludzkości.
Dlaczego mądrzy przegrywają z głupimi?
Po pierwsze, dlatego, że głupich jest o wiele więcej niż mądrych i stale ich przybywa, a liczba mądrych pomniejsza się. A to z tego powodu, że po pierwsze, głupota dziedziczy się w tym sensie, że w kolejnych pokoleniach wzrasta liczba głupich w stosunku do mądrych i po drugie, że z coraz lepszym skutkiem i na szerszą skalę ogłupia się masy społeczne.
Po drugie, dlatego, że głupota urosła do roli cnoty - ludzie celowo i bez żenady afiszują się i szokują otoczenie swoją głupotą. Im kto przemyślniej wygłupia się, tym bardziej staje się popularny, powszechnie znany i sławny. Toteż ci, którzy chcą być celebrytami, osobami rozpoznawalnymi, eksponowanymi w środkach przekazu masowego - głównie w telewizji i prasie kolorowej, kierujących się gustami coraz mniej wybrednych odbiorców - prześcigają się w głupocie. (Świadczą o tym wciąż bardziej dziwaczne i ubliżające normom obyczajowym zdjęcia, od których roi się w portalach społecznościowych).
Po trzecie, dlatego, że do głupich nie docierają argumenty mądrych. Są oni tak głupi, że nie tylko nie rozumieją tego, co mówią do nich mądrzy, ale wręcz unikają kontaktów z nimi (stają się społecznością hermetyczną) - nie słuchają tego, co mówią, nie czytają tego, co piszą, bo są święcie przekonani o swojej jedynej i niepodważalnej racji. (Dowodem na to jest rosnąca liczba czytelników prasy brukowej i oglądalność idiotycznych programów, filmów, seriali itp.). Są oni zarazem ekshibicjonistami i fanatykami swojej głupoty.
Po czwarte, w psychice tak głupich ludzi ukształtował się system odpornościowy na mądrość, który blokuje dopływ mądrych (racjonalnych) informacji i argumentów do ich świadomości, a te, które jakimś cudem dotarły, zwalcza.
Z tej racji w walce politycznej o pozyskanie zwolenników (elektoratu) na nic zdają się argumenty, wywody i dowody logiczne, czy przytaczanie niezbitych faktów. Do bezrozumnego społeczeństwa trzeba przemawiać językiem zrozumiałym dla niego. Nie najmądrzejsi, lecz najgłupsi są najbardziej przekonywający i wiarogodni. Niestety, zapominają o tym mądrzy (inteligentni) politycy, którzy wierzą, że w coraz lepiej wykształconym społeczeństwie (informacyjnym) powinni przeważać ludzie mądrzy. Nic podobnego. Ludzi mądrych potrzeba coraz mniej. A potem, z reguły po niewczasie, dziwią się, kiedy tracą zwolenników, albo przegrywają głosowania w parlamencie i wybory dzięki głupiemu elektoratowi.
Wiesław Sztumski
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 3134

Mogłoby się wydawać, że rozwój takiej ekonomii powinien przyczyniać się do tego, by ludzie oszczędniej gospodarowali materiałami, energią, zasobami przyrody i dobrami powszechnego użytku, by obniżali koszty produkcji i usług oraz ograniczali straty.
A tymczasem coraz bardziej wzrasta marnotrawstwo, przede wszystkim w sferze konsumpcji. I do takiego stopnia, że zaczęliśmy żyć w „społeczeństwie marnotrawców”, w którym cnota oszczędzania jest skutecznie wypierana przez „cnotę” rozrzutności. ( Pisałem o tym w „SN” Nr 1, 2015,- W jakim społeczeństwie żyjemy?, ale ograniczyłem się do marnotrawstwa rzeczy materialnych).
Najbardziej rzuca się w oczy i oburza marnowanie żywności. Badania pokazują, że wyrzuca się połowę wszystkich wytwarzanych artykułów spożywczych: co drugą główkę sałaty, co drugi ziemniak, co piąty chleb, a większość z nich ląduje w koszach na śmieci, zanim zdąży dotrzeć do konsumentów; chyba nikt nie zna skali tego zjawiska. Marnotrawstwo związane z rozrzutnością wzrasta proporcjonalnie do postępu cywilizacyjnego i dobrobytu, dlatego jest zjawiskiem występującym przede wszystkim w krajach wysokorozwiniętych i wśród ludzi zamożnych. A współczesne procesy cywilizacyjne doprowadzają do coraz większego wykorzystywania zasobów naszego środowiska życia i w związku z tym do znacznego wzrostu marnotrawstwa.
Wzory rozrzutności (do czasu)
Warto zastanowić się, dlaczego marnotrawimy dary przyrody oraz wytwory własnej pracy i tylko pozornie gospodarujemy nimi oszczędnie. Pozornie, ponieważ z jednej strony, w celu obniżania kosztów produkcji zużywa się jak najmniej surowców, materiałów, albo te lepszej jakości zastępuje tańszymi (gorszej jakości oraz surogatami) i stosuje technologie energooszczędne. A z drugiej strony, nie szanuje się produktów już nabytych, które po coraz krótszym czasie wyrzuca się, bo albo przestały być modne, albo nabyło się je w nadmiarze, albo dlatego, że coraz częściej pojawiają się na rynku nowsze, ładniejsze, bardziej funkcjonalne i budzące zazdrość u innych.
Możliwe, że jesteśmy istotami z natury rozrzutnymi, bo tak nas ukształtowała przyroda, która, niestety, jest rozrzutna. Marnują się ogromne ilości energii pochodzącej z promieniowania kosmicznego, Słońca, wnętrza Ziemi, wulkanów, rzek, wodospadów, mórz i oceanów; marnują się liczne substancje nieorganiczne, organiczne i istoty żywe w wyniku selekcji naturalnej oraz walki o byt.
Ponadto w przyrodzie jest masa rozmaitych elementów niepotrzebnych z punktu widzenia aktualnych potrzeb. W związku z tym można przypuszczać, że jeśli jakiś demiurg stworzył przyrodę, to był on wyjątkowym marnotrawcą i w ogóle nie kierował się zasadami racjonalnego gospodarowania. Był także kiepskim pragmatykiem.
Jednak, jeśli traktować tę sprawę w aspekcie całego czasu istnienia świata, to te redundancje - teraz uznawane za zbyteczne - w przyszłości mogą okazać się pożytecznymi.
Ale tego nie da się udowodnić in antecessum. Od milionów lat ewolucją przyrody rządziła zasada marnotrawstwa i różnorodności, dzięki czemu mogła ona skutecznie dokonywać się.
W naszej kulturze rozrzutność była do pierwszej rewolucji konsumenckiej (XVIII – XIX wiek), zwłaszcza w Średniowieczu, traktowana jak jakiś diabelski wymysł i grzech. Później była coraz bardziej tolerowana, w miarę kształtowania się społeczeństwa konsumenckiego. Obecnie trwonienie nikogo już nie razi i stało się miarodajnym wskaźnikiem wzrostu gospodarczego. A „społeczeństwo pieniężne” troszczy się o to, by ludzie jak najwięcej marnotrawili, żeby trzeba było tworzyć coraz więcej nowych dóbr i dzięki temu napędzać rozwój gospodarki i ludzkości.
Marnotrawstwo jest jakby swoistym perpetuum mobile napędzającym rozwój ludzkości. W związku z tym uwypukla się dobre strony marnotrawstwa i bagatelizuje złe - chyba po to, by „ideologicznie” uzasadnić jego istnienie i model współczesnej gospodarki, a także po to, by uzyskać społeczną akceptację takiej gospodarki.
Zaletą marnotrawstwa ma być to, że zmusza ono ludzi do tworzenia nowości (każda nowość zakłada z góry marnotrawstwo) i kreatywności (a więc do przyspieszania postępu technicznego i naukowego) i to, że marnotrawstwo zapewnia ludziom coraz większy dobrobyt. Po części tak jest, ale nie do końca.
Wzrost marnotrawstwa zapewnia dobrobyt tylko warstwom uprzywilejowanym: bogaczom i elitom władzy. A jeśli masom, to wyłącznie w krajach wysokorozwiniętych, kosztem krajów słabo rozwiniętych, gdzie narasta wyzysk i bieda.
Wadą marnotrawstwa jest bez wątpienia postępujące niszczenie dóbr i zasobów. Doszliśmy już do tego, że dobra są w coraz szybszym tempie konsumowane, spalane, zużywane, zastępowane (wymieniane) i wyrzucane.
Trwonienie zasobów umysłu
Oprócz marnotrawstwa przyrodniczego i materialnego jest jeszcze inna jego odmiana - marnotrawstwo intelektualne. Podejrzewam, że wywołuje one dużo gorsze skutki aniżeli tamte. Na szczególną uwagę zasługuje marnotrawstwo w edukacji, nauce i zarządzaniu. Na ogół sprowadza się ono do trwonienia kapitału ludzkiego i niedostatecznego wykorzystywania potencjału intelektualnego ludzi działających w tych obszarach życia społecznego. Marnotrawstwo w edukacji polega na niedostatecznym wykorzystywaniu zasobów i możliwości intelektualnych nauczycieli oraz uczniów. A marnotrawstwo w nauce – dodatkowo na trwonieniu sił i środków potrzebnych do badań i zdobywania i nowej wiedzy. Badania i analizy potwierdzają niską efektywność systemu oświaty w wielu krajach, która wynika z różnych przyczyn, czemu nikt nie zaprzecza. A to znaczy, że w systemie oświaty, czy ogólniej, w całej edukosferze, ma się do czynienia z różnymi formami marnotrawstwa i że proporcjonalnie do jego wzrostu spada wydajność systemu edukacji. Próbuje się temu zaradzić na różne sposoby, ale nie w wyniku likwidacji, albo zmniejszenia marnotrawstwa, lecz przez pozorne reformy. Trwoni się zasoby intelektualne mieszczące się w głowach uczniów i nauczycieli, zasoby wiedzy zawartej w podręcznikach i zasoby intelektu ludzi funkcjonujących w oświacie. Ponadto, ogromne marnotrawstwo intelektualne ma miejsce w systemie zarządzania szkołami. Na marnotrawstwo zasobu wiedzy uczniów w procesie nauczania zwraca się uwagę np. w Niemczech. „Większość dzieci, które przychodzą dzisiaj do szkoły podstawowej, umie już liczyć do stu, dodawać i odejmować liczby do dwudziestu, napisać swoje nazwisko i czytać proste słowa. Jest to raczej standardem. Niektóre z nich wiedzą też, że są liczby ujemne, a w piątym roku życia pojęły, że pewnego dnia umrą. A mimo to, w pierwszej klasie cofa się ich rozwój intelektualny do zera.
Oczywiście, prościej jest wszystkie dzieci sprowadzić do poziomu zerowego, aby móc kształtować je tak, jak jednorodną masę intelektualną. Ale jakie to marnotrawstwo intelektualne! Kochane szkoły, uczcie dzieci na pełnych obrotach! Nie spowalniajcie ich. Równe traktowanie za wszelką cenę wcale nie jest „błogosławieństwem”, ani wyrównywaniem szans, lecz katastrofą dla wszystkich dzieci. (Spiegel-Online, Forum: Schule, 10.12.2014).
W kształceniu obowiązuje zasada: „Przeciętność jest zła, zróżnicowanie jest dobre” . Tam się o tym szeroko dyskutuje, bo wiadomo, że w dobie komputerów i Internetu dzieci zdobywają wiedzę o wiele wcześniej niż ich rodzice. A u nas pewne kręgi polityczne i „mądrzy inaczej” rodzice protestują przeciwko poddawaniu sześciolatków obowiązkowi szkolnemu. Bo to rzekomo skraca beztroskie dzieciństwo. Może tak, ale po pierwsze, kto powiedział, że dzieciństwo ma być beztroskie, że jest ono lepsze dla dalszego rozwoju dziecka i jak długo ma ono trwać (niektórzy żyją beztrosko i nieodpowiedzialnie nawet do późnych lat, bo tak ich wychowali wielce „troskliwi” rodzice). Po drugie, wskutek wydłużania tego beztroskiego dzieciństwa, świadomie wyrządza się dzieciom krzywdę, ponieważ opóźnia się ich rozwój intelektualny, staż zawodowy oraz przyszłą karierę. Protestujący rodzice manifestują w istocie pozorną troskę o dzieci, taką na pokaz. Natomiast nikt nie protestuje przeciwko „urawniłowce” (uśrednianiu i umasowianiu) uczniów lub studentów i wynikającemu stąd przedmiotowemu traktowaniu ich, ani przeciw obniżaniu jakości kształcenia. Wręcz przeciwnie, chętnie godzi się - poza nieliczną grupą trzeźwo i futurystycznie myślących nauczycieli i rodziców - na stałe obniżanie wymagań. A celują w tym uczniowie i studenci rozleniwieni i charakteryzujący się postawami roszczeniowymi.
Podobne marnotrawstwo występuje w szkołach wyższych. Tutaj coraz częściej cofa się do „poziomu zerowego” w przedmiotach nauczania, zamiast kontynuować wykłady na bazie przedmiotów, które studenci zaliczyli już wcześniej. Zdarza się też, że w pierwszym semestrze naucza się matematyki z zakresu szkoły średniej, żeby wyrównać luki. To wszystko przyczynia się do marnotrawstwa intelektualnego nauczycieli, którzy nie mogą i nie muszą wykorzystywać całej swojej wiedzy w procesie nauczania, tylko jej część ograniczoną oddolnie przez poziom przeciętnie inteligentnej jednorodnej masy uczniów i - na dodatek - przez odgórnie narzucane „programy minimum”. Te programy zawęża się w miarę wzrostu nieefektywności nauczania, a wraz z tym sprowadza się przeciętną wiedzy uczniów do minimum – w granicy do poziomu „absolutnie zerowego”. Osobną kwestią jest marnotrawstwo potencjału intelektualnego zawartego w podręcznikach. Są one zazwyczaj pisane „na wyrost”, tzn. zawierają albo wiedzę zbyteczną i mało przydatną, albo taką, której nie egzekwuje się przy zaliczaniu przedmiotu. W obu przypadkach ma się do czynienia z marnotrawstwem. Marnotrawstwem jest również drukowanie alternatywnych podręczników do wyboru przez nauczycieli. Z ich wielonakładowych wydań korzysta się później w niewielkim procencie - reszta idzie na przemiał - a ogromne koszty ich publikacji, reklamy, magazynowania i dystrybucji ponosi budżet państwa (podatnicy). Czy stać nas na taką rozrzutność w sytuacji marnego finansowania oświaty? Jest to jeden z przykładów marnotrawstwa wkomponowanego w neoliberalistyczny model gospodarki. Daje się wolność wyboru podręczników (również w pewnym stopniu programów nauczania), ale nie uwzględnia się tego, że wolny wybór często nie musi być dobry z punktu widzenia ekonomii i prakseologii – nie przynosi zysku, tylko stratę.
A w ogóle u nas szkoły nie wychowują do oszczędzania czegokolwiek oprócz pieniędzy w ramach tzw. miesiąca oszczędności. (Jest to kompletną głupotą, bo ze względu na „śladowe” odsetki oferowane przez banki to się po prostu nie opłaca; na oszczędzaniu korzystają banki, a nie ich klienci. W ten sposób uczy się dzieci nieefektywnego gospodarowania pieniędzmi i zarządzani nimi.) O braku wychowywania do oszczędzania świadczy przede wszystkim marnotrawstwo żywności przez uczniów. Nauczyciele ankietowani na zlecenie programu „Tesco dla szkół” szacują, że co najmniej 1,6 tys. ton jedzenia ląduje rocznie w szkolnych koszach na śmieci. Dzieci wyrzucają głównie przygotowane w domu kanapki, wybierając zamiast nich słodycze i przekąski ze szkolnego sklepiku. A skala problemu marnowania żywności w szkołach narasta. We Włoszech (wzorem Francji) minister ochrony środowiska Gian Luca Galletti zapowiedział, że do końca roku przedstawi parlamentowi projekt ustawy zobowiązującej hurtownie do niewyrzucania niesprzedanych produktów żywnościowych, lecz do ich darowania. Zamierza on osiągnąć to nie za pomocą kar, lecz ulg podatkowych. Równocześnie powiedział, że trzeba pomagać rodzinom w redukcji marnotrawstwa żywności, a w szkołach informacje o marnowaniu żywności należy obowiązkowo włączyć do planów nauczania. Podobnie w Niemczech, np. w Nadrenii Północnej-Westfalii marnotrawstwo żywności ma być stałym tematem lekcji szkolnych w klasach 3 i 4, 7 i 8 oraz 11 i 12. W tym celu opracowano i udostępniono w Internecie specjalne materiały pomocnicze dla nauczycieli.
Marnotrawstwo w nauce polega na wykonywaniu badań zbędnych i pozornych. Nader często prowadzi się badania, które nie służą żadnemu celowi pragmatycznemu - są czymś w rodzaju ars pro arte - służą tylko badaczom do pozyskiwania pieniędzy (honoraria autorskie, granty), a także do tego, by nikt ich nie ganił za nieróbstwo i żeby chwalić się tymi badaniami w sprawozdaniach z działalności naukowej. Nie chcę być źle zrozumiany i dlatego wyjaśniam, że nie chodzi mi ani o badania, które wprawdzie nie dają aktualnie żadnych zysków wymiernych, ale mogą ich dostarczyć w przyszłości (w historii nauki jest wiele przykładów na to), ani o badania, w których wyniku wzbogaca się teorie, albo rozwija swój intelekt. Chodzi o badania jałowe, które przyczyniają się do robienia kariery naukowej.
Dokument opublikowany w 2012 r. przez nasze Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego „Rzetelność w badaniach naukowych oraz poszanowanie własności intelektualnej” w p. 2 zatytułowanym „Badania pozorne i zbędne” stwierdza, że takie badania podejmuje się ze względu na kryteria oceny pracowników naukowych: „Presja instytucjonalna sprawia, że wiele badań prowadzonych jest bez istotnej potrzeby poznawczej. Rzetelne badanie naukowe nie może być uzasadniane w pierwszym rzędzie potrzebami kariery akademickiej, lecz istotnymi brakami wiedzy”.
Na kwestię marnotrawstwa związanego z prowadzeniem badań bezużytecznych w Niemczech zwracał uwagę Matthias Kleiner - prezydent Deutscher Forschungsgemeinschaft: „Jaka będzie przyszłość kraju, który nie korzysta z zasobów intelektualnych dużej części ludności? To pytanie musimy postawić niemieckiej nauce”. A dalej zwraca uwagę na marnotrawstwo wynikające z ograniczonego zatrudniania kobiet w uczelniach: „(…) niski udział - w pewnym sensie można powiedzieć: zinstytucjonalizowana dyskryminacja kobiet w naszych uniwersytetach i instytucjach badawczych, jest nie tylko niesprawiedliwy. To jest marnowanie talentów, na co nie możemy sobie pozwolić”.
W tej wypowiedzi występuje jeszcze jeden rodzaj marnotrawstwa intelektualnego - marnotrawstwo talentów. Ma ono miejsce głównie w szkołach wyższych, ale też na niższych szczeblach edukacji. Ile to talentów szczególnie uzdolnionych dzieci nie rozwija się wskutek umasowienia intelektualnego uczniów w klasach szkolnych, nieuświadamiania sobie przez nauczycieli strat ponoszonych przez społeczeństwo w wyniku marnotrawstwa potencjału intelektualnego uczniów, albo zwykłego lenistwa nauczycieli.
Innym przejawem marnotrawstwa w nauce jest nadmiar publikacji przede wszystkim z dziedziny humanistyki, ale odkąd liczba publikacji stała się warunkiem koniecznym do utrzymania się na stanowisku, albo awansowania (robienia kariery naukowej), znacznie wzrosła liczba publikacji również z innych subdziedzin nauki. I to nie tylko ich ilość, lecz także objętość.
Jest to „zasługą” obowiązującego systemu oceniania pracowników uczelni na podstawie różnych list określających punktację artykułów i monografii oraz czasopism. Liczą się artykuły, których objętość przekracza jeden arkusz wydawniczy. Wielu z nich nie powinno się publikować ze względu na niski poziom, albo brak innowacyjności. Jednak mimo to, publikuje się. W ten sposób literaturę naukową zalewają publikacje, których nie czyta się, bo albo giną w masie, są niepotrzebne, bądź nieciekawe, albo ze względu na brak czasu. Ile przy tym traci się energii, czasu, materiałów i pieniędzy na ich publikowanie, tego chyba nikt nie zdołał dokładnie policzyć.
No, więc, hulaj dusza, publikuje się ile wlezie, jak nie na papierze, to w formie elektronicznej. To nic, że nie ma z nich pożytku, ważne, że się gdzieś ukazało i że liczy się do dorobku autora. Kto nie publikuje, ten nie pracuje naukowo, choćby nie wiadomo jak wielkie miał inne osiągniecia badawcze. Jest tylko jedna korzyść z tego: na masowej publikacji zarabiają wydawcy, tłumacze, recenzenci i inni pośrednicy. I o to chodzi w ekonomii nastawionej na zysk pieniężny: ważne jest, żeby pieniądz się kręcił i wprawiał w ruch wszystko – to, co potrzebne i co zbyteczne, bez względu na to, ile się trwoni. Ten zalew publikacji i informacji naukowych bierze się w pewnym stopniu również ze wzrostu zatrudnienia w sferze nauki, a on musi postępować, ponieważ im bardziej rozwinięta nauka, tym liczniejsze muszą być zespoły badawcze – dziś w pojedynkę niczego się nie odkryje, co najwyżej można coś wymyślić.
Przyczyną marnotrawstwa intelektualnego w sferze edukacji jest nieefektywny system zarządzania instytucjami oświatowymi i naukowymi. A marnotrawstwo zarządzania wszelkimi organizacjami bierze się:
- Z nadprodukcji (wytwarzania ponad możliwości zbyt, albo zbyt wczesnego wytwarzania, czyli uprzedzania popytu).
- Ze zbędnego ruchu (nadmiernej translokacji pracowników w wyniku nieprzemyślanej lokalizacji stanowisk pracy).
- Z wydłużania czasu oczekiwania (długich okresów bezczynności ludzi, maszyn, części i materiałów oczekujących na włączenie ich do procesu produkcji).
- Ze zbędnego transportu (niepotrzebnego przemieszczania elementów, części, półfabrykatów, gotowych wyrobów częściej niż to konieczne).
- Z robienia zbędnych zapasów (gromadzenia „na wyrost” materiałów, narzędzi, urządzeń i produktów).
- Z wad i błędów (naprawa wadliwych wyrobów i usuwanie błędów w dokumentacji oraz informacji obciąża koszty produkcji i nie tworzy wartości dodanej).
- Z nadmiernej obróbki (wykonywanie zbędnych czynności w procesie wytwarzania).
- Z niekorzystania w pełni z potencjału intelektualnego wszystkich pracowników zatrudnianych w organizacji. Najgorszym rodzajem marnotrawstwa jest niewykorzystywanie wiedzy i talentów pracowników.
W zasadzie każde z tych zjawisk (przyczyn) marnotrawstwa można dostrzec w strukturach i działalności wszystkich instytucji oświatowych i naukowych w mniejszym lub większym stopniu. Gdyby chciało się dokonać realnych reform w organizacjach oświatowych i naukowych w celu podwyższenia ich efektywności, to można by odwołać się do tych przyczyn marnotrawstwa w zarządzaniu organizacjami, które podano wyżej. Można by też na przykład wykorzystać model zarządzania Lean Manufacturing, czyli „szczupłego” zarządzania.
Doświadczenie dowodzi, że redukcja marnotrawstwa - przede wszystkim intelektualnego - przynosi zdecydowanie większe efekty oszczędnościowe (a tym samym zyski) niż praca ponad siły, albo stawianie celów nierealnych i nieosiągalnych. Ten model zarządzania stosuje się wprawdzie w przedsiębiorstwach wytwórczych i usługowych, ale można go z powodzeniem przenieść do sfery edukacji, ponieważ obecnie szkoły funkcjonują coraz bardziej jak przedsiębiorstwa usługowe – ich działanie ma przynosić wymierny zysk (pieniężny).
A skoro szkoły uległy makdonaldyzacji i funkcjonują jak markety, nie ma przeszkód, by stosować w nich takie modele zarządzania, jak w przypadku marketów.
Reformę oświaty i nauki trzeba zacząć od diagnozy, tj. od identyfikacji obszarów, stopni i przyczyn marnotrawstwa w organizacjach edukacyjnych oraz w ich funkcjonowaniu, potem wytyczyć kierunki działań zmierzających do stopniowej eliminacji marnotrawstwa i przejść do terapii, czyli podjąć odpowiednie czynności usprawniające strukturę i sposoby funkcjonowania tych organizacji. W przeciwnym razie kolejne reformy będą tylko pozornymi i nie przyniosą oczekiwanych, ani widocznych skutków. Marnotrawstwo intelektualne będzie szerzyć się nadal, a systemy edukacyjne będą coraz mniej wydolne.
18 czerwca 2015
|
|||
|
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 6382
Wcale nie jest pewne, czy odrodzi się jeszcze kiedyś społeczeństwo wolne, chociażby takie, jakim jeszcze do niedawna było.
Krańcowa wolność prowadzi narody i jednostki do skrajnego niewolnictwa. (Cyceron)
Wolność można rozpatrywać w aspekcie metafizycznym, dziejowym i społecznym jako zjawisko, stan lub cechę. Tutaj ograniczam się do aspektu społecznego i traktuję ją jak cechę praktycznie niezbywalną, chociaż ulega ona stopniowej redukcji w wyniku postępu cywilizacyjnego. Jakby w zamian za to rośnie zniewolenie w wielu obszarach życia społecznego.
Spadek wolności bilansuje się ze wzrostem niewolenia. Faktycznie, przyszło już chyba żyć w epoce neoniewolnictwa i wcale nie jest pewne, czy nastąpi w historii kolejny renesans - czy odrodzi się jeszcze kiedyś społeczeństwo wolne, chociażby takie, jakim jeszcze do niedawna było. W wyniku ewolucji społecznej łatwo popada się w niewolę, ale wyzwolenie się z niej jest niezwykle trudne i może dokonać się w wyniku działań rewolucyjnych. Dowodzi tego historyczne doświadczenie ludzkości i doświadczenie życiowe każdego człowieka. A niestety, marsz ku zniewoleniu jest procesem nieodwracalnym.
Wolność jest cechą gatunkową ludzi
O wolności czegoś innego mówi się raczej w znaczeniu metaforycznym. Wolność uznaję za cechę gatunkową człowieka na równi ze świadomością i duchowością oraz jako warunek niezbędny do urzeczywistniania jego dalszych cech istotnych i funkcji.
W potocznym odczuciu, być wolnym, to znaczy myśleć, zachowywać się lub czynić w sposób nie uwarunkowany, nieustalony i nienarzucony przez jakiś przymus. W tym rozumieniu wolnym byłby wyłącznie ktoś w pełni niezależny od środowiska przyrodniczego i społecznego, w którym żyje. Rzecz jasna, jest to wolność absolutna, abstrakcyjna i urojona, o której można tylko pomarzyć.
Faktycznie żyje się wśród innych ludzi i rzeczy, z którymi stale wchodzi się w różnorakie związki, oddziaływania wzajemne i zależności, co zmusza do nieustannego kontaktowania się z nimi - fizycznego lub duchowego. I tylko w ramach tych zależności oraz uwarunkowań wzajemnych można zachowywać się, myśleć i postępować jak się chce, czyli być wolnym. Wówczas jest wolność rzeczywista, z jaką ma się codziennie do czynienia. Siłą rzeczy jest ona ograniczona, konkretna i względna. Nawet, gdy u jej podstaw leży tzw. wolna wola. Tak pojmowana wolność będzie przedmiotem dalszych rozważań.
Wolność jest cechą nabywaną
Wolność jest cechą nabywaną w ciągu życia w wyniku rozwoju biologicznego oraz uczestnictwa w życiu społecznym, a nie cechą wrodzoną. Nikt nie rodzi się wolnym, raczej przeciwnie - maksymalnie zniewolony jest noworodek. Jednostka zwiększa swoja wolność w trakcie rozwoju biologicznego i społecznego (socjalizacji). Życie wspólnotowe czyni ją wolną, chociaż ustala wymiary, granice i obszary wolności.
Potrzeba „bycia wolnym" pochodzi z samego faktu życia, które jest pewną formą aktywności i z dążenia do przeżycia, co wymaga aktywności polegającej na przeciwstawianiu się różnym zagrożeniom. Bowiem działać można tylko wtedy, gdy jest się wolnym, a zakres działania jest proporcjonalny do posiadanej wolności.
Między aktywnością i wolnością zachodzi sprzężenie zwrotne dodatnie - jedno nie może obyć się bez drugiego i wzrasta wraz z drugim. Dzięki aktywności jest się wolnym, a będąc wolnym można być aktywnym.
Bycie wolnym uznaje się za coś dobrego, mimo że nie wiadomo, czy większą możliwość przeżycia ma ten, kto jest bardziej wolny. Możliwe, że jest inaczej. Wydaje się, że większe prawdopodobieństwo przeżycia (spokojnego) ma ten, kto wskutek nikłej wolności ogranicza swą aktywność i nie naraża się ani siłom przyrody, ani innym ludziom lub instytucjom. Przeżywa ten, czyj stopień wolności ogranicza się do jednego wyboru - trafnego i skutecznego, a więc kto jest maksymalnie zniewolony, a nie ten, kto może dokonywać wielu wyborów, ale bezskutecznych. (Np. gdy ktoś musi się poddać operacji w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, a więc, gdy jest przymuszony, ma szansę przeżyć, ale gdy sam ma zdecydować o terminie jej wykonania, zazwyczaj odsuwa go tak dalece, że może być już za późno na ratunek i może nie dożyć.)
Nieraz łatwiej żyje się wówczas, gdy się jest zniewolonym i gdy można dokonywać niewielu wyborów. Życie, przetrwanie i wolność spłatają się w jedną całość. Z tego powodu wolność jest warunkiem koniecznym do życia i przetrwania. Dlatego przede wszystkim każdy, kierując się instynktem samozachowawczym, broni się przed utratą wolności, a utraciwszy ją, pragnie szybko odzyskać.
Samo życie człowieka, polegające na aktywności biologicznej, społecznej i duchowej wymaga wolności i gwarantuje bycie wolnym. Jednak nie można być ani w pełni wolnym (na to nie pozwalają uwarunkowania środowiskowe), ani całkowicie zniewolonym (dopóki się żyje, jest się aktywnym).
Wolność jest cechą stopniowalną
Zawsze jest się wolnym w takim lub innym stopniu, przy czym stopień wolności nie może mieć wartości zero ani nieskończoność. Wolność nie tylko jest cechą stopniowalną, ale porównywalną subiektywnie i obiektywnie mierzalną. Można ją na przykład mierzyć za pomocą liczby wyborów, jakich można dokonać w danej sytuacji.
Najniższy stopień wolności w danej sytuacji życiowej ma się wtedy, gdy są tylko dwa możliwe wybory - „tak" lub „nie". Zazwyczaj dysponuje się większą ilością wyborów alternatywnych. Ich liczba zależy od stopnia rozeznania sytuacji i od wiedzy o możliwych wyborach. Im więcej można dokonać wyborów alternatywnych i podjąć decyzji, dróg wyjścia i rozwiązań, tym bardziej jest się wolnym.
Jednak obiektywnie mierzona wolność nie musi pokrywać się z subiektywnym odczuwaniem stopnia wolności. Dzięki wolności człowiek uniezależnia się od swego środowiska; może zmieniać swoje otoczenie i relacje z nim, warunki życia i samego siebie; jest w stanie zachowywać się, działać i myśleć jak chce, nie licząc się z nikim i z niczym, nawet gdyby to groziło przykrymi konsekwencjami.
Ta chęć niezależności nie bierze się jednak z wolnej woli, wrodzonej lub nadanej przez boga, której istnienia nie potwierdza zresztą współczesna nauka, lecz z czynników psychobiologicznych: popędów, instynktu, ambicji, poczucia bezkarności, przeceny własnych możliwości, odczuwania potrzeby oderwania się od realiów życia albo ze zwykłej przekory. Wolność jest ograniczona przez środowisko zewnętrzne (sieci uwarunkowań przyrodniczych i społecznych) i wewnętrzne (całokształt uwarunkowań somatycznych, świadomościowych, emocjonalnych i duchowych, własne sumienie i nakazy wewnętrzne), przez materialne warunki życia (głównie przez warunki ekonomiczne) i idealne (całokształt uwarunkowań kulturowych - normy obyczajowe i religijne, stereotypy, przepisy prawne itp.).
Postęp cywilizacji mnoży ograniczniki wolności i potęguje je, a jednocześnie wyposaża ludzi w coraz skuteczniejsze instrumenty przeciwstawiania się im. Nie nadążają one jednak za wzrostem liczby ograniczników wolności. Wskutek tego ciągle zmniejsza się zakres i stopień wolności. W konsekwencji, postępowi cywilizacyjnemu towarzyszy postępujące zniewolenie.
Wolność jest cechą wielowymiarową.
Tyle jest wymiarów wolności, ile sfer życia, albo obszarów działalności człowieka: myślenie, poznanie, twórczość, technika, produkcja, gospodarka, polityka, religia, kultura, sztuka, nauka, komunikacja itd. Rozważania o „wolności w ogóle" bez odniesienia jej do konkretnej sfery działań jest jałowe. Nadanie im sensu wymaga podwójnej relatywizacji i konkretyzacji wolności: ze względu na człowieka - o czyją wolność chodzi i na jej wymiar - czego ona dotyczy.
Wolność może mieć wymiar indywidualny lub grupowy. Trudno orzec, jak mają się do siebie te dwa wymiary wolności, a w szczególności, czy wolność grupy przekłada się na wolność jednostki i na odwrót, czy w zniewolonym społeczeństwie jednostka może być wolna, a w wolnym społeczeństwie - zniewolona.
Nie wydaje się, aby w wolnym społeczeństwie każdy człowiek musiał być wolny, a w zniewolonym - niewolny, z tej prostej przyczyny, że elementy zbioru nie muszą mieć jego cech. W zniewolonym społeczeństwie zawsze znajdzie się jak nie taki, to inny obszar, gdzie nie tylko można czuć się wolnym, ale w pewnym stopniu swobodnie działać. Jeśli nie da się realizować wolności w jednym wymiarze, to udaje się w przynajmniej jednym z pozostałych.
Żaden ustrój totalitarny ani żadna sieć determinacyjnych zależności nie były w stanie zniewolić jednostki absolutnie. A zniewoleniu w jednym wymiarze towarzyszył wzrost wolności w innym w wyniku substytucji wymiarów wolności, która była możliwa dzięki znajdywaniu pewnych luk w instrumentach przymusu.
Bywa też tak, że żyjąc w ustroju liberalnym, a więc w społeczeństwie zapewniającym jak największą wolność, niektórzy ludzie wcale nie chcą korzystać z jej dobrodziejstwa i dobrowolnie rezygnują z możliwości swobodnego działania i wolnych wyborów. Wolą poddawać się rządom a nawet dyktatowi innych, ponieważ nie chcą się trudzić dokonywaniem wyborów i podejmowaniem decyzji. Chcą też w ten sposób uchylić się od osobistej odpowiedzialności za błędne wybory.
Wolność polega nie tylko na możliwości odrywania się od aktualnych problemów egzystencji, ale również od tego, co wydarzyło się dawniej. Jest to możliwe dzięki predyspozycji mózgu do usuwania z pamięci tego, co z jakichś powodów uznaje się teraz za niepotrzebne albo szkodliwe.
Wiesław Sztumski
Od redakcji: Jest to pierwsza z dwóch części rozważań Autora nt. wolności i zniewolenia człowieka w czasach współczesnych. Kolejna ukaże się w numerze majowym.
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 2989
Religia, ideologia, polityka
Przez religię rozumiem wierzenia i praktyki odnoszące się do pośredniczenia między tym, co uznaje się za świętość (sacrum) lub boskość i tym, co ludzkie, albo świeckie (profanum). Inaczej mówiąc, między światem sensorycznym i iluzorycznym, albo między realnymi ludźmi (jednostkami lub zbiorowościami) i ich wyobrażeniami.
Religia jest ogniwem pośrednim pomiędzy człowiekiem a bytami nadludzkimi, które są przeważnie personifikowane: mocami nadprzyrodniczymi, duchami, absolutami, bóstwami itp. Dwa są zatem najważniejsze składniki religii – wiara, która zazwyczaj bywa sformalizowana na wzór systemu dedukcyjnego wywodzonego z dogmatów, oraz rytuały (kulty), które też są w jakiś sposób formalizowane za pomocą liturgii, symboliki, stereotypów lub programów.
To określenie religii nawiązuje do definicji podanej przez Korneliusza Piotra Thiele’go: „Religią nazywamy w sensie ogólnym stosunek pomiędzy człowiekiem i potęgą nadludzką, w którą on wierzy i od której czuje się zależny. Stosunek ten znajduje swój wyraz w specjalnych uczuciach (zaufanie i lęk), wyobrażeniach (wiara) i czynnościach (modlitwy, obrzędy, wśród nich specjalne ofiary), a także w wypełnianiu moralnych przykazań”.(C. P. Tiele, N. Söderblom, Kompendium der Religionsgeschichte, Berlin 1931, s. 3).
Deflacja wiary religijnej
Co jest religią, zależy od kontekstu społeczno-historycznego oraz od określenia linii demarkacyjnej miedzy sacrum a profanum. A jest ono różne w różnych kulturach. Ostatnio w naszej cywilizacji, przede wszystkim wskutek odchodzenia od paradygmatu myślenia binarnego spowodowanego postępem wiedzy i techniki, postępuje proces rozmywania się linii demarkacyjnej między świętością a świeckością, podobnie jak ulegają zatarciu granice między wielu innymi ekstremami. Nie jest ona już linią, lecz rozszerzającą się wstęgą.
Symptomatyczne dla zacierania się różnic między sacrum a profanum jest na przykład nieodróżnianie odświętności od powszedniości (zanikanie różnicy między dniami świątecznymi a roboczymi), zanikanie różnicy między intymnością, która zawsze była jakimś tajemniczym sacrum, a ekshibicjonizmem, czyli upublicznieniem oraz profanacją intymności; zanikanie różnic między wzniosłością a pospolitością wskutek mnożenia różnych uroczystości, dni świątecznych, rocznic, miesięcznic oraz dni rozmaitych grup zawodowych, orientacji seksualnych, krawatów, kotów, zakochanych itd.
Nie ma już dnia w kalendarzu, który nie byłby dniem kogoś lub czegoś (nawet wielu na raz) w skali krajowej i międzynarodowej (pisałem o tym w artykule Granica między sacrum a profanum, SN, Nr 11/12). W konsekwencji, zakresy pojęć sacrum i profanum coraz bardziej pokrywają się - święte staje się świeckim, wskutek czego szybko postępuje erozja świętości.
Cechą charakterystyczną religii (ściślej: wiary oraz poglądów religijnych) jest to, że w zasadzie nie podlega ona weryfikacji. W przypadku, kiedy ma się do czynienia ze sformalizowaną wiarą, można co najwyżej weryfikować religię na podstawie kryterium niesprzeczności z innymi poglądami i kryterium zgodności z dogmatami. Ale zastosowanie tych kryteriów nie uprawnia do stwierdzenia prawdziwości religii (ani wiary) w arystotelesowskim sensie zgodności treści wypowiedzi, odnoszącej się do rzeczywistości - głównie sensorycznej - z tą rzeczywistością.
Symptomatyczna dla człowieka religijnego jest wiara w istnienie jakiegoś osobowego bóstwa, które wysłuchuje jego modlitw oraz wiara w jakąś formę "życia po życiu" (nieśmiertelność). (p. J. H. Leuba, The Belief in God and Immortality: A Psychological, Anthropological and Statistical Study, Sherman, French & Co., Boston, 1916).
Te dwie wiary są jakby zakodowane w tzw. module religijnym naszego mózgu (w „genie wiary”) i dlatego religijność ludzi i religia w ogóle nigdy nie zanikną, wbrew przewidywaniom niektórych scjentystów i ideologów ateizmu. (p. J. Giordano, J. Engebretson, Neural and cognitive basis of spiritual experience: biopsychosocial and ethical implications for clinical medicine, w: Explore – The Journal of Science and Healing, Vol. 2, Issue 3, 2006).
Natomiast zmieniają się postawy religijne ludzi. Obecnie tam, gdzie panuje cywilizacja zachodnia, przeważa postawa religijna, która nie bierze się z wiary podbudowanej odczuciami mistycznymi i przekonaniami metafizycznymi, lecz głównie z rytuałów. (p. A. Brodziak, Kto i co wyznacza ducha naszej epoki? - czyli o ramach kondycji psychicznej współczesnych ludzi, http://pwsz.nysa.pl/~andrzej.brodziak/filozofia.htm; 18.11.2015). Jeśli tak jest, to świadczy to o spadku wiary dogłębnej i wzroście wiary powierzchownej, czyli w jakimś stopniu o deflacji wiary religijnej.
Potęga ideologii
Ideologię definiuję jako wyrażający interesy grupowe i ufundowany na określonym systemie wartości ogół poglądów, wyobrażeń i przekonań danej grupy społecznej odnoszących się do świata i życia ludzi, głównie społecznego. Wyraża się ją za pomocą symboli, mitów, schematów myślowych i struktur językowych.
Ideologia określa rolę jednostek i zbiorowości w życiu społecznym, kształt oraz zasady funkcjonowania struktur społecznych (politycznych, ekonomicznych itd.). Jest ona jednym z czynników wpływających na wizerunek świata i światopogląd.
Jednak obraz świata zbudowany na ideologii nie tylko odbiega od tego, jakim świat jest naprawdę, ale zazwyczaj bywa intencjonalnie przebarwiony i zafałszowany. Wszak zadaniem ideologii nie jest głoszenie prawdy, lecz jak największe oddziaływanie elit, bądź przywódców, na masy społeczne, by zmotywować je i zorganizować do działań na rzecz osiągnięcia zaplanowanych celów zawartych w programach politycznych.
Trzeba więc tworzyć maksymalnie wyidealizowane wizerunki doskonałego świata przyszłego i wizje lepszego życia społecznego oraz złudne obietnice, gdyż tylko one, kiedy stają się marzeniami mas, mobilizują do radykalnej aktywności. Przecież każdy pragnie mieć lepiej niż teraz ma i żyć w świecie lepszym od teraźniejszego. Ideologie ukierunkowują działania polityczne na spełnianie marzeń w dokładnie nieokreślonej przyszłości, nawet, jeśli ich spełnienie jest prawie niemożliwe, albo nieprawdopodobne.
O potędze ideologii jako bodźca do przekształcania rzeczywistości społecznej świadczy liczba jej zwolenników, a tym ich więcej, im więcej fantasmagorii i nierealnych obietnic. W naturze człowieka leży karmienie się iluzjami i pocieszanie się nadzieją. (Wybory parlamentarne pokazują, że przeważnie wygrywają te partie, które prezentują masom programy nierealne, a nie te, których programy są rzeczowe i osadzone na rzeczywistych i sprawdzonych przesłankach).
Oprócz ideologii postępowych, które mają na celu przekształcanie rzeczywistości społecznej, są też konserwatywne, których celem jest niedokonywanie żadnych zmian i utrwalanie status quo. Ci, którym wiedzie się źle, optują za ideologią postępową w przeciwieństwie do tych, którym wiedzie się dobrze.
Niestety, cztery piąte populacji świata żyje w ubóstwie i tyle samo jest niezadowolonych z tego, co już osiągnęło. Dlatego za ideologiami postępowymi, na dodatek zawierającymi hasła populistyczne, opowiada się znaczna większość ludzi i one mają większe szanse na pobudzanie ludzi do dokonywania transformacji w systemach społecznych.
W rezultacie, w dotychczasowej historii ludzkości stale przebijała się tendencja do postępu społecznego, mimo pewnych okresów stabilności lub regresu. Nie wiadomo, czy dalej tak będzie, czy w wyniku globalizacji i wyrównywania się potencjałów ekonomicznych i zarazem standardów życia po osiągnięciu jakiegoś górnego pułapu, ta tendencja nie odwróci się i zwycięskimi nie okażą się ideologie konserwatywne. Na razie wydaje się to mało prawdopodobne, co nie znaczy, że jest niemożliwe.
Ze względu na to, że ideologię konstytuują wyobrażenia, idee, wizje i utopie, a więc elementy znajdujące się w świecie pomyślanym lub fantastycznym, a nie w sensorycznym, nie da się orzekać ani o jej prawdziwości, ani o fałszu.
Ideologia nie podlega weryfikacji w sensie naukowym ani arystotelesowskim. Nie dlatego akceptuje się ją, że jest prawdziwa, tylko, że jest słuszna – że się podoba, że jest zgodna z jakimś systemem wartości lub oczekiwaniami i że służy interesom indywidualnym, albo grupowym. O jej uznawaniu czy wyznawaniu decydują kryteria estetyczne, aksjologiczne, światopoglądowe i polityczne.
Religia z ideologią
Wiązanie się religii z ideologią postępowało w ich obopólnym interesie niemal od zarania dziejów w wyniku wykorzystywania ideologii dla celów religijnych, a religii - jako instrumentu ideologii. Między religią i ideologią jest podobieństwo, które zwiększa się między innymi w miarę włączania elementów religijnych w zakres ideologii oraz upolityczniania się religii. Obecnie osiągnęło ono już taki stopień, że oddzielenie religii od ideologii jest coraz trudniejsze z uwagi na wiele elementów wspólnych, m.in.:
Ze względu na strukturę.
Są one konceptualizowane przede wszystkim za pomocą pojęć abstrakcyjnych, również niemających żadnego odpowiednika tak w rzeczywistości sensorycznej jak i pomyślanej, a także za pomocą pojęć, których desygnatów nie jest się w stanie sobie wyobrazić, jak w przypadku bóstwa (jeśli nie zostało ono spersonifikowane, albo uprzedmiotowione), czyli pojęć pustych.
Ze względu na program.
Tworzą one odpowiednie programy realizacji wizji innego, lepszego człowieka, społeczeństwa i państwa. Religia realizuje program bezwzględnego podporządkowania się bóstwom, instytucjom i funkcjonariuszom kościelnym rzekomo reprezentującym bóstwa, a ideologia również realizuje program podporządkowania się, ale władzy państwowej, instytucjom i funkcjonariuszom administracji państwowej lub partyjnej.
Ze względu na cel.
Po pierwsze, ich celem jest integracja mas na podstawie określonych poglądów po to, by działały one i poświęcały się na rzecz realizacji zadań zawartych w programach.
Po drugie, celem ich jest wyjaśnianie zjawisk i znalezienie odpowiedzi na pytania o sens oraz sposób istnienia człowieka i świata.
Ze względu na poznanie.
Intencjonalnie tworzą one i implementują baśniowe, albo fałszywe obrazy świata ufundowane na mitach lub kłamstwach, żeby odwrócić uwagę mas od realiów i skierować ją na sprawy i problemy wydumane, które sztucznie podnosi się do rangi najważniejszych dla ludzi i świata w myśl reguły: im więcej poświęcamy się sprawom nieba, tym mniej obchodzi nas Ziemia.
Ze względu na zastosowania praktyczne.
Po pierwsze, organizują one masy, pobudzają je do aktywności społecznej oraz politycznej ukierunkowanej na osiąganie celów nakreślonych w programach i przyczyniają się do zabezpieczenia i realizacji interesów grup zwolenników lub wyznawców.
Po drugie, legitymizują działania władz świeckich sprawiając wrażenie, że władze te pochodzą z woli bóstw, albo z naturalnych (obiektywnych) procesów rozwoju społecznego, na które jednostki i masy mogą wpływać w mocno ograniczonym stopniu.
Po trzecie, uprawomocniają władze kościelne wmawiając ludziom, że reprezentują one bóstwa na Ziemi, a w takim razie podwładni nie mają na nie żadnego wpływu.
Ze względu na szkodliwość społeczną.
Często głoszą one hasła i zasady humanitaryzmu i konieczność przestrzegania etycznych norm postępowania, które pełnią raczej rolę przynęty. Zazwyczaj nikt się nimi nie przejmuje i dlatego pozostają czczymi deklaracjami.
Nagminne łamanie podstawowych zasad humanitaryzmu: równości, sprawiedliwości społecznej i miłości bliźniego przekształca humanitaryzm ideologii i religii w pseudohumanitaryzm. Dzięki tym hasłom, tylko elity lub jednostki sprawujące władzę, a nie masy społeczne, osiągają realne i wymierne korzyści. W istocie, hasła humanitaryzmu głoszone przez religię i ideologię są instrumentalnie wykorzystywane do tworzenia głębokich podziałów ludzi, nawet na obozy wrogie sobie i zwalczające się nawzajem, gdyż częściej od czegoś konkretnego i rzeczy materialnych przedmiotem antagonizmów i walk jest coś abstrakcyjnego i idee. Świadczą o tym choćby akty samobójczych ataków terrorystycznych dokonywane przez fanatyków islamskich. A największym powodem do sprzeczek nie jest obraza człowieka, lecz bóstwa, w które on wierzy. Dowodem na to są na przykład terrorystyczne akty odwetu islamistów w odpowiedzi na satyryczne wizerunki Allacha i agresywne zachowania katolików i prowadzone przez ich wojny w obronie krzyża będącego symbolem ich Boga, wiary i kultu.
Pod rękę z polityką
Alians rozmaitych religii z polityką istniał od dawna i narastał z upływem wieków. Jednak szczególnie zacieśniały się związki polityki z religiami monoteistycznymi: judaizmem, chrześcijaństwem (ściślej: katolicyzmem) oraz islamem. Ze sprzężenia religii z polityką nie wynika nic dobrego dla społeczeństwa. Nawet kult jednostki utożsamiający jakiegoś władcę (przywódcę) z bogiem jest jednym ze szkodliwych skutków związku polityki z religią monoteistyczną. Nie byłby on możliwy w przypadku związania się polityki z religią politeistyczną, bo wtedy trzeba by ubóstwiać nie jednego władcę, lecz wielu, a więc nie byłby to już kult tylko jednej osoby.
Odkąd w 337 r. cesarz Konstanty I przyjął na łożu śmierci wiarę chrześcijańską, monarchia rzymska, która uznawała się za imperium i rościła sobie pretensje do władzy globalnej, zerwała z rzymskim politeizmem i związała się z monoteizmem chrześcijańskim. Wkrótce władzę świecką (w pewnym sensie globalną) sprawował jeden cesarz, a władzę kościelną – jeden papież.
Wraz z panowaniem jednego cesarza pod jednym Bogiem skończyła się poliarchia (przeciwieństwo monarchii) i skończył się politeizm.
(p. Almut Hofert, Kaisertum und Kalifat: Der imperiale monotheismus im fruch- und Hochmittelalter (Globalgeschichte), Frankfurt M.,2015), Frankfurt M. 2015). Jednak wkrótce to przymierze papieży z monarchami okazało się niekorzystne dla monarchów, bowiem zostali oni podporządkowani władzy papieży i biskupów, którzy ich koronowali, manipulowali nimi, sterowali ich polityką i wymuszali od nich daniny oraz przywileje wynikające z konkordatów.
Również teraz to sprzężenie kościoła rzymskokatolickiego z władzą świecką, a właściwie nieformalna i często skryta dominacja kościoła w różnych obszarach polityki, szkodzi państwu, kształtowaniu sie społeczeństwa obywatelskiego i hamuje rozwój demokracji oraz postęp cywilizacyjny.
Wiele argumentów teoretycznych i faktów zaczerpniętych z doświadczenia historycznego przemawia za słusznością hipotezy, że religie politeistyczne są o wiele mniej podatne na wpływy ideologii świeckich aniżeli monoteistyczne. W zasadzie ani buddyzm, ani taoizm nie uległy liczącej się ideologizacji i nie wykazują zakusów imperialistycznych - w szczególności nie prowadzą wojen mających na celu wyznaniowy (ekumeniczny) podbój świata - w przeciwieństwie do katolicyzmu i islamu, które niemal całkowicie przekształcają się w ideologie polityczne.
Jedynie katolicyzm realizuje od dawna swoje cele ekspansjonistyczne za pomocą rozprzestrzeniającego się tzw. ruchu misyjnego w celu chrystianizacji „wierzących inaczej”. A de facto misje są przyczółkami, bazami lub agenturami kościoła katolickiego znajdującymi się na wszystkich kontynentach i w wielu nieochrzczonych i nieskonkordatyzowanych jeszcze państwach, które kościół usiłuje podbijać na drodze pokojowej by powiększyć liczbę swych wyznawców. (Judaizm reprezentowany przez państwo Izrael tylko w minimalnym stopniu realizuje cele ekspansjonistyczne, dokonując aneksji niewielkich terytoriów państw ościennych.)
Toteż faktycznie w historii występował ekspansjonizm chrześcijański i islamski, a w ostatnich latach również terroryzm chrześcijański w wymiarze lokalnym (np. w Północnej Irlandii) oraz terroryzm islamski, który przybiera wymiar globalny. Dzieje się tak dlatego, ponieważ religie monoteistyczne często, szybko i łatwo przybierają postać fundamentalizmów z inspiracji ideologicznej i w wyniku kurczowego trzymania się niezmiennych dogmatów.
Znamienne jest to, że teraz fundamentaliści islamscy utworzyli swoje Państwo Islamskie, tak jak wcześniej wyznawcy judaizmu i chrześcijanie uznający się za „ludy wybrane” utworzyli swoje państwa - Watykan i Izrael. O ile te ostatnie są uznane przez inne państwa i są podmiotami prawa międzynarodowego, to pierwsze jeszcze nie, ale z pewnością będzie dążyć do uzyskania takiego samego statusu politycznego i uznania międzynarodowego. Przecież muzułmanie wcale nie są gorsi od żydów i katolików. Inne kościoły - politeistyczne i panteistyczne - nie mają i sądzę, że nie będą mieć takich aspiracji do stanowienia własnych państw.
Watykan daje zły przykład innym kościołom monoteistycznym. Dostrzegają one ogromne korzyści dla Kościoła wynikające z przyznania mu statusu państwa, dającego gwarancję ochrony przez społeczność międzynarodową oraz możliwość uczestniczenia w polityce światowej. Korzyści wynikają również z uznawania Watykanu za ogólnoświatowy autorytet moralny, nie mówiąc już o aspekcie finansowym.
A w ogóle realizacja polityki imperialistycznej przez jakikolwiek kościół jest skuteczniejsza, gdy ma on wsparcie we własnej państwowości i w organizacjach międzynarodowych. (Dziwne i symptomatyczne jest, że na sesje ogólne ONZ zaprasza się tylko głowę Kościoła katolickiego.) Na razie ekumena w sensie współistnienia i współpracy różnych kościołów i dążenia do jedności wyznawców różnych religii pozostaje wciąż tylko pobożnym życzeniem przywódców Kościoła katolickiego i ma nikłą szansę powodzenia. Głównie dlatego, że wielkie kościoły, przede wszystkim monoteistyczne, konkurują ze sobą w walce o dusze i o sfery wpływów, również o władzę i bogactwo. I żaden nie chce uznać prymatu Watykanu.
Religie monoteistyczne pojawiły się dopiero na pewnym etapie ewolucji społecznej. Obecnie współistnieją z religiami politeistycznymi. Trudno dziś przewidzieć, jak będzie przebiegać dalszy ich rozwój, czy kiedyś zanikną religie politeistyczne, czy monoteistyczne. Na razie górują monoteistyczne. Sądzę jednak, że byłoby lepiej dla dobra ludzkości, gdyby zlikwidowano monoteizm z jego negatywnymi konsekwencjami.