Filozofia (el)
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 6352
Technika decyduje również o zwycięstwie w walce konkurencyjnej w wielu sferach życia społecznego, przede wszystkim o panowanie w dziedzinach ekonomii i polityki. Postępowi technicznemu zawdzięczamy poprawę zdrowotności, rozwój intelektualny, wzrost sprawności cielesnej i umysłowej oraz poprawę komfortu życia. Jest jeszcze wiele innych korzyści wynikających z rozwoju techniki, których nie trzeba wyliczać, ponieważ są one powszechnie znane.
Postępu technicznego nie da się powstrzymać i zresztą nie warto, gdyż pozwala on zaspokajać nieustannie rosnące, ostatnio coraz bardziej, potrzeby ludzi. Chcąc żyć w ogóle, przeżyć w świecie pełnym zagrożeń, rozwijać się i mieć się coraz lepiej trzeba coraz bardziej rozwijać technikę. A im bardziej zwiększa się potrzeby, coraz więcej stara się osiągać i przyspiesza się tempo życia, tym bardziej musi się potęgować rozwój techniki. Najlepiej świadczy o tym historia techniki począwszy od dwudziestego wieku, kiedy lawinowo zaczęła narastać liczba wynalazków, w dużej mierze epokowych. Jesteśmy więc jakby skazani na coraz większy postęp techniczny, chociaż w gruncie rzeczy niejako z własnej woli.
>
Nowa funkcja techniki
Technika nie jest już tylko narzędziem koniecznym do przeżycia - przechytrzania przyrody - lecz również do świadomego przekształcania rzeczywistości przyrodniczej oraz społecznej i samego człowieka. W tym sensie, technika staje się coraz bardziej kooperantem człowieka w realizacji jego celów poza egzystencjalnych. Z różnych względów ta nowa funkcja techniki wydaje się ważniejsza od poprzedniej. Oczywiście, jak długo technika nie będzie w stanie kontrolować nieprzewidywalnych i groźnych zjawisk przyrodniczych (jak np. tsunami, wybuchy wulkanów, tajfuny), które bezpośrednio zagrażają naszemu istnieniu – a prawdopodobnie nigdy nie da się tego w pełni zrobić, ani zapobiegać skutkom tych zjawisk – tak długo aktualna będzie dotychczasowa rola techniki w przechytrzaniu przyrody.
Jednak w darwinowskiej walce z innymi gatunkami o byt i przeżycie, czyli o ich przechytrzenie, osiągnęliśmy już w ubiegłym wieku taki efekt, że inne gatunki -oprócz niektórych wyjątkowo opornych bakterii i wirusów - przestały nam w zasadzie zagrażać. Na odwrót, to my, ludzie, coraz bardziej zagrażamy ich istnieniu i przetrwaniu na Ziemi, i dlatego zaczęliśmy je chronić. To stworzyło podstawę do kształtowania nowego typu postawy ludzi wobec techniki.
Nie ulega wątpliwości, że ludzie boją się jeszcze techniki, ponieważ stwarza ona tak wiele realnych i potencjalnych zagrożeń oraz tak ryzykowne sytuacje, że powinno się jej bać i podchodzić do niej z dużą dozą nieufności. Zwłaszcza w ostatnich latach, kiedy zrodziło się wiele niepewności związanych z możliwością wykorzystania broni jądrowej, chemicznej, biologicznej, informatycznej i psychologicznej, z robotyzacją, inżynierią genetyczną oraz ingerencją techniki w świadomość i podświadomość. To nakłada się na negatywne doświadczenie historyczne w okresie industrializacji, kiedy technikę kojarzono głównie z maszynami, o których sądzono, że są istotnymi przyczynami wyzysku, bezrobocia i innych nieszczęść. Jest więc całkiem zrozumiałe, że musiało to zrodzić postawę wrogości wobec techniki i jej postępu.
Ale obecnie, równocześnie ze wzrostem wiedzy o zagrożeniach ze strony techniki zaczęto coraz bardziej dostrzegać dobrodziejstwa świadczone przez technikę i odnosić się do niej bardziej i przyjaźnie - jakby partnersko.
Po pierwsze, wiadomo, że technika nie jest dodatkiem do życia, lecz warunkiem koniecznym do przeżycia.
Po drugie, postęp techniczny w coraz większym stopniu zaspokaja najbardziej wyrafinowane potrzeby ludzkie.
Po trzecie, przyzwyczailiśmy się do korzystania z najwymyślniejszych urządzeń technicznych w życiu codziennym - w pracy, nauce oraz zabawie o wiele bardziej i w szerszym zakresie niż kiedykolwiek indziej.
Po czwarte, urządzenia techniczne w coraz większym stopniu przejmują nasze funkcje w zakresie produkcji, myślenia, pamiętania, obliczania, coraz częściej używane są jako substytuty naszych naturalnych organów wewnętrznych.
Po piąte, dzięki postępowi technicznemu w dziedzinie kosmetyki można dowolnie zmieniać swój wygląd.
Po szóste, urządzenia techniczne, przede wszystkim różnego rodzaju automaty, które zastępują ludzi w sferach wykonawstwa, sterowania i kontroli, obdarza się nadmiernym zaufaniem - pozwala to człowiekowi czuć się zwolnionym od odpowiedzialności. Często jest tak, że w sytuacjach krytycznych człowiek zdaje się całkowicie na urządzenie techniczne i nie on, lecz to urządzenie dokonuje za niego wyborów. Zapomina o tym, że podczas interakcji z techniką w ogóle, a w szczególności z automatem, w końcowym momencie jego decyzja podejmowana na podstawie danych przekazywanych przez urządzania techniczne jest ważniejsza od tych decyzji, którą sugeruje automat.
> Symbioza czy uzależnienie?
Od niedawna, człowiek zaczął żyć w symbiozie z techniką; dotyczy to ludzi w każdym wieku – od przedszkolaka do emeryta. Być może dlatego, że technika wyalienowała się do tego stopnia, że rządzi się sama, a człowiek poczuł się bezsilny wobec mechanizmów jej rozwoju i uznał, że jeśli nie da się z nią walczyć, to lepiej będzie z nią współżyć.
Z różnych powodów ludzie związali się z różnego rodzaju urządzeniami technicznymi do tego stopnia, że są mocno zależni od nich, a nawet uzależnieni, jak od używek albo narkotyków. (Mówi się już o chorobie internetowej).
Z pewnością zaznaczył się tu wielki wpływ ideologii konsumpcjonizmu, co można uznać za jego dobrą stronę. Nowinki techniczne, a produkuje się ich coraz więcej, są elementami mody i wyznacznikami nowoczesności. A kto śmiałby się sprzeciwić modzie albo uchodzić za niepostępowego? Wobec tego za sprawą mody na postępowość i z obawy przed wykluczeniem społecznym ludzie stali się niewolnikami techniki. W tym wyraża się specyficzny paradoks: postęp techniczny, który bez wątpienia wyzwala ludzi od działania ślepych sił przyrody a także od uwarunkowań społecznych, przyczynia się do coraz większego zniewolenia.
Mimo to, ludzie rozwijają, intensyfikują i przyspieszają tempo rozwoju technicznego świadomi tego, że w rzeczy samej działają na swoją szkodę. Zachowują się głupiej od ciem lecących do płomienia, który je spala, o czym one nie wiedzą, w przeciwieństwie do ludzi, którzy świadomi są niebezpieczeństw wynikających z postępu technicznego, a mimo to nie chcą go ograniczać.
Albowiem prawda jest taka, że znaczna większość ludzi jest zafascynowana współczesną techniką i dobrodziejstwami, jakie niesie postęp techniczny i nawet, jeśli dociera do nich wiedza o zagrożeniach ze strony techniki – a trudno przypuszczać, że nie – to i tak w życiu codziennym zagonieni i zajęci mnóstwem swoich spraw, nie zwracają na nie uwagi. A może też nie chcą.
Niefrasobliwość
Więc, skoro technika wyświadcza tyle dobra, to nie ma powodu, żeby się jej bać. A w imię czego ma się ograniczać postęp techniczny? Dlatego, że kiedyś - być może - zgodnie z prognozami pesymistów dojdzie do zagłady ludzkości? Jeśli nawet tak się stanie, to w tak odległej i niewyobrażalnej przyszłości, że nie warto dzisiaj przejmować się tym na zapas. Nie można też tego wykluczyć, że prognostycy mylą się w swych przewidywaniach i ten koszmarny scenariusz nigdy nie urzeczywistni się, a postęp techniczny będzie pomagał naszemu gatunkowi w walce o byt i przetrwanie oraz w spełnianiu coraz bardziej wyrafinowanych potrzeb, tak jak dotychczas.
Chyba taki pogląd na postęp techniczny i w zasadzie niefrasobliwa postawa w stosunku do techniki przeważa wśród mas społecznych. Możliwe, że jest ona skutkiem celowego ogłupiania ich między innymi za pomocą znanego skądinąd zawołania Nie lękajcie się! – tutaj w domyśle - potwora techniki. Niech on dalej rozrasta się, pręży i nakręca bez końca sprężyny produkcji i konsumpcji ku zadowoleniu mas i ogromnej uciesze światowej finansjery.
Wiele rzeczy wskazuje na to, że od niedawna, bo mniej więcej od około pięćdziesięciu lat, postęp w dziedzinie techniki nie tyle pomaga ludziom w ich naturalnym czy instynktownym dążeniu do przetrwania, co przeszkadza. Co gorsza, znacznie przyczynia się do dehumanizacji naszego gatunku.
Okazuje się bowiem, że im większe są osiągnięcia techniki oraz ingerencja urządzeń technicznych w życie ludzi, nawet w dobrych celach, tym bardziej ulęgają redukcji istotne cechy gatunkowe ludzi i postępuje proces odczłowieczania stosunków międzyludzkich, polegającego na ich odpodmiotowieniu.
Ze skutecznego oręża wspomagającego życie i przetrwanie technika zaczęła powoli na nowo stawać się równie skutecznym narzędziem niszczenia swoich wytwórców - ludzi. To, oczywiście budzi niepokój wielu specjalistów z różnych dziedzin nauki oraz filozofów zajmujących się refleksją nad człowiekiem, jego przyszłością i środowiskiem życia. Jednak ich apel, by postęp techniki poddać kontroli na przykład w ramach realizacji projektu oraz postulatów rozwoju zrównoważonego nie odnosi skutku.
Nadal przeważa prymitywne myślenie ekonomiczne - zorientowane przede wszystkim na zysk za wszelką cenę - nad myśleniem ekologicznym oraz rozsądkiem. A nie ma większego wroga dla człowieka niż brak rozsądku. Oprócz tego, ludzi apelujących o rozwagę jest o wiele mniej niż fascynatów postępu technicznego, a - jak wiadomo - nec Hercules contra plures. Czy w takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak mając na uwadze przede wszystkim troskę o nasze tu i teraz wciąż postępować nie całkiem rozsądnie, zgodnie z zaleceniem maksymy Nie lękajcie się techniki nie martwiąc się o to, co z tego wyniknie dla przyszłych pokoleń i stanu biosfery ziemskiej?
Wiesław Sztumski
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 6580
Jak długo natura będzie znosić kaprysy ludzi i kiedy zahamuje nadmierną i wyniszczającą ingerencję człowieka, nie zawsze potrzebną? Czy w końcu ukarze niesfornego intruza, jakim jest ludzkość? Kiedy zmagania kultury z naturą osiągną punkt krytyczny, od którego rozpocznie się triumf natury nad kulturą? Co prędzej zginie: gatunek ludzki, natura, czy jedno razem z drugim? To są pytania, na które dziś trudno odpowiedzieć, ale warto poświęcić im chwilę uwagi.
Historia ludzkości jest między innymi pasmem nieustannych zmagań człowieka z przyrodą, albo kultury z naturą. Są one warunkiem sine qua non przetrwania biologicznego i zaspokajania różnych potrzeb ludzkich, nie tylko egzystencjalnych. Walka przeciw naturze zaostrza się wraz z postępującą cywilizacją zachodnią, a ludzie odnoszą zwycięstwa proporcjonalnie do postępu nauki i techniki. To umacnia w nich przekonanie o możliwości pełnego panowania nad przyrodą, przyczynia się do ciągłej eskalacji potrzeb i pojawiania się nowych wyzwań, których realizacja wymaga potęgowania tej walki. Dlatego przyroda, która powołała gatunek ludzki na drodze ewolucji i która żywi ludzi, stała się największym ich wrogiem, a najważniejszą sprawą dla nich jest pokonanie jej i podporządkowanie sobie.
Przeto nie dziwi, że przyroda traktuje ludzi jak niewdzięcznych intruzów - nie tak łatwo chce im ulec i na swoje sposoby broni się zaciekle przed destrukcją. Coraz częściej zaskakuje nas różnymi nieprzewidzianymi zjawiskami katastroficznymi: wybuchami wulkanów, tsunami, powodziami, trzęsieniami ziemi, ocieplaniem, tornadami, mutacjami bakterii, epidemiami itp.
Te zjawiska powinny wzbudzić nie tylko refleksję i opamiętanie się ludzi, ale również rewerencję dla przyrody. Niestety, jeśli wzbudzają, to tylko chwilowo, ponieważ siły napędowe postępu cywilizacyjnego, względy ekonomiczne oraz wiara w nieograniczoną i zbawczą moc techniki porywają ludzi do dalszej walki z przyrodą wbrew rozsądkowi, a odnoszenie triumfów skutkuje szybkim zapominaniem o przykrych „odwetach” ze strony przyrody.
Pycha człowieka
Postęp techniki, głównie niekontrolowany, powoduje demontaż naturalnej homeostazy układu „człowiek-przyroda”. Wskutek tego staje się on coraz bardziej nierównowagowy i asymetryczny z tendencją - jak na razie - do uzyskiwania coraz większej przewagi człowieka nad przyrodą. Ludziom wydaje się, że w wyniku dalszego przyspieszonego postępu technicznego, zwłaszcza pozyskiwania coraz potężniejszych źródeł energii, będą mogli wciąż bezkarnie eksploatować przyrodę i rujnować ją jak nigdy dotąd, jeśli tylko zechcą, i że już są w stanie zniszczyć ją za pomocą zgromadzonej broni atomowej, chemicznej i bakteriologicznej. Możliwe, że im się to uda, gdy nadal będą kierować się głupotą, a nie mądrością, i obchodzić się z przyrodą nieroztropnie, nieodpowiedzialnie i antyekologicznie.
Niewykluczone, że przyroda odreagowuje na te działania intruzów w ten sposób, że „mści się” na nich za to, że ją niszczą i dlatego chce wykończyć ludzi, czyniąc ich coraz głupszymi w myśl znanej sentencji stultum facit fortuna, quem perdere vult (kogo los chce zgubić, tego głupcem czyni), gdzie w miejsce słowa fortuna należy wstawić słowo natura. Mimo wszystko, totalne zniszczenie przyrody przez ludzi jest mało prawdopodobne, choćby dlatego, że poszczególne składniki systemu nie mogą w całości zniszczyć go od wewnątrz. Możliwe są tylko lokalne zniszczenia przyrody, które zresztą tu i ówdzie już miały miejsce i nadal się dokonują.
Na coraz większą skalę postępuje łamanie przez ludzi ustalonego od wieków ładu w przyrodzie w wyniku osłabiania silnych zależności deterministycznych oraz wprowadzania elementów chaosu. Jak dotychczas, nie na wiele zdają się próby implementacji idei rozwoju zrównoważonego. (Zob. W. S., The Impact of Sustainable Development on the Homeostasis of the Social Environment and the Matter of Survival, w: „Problemy Ekorozwoju – Problems of Sustainable Development” 2016, Vol. 11, No 1). Będzie tak dopóty, dopóki cele ekonomiczne będą uznawane za ważniejsze od ekologicznych, a myślenie futurystyczne, naturalne dla istot żywych, będzie wypierane przez myślenie prezentystyczne, ukształtowane przez kulturę, w którym dążenie do osiągania maksymalnego zysku hic et nunc góruje nad dążeniem do jak najdłuższego przetrwania gatunku ludzkiego.
Zgubne skutki destabilizacji
Nietrudno wyobrazić sobie zgubne skutki demontażu homeostazy, narastającej nierównowagi, rozluźniania więzi deterministycznych i likwidacji ładu w świecie przyrody. Jednym z nich, istotnym dla funkcjonowania ludzi, jest narastająca niepewność i nieprzewidywalność zjawisk przyrodniczych, mimo znacznego przyrostu wiedzy w ciągu ostatnich dziesięcioleci. Wskutek tego świat i życie ludzkie stają się coraz bardziej ryzykowne, a w życiu ludzi niepewność, przypadki i zdarzenia losowe odgrywają coraz większą rolę w porównaniu z regularnościami oraz koniecznościami.
Narastająca niepewność i nieprzewidywalność dotyczy również socjosfery. Tam też czynniki losowe i subiektywne bardziej decydują o życiu ludzi i przebiegu wydarzeń aniżeli czynniki obiektywne i te, które wynikają z prawidłowości społecznych.
Przewidywalność zdarzeń jednostkowych i losowych spada na przekór postępów probabilistyki, statystyki i osiągnięć w dziedzinie komputeryzacji umożliwiających wykonywanie superszybkich obliczeń.
Odkrywa się mnóstwo zależności dla zdarzeń masowych w przyrodzie i społeczeństwie, które przedstawia się w postaci różnych rozkładów i prawidłowości statystycznych. Na ich podstawie można wprawdzie coraz dokładniej wyliczyć prawdopodobieństwo jakiegoś zdarzenia, lecz nie da się dokładnie przewidzieć, kiedy i gdzie pojawi się konkretne zdarzenie jednostkowe (przypadkowe), które zdecyduje o dalszych losach przyrody i życiu ludzi.
Drugim skutkiem jest stopniowa perturbacja porządku naturalnego, która może doprowadzić do zamieszania. Postępuje ona w wyniku ingerencji ludzi w przyrodę i socjosferę, która polega między innymi na redukcji naturalności i wprowadzaniu w jej miejsce sztuczności oraz na osłabianiu ładu naturalnego wskutek zastępowania go ładem sztucznym, narzucanym przez kulturę. Dotyczy to różnych elementów oraz obszarów natury, które albo są wypierane przez elementy kultury, albo są cywilizowane, czyli poddawane swoistej „obróbce” kulturowej przez ludzi.
Zanik naturalności nie jest niczym nowym; postępował, odkąd ludzie zaczęli wytwarzać artefakty, a więc proporcjonalnie do rozwoju techniki. Jednak obecnie liczba elementów naturalnych zmniejszyła się tak drastycznie, że faktycznie żyjemy w świecie sztucznym, zapełnionym przez artefakty, gdzie nieliczne elementy naturalne występują jeszcze w postaci oaz lub rezerwatów podlegających ochronie. (Zob. W.S., Człowiek w środowisku artefaktów, w: „Problemy Ekologii“, Nr 6, 2006)
Za sprawą postępu medycyny oraz farmakologii, wspomaganych przez technikę współczesną, sztuczność przeważa nie tylko w przyrodzie i społeczeństwie, ale również w samym człowieku - w jego organizmie i psychice. (Zob. W. S., Postęp medycyny - cieszyć się, czy smucić? , „SN”, Nr 5, 2014) Naturalne odczucia smaku, zapachu, piękna itp. właściwe naszemu gatunkowi, a więc w pewnej mierze ponadczasowe, są coraz bardziej zastępowane przez sztuczne, kreowane przez kulturę, modę i style, które ciągle zmieniają się.
Wobec tego, smakuje to, co ma smakować zgodnie z gustem przedstawicieli sztuki kulinarnej; pachnie to, co wydaje woń taką, jaką zalecają producenci kosmetyków; piękne jest to, o czym decydują twórcy i krytycy dzieł sztuki, wizażyści oraz odbiorcy kultury masowej; myśli się tak, jak nakazują modne style myślenia; odczuwa się zgodnie z obowiązującymi stereotypami wyrażania emocji.
Ogłupianie ludzkości
W konsekwencji narzucania rozmaitych sztucznych wzorców odnoszących się do zachowań, postaw, myślenia, odczuwania i działań ludzie w coraz mniejszym stopniu kierują się instynktem, nawet tym najważniejszym - samozachowawczym.
Świadczy o tym wciąż rosnąca pogarda dla życia własnego i cudzego wyrażająca się we wzroście liczby zabójstw i samobójstw nawet z udziałem młodocianych, często z całkiem błahych powodów. Między innymi tym właśnie ludzie współcześni różnią się od innych istot żywych, dla których najważniejszymi celami życiowymi są własne przeżycie i zachowanie (przetrwanie) swojego gatunku.
Oto do jakiego stopnia współczesna cywilizacja zachodnia i odpowiadająca jej kultura oraz ideologia zdołały ogłupić ludzkość w ciągu niespełna stu lat. Co z postępu medycyny, skoro ludzie postępując nieodpowiedzialnie i nierozsądnie, z własnej woli narażają lekkomyślnie na szwank swoje zdrowie i życie na przykład w wyniku brawurowej jazdy, masowego uprawiania sportów ekstremalnych, nadużywania alkoholu oraz zażywania narkotyków, środków odurzających i pobudzających itd.
Dominacja sztuczności nad naturalnością występuje również w dziedzinie prawa. W coraz mniejszym stopniu obowiązują prawa naturalne - są one zastępowane prawami stanowionymi. Przez prawa naturalne rozumiem normy lub standardy myślenia, zachowania się i działania ludzi ukształtowane przez naturę, tj. przez przyrodę, przez przyrodnicze warunki bytowania.
Nie są prawami natury normy narzucane przez wierzenia religijne, a więc przez kulturę, chociaż czasami występuje zgodność między nimi i prawami przyrodniczymi. Na przykład, uznawanie zakazu aborcji czy eutanazji za prawo natury jest nadużyciem semantycznym ze strony instytucji kościelnych, ponieważ prawo natury pojmują one jako prawo ustanowione przez boga i kościół, a więc jednak stanowione.
Takie rozumienie prawa natury zasadza się na uznawaniu boga i religii za elementy natury, a nie kultury czy świadomości, co jest ewidentnym fałszem. Zwierzęta wprawdzie nie dokonują aborcji, nie dlatego, że tak im nakazuje natura, tylko że nie mają takiej możliwości. Niemniej jednak, kierując się prawem natury i interesem gatunku, porzucają, zagryzają, albo zjadają noworodki, o których instynktownie wiedzą, że nie będą w stanie przeżyć w naturalnych warunkach bez sztucznego wspomagania. Inaczej niż u ludzi, którzy kierując się rzekomymi prawami natury, ustanawiają prawa chroniące życie od poczęcia i zmuszają kobiety do rodzenia dzieci kompletnie zdeformowanych, albo w ogóle niezdolnych do przeżycia mimo osiągnięć medycyny i techniki.
Prawa stanowione przez ludzi - wbrew naturze, albo zgodne z nią - mają swe źródło nie w przyrodzie, lecz w kulturze - w poglądach, wierzeniach, ideologiach itp. O ile prawa natury nie zmieniają się wcale, albo ulegają powolnej modyfikacji w ciągu ewolucji przyrody, to prawa stanowione zmieniają się w zależności od sytuacji społecznych, w szczególności od tego, w czyich rękach spoczywa władza. A ich zmiany dokonują się coraz szybciej wskutek wzrastającej akceleracji ewolucji społecznej oraz tempa życia ludzi.
…i dziczenie ludzi
Innym skutkiem odchodzenia od praw natury jest wynaturzanie się ludzi, czyli ich dziczenie. Kultura, zamiast rozwijać i umacniać cechy gatunkowe ludzi, czyli czynić ich bardziej uczłowieczonymi w sensie biologicznym, stopniowo pozbawia ich tych cech i tym samym odczłowiecza. A im bardziej ludzie oddalają się od natury, tym bardziej wyzbywają się cech właściwych gatunkowi homo sapiens.
Na współczesnym etapie rozwoju kultury i cywilizacji zachodniej, ludzie dziczeją pod wieloma względami proporcjonalnie do tempa tego rozwoju. Nie wydaje mi się, aby kultura w ogóle, a w szczególności teraźniejsza kultura zachodnia, humanizowała ludzi w sensie społecznym i duchowym. Liczne fakty oraz zjawiska potwierdzają moje przypuszczenie. (Zob. W.S., Globalne dziczenie , „SN”, Nr 10, 2015)
Trzecim skutkiem jest deregulacja układu człowiek-społeczeństwo. Chociaż ingerencja człowieka w sprawy przyrody nie odbija się bezpośrednio na socjosferze, to zmienia ją implicite. Wszakże przyroda jest jednym z istotnych determinantów środowiska społecznego. Dlatego zakłócanie porządku, naruszanie homeostazy i wzrost nierównowagi oraz chaosu w układach przyrody po krótszym, albo dłuższym czasie muszą odbić się również na układach społecznych w postaci zmiany ich charakteru i zakłócania porządków panujących w nich, a w konsekwencji także relacji między jednostkami, między jednostkami i grupami oraz między grupami.
Postęp techniki umożliwia coraz większą ingerencję w systemy i stosunki społeczne. Im lepsza technika, tym więcej zmian ludzie mogą w nich wprowadzać. Toteż coraz częściej i na większą skalę zmieniają swoje warunki życia społecznego rozmyślnie, chociaż nie zawsze mądrze, ani na lepsze w postaci „dobrej zmiany”.
Ale ludzie pragną zmian, zwłaszcza zasadniczych i rewolucyjnych, przeważnie wtedy, gdy po pewnym czasie znudzi im się życie w warunkach równowagi i stabilizacji, korzystnych dla nich. Przykładem tego są ostatnie wybory parlamentarne lub prezydenckie na Węgrzech w Austrii, Polsce i USA oraz darzenie coraz większą sympatią frakcji skrajnych, radykalnych, anarchistycznych, fundamentalistycznych czy neofaszystowskich, a w przyszłości, być może, neokomunistycznych. Wierzą naiwnie w dobrodziejstwo zmian, w efekcie których będzie się lepiej żyć, ponieważ znikną istotne sprzeczności społeczne i zapanuje ład oparty na sprawiedliwości oraz poszanowaniu prawa. Zrazu nie uświadamiają sobie tego, że po stosunkowo krótkim czasie, potrzebnym na przejście od stanu nierównowagi systemu społecznego spowodowanego zmianą, do stanu równowagi, znów nastąpi stabilizacja i wszystko będzie nadal toczyć się po staremu.
Tyle tylko, że - jak pokazuje historia - rewolucje społeczne tylko pozornie i z początku poprawiają warunki życia ludzi i to nie wszystkich. Nowe systemy społeczne mają zazwyczaj więcej wad niż zalet, dlatego choćby, że po każdej rewolucji następuje coraz większa deregulacja układów społecznych. Można by to tłumaczyć działaniem zasady wzrostu entropii w układach społecznych, w myśl której stale postępuje w nich dezorganizacja, zakłócanie porządku i narastanie chaosu, o ile naprawdę układy społeczne są podobne do przyrodniczych i dlatego te same prawa obowiązują w jednych i drugich układach.
Niestety, opamiętanie ludzi przychodzi za późno, a procesów dziejowych nie daje się odwracać. Tak więc pojawiają się kolejne rozczarowania zmianami. A i tak ludzie, głównie młodzi, będą chcieli wszystko zmienić i zaprowadzać nowe porządki, złudnie spodziewając się po nich czegoś lepszego.
Kryzysy ekologiczne, jak inne, rodzą się w głowach ludzi - w ich świadomości i od zmiany świadomości należy rozpocząć zapobieganie im i przezwyciężanie ich. Ochrona przyrody nie powinna ograniczać się do zmniejszania stopnia degradacji środowiska, tzn. do zwalczania symptomów. Ma przede wszystkim likwidować przyczyny.
Jedną z nich jest wciąż niedostateczna świadomość ekologiczna, nie tylko w krajach słabo rozwiniętych. Jej brak da się nadrobić w wyniku odpowiednich działań edukacyjnych.
Drugą jest walka ludzi z przyrodą, która leży głęboko w naturze ludzi, najgłupszego gatunku biologicznego, który ulegając wpływom kultury niszczy swoje środowisko w sposób niemądry i samobójczo. Ta przyczyna mogłaby być zlikwidowana w wyniku pełnego zwycięstwa kultury nad naturą człowieka, ale czy nie okaże się ono zwycięstwem pyrrusowym?
Wiesław Sztumski
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 1551
Postawa konsumpcjonistyczna wyrażająca się w pazerności oraz chęci bogacenia się za wszelką cenę kosztem innych jest zjawiskiem naturalnym, nasilającym się wraz z postępem kapitalizmu. Ludzie stopniowo przywykali się do niej w ciągu co najmniej dwóch stuleci, a w naszym kraju - w ciągu ostatnich trzydziestu lat.
To tłumaczy, dlaczego w dzisiejszych czasach nie traktuje się jej jak czegoś kuriozalnego i toleruje się ją, aczkolwiek niechętnie, jak wszelki rodzaj wyzysku. A i trudno ją zwalczać, bo mniej zamożni ludzie, poddani presji ideologii konsumpcjonizmu, chcą dorównać bogactwem ludziom bogatszym od siebie.
Wskutek tego, coraz mocniej nakręcają spiralę bogacenia się. Dlatego coraz częściej i na szerszą skalę postępują w sposób urągający obowiązującym regulacjom prawnym i normom moralnym, a często wbrew sumieniu, o ile jeszcze go mają.
Są jednak pewne granice tolerancji dla poczynań drapieżników społecznych, dla których trudno o przyzwolenie społeczne; chyba że wskutek upodobniania się do maszyn ludzie stali się do tego stopnia obojętni na wszystko, że brak im jakiejkolwiek empatii i nikogo im nie żal.
Najgorszymi drapieżnikami społecznymi są żerujący na jednostkach, które z racji swego wieku, choroby lub sytuacji życiowej są całkowicie bezbronni, bezradni i zdani na łaskę innych. Nazwa „drapieżnik” jest zbyt łagodna i nie oddaje istoty rzeczy. W istocie są to stwory podobne do padlinożernych sępów, hien, albo szakali, a w każdym razie niegodni miana człowieka – ordynarni łupieżcy, wszak człowiek, to brzmi dumnie. Coraz częściej z własnego doświadczenia i środków przekazu masowego dowiadujemy się o niegodziwościach, aferach i złych uczynkach, których są oni sprawcami.
• Dowiadujemy się o agresywnym oferowaniu przez ajentów - łupieżców i wyłudzaczy ludziom starym, często mało sprawnym umysłowo i nie znającym się na funkcjonowaniu banków lub parabanków oraz na żargonie finansistów, korzystnych, a faktycznie wysokooprocentowanych kredytów, również pod zastaw hipoteczny. Efektem tego jest zagarnięcie dorobku życiowego tych ludzi przez łupieżców.
• Nagminne jest namawianie klientów różnych banków na niby intratne lokaty lub karty kredytowe, które w rzeczywistości przysparzają zyski bankom, a jeżeli nawet klientom, to w znikomej mierze, nieporównywalnej z zyskiem banku.
• W programie telewizyjnym „Sprawa dla reportera” przedstawiane są przykłady znieczulicy ludzi bogatych będących u władzy, albo mających jakąkolwiek przewagę nad innymi na kłopoty tych, którzy znaleźli się z różnych przyczyn w trudnych sytuacjach życiowych niekiedy z własnej winy. Za wielkie osiągnięcie uznaje się sporadyczne przypadki pomocy i wybrnięcie po długotrwałych zabiegach ludzi dobrej woli (tacy też się zdarzają) z kłopotów; a przecież to powinno być zjawiskiem normalnym.
• Od czasu do czasu dowiadujemy się o wyjątkowo bohaterskich czynach, nagradzanych pieniędzmi, medalami albo dyplomami, za które uznaje się to, co należy do obowiązków pracowniczych lub zwykłych powinności ludzkich. Tak oto bohaterem ogłoszonym wszem i wobec jest strażak, który uratował staruszkę z płonącego domu, albo policjant, który kogoś reanimował. A niby co mieli robić – gapić się, jak giną ludzie?
• Ostatnio dowiedzieliśmy się, że jakiś szpital nie zainstalował telewizorów zakupionych przez darczyńców z inicjatywy rodziców w salach dla dzieci oddziału onkologicznego. W zamian oferuje płatną telewizję za 10 zł dziennie.
Kto temu winien: czy Minister Zdrowia, czy dyrektor szpitala - bezduszny i pozbawiony sumienia urzędniczyna, który nie uświadamia sobie, ile krzywdy wyrządził ciężko chorym dzieciom, ich rodzicom i darczyńcom?
A w ogóle, skąd się wziął zwyczaj pobierania opłat (przeciętnie 2 zł za godzinę) od pacjentów szpitali i dlaczego dyrektorzy szpitali zatrudniają jakieś firmy świadczące takie usługi, czyżby na mocy jakichś koneksji albo zmowy? Można ewentualnie obciążyć pacjenta kosztami zużycia energii elektrycznej, ale są one znikome.
• Inną bulwersującą sprawą jest handel na terenie szpitali. Ceny towarów w kioskach, sklepikach i barach są tam o wiele wyższe aniżeli w innych miejscach. Wiadomo dlaczego, bo chory musi się tam zaopatrywać, nie ma wyboru i chcąc nie chcąc, staje się ofiarą bezlitosnych sprzedawców-łupieżców bogacących się na krzywdzie ludzkiej.
• Powszechne jest zjawisko namawiania przez aptekarzy ludzi chorych do zakupu drogich leków (rzekomo skuteczniejszych), albo pseudoleków, nazywanych dla zmylenia suplementami diety, których skuteczność jest podobna do „maści św. Tekli”, albo wody święconej, jeżeli nie działają jak leki pro psyche.
Producenci farmaceutyków wypuszczają na rynek pod różnymi nowymi nazwami te same leki, ale albo z domieszkami różnych substancji bez znaczenia, albo z większą ilością składników leczniczych, co jest pozbawione sensu, bo organizm i tak przyjmuje tyle, ile jest w stanie, a resztę po prostu wydala. (Przed czterdziestu laty opowiadał mi prof. Julian Aleksandrowicz, jak przed wojną niektórzy lekarze oszukiwali pacjentów. Otóż do składu lekarstwa dopisywali np. cukier, albo substancję barwiącą na niebiesko - wtedy nie było lekarstw w tym kolorze - które nie miały właściwości leczniczych. Dzięki temu zyskiwali uznanie pacjentów, ponieważ zapisywali leki niecodzienne i przysparzali zyski aptekarzom). Zresztą, kto sprawdza rzetelnie ich skład? Nawet, gdyby bardzo chciał, to brakuje pieniędzy dla instytucji powołanych do wykonywania ekspertyz tak dużej liczby produktów.
A do tego dochodzi jeszcze sieć powiązań korupcyjnych. (Nb. na nic wyostrzone normy jakościowe dla artykułów spożywczych, kiedy Sanepid nie ma odpowiednich mocy przerobowych, ani pieniędzy na ich sprawdzanie).
Na kpinę zakrawa ustawiczne przypominanie w reklamach TV, by w sprawie szkodliwych działań leków konsultować się w aptekach, skoro o działaniu leku wiedzą tyle, ile przeczytają w Google. Z równie dobrym skutkiem można by kupować lekarstwa w automatach ustawionych w aptekach.
I pomyśleć, że to wszystko dzieje się w kraju w 90% katolickim, jeżeli wierzyć danym kościelnym, gdzie ludzie afiszują się swoim przywiązaniem do wiary. Może byłoby lepiej, gdyby zamiast tego bardziej przestrzegali przykazań boskich i kościelnych oraz nakazów papieskich, a przede wszystkim postępowali zgodnie z zasadą miłości bliźniego – każdego, nawet tego bezradnego, biednego i chorego - na co dzień i piętnowali swoich współwyznawców - łupieżców bezbronnych ofiar.
Wiesław Sztumski
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 9169
Mądrość ludu tworzą bezpośrednio doświadczenia życiowe ludzi zdobywane dawniej i teraz oraz różne rodzaje wiedzy, a w szczególności tzw. wiedza potoczna, której wiele określeń znajduje się w literaturze pedagogicznej, psychologicznej i filozoficznej.
Pośrednio tworzy ją wiele czynników świata sensorycznego i pomyślanego, które działają na świadomość i kształtują ją. Odkąd dzięki postępowi nauki dokonuje się coraz więcej odkryć naukowych i w ślad za nimi wynalazków technicznych, nauka nabiera coraz większego znaczenia w naszym życiu. Wszystko – potrzeba czy nie - wymaga naukowego potwierdzenia i dlatego wszystko próbuje się dowodzić naukowo, niejednokrotnie na siłę. Bowiem co nauka potwierdzi, jest święte. Sam przymiotnik „naukowy” jakby etykietuje pozytywnie. Dodawanie go do czegoś uświęca i uodparnia na poddawanie w wątpliwość oraz krytykę, zwłaszcza ze strony laików.
Krótko mówiąc, od kilkudziesięciu lat zapanowała moda na scjentyzm, przede wszystkim w krajach wysoko rozwiniętych gospodarczo. Co nienaukowe liczy się coraz mniej w różnych obszarach życia społecznego i dlatego jest pejoratywne. Nawet, gdy naukowe ekspertyzy wykonywane przez skorumpowanych naukowców są intencjonalnie fałszowane, co ostatnio coraz częściej się zdarza. W związku z tym pomniejsza się rolę wiedzy potocznej, a naukowej powiększa się niepomiernie. Znajduje to odbicie w pędzie do edukacji po jakikolwiek dyplom poświadczający nabycie wiedzy naukowej, choćby na najniższym poziomie i w najgorszych szkołach, gdyż posiadanie go do pewnego stopnia nobilituje człowieka i ułatwia mu przyjęcie do pracy.
Wiedza potoczna
Wiedzę potoczną rozumie się jako zasób informacji (wiadomości) uzyskanych dzięki doświadczeniu życiowemu danego człowieka albo innych ludzi, którzy udostępnili mu ją, albo przekazali w jakiś sposób. Jest to wiedza uzyskiwana na podstawie zdrowego rozsądku, intuicji, stereotypów i innych sposobów poznania pozanaukowego.
Nie zgadzam się z obiegowym twierdzeniem, jakoby wiedza potoczna była nabywana tylko przez zwykłych ludzi niedostatecznie wykształconych i pozbawionych przygotowania naukowego. Ludzie wykształceni, również naukowcy, także czerpią wiedzę z doświadczenia życiowego własnego lub innych ludzi i - jak „zwykli ludzie” - też korzystają z rozsądku i innych nieracjonalnych sposobów poznania, gdy nie są zmuszani do posługiwania się metodami naukowymi. Przecież każdy naturalny człowiek to nie automat zaprogramowany na myślenie wyłącznie za pomocą algorytmów naukowych, a swoją wiedzę kształtuje na różne sposoby i za pomocą różnych czynników oddziałujących na jego świadomość.
Nieprawdą jest też, że wiedza potoczna przeżyła się – była dobra i wystarczała ludziom w ciągu tysiącleci, a we współczesnej cywilizacji powinna ulec minimalizacji i ustąpić miejsca wiedzy naukowej. Wprawdzie wiedza potoczna bierze się z intuicji, przesądów i nie jest usystematyzowana, ale stąd nie wynika, jakoby miała być gorsza od naukowej.
Często podkreśla się, że mankamentem wiedzy potocznej jest jej nieweryfikowalność. Ale to też nie do końca jest prawdą. Sprawdza się ją na podstawie innych kryteriów weryfikacji aniżeli stosowanych w nauce. Czyżby były one naprawdę mniej wartościowe? Chyba nie. Mają przecież większe pole zastosowania od kryteriów naukowych, podobnie jak rozleglejsza jest wiedza potoczna od naukowej pod względem liczby ludzi (wszyscy ludzie mają wiedzę potoczną, a naukową ma niewielu) oraz zakresu (pole badań naukowych w odróżnieniu od dociekań potocznych jest mocno ograniczone przez obiektywne i subiektywne możliwości badaczy).
Fałszywa jest teza, że wiedza potoczna charakteryzuje się niższym stopniem prawdziwości niż wiedza naukowa. Zdaniem wybitnego filozofa nauki z UAM w Poznaniu Jana Sucha, wiedza potoczna, wywodząca się z reguły z doświadczenia zmysłowego, często okazuje się prawdziwa i niezawodna w działaniu praktycznym w nie mniejszym stopniu niż wiedza naukowa. Ponadto jest równie pewna.
Nie jest uzasadnione przekonanie, jakoby wiedzę potoczną uzyskiwano na drodze powierzchownych i pojedynczych obserwacji. Czasami są to obserwacje dokonywane przez pojedynczego obserwatora i powierzchowne, zależnie od jego możliwości poznawczych. Ale dopiero suma wiedzy gromadzona w ciągu bardzo długiego czasu przez wielu jednostkowych obserwatorów w ciągu ich życia i przekazywanej z pokolenia na pokolenie zaczyna funkcjonować w roli wiedzy potocznej w danej populacji w wyniku wnioskowania statystycznego i indukcyjnego.
Natomiast prawdą jest, że korzystanie z wiedzy potocznej nie wymaga intensywnego myślenia logicznego. Wiedzę potoczną można mieć o różnych rzeczach i sprawach z różnych dziedzin – religii, literatury i sztuki, poddawanych badaniom naukowym, filozoficznym i innym.
W zasadzie, wiedza potoczna spełnia takie same funkcje podstawowe, jak naukowa: wyjaśnia, opisuje i pozwala przewidywać.
Trudno orzec, która wiedza spełnia te funkcje lepiej, bo to zależy od tego, co przyjmie się za kryterium dobroci, które jest względne. Również można spierać się o to, która wiedza daje lepsze rezultaty aplikacyjne, ponieważ w wielu przypadkach, zwłaszcza w trudnych sytuacjach życiowych, lepszymi okazują się decyzje i działania podejmowane na podstawie wiedzy potocznej, tym bardziej wtedy, gdy trzeba podejmować je natychmiast i nie można pozwolić sobie na czasochłonne deliberacje naukowe.
Wiedza potoczna ogarnia obszary rzeczywistości, które ze względu na ograniczenia metodologiczne i wynikające z założeń idealizacyjnych nie są dostępne dla wiedzy naukowej. Istotnym wyróżnikiem wiedzy potocznej oraz w pewnym sensie jej zaletą jest łatwość jej opanowania, przekazywania i stosowania.
Wiedza naukowa
Wiedza naukowa charakteryzuje się wysokim stopniem ulogicznienia. Po pierwsze, tworzy logicznie uporządkowany system dedukcyjny, ponieważ jej twierdzenia pozostają w relacji wynikania logicznego. Po drugie, operuje pojęciami dobrze zdefiniowanymi, zgodnie z wymogami poprawności definicji. Po trzecie, jest systemem koherentnym, gdyż nie zawiera twierdzeń wzajemnie przeczących sobie (obowiązuje zasada wyłączonego środka). Charakteryzuje ją wykraczanie poza ramy danych empirycznych, ponieważ usiłuje zbadać istotę obiektów badań, odkryć ich mechanizmy wewnętrzne i prawidłowości. Dlatego musi rozbudowywać teorie, posługiwać się pojęciami abstrakcyjnymi oraz ulegać postępującej matematyzacji. To czyni ją coraz bardziej hermetyczną, dostępną tylko dla ludzi posiadających wykształcenie specjalistyczne, a poza tym - przybliża ją do filozofii.
Dzięki matematyzacji i precyzji pojęć wiedza naukowa jest ścisła. To wszystko sprawia, że wiedza naukowa w porównaniu z wiedzą potoczną o wiele lepiej, jeśli nie wyłącznie, nadaje się do dokonywania wynalazków technicznych jak i w innych sferach działalności praktycznej. Pod tym względem wiedza naukowa ma niewątpliwą przewagę nad wiedzą potoczną. Pod innymi względami raczej nie.
Wiedza naukowa jest systemem dedukcyjnym i ma strukturę hierarchiczną – jej twierdzenia i teorie układają się od szczegółowych do najogólniejszych. U podstaw każdej z nich leżą przesłanki w postaci różnych idealizacji oraz warunków brzegowych, które nie mają i nie mogą mieć miejsca w świecie sensorycznym i dlatego nie dają się do końca zweryfikować za pomocą kryteriów empirycznych, uznanych w nauce za ostateczne nawet na poziomach szczegółowych. Faktycznie, nie ma takiej teorii naukowej, która byłaby zbudowana bez założeń mniej lub bardziej upraszczających i idealizujących rzeczywistość sensoryczną.
Tak jest na przykład w przypadku fizyki, która nota bene uchodzi za najbardziej ścisłą naukę, gdzie zakłada się istnienie doskonałej izolacji (termicznej, elektrycznej, mechanicznej itp.), ruchu beztarciowego, ciała doskonale sztywnego, układu zamkniętego niepoddanego oddziaływaniom z zewnątrz, stałej prędkości światła itd. Jest to konieczne, ponieważ fizyka nie opisuje bezpośrednio zjawisk występujących w świecie sensorycznym (chociaż je bada), tylko ich modele matematyczne, które są ich reprezentacjami, a więc składnikami świata pomyślanego. A modele matematyczne obiektów świata sensorycznego są zawsze ich uproszczeniami i idealizacjami, gdyż żaden zapis matematyczny nie jest w stanie odzwierciedlić w pełni tego, co jest i co dzieje się w świecie sensorycznym.
Wskutek tego teorie fizyki, jej prawa i zasady, obowiązują wyłącznie wtedy, gdy spełniają założenia idealizacyjne, które w ostatecznym rachunku przyjmuje się „na wiarę”. To upodabnia wiedzę naukową do potocznej, która też jest budowana na fundamencie nieweryfikowalnych supozycji oraz przekonań osobistych, również przyjmowanych „na wiarę”. A im ogólniejsza teoria, tym więcej i tym mocniejszych wymaga takich założeń.
Na ogół panuje przekonanie, że wiedza naukowa posiada większy potencjał heurystyczny aniżeli wiedza potoczna. Jest ono pozornie prawdziwe. Ludzie pracujący w obszarze wiedzy naukowej, przede wszystkim naukowcy, mają stopień swobody twórczości ograniczony przez różne zakazy lub nakazy wynikające z praw naukowych oraz z reguł metodologicznych. Przekraczanie tych ograniczeń nie jest łatwe. Ci, którzy to czynili, narażali się na mocną krytykę środowiska naukowego, a nawet na drwiny. Świadczy o tym wiele przykładów z życia wielkich odkrywców i wynalazców, których efektów nie uznawano, ponieważ ich hipotezy przeczyły powszechnie obowiązującym prawom lub zasadom naukowym, chociaż sprawdzały się w praktyce.
O wiele łatwiej mają w tym względzie laicy, którzy działają w obszarze wiedzy potocznej, bo nie znają żadnych reguł, zakazów, które paraliżują innowacyjność. Potencjał heurystyczny zmniejsza się proporcjonalnie do korzystania z wiedzy naukowej.
Nowe perspektywy rozwoju wiedzy potocznej w czasach kultu nauki
Na przekór scjentystom, wiedza potoczna będzie rozwijać się w wyniku utrudniania dostępu do edukacji na dobrym poziomie, obniżania poziomu nauczania i wysokich kosztów kształcenia w renomowanych szkołach jak również dość szybko postępującego zaniku genów inteligencji, czyli odpowiedzialnych za edukację.
Na podstawie wcześniejszych badań Geralda Crabtree w 2012 r. okazało się, że liczba genów inteligencji w genomie człowieka zmniejsza się z każdym pokoleniem, ponieważ ludzie potrzebują ich coraz mniej w wyniku narastającego wraz z postępem cywilizacyjnym lenistwa intelektualnego, a z ostatnich badań Karla Stefenssona w 2017 r. wynika, że czynniki genetyczne, które są powiązane z ilością czasu, jaki spędzamy na nauce, stają się coraz rzadsze w naszej puli genowej i ich liczba szybko zmniejsza się.
W wyniku naturalnej selekcji genów, które predysponują ludzi do osiągania coraz wyższego poziomu wykształcenia, rodzą się coraz głupsze pokolenia. Już teraz daje się zauważyć rosnąca polaryzacja między mądrością a głupotą oraz wiedzą naukową a potoczną. W świadomości ludzi narasta udział głupoty i wiedzy potocznej.
Dojdzie do tego, że tylko u niewielkiej liczby ludzi (wybitnych naukowców) wiedza naukowa będzie niepomiernie przeważać nad wiedzą potoczną. Ich liczba wystarczy do tego, by w pełni realizować i potęgować postęp naukowy. Reszta społeczeństwa będzie tylko konsumować jego efekty.
Oprócz tego, doświadczenie życiowe pokazuje, że masom społecznym w zupełności wystarcza wiedza potoczna w ich życiu codziennym, którą czerpią bezkrytycznie z różnych źródeł znajdujących się w rękach manipulantów i ogłupiaczy: od krewnych i znajomych, z wypowiedzi szalbierzy i polityków, filmów, prasy kolorowej, reklamy, kazań, przysłów, radia telewizji i Internetu. Wygodniej im żyje się z nią i lepiej im służy aniżeli wiedza naukowa, przede wszystkim w czasie wolnym od pracy zarobkowej.
We współczesnym świecie coraz bardziej kształtują się warunki sprzyjające rozwojowi wiedzy potocznej i rysują się dobre perspektywy dla jej upowszechniania, głównie dlatego, że dzięki mass mediom i Internetowi jest to wiedza powszechnie dostępna i łatwo przyswajalna, a jej zdobywanie nie wymaga zbyt wielkiego wysiłku umysłowego.
Stąd można wnioskować, że wiedza potoczna będzie przyczyniać się do wzrostu mądrości ludu jeszcze w jeszcze większym stopniu aniżeli wiedza naukowa. Jej udział w kształtowaniu mądrości ludu będzie wzrastać również w wyniku rosnącej przewagi myślenia irracjonalnego nad racjonalnym.
Różne są tego przyczyny, między innymi:
• Rozczarowanie postępem nauki, który nie likwiduje podstawowych sprzeczności i nierówności społecznych i nie tworzy dobrobytu dla mas, lecz przyczynia się do ich wzrastającej pauperyzacji.
• Wzrost religijności w związku z postępującą pauperyzacją oraz zniewalaniem i ogłupianiem mas.
• Wiara w zabobony i magię, między innymi w związku z utrudnionym dostępem do lekarzy-specjalistów i farmaceutyków ze względu na coraz wyższe ceny.
• Szerzenie się myślenia na podstawie naśladownictwa i narzucanych stereotypów.
Z drugiej strony, teraz z wiedzy potocznej nie naśmiewa się i nie deprecjonuje jej, jak dawniej. Tym bardziej, że zawiera elementy wysoce prawdopodobne i życiowo mądre. Wiele prawd i morałów kryje się w przysłowiach ludowych tworzonych na podstawie wieloletnich spostrzeżeń w środowiskach lokalnych. Często sprawdzają się na przykład przepowiednie ludowe dotyczące pogody i innych spraw w wymiarze terenowym w przeciwieństwie do globalnych prognoz naukowych dotyczących coraz mniej przewidywalnego świata. Większe efekty wychowawcze uzyskiwano przedtem w wyniku wbijania na wiele sposobów w pamięć morałów zawartych w przysłowiach, między innymi dzięki stale rzucającym się w oczy makatkom z wypisanymi sloganami rozwieszonymi gęsto na ścianach, aniżeli teraz w wyniku niewielu lekcji etyki.
Od niedawna, coraz częściej i bardziej docenia się znaczenie wiedzy potocznej w życiu jednostek i społeczeństwa. Wzrasta świadomość o możliwości korzystania z jej potencjału kreatywności. Wskutek tego zaczyna się ją traktować nie jak przeszkodę czy konkurencję dla wiedzy naukowej, lecz jako czynnik wspomagający rozwój nauki. Relacja między wiedzą potoczną i naukową kształtuje się teraz na zasadzie komplementarności – jedna jest dopełnieniem drugiej.
Wiedza potoczna i nauka obywatelska
Wiedzę potoczną można wykorzystać do dwóch celów: do tego, by wspomagała rozwijanie nauki przez profesjonalnych badaczy i do tego, by była czynnikiem kontrolującym postęp cywilizacyjny.
W pierwszym przypadku chodzi o to, że w wyniku powszechnej edukacji wielu ludzi nabywa wiedzę naukową w różnym stopniu, ale nie pracuje zawodowo w organizacjach naukowych i dlatego bezpośrednio nie uczestniczy w tworzeniu postępu naukowego. Oni kierują się nie tylko wiedzą nabytą w szkołach, ale niekiedy w takim samym, albo większym, stopniu wiedzą potoczną budowaną na zdrowym rozsądku.
Spośród tych ludzi wywodzą się badacze-amatorzy oraz wolontariusze po studiach wyższych, którzy idąc za impulsem poznawczym czynią obserwacje różnych zjawisk przyrodniczych i społecznych, które z różnych względów nie są obiektami zainteresowania naukowców-profesjonalistów. Wiedza o tych zjawiskach zdobywana przez nich zazwyczaj metodami pozanaukowymi stanowi tzw. naukę obywatelską (citizen science lub Bűrgerwissenschaft).
Tworzenie nauki obywatelskiej zaczęło się ponad sto lat temu, ale w dzisiejszych czasach otrzymała ona dodatkowy wymiar dzięki technologiom cyfrowym. Wszędzie pojawiły się nowe możliwości współuczestnictwa w procesach badawczych. Na przykład, za pośrednictwem aplikacji na smartfony zbiera się dane, które gromadzi się i ocenia na specjalnie zaprogramowanych stronach internetowych. W ten sposób powstaje specyficzny rodzaj wiedzy - wiedza obywatelska, która jest nie tylko ogniwem pośrednim między wiedzą naukową a potoczną, ale ogniwem łączącym ze sobą oba rodzaje wiedzy.
Zastępy badaczy-amatorów w dużym stopniu wspomagają profesjonalistów przede wszystkim dlatego, że stanowią bezpłatną siłę roboczą, niekiedy finansują własne badania i wnoszą idee innowacyjne czerpane z wiedzy potocznej.
Konsekwencją przypadku, kiedy wiedza potoczna pełni funkcje kontrolne wobec postępu cywilizacyjnego są ruchy społeczne tworzone przez badaczy-amatorów na rzecz zaprzestania badań naukowych i ich zastosowań z uwagi na szkodliwość społeczną, degradację środowiska, wyginięcie niektórych gatunków zwierząt i roślin oraz zagrożenie dla zdrowia.
Takie ruchy są ważnym elementem społeczeństwa obywatelskiego. Toteż rozwijają się i mają mocną pozycję w krajach o wysokim poziomie rozwoju takiego społeczeństwa i tam rządzący muszą poważnie liczyć się z nimi w podejmowaniu decyzji politycznych i ekonomicznych.
Niestety, w Polsce początki nauki obywatelskiej pojawiły się dopiero w 2011 r. i mało kto o nich wie, bo ich działania nie są nagłaśniane ani popularyzowane w środkach przekazu masowego w takim stopniu jak różnego rodzaju szmiry oraz plotki. A rządzący nie respektują nawet opinii naukowców-profesjonalistów ani gremiów eksperckich.
Inaczej jest np. w Niemczech, gdzie nauka obywatelska jest mocno promowana przez Federalne Ministerstwo Badań, ponieważ – jak stwierdza minister Johanna Wanka w wywiadzie dla dziennika „Die Zeit” – „Coraz więcej osób odczuwa potrzebę współkształtowania polityki i nauki. Z drugiej strony, profesjonalni naukowcy w społeczeństwie obywatelskim mogą komunikować się z obywatelami i korzystać z ich pomysłów i uwag na temat szans i zagrożeń w zakresie badań, jeśli uczestniczą razem w realizacji projektów badawczych. Nauka obywatelska to korzystny „projekt win-win, jeśli tylko zarządza się nim prawidłowo”.
Konkluzja
Wiedza potoczna jest tak samo ważna, jak naukowa. O ile druga jest potrzebna naukowcom profesjonalnym zatrudnionym w organizacjach naukowych, a wiec niewielkiemu odsetkowi społeczeństwa, to pierwsza potrzebna jest wszystkim pozostałym, a nawet naukowcom.
Nic nie wskazuje na to, żeby wiedza potoczna zanikała w czasach obecnych, natomiast tworzą się warunki dla szybkiego rozwoju wiedzy potocznej w przyszłości.
Wiedza potoczna jest komplementarna w stosunku do wiedzy naukowej, jedna drugiej nie przeszkadza i obie mają na celu dobro ludzi.
Wiedza potoczna i naukowa składają się na mądrość ludu, która wzrasta w miarę postępów obu rodzajów wiedzy. Należy je rozwijać równolegle, mając na uwadze to, że mądrości ludu może być skutecznym antidotum na przesadną scjentyzację i racjonalizację myślenia oraz różnych sfer życia jak i na głupotę władców. Z reguły w historii zwyciężała mądrość ludu, dzięki czemu przetrwały narody i państwa mimo różnych zawirowań.
Wiesław Sztumski