Filozofia (el)
- Autor: al
- Odsłon: 4785
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1317
„We śnie, czy na jawie, w pracy, podczas posiłków, w budynku czy na powietrzu, w kąpieli, czy w łóżku - nie miałeś dokąd uciec. Nic nie było twoje, oprócz tych kilku centymetrów sześciennych zamkniętych pod czaszką”.
George Orwell, Rok 1984
Spostrzeżenia ogólne
Obsesją nazywa się wciąż powtarzające się, natarczywe, myśli o czymś, również o tym, co chce się robić. Przez obsesyjną inwigilację rozumiem przemożny nawyk śledzenia ludzi z ukrycia - monitorowania ich zachowań i czynności - w celu zdobycia o nich jak największej liczby danych, w głównej mierze „wrażliwych”, czyli takich, które są ich wyłączną tajemnicą prywatną, strzeżoną na różne sposoby przed obcymi.
Jedni robią to tylko z patologicznej i przesadnej ciekawości - mówi się o nich, że zostali zainfekowani wirusem inwigilacji - drudzy, na zlecenie różnych osób, służb i instytucji dla zarobku, a inni, żeby na wszelki wypadek mieć w zanadrzu „haka” na kogoś i móc go szantażować w razie potrzeby. Ilu ludzi zajmuje się tym, trudno określić, ale jedno jest pewne, z każdym rokiem ich liczba rośnie lawinowo.
Zawodowo inwigilacją zajmują się specjalnie powołane instytucje państwowe i prywatne - wywiad, kontrwywiad, agencje detektywistyczne itp. - a także liczni amatorzy. Przecież każdy może kupić jakie chce urządzenia podsłuchowe, nagrywające i podglądające oraz korzystać z szpiegujących programów komputerowych. Ich oferta i arsenał są stale wzbogacane.
Nagminnie i bez ograniczeń korzysta się też z sieci telefonii komórkowej, Internetu i portali społecznościowych w celu zdobycia potrzebnych informacji o osobach, które zamierza się inwigilować.
Postęp techniczny w tej dziedzinie, głównie w wyniku rozwoju nanotechnologii, miniaturyzacji i sztucznej inteligencji, napędzany przede wszystkim przez wojskowe instytucje szpiegowskie, skutkuje pojawianiem się coraz bardziej wymyślnych, sprytnych („inteligentnych”), dokładnych, czułych i niezawodnych aparatów. Zrazu na użytek tych instytucji, ale po pewnym, coraz krótszym czasie, stają się one masowo dostępne w sferze cywilnej.
Ambiwalentny postęp w dziedzinie inwigilacji
Z jednej strony, ocenia się go pozytywnie, gdy techniki i aparaty służące do inwigilacji wykorzystuje się w dobrych intencjach, na przykład w medycynie w celu precyzyjnego zbadania organizmu, zdiagnozowania choroby, albo pomiaru różnych parametrów fizjologicznych. A z drugiej strony, ocenia się go negatywnie, jeśli tych technik i aparatów używa się dla niecnych celów, na przykład do pogwałcania czyjejś prywatności i ingerencji w jego sferę intymną. Jak mówi przysłowie, „każdy kij ma dwa końce”, ale niekoniecznie takie same. Zazwyczaj bywa tak, że jeden z nich jest gorszy. W przypadku postępu w sferze inwigilacji tym gorszym końcem kija są negatywne jego skutki.
Dawniej inwigilowano tylko w rzeczywistości realnej. Wtedy stosunkowo łatwo można było wykryć szpiegów i chronić się przed nimi. Od niedawna, w wyniku rozwoju komputerów i informatyki, inwigilacji dokonuje się w rzeczywistości wirtualnej, która jest niewyczerpanym zasobem informacji (Big data). Tu ma się do dyspozycji więcej możliwości technicznych do uprawiania tego procederu. Można realizować go „on Line” w skali globalnej z jednego stanowiska na dowolne odległości i w jakichkolwiek miejscach, jeśli tylko ma się dostęp do Internetu. A przy tym łatwo można zachować anonimowość. Cyberprzestrzeń jest wdzięcznym polem do popisu dla różnych inwentorów oraz osób i organizacji zajmujących się inwigilacją, a przede wszystkim dla hakerów.
Dynamiczny rozwój technologii inwigilacji w cyberprzestrzeni oraz Internet rzeczy (IoT), który potrafi łączyć ze sobą niemal wszystko, pozwalają hakerom otwierać drzwi naszych domów, uruchamiać lub wyłączać różne urządzenia znajdujące się w nich, szpiegować domowników oraz uprowadzać samochody za pomocą smartfonów i inteligentnych liczników, które przesyłają bezprzewodowo dane o zużyciu energii. To pozwala ujawniać informacje o zachowaniu się użytkowników w domu, na przykład, w jakim czasie korzystają oni z jakich urządzeń.(1)
Inwigilacja w państwach autorytarnych i demokratycznych
W państwach autorytarnych inwigilowaniem obywateli zainteresowane są przede wszystkim rządy i instytucje państwowe, a w demokratycznych - korporacje krajowe i międzynarodowe. Władza autorytarna inwigiluje obywateli, ponieważ boi się ich, zwłaszcza ugrupowań opozycyjnych działających w podziemnych strukturach, które mogą doprowadzić do jej upadku. Musi wykryć je zawczasu, zdobyć jak najwięcej wiedzy o nich i o ich planach, by w porę móc zlikwidować zagrożenie z ich strony.
Mogą tego łatwo dokonywać, gdyż dysponują ogromnym arsenałem instytucji szpiegujących i środków przymusu oraz przepisów prawnych. Przede wszystkim utrudniają obywatelom dostęp do Internetu. Ograniczają go, a nawet usiłują zabronić korzystania z niego. Wiedzą, że najlepiej rządzić społeczeństwem zamkniętym, odciętym od kontaktów zagranicznych. Mogą zakazać podejrzanym obywatelom podróżowania za granicę. Inwigilują ludzi za pomocą programów szpiegujących Internetu, służących do podsłuchiwania rozmów w telefonach komórkowych i kontrolowania korespondencji e-mailowej oraz za pomocą ukrytych kamer o wysokiej rozdzielczości.(2)
Natomiast w krajach demokratycznych, inwigilacją zainteresowane są korporacje krajowe i międzynarodowe dla celów konkurencyjnych i po to, by podporządkować sobie elity władzy i rządy poprzez korumpowanie, albo szantażowanie ich. Trudno oprzeć się pokusie zdobycia wielkich pieniędzy nawet osobom na najwyższych stanowiskach administracji (świadczą o tym liczne afery, na przykład niedawna afera korupcyjna w Parlamencie Europejskim). Jeszcze trudniej nie ulec groźbom szantażystów, zwłaszcza, gdy chodzi o dobro rodziny.
Obecnie prawie wszystkie państwa są demokratyczne, albo uważają się za takie. Dlatego korporacje mogą w nich swobodnie działać i zarządzać inwigilacją obywateli w wymiarze lokalnym i globalnym. (Jest to jeden z przejawów obumierania państw narodowych wskutek wyzbywania się na rzecz prywatnych korporacji tak ważnej funkcji, jaką jest inwigilacja.) Korporacje światowe korzystają ze sposobów i środków technicznych inwigilacji stosowanych w państwach autorytarnych, gdzie inwigilacja jest bardziej rozwinięta niż w państwach demokratycznych. Państwem autorytarnym, które ma największe osiągnięcia w inwigilowaniu swoich obywateli i szpiegowaniu poza granicami, głównie w USA, są Chiny. (3)
Uczestnicząc w sieciach, traci się wolność i prywatność
Im więcej interakcji danego człowieka z innymi ludźmi i rzeczami, tym bardziej jest on skrępowany, a im silniejsze są interakcje, tym mocniejsze są więzy krępujące go. A to oznacza, że oddziaływania wzajemne ze środowiskiem redukują stopień wolności proporcjonalnie do siły oddziaływań. Albowiem być wolnym, to być nieskrępowanym.
Chcąc nie chcąc, każdy wchodzi w relacje z rzeczywistością przyrodniczą i społeczną. Ale gdy zaplątuje się w sieci komunikacyjne funkcjonujące w cyberprzestrzeni, z góry skazuje się na dodatkowe i jeszcze większe ograniczanie swojej wolności. Czyni to w pewnym stopniu z własnej woli, bo w zasadzie nie musi z tego korzystać. Choć z drugiej strony, jego wolna wola jest wątpliwa, ponieważ zmusza go do tego presja środowiska i lęk przed wykluczeniem.
Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, czym grozi uwikłanie się w sieci i czynią to machinalnie. Inni, by „być na topie”. A ci, którzy wiedzą o tym, nie mają innej możliwości. Tak więc, ludzkość brnie w ślepy zaułek coraz większego zniewolenia. A heglowski „marsz ku wolności” przekształcił się już w prawdziwy „galop ku niewoli”. (4)
Prywatność w szerszym sensie rozumie się jako wolność od inwigilacji przez innych ludzi swojego świata wewnętrznego, absolutnie osobistego (w swoje „ja”), intymnego, który nie powinien nikogo obchodzić i w który nikomu nie wolno wtrącać się pod żadnym pretekstem. Jest to świat, do którego posiadania i obrony przed intruzami każdy ma prawo; świat, w którym każdy może robić co chce, nie licząc się ze swym otoczeniem i którego nikomu nie wolno podglądać ani podsłuchiwać. (5)
Prawda jest taka, że w erze cyfrowej nie ma czegoś takiego jak niekłamana prywatność. Dane cyfrowe – zdjęcia, rozmowy, informacje o stanie zdrowia, finansach, upodobaniach, sposobie ubierania się itp. – nie są całkowicie prywatne. (6) Wszystkie gromadzone są w „chmurach” na serwerach internetowych, praktycznie dostępnych dla każdego - dla służb specjalnych, wywiadów, policji, agencji detektywistycznych, korporacji, reklamotwórców, właścicieli sieci handlowych i innych zainteresowanych osób.
Jedni tracą swoją prywatność bezwiednie, ponieważ nie wiedzą o tym, że umieszczając swoje dane osobowe w „chmurze”, udostępniają je do wiadomości ogółu. Tak dzieje się na przykład na Facebooku, gdzie bezmyślnie upublicznia się swoje zdjęcia i inne informacje o sobie i rodzinie. Stają się one tym bardziej publiczne, im więcej ma się „wirtualnych znajomych”, o których nic się nie wie, albo wie się to, co nieprawdziwe. A ambicją jest mieć jak najwięcej setek i tysięcy znajomych z Facebooka, nie wiadomo, po co, chyba tylko, by pochwalić się swoją popularnością w świecie.
Inni, „ekshibicjoniści internetowi”, świadomie obnażają się w przenośni i dosłownie, żeby czymś zaimponować, zaszpanować, pokazać się w całej naturalnej lub sztucznej okazałości milionom tzw. obserwatorów.
Co gorsza, czynią to nastolatki, a nawet dzieci, nieraz za zgodą głupich rodziców, którzy chcą zarabiać na swych dzieciach, albo koniecznie zrobić z nich celebrytów. Faktycznie, teraźniejsze dzieci są pierwszym pokoleniem internetowym (pokoleniem cyfrowym, pokoleniem Z, iGen, iGeneracją, pokoleniem XD), które dorasta w świecie, gdzie za pomocą Internetu rzeczy wszystko jest ze sobą połączone, widzialne i współdzielone, a prawie całe ich życie staje się cyfrowym zapisem życiorysu - profilem możliwym do wyszukania i podglądania. Nie wiedzą o tym, albo ignorują to, że niemal wszystko, co robią i jak się zachowują, jest nagrywane przez kamery bezpieczeństwa w szkołach, sklepach, na dyskotekach i w przestrzeni publicznej, i umieszczane w „chmurach”; że cała ich historia wyszukiwań w Internecie jest rejestrowana i udostępniana. Są pierwszym pokoleniem najbardziej i najszybciej zniewalanym i ograbianym z prywatności przez Wielkiego Brata w czasach neoniewolnictwa. Trudno dziś przewidzieć, co z niego wyrośnie, a tym bardziej, jakie będą kolejne generacje.
Okradani z prywatności są również ludzie dorośli, dla których konieczność życia w świecie cyfrowym była wielkim zaskoczeniem. Im starsi, tym mniej wiedzą o potencjale Internetu oraz mechanizmach i sposobach inwigilacji w cyberprzestrzeni. Dlatego stają się łatwym łupem szpiegów i oszustów internetowych.
W przyszłości raczej nie będzie lepiej. Coraz więcej rzeczy i ludzi zostanie zdigitalizowanych i zaczipowanych. A komputery kwantowe stworzą większe możliwości przeszukiwania naszych „życiorysów cyfrowych”, wskutek czego i cała przeszłość, teraźniejszość i przyszłość człowieka oraz jego tajemnice będą bez problemu dostępne dla wszystkich. Hakerzy będą coraz skuteczniej i szybciej deszyfrować i włamywać się do baz danych jak najbardziej poufnych. W takim razie, prywatność stanie się pustosłowiem i archaizmem.
Na koniec: trzy zasadnicze pytania
1) Czy można w ogóle obyć się bez sieci?
Teoretycznie, tak. Można nie uczestniczyć w żadnej sieci internetowej. Wystarczy tylko po prostu nie chcieć i wytrwać w swoim postanowieniu. Jednak inaczej ma się sprawa w praktyce. Człowiek jest z natury zwierzęciem stadnym, czyli istotą społeczną. Nie może żyć w oderwaniu od wspólnoty i wyobcowywać się z niej. Chyba, że skazuje się na bycie pustelnikiem, albo dąży do samozagłady. A zatem musi komunikować się z innymi członkami tej wspólnoty, do której należy, za pomocą odpowiednich środków i sposobów. Aktualnie „odpowiednim” - najlepszym, najszybszym i najskuteczniejszym - jest Internet. Korzystanie z niego jest wygodne i pożyteczne, ale wiąże się z ogromnym ryzykiem inwigilacji. Zawsze jest coś za coś: kiedy zyskuje się na jednym, to równocześnie traci się na drugim.
2) Czy jest się bezsilnym wobec postępującego ograniczania prywatności? Raczej tak. Mimo, że niektóre państwa starają się ograniczać inwigilację internetową za pomocą odpowiednich przepisów prawa. Ale są takie kraje, na przykład Szwecja, w których obywatele po doświadczeniach pandemii koronowirusa, ale też z wygody i lenistwa (7), domagają się obowiązkowego czipowania i tym samym godzą się na inwigilację wszystkich. Lepsze to niż chorować i umierać. (8)
Ta moda zaczyna rozwijać się również u nas. (9) Ignoruje się zagrożenia wynikające z tego. Przecież chipy mogą stać się i zapewne staną się obiektem ataków cyberprzestępców.
Hakerzy udowodnili już, że można przejąć nie tylko sygnał wysyłany przez chip, lecz także skopiować dane zawarte w jego pamięci i modyfikować je intencjonalnie. Dzięki temu można wykraść dane osobowe, informacje biometryczne, kontakty i kody dostępu do określonych informacji o danej osobie, by wykorzystać je w złych celach.
Czipowanie sprzyja też rozwojowi gospodarki, ponieważ przyczynia się do wzrostu produkcyjności pracowników. Dlatego od pewnego czasu w wielu firmach implantuje się czipy pracownikom. (10)
Oprócz tego, przepisy prawa uchwalane przez parlamenty są kontrolowane przez korporacjokratów, a oni nigdy nie pozwolą na limitację lub zakaz inwigilacji, bo to szkodziłoby ich podstawowym interesom. Jak długo będą oni rządzić światem, tak długo inwigilacja będzie rozwijać się coraz lepiej na coraz większą skalę. Z czasem ludzie przywykną do szpiegowania ich na każdym kroku i przestaną zwracać na to uwagę. (11) To nie zmieni jednak faktu, że człowiek z czipem jest i będzie niewolnikiem jakiegoś systemu sieci internetowych.
3) Do czego to zmierza?
Mark Zuckerberg, założyciel Facebooka, powiedział kiedyś: „Prywatność to stosunkowo nowy pomysł, liczący sobie kilkaset lat, a jeśli nawet przyjmiemy, że więcej, to najwyżej dwa tysiąclecia. Bowiem wcześniej ludzie żyli w grupach skupionych wokół ogniska, w których wszyscy robili nieomal wszystko, na oczach innych członków wspólnoty pierwotnej”.(12) Chciał w ten sposób uzasadnić swój maksymalistyczny zamiar globalnej rozbudowy Facebooka, tak, by jego uczestnikami była cała populacja ludzi.
Autonomię jednostki (prywatność) traktuje on jak cechę historyczną, którą kiedyś się nabyło i kiedyś się utraci. Wobec tego, na przekór większości ludzi, nie widzi niczego złego w braku prywatności. Nie wiem, czy świadomie, czy mimowolnie dąży do restytucji komunizmu pierwotnego, nie bacząc na to, że wtedy nie będzie multimiliarderem grającym pierwsze skrzypce w kształtowaniu dziejów. Ale to jego problem.
Najgorsze jest to, że jego wizja może się spełnić. Bowiem wygląda na to, że ewolucja społeczna zatoczyła pełny obrót po „spirali dziejów” - od cywilizacji pierwotnych wspólnot ludzi dzikich do współczesnych wspólnot ludzi sieciowych. U podstaw cywilizacji ludzi pierwotnych leżała bardzo słabo rozwinięta technika i wysoko, jak na owe czasy, rozwinięta kultura. A cywilizacja współczesna ludzi sieciowych zasadza się na wysoko rozwiniętej technice i słabo rozwiniętej kulturze. Wbrew pozorom, dysproporcja między postępem technicznym a kulturowym powiększa się coraz bardziej. Wzrostowi udziału techniki w życiu ludzi towarzyszy redukcja udziału kultury. (Kiedyś w ZSRR mówiło się: „B США технология высоко развита, но культура плохо. А у нас наоборот.” (13) - to powiedzenie zdaje się być aktualne.) Efektem tego zjawiska jest pojawianie się coraz większej ilości symptomów właściwych epokom dzikości, barbarzyństwa i niewolnictwa.(14)
Jeśli dodać do tego coraz większą ingerencję sztucznej inteligencji w mózgi ludzi (wszczepianie elektrod, czipów i implantów) w celu manipulowania ich myślami, zachowaniami i postępowaniem oraz ingerencję w genomy w celu dokonywania zmian anatomicznych i fizjologicznych o niewyobrażalnych dziś skutkach, to można sądzić, że przyszłość ludzkości i gatunku ludzkiego będzie coraz bardziej zagrożona. Może dojść do autodestrukcji. (15)
Ale może nie być aż tak źle, jeśli kreatorzy dziejów opamiętają się i przestaną czynić zło i w imię Złotego Cielca i absolutnej władzy nad światem, albo gdy masy nie całkiem jeszcze ogłupione, widząc co się święci, zmuszą ich do tego, lub siłą przejmą rządy od nich i zaczną naprawiać zło, jakie wyrządzili. O ile tylko nie będzie za późno...
Wiesław Sztumski
23. 01.2023
Przypisy:
(1) „Groźna technologia, czyli podglądające liczniki i niebezpieczne toalety”, „Forsal”, 13. 06.2014
(2) Chińscy naukowcy zastosowali sztuczną inteligencję w sieci kamer o łącznej rozdzielczości 500 megapikseli. Dzięki temu można z bardzo dużej odległości uchwycić najdrobniejsze szczegóły tysięcy twarzy na raz, a następnie przechowywać dane opisujące twarze w chmurze i natychmiast zlokalizować poszukiwanego człowieka. („Global Times”, 22.09.2019)
(3) Mirosław Usidus, „Świat szpieguje - coraz więcej krajów wprowadza systemy śledzenia obywateli”, „m.technik” (https://mlodytechnik.pl/technika/29920-swiat-szpieguje; data dostępu 11.01.2023)
(4) Wiesław Sztumski, „Ewolucja społeczna ku destrukcji, zniewoleniu i samozagładzie”, Człowiek i jego pojęcie (red. Andrzej Zachariasz), Wyd. Uniwersytetu Rzeszowskiego, Rzeszów 2011.
(5) Wiesław Sztumski, Zagrożona prywatność, „Sprawy Nauki” 1/2012
(6) 2017 the San Francisco Chronicle Distributed by Tribune Content Agency, LLC. (https://www.govtech.com/security/there-is-no-such-thing-as-true-privacy-in-the-digital-age.html)
(7) Wiesław Sztumski, Pandemia lenistwa, „Sprawy Nauki”, 12/ 2017
(8) W Szwecji wszczepianie sobie pod skórę chipów RFID staje się nową modą. Szwedzi oszaleli na punkcie zastępowania kart kredytowych i gotówki za pomocą machnięcia ręką nad terminalem zbliżeniowym. Tysiącom osób wszczepiono już czipy do ciała, a wiele tysięcy kolejnych zamierza się temu poddać w najbliższym czasie.
(9) Na podstawie badań w styczniu 2022 r. stwierdzono, że nawet 5% ankietowanych Polaków już dziś chciałoby wszczepić sobie pod skórę czipa płatniczego, wskazując na wygodę wynikającą z tego. Jednocześnie aż 36% odrzuca taką możliwość, uznając ją za zbyt kontrowersyjną. A 30% ankietowanych uznaje wszczepiane czipy za możliwe do wykorzystania w ciągu najbliższych dziesięciu lat. (Za jakiś czas implementowane ludziom czipy będą tak powszechne jak smartfony, bez których dziś nie potrafimy się już obyć. https://www.uni.lodz.pl/aktualnosc/szczegoly/badania-ul-z-chipem-pod-skora-co-mysla-polacy, Dostęp: 20. 01. 2022)
(10) Czipowanie pracowników jest rewolucyjnym i drakońskim wynalazkiem wymuszania wzrostu wydajności pracy, drugim po wynalazku Taylora-Forda w kwestii organizacji pracy.
(11) Pierwszą osobą, której wszczepiono pod skórę czip RFID był Kevin Warwick, profesor cybernetyki uniwersytetu w Reading. Dzięki implantowi mógł swobodnie poruszać się po budynku bez konieczności posiadania kluczy, kart czy innych urządzeń niezbędnych do otwierania pomieszczeń. Stało się to w 1998 roku i zapoczątkowało nowy etap myślenia o czipach w ludzkim organizmie.
(12) „Trudne pytania o prywatność i bezpieczeństwo wirtualnej rzeczywistości’, (https://mlodytechnik.pl/technika/28862-trudne-pytania-o-prywatnosc-i-bezpieczenstwo-wirtualnej-rzeczywistosci. Dostęp: 20.01 2023)
(13) W USA technika wysoko rozwinięta, a kultura słabo. A u nas na odwrót.
(14) Wiesław Sztumski, Globalne dziczenie, „Sprawy Nauki”, 10/2015.
(15) Wiesław Sztumski, „Ewolucja społeczna ku destrukcji, zniewoleniu i samozagładzie”, Człowiek i jego pojęcie (red. Andrzej Zachariasz), Wyd. Uniw. Rzeszowskiego, Rzeszów 2011
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3759
W powszechnym przekonaniu ustrój demokratyczny polega na tym, że większość społeczeństwa decyduje o funkcjonowaniu państwa. Większość rozumie się tu najprościej, czyli w aspekcie ilościowym, jako przeważającą liczbę elementów jakiejś zbiorowości ludzi.
Większość w społeczeństwie powinno stanowić ok. 70% (dwie trzecie) jednostek wchodzących w jego skład. (To wynika z rozkładu naturalnego, którego reprezentacją geometryczną jest krzywa Gaussa). Jednak takie pojęcie większości utraciło właściwy sens w wyniku zrelatywizowania go w zależności od tego, czemu lub komu ma służyć.
Zrelatywizowane pojęcie większości stało się narzędziem manipulacji i dezinformacji i wypacza istotę demokracji rozumianej tradycyjnie. Ustrój demokratyczny, w którym rządzi większość społeczeństwa rozumiana inaczej niż tradycyjnie, jest faktycznie demokratycznym tylko z nazwy. W rzeczywistości jest jego karykaturą, atrapą, albo formą zdegenerowaną. Dlatego coraz częściej krytykuje się demokrację i akceptuje ją jako zło konieczne: demokracja jest zła, ale nikt nie wymyślił lepszego ustroju.
Wygrana mniejszość, przegrana większość
Zdarza się, że w wyniku wyborów parlamentarnych jakaś partia uzyskuje liczbę głosów elektoratu wystarczającą do tego, by mieć taką większość w parlamencie, która po pierwsze, jest w stanie przegłosować wszystkie uchwały niezależnie od głosów opozycji i po drugie, pozwala liderowi tej partii powołać jednopartyjny rząd większościowy i stanąć na jego czele.
W związku z tym, lider partii zwycięskiej jest przekonany o tym, że jego partia i rząd:
• W pełni reprezentują społeczeństwo,
• Działają dla dobra wspólnego i mogą spełnić oczekiwania całego społeczeństwa i zapewnić mu dobrostan.
• Powołane są do uszczęśliwiania obywateli, choćby wbrew ich woli.
• Mają prawo narzucać swoją ideologię, swoje normy i swój sposób sprawowania władzy całemu społeczeństwu.
• Spełniają rolę misji dziejowej lub opatrznościowej, a nie posługi wobec społeczeństwa.
Społeczeństwo - z wyjątkiem niektórych jednostek i organizacji - godzi się z tym, gdyż wie, że po pierwsze, zwycięzca z reguły zagarnia wszystko, a po drugie, jest to zgodne z zasadą funkcjonowania ustroju demokratycznego, czyli sprawowania władzy większości nad mniejszościami.
Czy na pewno zwycięska większość ma prawo do tego wszystkiego? Raczej nie, jeśli poprawnie rozumie się pojęcie większości. Ale partia rządząca pojmuje większość według swego uznania, jak jej wygodnie. Dla niej większością może być nawet mniej niż połowa elektoratu.
Partia polityczna, której liczba członków wynosi od około jednego do kilku, czy też kilkunastu procent całej populacji państwa, albo tylko osób uprawnionych do głosowania, nie ma żadnej podstawy, aby pretendować do reprezentowania całego społeczeństwa, wypowiadać się w jego imieniu, ustanawiać akty prawne przez parlament zdominowany przez nią, ani liczyć się z interesami ogółu, ich poglądami, zwyczajami, wartościami itd.
Na przykład, w Polsce liczba członków poszczególnych partii politycznych waha się od kilku tysięcy do nieco ponad 100 tys. członków, tj. od 0,03 do 0,37 procent populacji liczącej ok. 37 mln. (Aktualnie, według stanu z grudnia 2018 r., rządząca partia PiS liczy 37 400 członków tj. 0, 09% populacji kraju liczącej 37, 8 mln, albo 0,12% spośród 30 mln ludzi uprawnionych do głosowania.) Podobnie jest w innych krajach demokratycznych.
W Niemczech największe partie liczą: SPD - 438 tys. członków i CDU 415 tys. członków, tj. odpowiednio 0,53% i 0,51% populacji liczącej 82 mln. W Hiszpanii Partia Socjalistyczna liczy 460 tys. członków, a Partia Ludowa - 707 tys. członków, tj. odpowiednio 0,97% i 1,6% populacji liczącej 47 mln. Lepiej jest w USA. Tam Partia Republikanów liczy 32,8 mln członków, a Partia Demokratów - 44,7 mln członków, tj. odpowiednio 11% i 15% populacji liczącej 308,74 mln.
A więc, jeśli jakaś partia twierdzi, że reprezentuje całe społeczeństwo lub jego większość, to kłamie. Podobnie ma się sprawa ze zdobyciem większości głosów w wyborach parlamentarnych, gdy tę większość odniesie się do całej populacji kraju, a zwłaszcza tylko do tych, którzy faktycznie uczestniczyli w wyborach, czyli do frekwencji wyborczej. Dla przykładu, przy frekwencji 50,92% zdobycie 5,71 mln głosów przez PiS stanowi 38,57% populacji, 19% uprawnionych do głosowania i 15,43% faktycznie głosujących. Jak mają się te liczby do większości społeczeństwa, skoro żadna nie przekracza chociażby 50%? Faktycznie jest to tylko niby-większość.
Fikcja rządów ludu
Kiedy mowa o większości w państwie demokratycznym, to nie chodzi tylko o jej aspekt ilościowy, lecz także o jakościowy. Wszak w klasycznej (antycznej) demokracji w skład demosu wchodziły wyłącznie społeczności wolnych obywateli, dorosłych mężczyzn, stałych mieszkańców zamieszkujących dany dem, lub wywodzących się zeń oraz prawidłowo wywiązujących się z obowiązków wobec społeczeństwa. A zatem, jeśli demokracja oznaczała rządy demosu, to nie wszystkich mieszkańców i nie całej populacji zamieszkującej demy.
Również później w historii prawo głosu (elekcji) miały wyselekcjonowane elity. Zawsze należeli do nich ludzie światli i mądrzy. Dopiero od XX w. prawa wyborcze uzyskali prawie wszyscy. Wtedy antyczny demos utożsamiono z „ludem”, w skład którego weszły również tzw. klasy (warstwy) niższe, liczebniejsze od elit. W związku z tym reprezentantami społeczeństw stały się masy charakteryzujące się nikłą świadomością polityczną, słabym wykształceniem, niskim poziomem kultury („kultura masowa”), naiwnością, irracjonalnością, wiarą w zabobony, posłuszeństwem wobec instytucji i hierarchów kościelnych i zwykłą głupotą.
Te nieoświecone masy, dzięki „demokratycznym wyborom” zapewniającym im niby-większość, zaczęły rządzić mniejszościowymi elitami ludzi światłych. Tak było w krajach socjalistycznych (demokracji ludowej), gdzie „masom ludowym” (tłumowi) powierzono rolę reprezentowania społeczeństwa i wpływu na rządy. Z upływem czasu coraz bardziej ograniczano ją aż do postaci karykaturalnej i pozornej.
Faktycznie we wszystkich krajach demokratycznych udział mas w rządach i ich wpływ na losy państw był i nadal jest fikcyjny. W skład rządów tych krajów wchodziły jednostki wywodzące się z klas niższych, niewykształcone i nieprzygotowane do rządzenia. (W 1964 r. w związku z powołaniem Lucjana Motyki na stanowisko ministra kultury krążyła w Krakowie taka anegdota. Gdy jego matka (żona piekarza z Bieńczyc) dowiedziała się o tym, powiedziała: „Oj, Lucek, gdybym wiedziała, że zostaniesz ministrem, posyłałbym cię do szkół”).
W istocie „demokracje ludowe” były dyktaturami rządów monopartyjnych - partii komunistycznych liczących miliony członków, które też uzurpowały sobie prawo do sprawowania władzy w imieniu całego społeczeństwa. Teraz w skład rządów demokratycznych wchodzą wyłącznie przedstawiciele tzw. klasy politycznej, jednostki arcybogate (oligarchowie), intelektualiści i celebryci. A w rzeczywistości rządzą z ukrycia odpowiednio silne grupy nacisku, którym daleko do większości.
Przedwyborcze machinacje
Wpływ mas na takie rządy ujawnia się głównie w czasie wyborów parlamentarnych i sprowadza do oddawania głosów na partie, z których wywodzą się późniejsze rządy. Potem ten wpływ zanika. O masach rządy zapominają, nie pamiętają, że dzięki nim rządzą i ignorują je. Elity polityczne przypominają sobie o masach przed wyborami. Wtedy, w celu pozyskania ich sobie, prześcigają się w głoszeniu populistycznych haseł i robią - częściej tylko obiecują, że zrobią - wszystko dla dobra mas i zaspokojenia ich potrzeb nawet z nadwyżką („świadczenia plus”). A masy, zawsze łaknące panem et circensis (jadła, picia i taniej rozrywki) i doszczętnie otumaniane przez propagandystów, którzy zawłaszczyli mass media, łatwowiernie wierzą w hasła wieszczące „dobre zmiany” - równie złudne jak istnienie raju.
Propagandyści i manipulanci społeczni doskonale wiedzą o tym, że o decyzjach wyborców bardziej decydują czynniki subiektywne - psychiczne, osobowościowe i świadomościowe, takie jak przekonania, poglądy, nadzieja, wiara, emocje, światopogląd, upodobania, przekora itp. Dlatego, by wymusić na elektoracie pożądane decyzje wyboru, skupiają się przede wszystkim na sferze podmiotowej wyborców, na długotrwałym (nawet w czasie poprzedzającym kampanie wyborcze) i intensywnym oddziaływaniu na ich świadomość za pomocą sugestywnych spotów, banerów, plakatów, filmów, listów do wyborców itp. narzędzi marketingu i reklamy. Coraz częściej spotykają się też z wyborcami, by face to face, tj. bardziej przekonująco, składać im obietnice tym bardziej skuteczne, im mniej konkretne, realne i odlegle w czasie.
Dobór sposobów i środków pozyskiwania wyborców podyktowany jest przekonaniem, że przeważająca większość wyborców nie lubi wysiłku intelektualnego (myślenia logicznego, krytycznego lub racjonalnego), woli iść na łatwiznę i dokonywać wyborów na podstawie kryteriów irracjonalnych. Nie kieruje się mądrością, ani zdrowym rozsądkiem, lecz emocjami, intuicją, zaufaniem i nadzieją oraz takimi kryteriami wyboru, jak image kandydata, sugestywność jego wypowiedzi, zgodność składanych przez niego obietnic z własnymi oczekiwaniami na lepsze warunki życia, itp., a także stereotypami, uprzedzeniami i nieuzasadnioną sympatią lub awersją.
Lansowaniu myślenia irracjonalnego i odwracaniu uwagi od realiów sprzyjają ludyczne wiece i mitingi wyborcze z fajerwerkami i występami estradowymi „pod publiczkę”.
Decyzje podejmowane pod wpływem czynników subiektywnych są wielce podatne na różne deformacje poznawcze: niepełną wiedzę, fałszywe obrazy i wyobrażenia, fikcje itp. Dlatego większą wagę przywiązuje się do form przedstawiania programów wyborczych aniżeli do ich treści oraz do wizerunku kandydatów, aniżeli do ich kompetencji.
Świadomy wybór wymaga posiadania odpowiedniej wiedzy o tym, kogo, co, dlaczego i po co się wybiera oraz wiedzę o skutkach zamierzonego wyboru. Jeśli takiej wiedzy się nie ma, to wybiera się na „chybił-trafił”, często popełniając błędy. Z tego względu w kampanii wyborczej tworzy się coraz więcej szumu informacyjnego. Wskutek tego przestrzeń publiczną nasyca się dezinformacjami (fake newsami) na temat kandydatów i programów. Chodzi o to, by wyborcy pogubili się w informacjach i nie potrafili odróżnić prawdy od fałszu.
Nie da się wykluczyć tego, że w nieodległej przyszłości oddziaływanie na świadomość da się zastąpić oddziaływaniem na podświadomość za pomocą technik opracowywanych przez neurofizjologów mózgu: promieniowania elektromagnetycznego, telepatii lub poddźwięków (Hyposonic Sound System) stosowanych już w niektórych supermarketach. Dzięki temu da się jeszcze skuteczniej wymuszać pożądane decyzje wyborców. A wtedy wybory staną się po prostu parodią, jak w dawniejszych państwach totalitarnych.
Z reguły w opracowywaniu programów wyborczych celowo unika się klarownych elementów ilościowych i racjonalnych i terminów realizacji haseł, żeby utrudnić dokonanie dobrego wyboru. A jeśli się je umieszcza, to za pomocą danych statystycznych, których wartość poznawcza jest mała. Jak wiadomo, statystyki są mało wiarygodne i mogą być dowolnie interpretowane.
Głupcy lub bandyci
W czasach współczesnych, do sprawowania rządów w coraz większym stopniu pretendują dwie kategorie ludzi, które profesor University of California w Berkeley Carlo Cippola nazwał „głupimi” i „bandytami”*
Jedni to tacy, którzy sami nie korzystają z niczego i nie pozwalają korzystać innym, a drudzy tylko sami chcą korzystać ze wszystkiego kosztem innych. Obie kategorie postrzegane są pejoratywnie, ponieważ zazwyczaj jednym brak odpowiedniego wykształcenia, kariery zawodowej, kompetencji, doświadczenia w zarządzaniu, kreatywności, znajomości języków obcych itp., a drugim - empatii, skrupułów i poszanowania innych ludzi („gorszego sortu”).
„Głupi” liczą na to, że przechytrzą „bandytów”, z kolei „bandyci” pragną legalnie (na podstawie stanowionego przez siebie prawa i konstytucji w zależności od okoliczności) zawłaszczyć władzę nad ogółem obywateli.
Propagandzie „głupich” mało kto wierzy, bo głupi nie jest przekonujący. Dlatego tylko nieliczni głosują na nich. Bardziej przekonujący są cwani (inteligentni i racjonalni) „bandyci”; oni wygrywają wybory i tworzą rządy. Są to najpierw rządy demokratyczne, ale wkrótce stają się tylko formalnie (z nazwy) i na pozór demokratyczne, ponieważ szybko przekształcają się w autorytarne lub dyktatorskie, a przywódcy partii rządzących - w jednostki powszechnego kultu („kult jednostki”).
Najnowsza historia dostarcza wielu przykładów potwierdzających taki scenariusz. Rządy „głupich” oraz/lub „bandytów” wiodą do narastającej dezintegracji społeczeństwa, niepotrzebnych podziałów oraz antagonizmów społecznych, nietolerancji i nienawiści wyrażanej masowo w postaci hejtu. Wskutek tego w coraz większym stopniu postępuje proces zanikania demokracji, który w końcu doprowadzi do jej kolapsu w wyniku przekształcenia się w „demokraturę”. Ta zbitka słowna może oznaczać zarówno parodię demokracji (demo-karykaturę), jak jej zaprzeczenie (demo-dyktaturę).
Wiesław Sztumski
* Głupi ludzie wyrządzają szkodę innym, chociaż sami nie odnoszą z tego żadnych korzyści, a nawet narażają się na straty. Głupota jest „przywilejem” wszystkich grup społecznych, nie zależy od innych cech człowieka i jest równomiernie rozłożona, zgodnie ze stałą proporcją.
Badania pokazały, że proporcja „głupich” do „mądrych” w każdej grupie jest stała i wynosi przeciętnie 4 do 5.
„Bandyci” realizują własne interesy nawet ze szkodą dla dobra publicznego. Wielu z nich, jak socjopaci, psychopaci , niepatologiczni „szarpacze” i amoraliści, działają z pełną świadomością negatywnych konsekwencji dla społeczeństwa. Ich działania są racjonalne, ale jest to paskudna racjonalność. (Zob. C. M. Cippola, The Basic Laws Of Human Stupidity, (Spring 1987). Whole Earth Review. (Retrieved 28 July 2013).
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 4009
Gatunek ludzki szczyci się tym, że – w odróżnieniu od innych - potrafi myśleć i jest świadomy swego postępowania.
Na ogół ludzie myślą zanim coś zrobią, myślą w trakcie wykonywania czynności i myślą o skutkach tego, co czynią. Dzięki temu w większości przypadków działają świadomie.
Ale myślenie i świadomość zobowiązują; przede wszystkim do odpowiedzialności za swoje postawy, zachowania i czyny – również za ich konsekwencje w bliskiej i odległej przyszłości.
Zdolność do myślenia dała ludziom przewagę nad innymi istotami żywymi, a myślenie stało się najpotężniejszym i najskuteczniejszym narzędziem w walce o byt i przetrwanie w świecie rywalizacji i zagrożeń.
To jest walorem myślenia.
Natomiast jego stroną ujemną jest to, że stworzyło ludziom pretekst do wywyższania się nad innymi gatunkami, do ideologii antroposzowinizmu oraz do przedmiotowego traktowania zwierząt. Im bardziej w systematyce biologicznej odległy jest od nas jakiś gatunek zwierząt, tym mniej ma się skrupułów do traktowania go jak rzeczy – bez współczucia i serca.
Walka o byt w środowisku przyrodniczym zmusiła ludzi do myślenia racjonalnego, czyli podporządkowanego wymogom logiki i pragmatyzmu. Taki sposób myślenia miał zapewnić większą skuteczność podejmowanych działań oraz oszczędność środków potrzebnych do zwycięstwa.
Do myślenia racjonalnego zmusiła też ludzi walka o byt w środowisku społecznym, przede wszystkim na płaszczyźnie ekonomii, zwłaszcza, odkąd w świecie zapanowała gospodarka wolnorynkowa. Tutaj zwycięstwo zależy od skuteczności działań gospodarczych (biznesowych), wydajności pracy i minimalizacji kosztów produkcji.
Toteż myślenie racjonalne rozwija się najbardziej w sferze gospodarki i w nierozłącznie związanych z nią sferach wytwórczości materialnej i usług.
Obecnie, wskutek uznania kryteriów ekonomicznych za powszechne i najważniejsze, coraz bardziej znajduje ono zastosowanie w dziedzinie wytwórczości niematerialnej, a nawet w twórczości naukowej i artystycznej.
Racjonalnie, czyli oszczędnie
Dość dobrze znane są negatywne konsekwencje myślenia racjonalnego doprowadzonego do skrajności. Ukazało się wiele publikacji na ten temat; sam również wielokrotnie pisałem o tym. Powszechne są narzekania na myślenie pozbawione uczuć, postępowanie oparte na zimnej kalkulacji i podobne do maszyn oraz wynikające stąd przedmiotowe odnoszenie się do ludzi i urzeczowienie relacji międzyludzkich.
Ale myślenie racjonalne na gruncie ekonomii i produkcji ma pewną niewątpliwą zaletę – dało impuls do oszczędzania i wykształciło w ludziach nawyk oszczędności.
Konieczność oszczędzania nasila się także ze względów ekologicznych. Odkąd ludzie uświadomili sobie fakt, że zasoby przyrody, z których korzystają w życiu codziennym we wzrastających ilościach, są ograniczone, zmuszeni zostali do tego, by gospodarować nimi racjonalnie, czyli oszczędnie. Myślenie racjonalne w ekologii sprowadza się do szanowania tego, co zawiera środowisko naturalne człowieka oraz do oszczędzania samego środowiska w całości.
W racjonalnym, czyli oszczędnym korzystaniu, wyraża się też troska o środowisko. Oszczędność można rozumieć na dwa sposoby: albo jako gromadzenie zapasów, by posiadać pewne nadwyżki do wykorzystania, gdy zajdzie potrzeba, albo jako korzystanie z czegoś lub użytkowanie w jak najmniejszym stopniu. Im bardziej zracjonalizowane są gospodarka i zarządzanie, tym więcej mogą przysparzać oszczędności.
Oszczędzanie, zwłaszcza przesadne, ze szkodą dla siebie i innych, jest także uwarunkowane subiektywnie, na przykład przez chciwość. Nie zawsze oszczędność jest dobra. Może okazać się zła, a gdy nie zachowuje się umiaru, przeradza się w chciwość.
Zdarza się też, że można stracić na oszczędzaniu, na przykład lokując oszczędności w niepewnym banku. Mimo to, oszczędność w rozsądnych granicach jest czymś pożytecznym i niewątpliwie stanowi warunek przetrwania.
Tak więc, pod wpływem gospodarki wolnorynkowej ukierunkowanej na maksymalizację zysku cecha rozumności łączyła się z oszczędnością, a homo rationalis - człowiek rozumny - coraz bardziej stawał się również homo frugi, czyli człowiekiem oszczędnym.
Rozrzutność i marnotrawstwo
Jednak ten sam zracjonalizowany system ekonomiczny spowodował w naszych czasach pojawienie się u ludzi - z wyjątkiem biedoty, która i tak praktycznie nie ma żadnego wpływu na politykę gospodarczą i z którą nikt, oprócz populistów, faktycznie się nie liczy - cech krańcowo różnych od oszczędności, a mianowicie rozrzutność i marnotrawstwo.
Gospodarka ukierunkowana na maksymalizację zysku wykorzystuje wszelkie sposoby i środki - od stałego obniżania kosztów produkcji, zazwyczaj w wyniku obniżania płac realnych, do tworzenia sztucznego popytu i generowania towarów i usług dalece ponad potrzeby.
Elity rządzące rynkiem światowym tak nim sterowały, że rozwój gospodarki stawał się coraz bardziej niezrównoważony, a system ekonomiczny – coraz bardziej dynamiczny i jednocześnie coraz mniej stabilny.
Wydaje się wysoce prawdopodobne, że destabilizacji i niezrównoważenia gospodarki dokonywano świadomie po to, by trudno było połapać się w mechanizmach rządzących nią. Zresztą, nawet jeśli dokonywało się to przypadkowo, to i tak niczego to nie zmienia.
Wzrastające marnotrawstwo stało się faktem i jest zjawiskiem nieodwracalnym we współczesnym modelu gospodarki światowej. Nawet lansowana od niedawna idea rozwoju zrównoważonego nie zdoła chyba spowodować spowolnienia jego rozwoju.
Ta idea ma na celu nie tyle oszczędne gospodarowanie zasobami energetycznymi, ile zastępowanie tradycyjnych surowców energetycznych (węgla, drewna i ropy naftowej) alternatywnymi źródłami energii (wiatr, woda, słońce). Nie głosi ona wcale rezygnacji z nadmiernego wykorzystywania energii, na przykład na zbyteczne iluminacje, reklamy itp., ani z przesadnego zużycia materiałów. Mieści się bowiem w ramach modelu gospodarki nastawionej na wzrost konsumpcji ponad rozsądne potrzeby, czyli na nadkonsumpcję i - co za tym idzie – na nadprodukcję, a więc na coraz większe i szybsze nadzużywanie energii oraz różnych materiałów.
Wzrost zużycia energii będzie postępować w związku ze wzrostem produkcji, mimo stosowania energooszczędnych urządzeń technicznych. Nie ma wszak pewności, czy zaoszczędzona przez nie energia zrekompensuje narastające zapotrzebowanie na energię, wynikające ze wzrostu produkcji i usług. W przypadku energii nie chodzi o to, by zmniejszyć ilość jej zużycia w ogóle, ile o to, by nie zabrakło jej do postępującej nadprodukcji wobec perspektywy szybkiego wyczerpywania się tradycyjnych źródeł energii. A że przy okazji spełnia się jakieś wymogi ekologiczne, to całkiem inna i raczej drugorzędna sprawa.
To, co szczególnie oburza
Rozrzutność i marnotrawstwo idzie w parze z postępem cywilizacji i ze wzrostem stopy życiowej. Przejawia się w różnych formach i dotyczy różnych dóbr. Najbardziej widoczne i oburzające jest marnotrawstwo sprzętu, obuwia, odzieży, żywności i papieru.
Niszczenie dobrego jeszcze sprzętu jest spowodowane postępem technicznym, w którego wyniku bardzo szybko pojawiają się na rynku nowsze i doskonalsze przedmioty, a do starych nie produkuje się części zamiennych, albo ich naprawa jest nieopłacalna - lepiej kupić nowszy i lepszy sprzęt za cenę naprawy starego. Nie chodzi się w dobrych jeszcze butach ani ubraniach, ponieważ nie są już modne, a moda zmienia się coraz szybciej.
Wyrzuca się żywność kupowaną w nadmiarze (im więcej się kupuje i w większych ilościach, tym jest taniej), której nie jest się w stanie potem skonsumować.
Według badań przeprowadzonych w 2011 r. przez Szwedzki Instytut Żywności i Biotechnologii w ramach międzynarodowego programu Global Food Losses and Foot Waste pod auspicjami FAO, każdego roku traci się około 1,3 mld ton żywności, co stanowi 1/3 całkowitej globalnej produkcji rocznej.
W krajach uprzemysłowionych 40% żywności zdatnej do spożycia wyrzucają detaliści i konsumenci z różnych powodów. Można by nią nakarmić 12 mld ludzi.
Badania przeprowadzone w marcu 2012 r. na Uniwersytecie w Stuttgarcie pokazały, że rocznie w Niemczech marnuje się 11 mln ton żywności, z czego 60% w gospodarstwach domowych, tj. ok. 82 kg przez jednego mieszkańca.
Epoka cyfrowa kocha papier
Ogromne jest również marnotrawstwo papieru. Do nadmiernego i niepotrzebnego zużycia papieru przyczyniło się masowe - w urzędach i domach - korzystanie z drukarek i kserokopiarek. Pisanie ręczne i maszynowe wyszło z obiegu; łatwiej pisze się na komputerze i drukuje. Teraz już nikt nie liczy się z papierem.
Szczególne marnotrawstwo papieru występuje w reklamie i propagandzie przedwyborczej. Wytwarza się ogromne ilości różnych ulotek i plakatów, które wciska się przechodniom, wiesza na słupach i wysyła pocztą. (Np. w Niemczech około 30 kg ulotek reklamowych wrzuca się rocznie do jednej skrzynki listowej.) Prawie nikt ich nie czyta i dlatego bardzo szybko lądują w koszach na śmieci. A płacą za nie konsumenci i podatnicy.
To samo dotyczy druków urzędowych (nasz Sejm zużywa prawie 6 tys. kartek papieru dziennie), gazet i czasopism, których ukazuje się bez liku (prawie 7,5 tys. tytułów wydawanych jest obecnie, podczas gdy dziesięć lat temu było ich 5,5 tys., a dwadzieścia lat temu 3,2 tys.). A wystarczyłoby kilka, bo przecież wszystkie zawierają te same informacje i ilustracje czerpane z jednego źródła, z jednej światowej agencji informacyjnej, odpowiednio wyselekcjonowane czy ocenzurowane.
W ciągu ostatnich 40 lat, mimo - a może dzięki – komputeryzacji, 4-krotnie wzrosło zużycie papieru w świecie. U nas jedna przeciętna instytucja państwowa zużywa rocznie 4 863 029, 33 stron papieru formatu A4; ich wyprodukowanie wymaga wyrębu 405 drzew (z jednego drzewa otrzymuje się ok. 60 kg papieru). Roczne zużycie papieru w Polsce wynosiło w końcu lat 80. ok. 40 kg na osobę, a ostatnio wynosi już 72 kg.
Dla porównania, w USA w 2012 r. wynosiło ono 340 kg (najwięcej na świecie), a w Szwecji, Finlandii i Niemczech jest dwukrotnie wyższe niż w Polsce (Niemcy zużywają tyle, ile Ameryka Płd. i Afryka razem).
Pamiętam, że zanim zaczęto wprowadzać komputery do masowego użytku, twierdzono - a to miało między innymi świadczyć o zaletach komputeryzacji - że w wyniku dygitalizacji dokumentów nastąpi znaczny spadek zużycia papieru. Ale to się wcale nie sprawdziło. Wręcz przeciwnie, znacznie wzrosło zużycie papieru i jego marnotrawstwo.
A ilość zużywanego papieru uznaje się – o zgrozo, bo to przypomina czasy, kiedy o postępie decydowały ilości ton stali na głowę mieszkańca - za jeden ze wskaźników postępu cywilizacyjnego. Drukuje się różne mniej lub bardziej potrzebne dokumenty w niezliczonych ilościach, powiela się je, kopiuje i gromadzi, chociaż dokumenty można digitalizować, a wszystkie dane można zapisywać na nośnikach pamięci komputerowej i sięgać do nich w każdej chwili w razie potrzeby.
Upadek rozumu
Postęp cywilizacji zachodniej oraz permanentne ogłupianie spowodowały, że współczesny człowiek wykazuje wyjątkowy brak rozsądku w wielu swoich postępowaniach. Natomiast konsekwencją ideologii konsumpcjonizmu oraz ekonomii żywiącej się niepotrzebną nadprodukcją i nadkonsumpcją oraz nadzużyciem jest ukształtowanie się u ludzi zachowań, charakteryzujących się brakiem umiaru w konsumpcji. Toteż w życiu codziennym ludzie bez namysłu oraz poczucia odpowiedzialności szastają czym się da i ile się da, byleby tylko zaspokoić swoje - a w gruncie rzeczy narzucone przez dyktatorów mody i reklamy - zachcianki i poczuć się dowartościowanymi.
Przy tym często i nagminnie zaciągają pożyczki albo kredyty, które coraz trudniej im spłacać i w końcu pauperyzują się. Za to zapewniają rosnące zyski właścicielom koncernów globalnych i finansjerze światowej.
Tak oto skutecznie wypierana jest rozumność z życia ludzi, którzy może jeszcze w jakimś sensie są istotami racjonalnymi, ale już coraz bardziej pozbawionymi rozsądku i coraz mniej odpowiedzialnymi w swej działalności gospodarczej. To w znacznej mierze uszczupla ich racjonalność.
O ile wcześniej racjonalność wiązała się z oszczędnością, to dzisiaj bardziej wiąże się z rozrzutnością. Człowiek oszczędny, będący wytworem racjonalnej ekonomii, przekształca się już zauważalnie w człowieka rozrzutnego (homo prodigus). Ten proces przekształcania się będzie nadal postępować, ponieważ nic nie wskazuje na to, żeby miało być inaczej, przynajmniej w przyszłości dającej się przewidzieć.
Wiesław Sztumski
2 listopada 2012