Filozofia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1417
And, we must reject a culture in which facts are manipulated and even manufactured (…)
Lies told for power and for profit.*
Joe Biden
Prawda, fakt, mit i fałsz
Fakt jest tym, co istnieje, co jest rzeczywiste, weryfikowalne i uznawane za prawdziwe. Pojęcia: „istnienie, rzeczywiste, weryfikowalne i prawdziwe" są różnie rozumiane i definiowane w zależności od poglądów i wyboru kryteriów. W związku z tym, dla jednych coś jest faktem, a dla innych - nie.
W masowym (potocznym) odczuciu faktem jest to, co jest niepodważalne, bo istnieje obiektywnie.
Prawdą jest jakakolwiek wypowiedź o fakcie. W istocie to, co jest prawdą, zależy również od poglądów i innych czynników, np. od tego, czemu ta wypowiedź ma służyć. Jednak kłopot w tym, że „obiektywne istnienie" i „prawda" odwołują się do tzw. obiektywnej rzeczywistości, której nie ma. (1)
Bowiem rzeczywistością dla ludzi jest to, co znajduje się wokół każdego z nich, (albo każdej grupy), w otoczeniu, którego doświadczają zmysłowo lub myślowo. W takim razie ma się do czynienia z rzeczywistościami subiektywnymi lub intersubiektywnymi - tyle jest rzeczywistości, ilu ludzi i zbiorowości ludzkich (W. S., Tyle prawd, ile rzeczywistości, SN 5/2009).
Rzeczywistością intersubiektywną jest superpozycja rzeczywistości subiektywnych, a rzeczywistość obiektywna - rzeczywistości intersubiektywnych. A więc „rzeczywistość obiektywna" jest nazwą ogólną. Uznawanie jej za coś istniejącego w sensie przedmiotowym jest efektem hipostazowania.
Przeciwieństwem prawdy jest fałsz. Mit to niezgodna z prawdą opowieść (historia), opinia, wymysł (fantazja, konfabulacja, mrzonka) lub narracja (subiektywny sposób przedstawienia faktu).
W obecnych czasach, coraz bardziej zacierają się granice między faktem, prawdą, mitem i fałszem przede wszystkim wskutek ignorowania zasady referencji semantycznej, wprowadzania nadmiernej wieloznaczności nazw i manipulacji interpretacyjnych. Zasada referencji (jednoznaczne przypisywanie desygnatów do nazw oraz zgodność wypowiedzi autorów z ich przekonaniami) jest osłabiana i wypierana przez zasadę relatywizmu znaczeniowego.
W myśl tej zasady można przypisywać słowom dowolne znaczenia w zależności od czynników społecznych w kontekście przestrzennym i czasowym. W pierwszym przypadku - od języków etnicznych, kultur, wierzeń, ideologii, a w drugim - od sytuacji historycznej, w której wypowiada się te słowa. To dało asumpt do manipulacji znaczeniami słów, zazwyczaj po to, by celowo wprowadzać ludzi w błąd, by fałsz uznawali za prawdę, a zmyślenie - za fakt.
Z tej możliwości korzysta się coraz bardziej. Wielu specjalistów z psychologii społecznej, reklamy i propagandy, głowi się nad tym, jak najskuteczniej wprowadzać ludzi w błąd (ogłupiać ich) za pomocą manipulacji znaczeniami słów. Wskutek tego szybko postępuje budowa „społeczeństwa zakłamanego" w skali światowej (W. S., Język narzędziem kłamstwa, SN 6-7/2009). Uczestniczy w niej nie tylko mitologia, religia, kabalistyka itp., ale również nauka i wysoko rozwinięta technika wraz z sztuczną inteligencją.
Zagrożona prawda
Zagrożeń dla prawdy upatruję w wychodzeniu jej z mody, niechęci do poznawania jej, coraz trudniejszej obrony jej przed atakami kłamców, coraz mniejszej przydatności w życiu i postępującej deprecjacji.
Tradycyjne wartości etyczne (cnoty) zaczęły od połowy XX wieku odchodzić do lamusa, proporcjonalnie do postępu tzw. rewolucji naukowo-technicznej. Odkąd technika i ekonomia stały się najważniejszymi determinantami życia ludzi, w ich miejsce wchodziły antywartości, czyli wartości negatywne, ponieważ z różnych względów lepiej pasowały do nowych sytuacji społecznych.
Ten los spotkał też cnotę prawdy, która wydaje się najbardziej stabilną. Wprawdzie bronią jej jeszcze społeczności tradycjonalistów, konserwatystów i ortodoksyjnych wyznawców religijnych, ale ich liczebność zmniejsza się. Nazywa się je pejoratywnie „zacofanymi", gdyż nie chcą podporządkować się standardom etycznym i światopoglądowym „społeczności postępowych". (Po cichu zakłada się, że to, co postępowe, jest lepsze, chociaż nie zawsze tak jest).
Obrońcy prawdy - jak innych cnót tradycyjnych - są coraz bardziej marginalizowani w życiu publicznym. Mimo to, wszyscy budują swoje ideologie na fundamencie prawdy, niezależnie od tego, jaki mają do niej stosunek. Pewnie dlatego, że „zacofanych" jest o wiele więcej niż „postępowych" i trzeba się z nimi poważnie liczyć, choćby np. w kampaniach wyborczych. Tu wyraźnie daje znać o sobie zjawisko hipokryzji, przede wszystkim u polityków, którzy na pokaz wielbią prawdę, a w istocie głoszą fałsz i kłamstwa.
Bycie kimś „postępowym", który bałwochwalczo, albo w wyniku małpowania hołduje nowym trendom, nobilituje człowieka i wyróżnia go w grupie, a często też mu się opłaci. To wystarczy, by sprzeniewierzać się prawdzie i zasilać szeregi kłamców.
Ludzie, z wyjątkiem hobbystów i bezinteresownych (niezależnych) badaczy, coraz mniej chcą dociekać prawdy. Po pierwsze, wymaga to sporego wysiłku intelektualnego, a po drugie, co im z tego przyjdzie. Jeśli nawet uda się komuś znaleźć lub odkryć jakąś prawdę, to napotyka na trudności w głoszeniu jej i przekonywaniu do niej.
Łatwiej propagować fałsz i znajdywać zwolenników dla kłamstwa. Tym bardziej, że prawdy giną w mrowiu kłamstw. Wszak żyjemy w cywilizacji zakłamania, która rozwija się głównie w krajach wysoko rozwiniętych pod względem ekonomicznym i technologicznym. Tu wszyscy bez żenady, odpowiedzialności prawnej i oporów wewnętrznych (głosu sumienia) okłamują się nawzajem, a kłamstwo stało się modne i jest sposobem na przeżycie, robienie kariery, bogacenie się i powszechny szacunek.
Hasła: „kłamię, więc jestem" i „kłam, by przeżyć" są imperatywami w czasach współczesnych. Kłamią ludzie należący do różnych kategorii społecznych i zawodowych - osoby powszechnego zaufania, politycy, nawet prezydenci (2), duchowni, prawnicy, reklamiarze, handlowcy, ajenci, finansiści itp., a nawet doradcy, eksperci i naukowcy, zwłaszcza ekonomiści, statystycy i historycy.(3)
Kłamstwa upowszechniają klasyczne mass media (radio, telewizja, prasa) i wirtualne (portale internetowe). Przede wszystkim podporządkowane rządzącej partii i władzy państwowej media, które zmyślone fakty i kłamstwa powtarzają wielokrotnie, jak mantrę, zgodnie z regułą Josepha Goebelsa: „wielokrotnie powtarzane kłamstwo staje się z czasem prawdą".
Trudno jest, a często nie da się, obronić prawdy wielokrotnie atakowanej ze wszech stron przez kłamców, zwłaszcza, gdy należą oni do władz, są dysponentami mass mediów, tworzą programy nauczania historii w szkołach i są nieoficjalnymi cenzorami przekazywanych wiadomości.
To wszystko przyczynia się do spadku wartości i znaczenia prawdy, umniejszania jej roli jako fundamentu systemów wartości etycznych i postępującej eliminacji jej z życia społecznego.
O prawdę trzeba dbać i chronić ją, jak każde dobro wspólne
Zagrożenia prawdy biorą się z przyczyn obiektywnych i subiektywnych. Do pierwszych należy głównie rozwój cywilizacji zachodniej, w której największą rolę odgrywa gospodarka nastawiona na maksymalizację zysku, a temu sprzyja przede wszystkim kłamstwo i oszustwo. Mało kto dorobił się uczciwą pracą milionowych fortun. Siłą napędową tej cywilizacji jest liberalizacja ustroju społecznego i w konsekwencji łagodzenie nakazów moralnych w wyniku relatywizacji norm prawnych. Temu sprzyja również postępująca relatywizacja prawdy - zacieranie się linii demarkacyjnej między prawdą a fałszem - i stopniowe odchodzenie od niej.
Rozwój tej cywilizacji prowadzi do coraz ściślejszego sprzęgania się władzy państwowej z finansjerą (polityki z ekonomią), przy czym prym wiedzie finansjera, a nie politycy. To poniekąd zmusza polityków do głoszenia nieprawdy, nawet wbrew ich woli.
A drugą przyczyną jest przede wszystkim naturalna skłonność ludzi do samookłamywania się i do tego, by być okłamywanym przez innych. Bezpodstawne pochwały, komplementy i pochlebstwa mile są uszom każdego. Wielu ludzi nie chce znać prawdy, zwłaszcza o sobie, i boi się jej. W zakłamanym świecie (baśniowym) żyje się bardziej komfortowo niż w prawdziwym.
Życie w obecnych warunkach pokazuje, że nie warto znać prawdy ani jej głosić, bo to po prostu nie popłaca. Lepiej wychodzi się na kłamstwie. Dzięki kłamstwom łatwiej można osiągać cele życiowe aniżeli dzięki prawdzie. Toteż stopniowo obojętnieje się na degradację prawdy i zatruwanie umysłów kłamstwami.
Od niedawna prawda znajduje się w stanie wysokiego zagrożenia. A przecież jest ona jednym z ważnych elementów środowiska społecznego i kulturowego, w szczególności duchowego.
Prawda ulega degradacji tak samo, jak inne składniki środowiska i jest jej coraz mniej. Już teraz widać, jak przekształca się w dobro deficytowe i luksusowe, coraz mniej dostępne dla mas, podobnie, jak inne dobra naturalne: nieskażone powietrze, nietoksyczna żywność („ekologiczna"), czysta woda i niezdewastowany krajobraz. Dlatego umniejszanie znaczenia prawdy, ucieczka od niej, stopniowe marginalizowanie jej i wypieranie przez fałsz skutkuje degradacją środowiska.
Czy należy być obojętnym wobec niszczenia kolejnego składnika środowiska, jakim jest prawda? Z pewnością nie. Dlatego, póki nie jest za późno, należy powołać do istnienia naukę o prawdzie jako składniku środowiska społecznego – „ekologię prawdy" i naukę o jej ochronie – „sozologię prawdy". Oprócz tego dobrze by było, gdyby organizacje społeczne ekologów włączyły do swych programów troskę o prawdę i niedopuszczenie do jej degradacji. Tym bardziej, że przeważająca część populacji świata wciąż jeszcze uznaje prawdę za wartość fundamentalną, na której zbudowano trwałe struktury społeczne, systemy wartości etycznych, ideologie, ustroje polityczne, wierzenia religijne, porządek społeczny i dobre relacje między ludźmi.
Wiesław Sztumski
*Musimy odrzucić kulturę, w której fakty padają ofiarą manipulacji, albo wręcz są tworzone. (…) Kłamstwa opowiada się w celu zdobycia władzy i zysku., J. Biden, Przemówienie inauguracyjne
(1) Według klasycznej definicji Arystotelesa prawdą jest wypowiedź zgodna z rzeczywistością - w domyśle: obiektywną.
(2) Rekordzistą jest b. prezydent USA, D. Trump, który notorycznie kłamał, jakby miał kłamstwo w krwi.
(3) Historia zawsze była fałszywym opisem dziejów, ale nigdy w takim stopniu, jak obecnie. Partyjni i prorządowi historycy manipulują bezkarnie faktami - przeinaczają je i usuwają, albo tworzą zmyślone. Tak samo postępują z postaciami historycznymi. O niewygodnych „zapominają" z okazji różnych rocznic. Za to lansują takich, którzy żadnych zasług dla kraju nie mieli i tworzą ich kult. Dla przykładu: z okazji 40. rocznicy „Sierpnia 1980" na wystawie w Berlinie zdjęcie Lecha Wałęsy znalazło się w tle, a na pierwszym planie pokazano zdjęcie Lecha Kaczyńskiego, jakby to on był głównym bohaterem tamtych lat. A Premier Morawiecki (historyk) na otwarciu tej wystawy stwierdził kłamliwie, że bez Kaczyńskiego nie byłoby Solidarności. Poza tym, eksponowano przede wszystkim „Solidarność Walczącą" Kornela Morawieckiego, a nie „Solidarność" Lecha Wałęsy, chociaż powstała ona 38 lat temu, a nie 40 i - na szczęście - nie odegrała większej roli w okresie transformacji ustrojowej. Łatwo się domyśleć, dlaczego tak zrobiono.
Wyróżnienia w tekście pochodzą od Redakcji
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2186
Dyktatorzy chcą na swój sposób - zgodnie z ich ideologią i pojęciem szczęścia - koniecznie uszczęśliwiać ludzi, najpierw swojego kręgu, kraju, potem innych krajów, a w końcu - całą ludzkość (p. SN Nr 8-9/17 -Szczęście i uszczęśliwianie). Jakby mieli obsesję na tym punkcie.
Z historii wiedzą, że nie da się tego zrobić w krótkim czasie za pomocą łagodnej perswazji, tzn. stopniowego przekonywania społeczeństwa do swoich racji. A zależy im na czasie, ponieważ chcą pożyć w stworzonym przez siebie raju na Ziemi.
Innym powodem, dla którego przyspieszają, jest potrzeba uznania, powszechnej aprobaty dla swoich rządów i uwielbienia przez masy, stania się przedmiotem kultu. Są przekonani, że jedynym, uniwersalnym i skutecznym środkiem szybkiego osiągnięcia tego celu jest przemoc. Na przemocy opiera się ustrój dyktatorski lub autorytarny.
Przemoc wyraża się na różne sposoby. Może być fizyczna, psychiczna, emocjonalna, religijna, polityczna, seksualna, ekonomiczna, prawna, pozaprawna, jawna, skryta, domowa, cyberprzemoc itd. Definicja WHO z 1996 r., wciąż obowiązująca, określa przemoc jako „celowe użycie siły fizycznej lub władzy, przeciwko innej osobie lub grupie, które powoduje obrażenia cielesne, śmierć albo szkody psychiczne.
Ta definicja ogranicza się przede wszystkim do aspektu fizycznego (cielesnego). Lepsza jest inna definicja, zamieszczona na stronie Niebieskiej linii: „przemoc to intencjonalne działanie jednej osoby wobec drugiej, która wykorzystując swoją przewagę narusza jej prawa i dobra osobiste, powodując cierpienia i szkody”.
Właściwie ta definicja zawiera wszystkie rodzaje przemocy i cierpień wynikających z niej. Ważne jest zwrócenie uwagi na intencję działania – np. gdy jakiś człowiek, mając najlepsze intencje, chce spowodować, by było tak, jak on chce. Sądzi bowiem, że wie lepiej, co jest dla ludzi dobre. Dlatego przyznaje sobie prawo do decydowania o ich szczęściu, sprawach i losie. Przy tym jest święcie przekonany, że również inni ludzie powinni mu się bezwzględnie podporządkować i spełniać jego życzenia. Nie liczy się z ich zdaniem i potrzebami. Ma być tak jak on sobie życzy i to natychmiast, bez zbędnego gadania.
Dobre intencje biorą się z wiary, tak z prawdziwej, jak fałszywej.
Droga do monopolu
Najgorszym rodzajem jest przemoc skryta, ponieważ dopada ludzi znienacka. Szczególnie upodobali ją sobie dyktatorzy i dlatego najchętniej posługują się różnymi tajnymi służbami, współpracownikami i funkcjonariuszami, którzy dokonują aktów przemocy zaskakując swoje ofiary, najczęściej w nocy lub różnych miejscach, mając ku temu prawdziwe lub zmyślone powody. W rezultacie nikt nie może być pewny, że nie dosięgnie go przemoc, nawet, gdy nie poczuwa się do żadnej winy. Ale właśnie chodzi o to, by zastraszyć społeczeństwo, by było ono w permanentnym stanie zagrożenia oraz stresu i by w ten sposób sparaliżować je w maksymalnym stopniu. Wtedy bezsilna staje się jakakolwiek opozycja z ich strony w stosunku do dyktatora.
Tak tworzy się warunki dla sprawowania władzy przez jedną tylko partię, najlepszą z możliwych, bo rządzącą. A stąd krok do społeczeństwa homogenicznego, monopolitycznego i monoideologicznego, monowyznaniowego, jednomyślnego, zuniformizowanego według wzorców ustanowionych przez władcę, czyli najlepiej nadającego się do rządzenia przez autokratów, dyktatorów i satrapów.
„Monopol ideologiczny zapewnia powszechną kontrolę nad wszystkim i wszystkimi. Umysły i dusze redukuje do kategorii rzeczy. A dysydentów niszczy się lub izoluje. Nie istnieje wolna myśl, ani wolne słowo".( Zob. N. Berg, S. Kurtua, J.-L. Panne, A. Patshkovskij, K. Bartoshek, J.-L. Margolen, Ţshornaja kniga kommunizma. Prestuplenija, terror, represii, Moskwa 2001, s. 11)
Cenzurowane są środki przekazu masowego, Internet, portale społecznościowe; w przestrzeni publicznej i prywatnej podsłuchiwani są ludzie, i ich telefoniczne rozmowy; stosuje się różnego rodzaju prowokacje. „Zabrania się poszukiwania prawdy. Ideologizuje się kulturę, sztukę, przeszłość i naukę (nauki humanistyczne, przyrodnicze, techniczne, rolnicze i medyczne wtłacza się na siłę w ciasny gorset ideologii).
Dlatego postępuje potworne zniekształcenie rzeczywistości aż do jej całkowitego odwrócenia. Dyktatorzy postrzegają rzeczywistość społeczną odwracaną przez krzywe zwierciadło ideologii i wyobraźnię”.
W gruncie rzeczy jest to chora wyobraźnia, na której buduje się patologiczną wizję świata. (Przypuszczam, że dyktatorzy mają zaburzoną psychikę i cierpią na różne obsesje i fobie.)
„Normy prawa zastępuje się poleceniami partyjnymi i instrukcjami władzy zwierzchniej, a rządy prawa - rządami władzy politycznej, czyli partyjnej”. Pozorna jest samorządność, ponieważ organami samorządów kierują „namiestnicy" w postaci partyjnych funkcjonariuszy (z nomenklatury partyjnej). „Ta rzeczywistość iluzoryczna (życzeniowa) jest ważniejsza od faktycznej, a w celu urzeczywistnienia jej można stosować różne środki, także przemoc, nie zważając na ocenę moralną".
W najnowszej historii rządy wielkich dyktatorów kończyły się po jakimś czasie. Tak np. po kilkunastu lub kilkudziesięciu latach, upadły dyktatury występujące w różnych formach w III Rzeszy Niemieckiej, ZSRR, Wietnamie Północnym, Libii (za Kaddafiego), Chinach (za Mao Tse Tunga) i Kambodży (za Pol Pota). Czas utrzymywania się ich zależał od tego, w jakim stopniu były tam zastraszone, sparaliżowane i zniewolone społeczeństwa, jak wielka panowała w nich przemoc i samowola władców i jak wielki był kult dla nich.
Bez indywidualizmu
Dyktatura nie toleruje indywidualizmu. Jednostka musi rozpływać się w masie, bo wtedy się nie liczy i nie jest zdolna do stawiania oporu („Jednostka bzdurą, jednostka zerem" - jak pisał Włodzimierz Majakowski). Podobno w październiku 1919 r. wódz rewolucji socjalistycznej Włodzimierz Iljicz Lenin zjawił się w laboratorium słynnego rosyjskiego fizjologa, i noblisty Piotra Iwanowicza Pawłowa, odkrywcy odruchów bezwarunkowych u psów. Wizyta wywołała zdziwienie uczonego, ponieważ odbywała się w bardzo trudnym okresie sprawowania przez Lenina rządu w ZSRR.
Jak wspomina Pawłow w swoich prywatnych notatkach opublikowanych dopiero w latach 90-tych ub. wieku w rosyjskim tygodniku „Ogoniok”, (informacja z książki: I. T. Miecika, Katiusza z bagnetem. 14 sekretów ZSRR), Lenin oświadczył: „Chcę, aby rosyjskie masy naśladowały komunistyczny wzorzec reagowania i myślenia. W przeszłości w Rosji było zbyt dużo indywidualizmu. Komunizm nie toleruje indywidualistycznych tendencji. Są szkodliwe. Kolidują z naszymi planami. Musimy wyeliminować indywidualizm".
Ta wypowiedź wprawiła Pawłowa w zdziwienie: „Czyżby Lenin oczekiwał ode mnie uczynienia z ludźmi tego, czego dokonałem z psami?" A potem zapytał: „Chcecie ujednolicić ludność Rosji? Sprawić, by wszyscy zachowywali się jednakowo i przewidywalnie? Kontrolować odruchy mas?" Lenin odparł: „Właśnie tak. Jestem przekonany, że człowieka można poprawić, ukształtować wedle naszej woli, tak jak się nam podoba. Stworzyć człowieka nowej ery. Ery komunizmu".
Jednak Pawłow nie spełnił prośby Lenina. Był przeciwnikiem komunizmu.*
Za to inni naukowcy rosyjscy, korzystając z dorobku Pawłowa, podjęli próby realizacji tego wyzwania poprzez eksperymenty na ludziach, mające kształtować człowieka-komunistę. Odtąd zaczęły rozwijać się w ZSRR odpowiednie dyscypliny naukowe (neurogenetyka, psychologia tłumu) oraz badania nad możliwościami mózgu ludzkiego, telepatią, psychokinezą, psychosugestią, hipnozą, jasnowidztwem i zbiorowymi halucynacjami. Badania te zostały przerwane w okresie rządów Józefa Stalina, kiedy uznano, że najlepiej praca, a nie nauka, kształtuje człowieka. (Dlatego wychowywano przez pracę, najskuteczniej w obozach pracy). Po śmierci Stalina kontynuowano wcześniejsze badania na postawie nowopowstałych dyscyplin naukowych, jak np. cybernetyka, ale już nie w celu ukształtowania człowieka-komunisty, lecz dla celów militarnych. Postęp w tej dziedzinie nastąpił w okresie zimnej wojny i wyścigu zbrojeń. I trwa nadal, zresztą nie tylko w Rosji.
Trzeba przyznać, że Lenin miał jakiś szczególny dar prognozowania, skoro bardziej na gruncie intuicji i głębokiej wiary w ideały komunizmu niż wiedzy naukowej, przewidział, że w przyszłości możliwa będzie taka manipulacja masami i to w skali globalnej, z jaką teraz mamy do czynienia. W ostatnich dziesięcioleciach rozwija się w niesłychanym tempie manipulacja człowiekiem i społeczeństwem, kształtowanie postaw, zachowań i sposobów myślenia indywidualnego i zbiorowego, głównie na użytek ekonomii, ideologii i polityki. W tej dziedzinie dokonuje się fascynujący postęp nauki i techniki oraz wręcz niewyobrażalne osiągnięcia w kognitywistyce. Coraz bardziej przybliża się realizacja pomysłu budowy sztucznego mózgu.
Kijem, czy pałą…
Kształtowanie człowieka nowej ery nie jest - jak u Lenina - celem ideologii komunizmu, lecz neoliberalizmu. Ale jaka to różnica? Zamierzonym skutkiem jednej i drugiej jest ogłupianie i paraliżowanie mas, a niezamierzonym - ich cierpienie i milionowe ofiary.
W pierwszym przypadku, w wyniku krwawej rewolucji socjalistycznej, walki klasowej, terroru stalinowskiego – według szacunków autorów „Czarnej księgi komunizmu” -zginęło szacunkowo około 100 mln ludzi a 1,5 mln z głodu.
W drugim przypadku, w wyniku licznych konfliktów zbrojnych zginęło ponad 230 mln (z tego 70 mln w II Wojnie Światowej, 160 mln po II Wojnie Światowej i 350 tys. w wojnach w Afganistanie, Iraku i Pakistanie w latach 2001-2014), a z głodu umiera rocznie ok. 9 mln ludzi.
Są to dane szacunkowe, gdyż z różnych przyczyn nie da się określić pełnej listy ofiar, których wciąż przybywa. „Wiek dwudziesty nazywa się stuleciem mega-śmierci". (R. Artymiak, Wojny i konflikty w XX wieku, w: Konflikty współczesnego świata (red. R. Borkowski).
W ciągu 90 lat XX w. zanotowano 180 konfliktów zbrojnych, z czego ok. 160 po II wojnie światowej. Jeśli zestawić te liczby, to można mieć obiekcję, co jest gorsze: ideologia komunizmu czy neoliberalizmu, „skokowa" rewolucja, socjalistyczna czy pełzająca neoliberalistyczna. Jednak powszechnie, zgodnie z teraźniejszą poprawnością polityczną, pierwszą z nich uznaje się za „be", drugą za „cacy".
Naukowcy i technicy, przede wszystkim z zakresu kognitywistyki, neurofizjologii mózgu, sztucznej inteligencji, informatyki i robotyki, prześcigają się w pomysłach, odkryciach i wynalazkach, które najskuteczniej kształtowałyby człowieka ery neoliberalizmu. Do tego celu wykorzystuje się środki przekazu masowego i różne instytucje państwowe, oświatowe, kulturalne i wyznaniowe. Dzięki temu odnosi się wspaniałe efekty w formowaniu ludzi wedle wzorca najbardziej pożądanego przez dyktatorów. Toteż nic dziwnego, że w świecie powstaje coraz więcej rządów autorytarnych i zaczyna się „era dyktatorów". Możliwe, że jej zwieńczeniem będzie imperium jakiejś formy „dyktatury światowej" - jednego mocarstwa, jednego kościoła, jednej ideologii i jednej partii. Wtedy dopiero ludzie będą naprawdę szczęśliwi, a jeszcze bardziej - dyktatorzy.
Wiesław Sztumski
* Po powrocie z pierwszej wizyty w Stanach Zjednoczonych w 1923 r. publicznie potępił komunizm, stwierdził, że podstawa dla międzynarodowego marksizmu jest fałszywa, i powiedział: „Za rodzaj eksperymentu społecznego, który robicie, nie poświęciłbym tylnych nóg żaby!" (Zob. W. H. Gantt, Ivan Petrovich Pavlov Russian physiologist; https://www.britannica.com/biography/Ivan-Pavlov)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2948
W ciągu wielu stuleci ład społeczny budowano na fundamencie wartości etycznych zawsze uznawanych za pozytywne przez większość. Sądzono o nich, że są uniwersalne - ogólnoludzkie, ponadczasowe i niezmienne. Jednak w burzliwym dwudziestym stuleciu rychło okazało się, że w świecie rzeczywistym, czyli sensualnie doświadczanym, takich wartości nie ma. Są one składnikami jedynie świata pomyślanego lub wyobrażonego, ponieważ są produktem świadomości ludzi. W szczególności funkcjonują w sferach ideologii i religii.
Cechami charakterystycznymi tych wartości są: bezwładność, stabilność, trwałość oraz odporność na różnego rodzaju relatywizacje. Etyka ufundowana na takich wartościach też ma charakter uniwersalny. Dobrze byłoby, aby na bazie takiej etyki budowano przyszłość, gdyż zapewniałoby to trwały i zrównoważony ład społeczny w wymiarze globalnym i ponad różnymi podziałami.
Niestety, tego marzenia nie udało się dotychczas zrealizować mimo prób podejmowanych od dawna przez różnych utopistów, np. przez etyków chrześcijańskich, ideologów komunizmu oraz humanistów uniwersalnych i globalnych. W praktyce ma się do czynienia z etykami ufundowanymi na wartościach rzeczywistych funkcjonujących w świecie zmysłowym, a więc zmiennych i dostosowanych do wymogów każdorazowo dominujących ideologii, religii oraz polityki, a także na użytek różnych grup społecznych - w naszych czasach głównie korporacji.
Na dodatek, proporcjonalnie do przyspieszanego postępu cywilizacyjnego, wartości etyczne coraz szybciej zmieniają się i ulegają relatywizacji. Ideologowie i politycy traktują je instrumentalnie i wykorzystują do realizacji swoich celów. Chcieliby, żeby ustanawiane i propagowane przez nich wartości stały się powszechnie obowiązującymi, ponieważ ułatwiałoby im to sprawowanie rządów, implementację własnych wizji świata i osiąganie prywatnych celów.
Ale ziszczenie tego zamysłu jest z góry skazane na niepowodzenie. Z jednej strony szkoda, bo uniemożliwia to wprowadzenie globalnego ładu społecznego, a z drugiej - nie, bo groziłoby to upadkiem ustroju demokracji, gdzie zawsze są jakieś zróżnicowania i różne łady społeczne.
Oprócz wartości etycznych, uznawanych za pozytywne, są też wartości opozycyjne w stosunku do nich i dlatego uznawane za negatywne, bo zazwyczaj dobru towarzyszy zło. Te przeciwstawne wartości nazywam antywartościami.
Nazwa „antywartość” jest pejoratywna, ponieważ nie wiadomo, dlaczego to, co jest „anty” (opozycją), kojarzy się ogółowi z czymś złym. Z tego względu antywartościami gardzi się, obawia się ich i czuje się niechęć do nich, ale tak naprawdę, pojęcia „wartość” i „antywartość” są względne i umowne.
Wartości i antywartości
Co dla jednych jest wartością, dla innych może być antywartością lub na odwrót. Poniższa tabela (opr. własne na podst. A. Nikitina, Real Goal Getting. How to Make a Transition from Goal Setting to Goal Getting - http://www.goal-setting-guide.com/arinas-books/real-goal-getting, dostęp 13.7.2018) zawiera zestawienie niektórych wartości i antywartości (wartości pozytywnych i negatywnych).
Wartości - antywartości
akceptacja - agresja
aktywność - bierność
autentyczność - sztuczność
bezpieczeństwo - bezsilność
dobrostan - depresja
doskonałość - przeciętność
odwaga - tchórzostwo
ekscytacja - apatia
prawda - fałsz
kreatywność - nuda
lojalność - buntowniczość
mądrość - głupota
miłość - nienawiść
odpowiedzialność - beztroska
oszczędność - rozrzutność
otwartość - zamkniętość
patriotyzm - kosmopolityzm
pokój - wojna
porządek - bezład
pracowitość - lenictwo
prawdomówność - kłamliwość
przebaczenie - mściwość
przywództwo - uległość
radość - ból
równość - poniżanie
stabilność - nierównowaga
szacunek - pogarda
szczerość - hipokryzja
tolerancja - dyskryminacja
wiara - nieufność
wolność - zniewolenie
współczucie - obojętność
wstyd - bezwstyd
wytrwałość - niecierpliwość
życzliwość - złośliwość
Większość ludzi sądzi, że interpersonalne relacje w społeczeństwie, budowane na antywartościach, stanowią obrazę dla tradycyjnych relacji i zmieniają je na gorsze. Z reguły, co nowe i mało znane, początkowo budzi lęk i niechęć. Z tej racji nie powinno się tworzyć ładu społecznego na fundamencie antywartości.
Szczególną awersję do antywartości, a nawet oficjalne zwalczanie ich, okazują społeczeństwa o poglądach konserwatywnych, żeby nie powiedzieć zacofanych pod względem cywilizacyjnym i kulturowym, zwłaszcza poddanych przemożnym wpływom dyktatorów i ortodoksyjnych religii. (Tak np. rząd lewicowy pod wpływem prezydenta przeniósł prałata pułkownika ordynariatu polowego do rezerwy kadrowej za to tylko, że ośmielił się publicznie stwierdzić, iż w Polsce wartości zastępuje się antywartościami, a patriotyzm wypierany jest przez kosmopolityzm.) Wiele jest publikacji autorów związanych z kościołem katolickim, piętnujących antywartości. Ostry sprzeciw wobec antywartości zawarty był również w opublikowanym w Internecie w 2011 r. przez PIS „Raporcie o stanie Rzeczypospolitej”.
To nie nihilizm
Na przekór temu, od kilku dziesięcioleci kształtuje się szybko nowa cywilizacja, diametralnie różna od tradycyjnej, na fundamencie antywartości, nowej etyki, nowych relacjach moralnych oraz nowego ładu społecznego. Nie wiadomo, czy dzieje się to na złość tradycjonalistom w wyniku intencjonalnych działań elit władzy (zgodnie z teorią spiskową dziejów), czy w efekcie postępu wiedzy, techniki i ekonomii (zgodnie z determinizmem technicznym i ekonomicznym), który musiał doprowadzić do tego.
Postrzega się ją i z premedytacją pokazuje jako „cywilizację zła”, której brak jakiegokolwiek kośćca aksjologicznego, w której nie obowiązują utrwalone przez wieki zasady etyczne i gdzie szerzy się nihilizm etyczny.
Takie wrażenie można odnieść, ponieważ rzeczywiście jest ona zaprzeczeniem tradycyjnej cywilizacji. Jednak nie jest prawdą, że zasadza się ona na nihilizmie etycznym i ma na celu doprowadzenie do destrukcji wszelkiego porządku moralnego - ergo, że faktycznie jest cywilizacją zła.
Począwszy od dwudziestego wieku, daje się zauważyć postępującą kwantyfikację i gradację wartości etycznych. Dlatego coraz częściej ulegają one parametryzacji. Coraz bardziej różnicują się ich natężenia w zależności od sytuacji aksjologicznej oraz stopnia możliwości ich implementacji. W życiu codziennym ludzie doświadczają ich w określonych przedziałach natężeń, podobnie jak cechy. A sytuacje życiowe wymuszają coraz większe różniczkowanie ich natężeń aż do nieskończenie małych. Jeśli jakaś wartość charakteryzuje się nieskończenie małym natężeniem, to faktycznie nie doświadcza się jej, wskutek czego ona de facto nie istnieje.
Tak więc, postępująca kwantyfikacja, parametryzacja i relatywizacja wartości etycznej przyczynia się w skrajnym przypadku do jej braku. W związku z tym trzeba ją zastąpić przez inną wartość, jako że przestrzeń aksjologiczna nie znosi pustki, tak jak przyrodnicza. Najłatwiej - i chyba najczęściej - zastępuje się ją przez wartość komplementarną do niej lub przeciwstawną jej, czyli przez antywartość. Im większe jest zróżnicowanie natężenia jakieś wartości, tym bardziej jest ona podatna na relatywizację oraz na substytucję przez odpowiadającą jej antywartość.
Relatywizacja wartości polega na zmianie jej sposobu rozumienia w zależności od różnych obiektywnych i subiektywnych czynników i okoliczności. W świecie współczesnym w coraz większym stopniu ma się do czynienia ze zjawiskiem substytucji wartości przez odpowiadające im antywartości. W związku z tym w aksjosferze pojawia się coraz więcej antywartości i liczba ich będzie szybko wzrastać.
To wszystko dla zysku
Podmiana wartości przez antywartości oraz substytucja etyki przez antyetykę zdaje się być warunkiem koniecznym dla dalszego rozwoju cywilizacji podporządkowanej ekonomii skrajnego liberalizmu ekonomicznego i ideologii konsumpcjonizmu. Chodzi przecież o to, żeby masy społeczne czuły się całkowicie zwolnione z obowiązku przestrzegania tradycyjnych norm obyczajowych i zasad postępowania etycznego i by nie reagowały na amoralne postępki.
Jak najbardziej odpowiada to interesom współczesnych światowych elit władzy gospodarczej i politycznej. Skoro bowiem wszystko jest dozwolone, to również - i przede wszystkim - masowe ogłupianie ludzi, rządzenie nimi, jak się podoba w celu wyzyskiwania ich, jak się da i nienarażenia się na negatywną ocenę moralną.
Ale z drugiej strony, wywołuje to sprzeciw ze strony ludzi przywiązanych do tradycji, zwłaszcza związanych z religią, którzy w antyetyce upatrują psucia dobrych obyczajów i przyczyny wszelkiego zła panoszącego się teraz.
Jedni i drudzy nie uświadamiają sobie tego, że budowanie porządku społecznego na antywartościach i antyetyce jest tak samo złe, jak utrzymywanie ładu społecznego opartego wyłącznie na tradycyjnych wartościach i tradycyjnej etyce. W jednym i drugim przypadku może dochodzić do skrajności i radykalizmu oraz do formowania postaw ekstremistycznych. Na razie rzeczywistość aksjologiczną wypełniają wartości i antywartości, ale jest tendencja do pełnego wyrugowania z niej wartości i zastąpienia ich przez antywartości.
System wartości etycznych działa jak filtr w postrzeganiu świata i tworzenia światoobrazu. Jeśli są to antywartości, czyli w pewnym sensie „wartości odwrócone”, to w świadomości naszej rysuje się zdeformowany, w szczególności odwrócony, obraz świata faktycznego („świata w sobie”), który odzwierciedla świat wyobrażony („świat dla nas”). Najgorsze jest to, że w efekcie masowego ogłupiania, ucieczki od rozsądku i rosnącego wpływu czynników irracjonalnych ludzie myślą, że świat odwrócony jest normalnym.
W życiu codziennym ważniejszą rolę od świata faktycznego (doświadczanego przez zmysły) odgrywa świat wyobrażany m. in. na podstawie antywartości. W rezultacie implementacji antywartości funkcjonujemy w coraz większym stopniu w świecie odwróconym pełnym paradoksów i rozterek moralnych. Bytowanie w nim wymaga pilnej i intensywnej refleksji nad sposobem życia (jak żyć?), wychowywaniem (do czego wychowywać?) i możliwością przetrwania (co robić, by przeżyć?).
Paradoksy etyczne
Symptomatyczne dla współczesnego społeczeństwa, w którym wartości tradycyjne ścierają się z antywartościami, są paradoksy etyczne, jakich życie dostarcza wciąż więcej:
- Indywidua, które mają braki w edukacji i wychowaniu, decydują o edukacji mas dzięki swojej pozycji społecznej i zawłaszczeniu mass mediów, a ich skandaliczne zachowania są wzorem do naśladowania.
- Osobniki niemoralne prawią morały i narzucają masom normy obyczajowe, często sankcjonowane przez prawo.
- Jednostki niedouczone sprawujące władzę pouczają masy.
- Niedoinformowani przekazują i upowszechniają informacje zdeformowane lub nieprawdziwe.
- Kłamcy bezkarnie głoszą i upowszechniają fałsz i chcą, by uznać go za prawdę.
- W przeciwieństwie do prawdy kłamstwa nie trzeba dowodzić.
- Złodzieje i aferzyści stanowią prawa i ich wykładnie.
- Władzę sprawują ludzie bez morale, wykształcenia merytorycznego i wiedzy z dziedziny zarządzania.
- Regułą zachowania się nie jest normalność, lecz ekstrawagancja.
- Dewianci i psychopaci rządzą ludźmi zdrowymi psychicznie i narzucają im swoje standardy.
- Ignoranci decydują o losach profesjonalistów.
- Bogaci udają biednych, a ubodzy zamożnych.
- Ludzi prawych postrzega się jak nieudaczników i spycha na margines życia społecznego, a z nikczemników czyni się celebrytów, wokół których tworzy się kult.
- Uczciwość wyśmiewa się, a nieuczciwość nagradza.
- Brzydota wypiera tradycyjne piękno.
- Co naturalne, postrzega się, jak sztuczne, a co sztuczne, jak naturalne.
- Co realne, jest wirtualizowane, a co wirtualne, traktuje się jak realne.
- Fakty zmyśla się, a zmyślenia uznaje się za fakty.
- Demokracje przekształcają się w dyktatury, a dyktatury uznaje się za nowe formy demokracji.
- Rozwój demokracji wiedzie do zniewolenia, a zniewolenie uznaje się za gwarant walności.
- Bezpieczeństwo globalne nie zapewnia pokój, lecz wojny lokalne, a bezpieczeństwo kraju zapewniają konflikty wewnętrzne.
- Wierność staje się przeżytkiem, a zdrada przejawem mody lub bohaterstwa.
- Odwaga bywa karcona, a tchórzostwo nagradzane.
- Odpowiedzialność ustępuje miejsca bezkarności.
- Pracowitość jest wyśmiewana, a lenistwo stało się cnotą.
- Uczciwość nie opłaca się, ponieważ lepsze jest cwaniactwo.
W wyniku formowania społeczeństwa na bazie antywartości postępuje atrofia wielu cech uznawanych tradycyjnie za pozytywne, takich jak mądrość, odpowiedzialność, zaufanie wzajemne, przystosowanie się, aktywność dziejotwórcza, tożsamość, prywatność, dążenie do wolności, empatia itd.
Wiesław Sztumski
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 5242
Prawda naukowa stała się dziś towarem, który podlega mechanizmom rynkowym, a za pieniądze naukowcy skłonni są sprzedawać się możnowładcom, zatajać lub fałszować wyniki badań. Krótko mówiąc, nauka zaczęła prostytuować się.
Stulecia ukształtowały pozytywny stereotyp nauki i wizerunek naukowca. Naukę postrzega się jako nieskazitelny obszar działań lub nieprzekupną instytucję, a jej przedstawicieli jako wzorce moralne. Na gruncie tego stereotypu wierzy się w obiektywizm badań naukowych i prawdziwość tego, co naukowo potwierdzone, tudzież w uczciwość i rzetelność tego, co stanowi treść wyrażanych opinii i stwierdzeń wypowiadanych przez ludzi nauki lub ekspertów.
Szczególnym zaufaniem darzy się przyrodoznawców i matematyków, ponieważ ich przedmioty badań należą do świata zmysłowego, a metody badań dostarczają wyniki najlepiej weryfikowalne. Ze względu na przedmiot badań, oraz większy ładunek subiektywizmu w badaniach i wypowiedziach, mniej ufa się reprezentantom nauk humanistycznych i społecznych.
Niestety, w ostatnich latach, mniej więcej od drugiej wojny światowej, postępuje erozja utrwalonego przez tradycję w świadomości potocznej wizerunku naukowca i stereotypu nauki.
Można wskazać różne tego przyczyny - obiektywne i subiektywne:
-
Wykorzystywanie nauki do ludobójstwa i produkcji broni masowej zagłady
-
Pośredni wpływ nauki na degradacje środowiska
-
Spospolicenie nauki w wyniku masowej edukacji na poziomie wyższym i w efekcie pozbawienie jej nimbu tajemniczości
-
Sprzęganie nauki z ideologią i światopoglądem
-
Wykorzystywanie nauki na użytek propagandy i reklamy, czyli w celu propagacji obietnic bez pokrycia albo zwykłych kłamstw
-
Komercjalizacja nauki
-
Uzależnienie finansowania badań naukowych od lobbistów
-
Pauperyzacja środowiska naukowego
-
Zbyt łatwe uleganie naukowców presji różnych środowisk, niekiedy nawet mających złą sławę lub przestępczych
-
Malejąca troska o utrzymanie dawnego etosu nauki i autorytetu naukowca
-
Zwykle upodlanie się niektórych pracowników naukowych w celu robienia kariery w wyniku wiązania się z światem biznesu i polityki.
Analizie przyczyn degradacji świata nauki należałoby poświęcić odrębne studium. Wiele z wymienionych przyczyn zaistniało w wyniku postępu cywilizacyjnego, w warunkach określonych ustrojów politycznych i ekonomicznych oraz z inspiracji panujących ideologii. Z pewnością ogromną rolę odegrały tu ustroje totalitarne, spirala zbrojeń i walka ideologiczna w okresie zimnej wojny. Na to nie mają wpływu ani naukowcy, ani instytucje naukowe. Muszą działać w takich warunkach społecznych, jakie aktualnie są.
Nauka funkcjonuje w określonym środowisku społecznym i musi być rozpatrywana w szerokim kontekście uwarunkowań i ze względu na relacje między różnymi dziedzinami życia. Z jej postępem wzrasta stopień przenikania do innych obszarów działalności ludzi: gospodarki, wytwórczości, polityki itd. Wskutek tego ulegają one scjentyfikacji. A z drugiej strony, nauka ulega jakby rozhermetyzowaniu i coraz bardziej staje się podatna na ingerencje czynników zewnętrznych. Temu nie da się zapobiec. Natomiast w pozostałych przypadkach winni są sami naukowcy i ich organizacje, ponieważ nie przeciwstawiają się, a często nie wyrażają nawet woli sprzeciwu wobec postępującej dewaluacji nauki i pomiataniu sobą - pozwalają deklasować się, czyli być spychanymi na niższe poziomy hierarchii społecznej, dawać sobą pomiatać różnym często niedokształconym możnowładcom. Chociaż z drugiej strony, trzeba być wyjątkowo odpornym psychicznie i moralnie, aby nie ulegać chęci robienia kariery tanim kosztem ani pokusie możliwości bogacenia się za wszelką cenę.
Spirala dewaluacji nauki
Osłabienie autorytetu i dobrego wizerunku nauki rośnie wraz z zanikaniem obiektywizmu i rzetelności badań naukowych. To bierze się z postępującego relatywizmu nauki. Ulegają mu przede wszystkim nauki humanistyczne i społeczne, ale też przyrodnicze, nawet fizyka, w miarę wzrostu oddziaływania czynników subiektywnych, kulturowych, historycznych itp. na twórczość naukową i badania. Sami ludzie nauki winni są pomniejszaniu swego autorytetu, ponieważ w wielu przypadkach, występując w roli ekspertów świadomie fałszują swoje wyniki badań i ekspertyzy albo przedstawiają ich oszukańcze interpretacje na zamówienie biznesmenów, ideologów i polityków. Na szczęście, zjawisko nie jest jeszcze powszechne, ale już w wystarczającym stopniu dostrzegalne, by można było uznać je za godzące w dobre imię nauki. Spadkowi autorytetu winni są także plagiatorzy wśród naukowców, których liczba rośnie wraz z dostępem do sieci internetowej i jej rozwojem.
Autorytet nauki osłabia się również w wyniku postępującej dewaluacji tytułów i stopni naukowych. Kryteria przyznawania ich są wciąż łagodniejsze i redukowane do minimalnych wymogów. Dziś (przynajmniej u nas) wystarczy jako tako napisać jakąś pracę na bzdurny temat, nawet z błędami stylistycznymi i ortograficznymi, urągającą logice i metodologii, by mając za sobą mocnego promotora związanego z odpowiednią koterią uzyskać odpowiedni stopień naukowy. Nieważne, co się napisało, tylko jakiego ma się promotora. W wielu przypadkach prace doktorskie prezentują niższy poziom niż dawniej przeciętne prace magisterskie. A do uzyskania tytułu naukowego profesora, potrzeba jeszcze więcej znajomości i poprawności wyznaniowej, ideologicznej i politycznej. W konsekwencji, utytułowanymi naukowcami zostają osobnicy „mierni, ale wierni". Z kolei pod ich kierunkiem powstają nowe, quasi-odkrywcze i pseudonaukowe rozprawy jeszcze większych miernot. I tak napędza się spirala dewaluacji nauki. O przyczynach i skutkach tego można by też napisać obszerną rozprawę socjologiczną.
Czemu dziś służy nauka?
W wyniku komercjalizacji nauki w warunkach gospodarki wolnorynkowej oraz za sprawą pragmatyzmu amerykańskiego i ideologii konsumpcjonizmu, charakterystycznych dla kultury i cywilizacji zachodniej, nauka bardziej służy celom praktycznym niż teoretyczno-poznawczym. Nieporównywalnie intensywniej rozwijają się nauki stosowane niż podstawowe; więcej środków finansowych przeznacza się na nie, bo lepiej sprzedaje się ich produkty. Rozwijający się kapitalizm zamienia wszystko na towary. Współcześnie towarami stały się stopnie i tytuły naukowe oraz prawda naukowa. Rządzą nimi mechanizmy rynkowe i dlatego można nimi dowolnie kupczyć. To stwarza przesłankę do prostytuowania się nauki. To stwierdzenie może szokować, ale wyraża obiektywny fakt. Mamy świadomość tego i oburzamy się, a nie potrafimy niczego zmienić. Wydaje się, że trzeba do tego przywyknąć, tak jak do wielu innych amoralnych skutków rozwijającego się coraz bardziej brutalnego kapitalizmu oraz do negatywnych zjawisk towarzyszących cywilizacji zła.
Świat się zmienił i my musimy się zmieniać, żeby móc w nim przeżyć. Dzięki postępowi nauki i techniki żyjemy zgodnie z zasadą akceleracji: chcemy coraz szybciej i więcej osiągać naraz. Aby ten zamiar spełnić, trzeba posiadać wystarczające środki finansowe. Stąd obłąkańcza pogoń za bogactwem, w której uczestniczą też naukowcy. Dlatego za coraz większe pieniądze sprzedają to, co mają: intelekt, wiedzę, prawdę i wizerunek. Nie wszyscy naukowcy tak postępują, tylko ci, którzy dają się kusić lobbystom i reklamie, którzy dzięki reklamie chcą zaistnieć w mass mediach, bo to czyni ich osobami publicznymi i sławnymi, ułatwia robienie pieniędzy oraz kariery. Ten proceder będzie trwać tak długo, dopóki słowo „naukowy" będzie miało moc magiczną w świadomości potocznej, jak długo dowód naukowy będzie ostatecznym kryterium weryfikacji.
Ludzie często zadają pytania: Jak to jest możliwe, żeby nauka dostarczała różnych odpowiedzi na jedno i to samo pytanie? Dlaczego w sporach ideologicznych każda ze stron znajduje kogoś, kto naukowo uzasadnia jej rację? Jak to się dzieje, że można wykorzystać naukę do uzasadniania ateizmu i umacniania wiary w boga? Odpowiedzi na te pytania dają się sprowadzić do jednej: to rynek stwarza możliwość uzyskiwania dobrych zarobków dzięki postępowaniu nieetycznemu. Dlatego wiele ekspertyz naukowych robi się na zamówienie tzw. sponsorów, którzy za odpowiednie pieniądze chcą uzyskać pożądane wyniki lub opinie.
Powszechnie znane są afery związane z korupcyjnymi ekspertyzami wykonywanymi dla celów marketingowych na zamówienie przemysłu farmaceutycznego, militarnego, kosmetycznego i spożywczego. A najlepsze jest to, że skorumpowane zespoły ekspertów nazywają się „niezależnymi" w celu zmylenia opinii publicznej. Niegodziwość i nieuczciwość pewnej liczby ludzi nauki obciąża całą naukę, jeśli rozumie się ją jako instytucję społeczną. Wszak na etos instytucji ma duży wpływ etos jej funkcjonariuszy, a jej wizerunek moralny postrzegamy poprzez pryzmat zachowań pracowników. Z tej racji kupczenie wizerunkiem naukowców siłą rzeczy dewaluuje autorytet nauki.
Żonglerka prawdą i prostytucja
Handlowi prawdami naukowymi sprzyja relatywizacja pojęcia prawdy. Dotyczy to również prawdy naukowej. Klasyczna definicja prawdy nie jest jednoznaczna. Odwołuje się do zgodności z rzeczywistością, ale ani nie wiadomo do której, bo tych rzeczywistości jest wiele, ani w jaki sposób niezawodnie potwierdzić tę zgodność. Nie wiadomo też, które kryterium prawdziwości jest najlepsze; każde budzi wątpliwości. W różnych rzeczywistościach funkcjonują różne prawdy, które są częściowe i względne, mniej lub bardziej prawdopodobne. To właśnie ułatwia żonglowanie prawdami naukowymi i manipulowanie nimi w zależności od potrzeb, od tego, komu mają służyć i do kogo są adresowane. Dziś dla potrzeb praktycznych za prawdę uznaje się to, co przyczynia się do osiągnięcia zamierzonych celów. Tak rozumieją ją np. Amerykanie, dzięki czemu od wielu lat utrzymują swoje panowanie imperialne w gospodarce, polityce, ideologii i kulturze. Prawda jako towar nie może być ani absolutna ani pewna; musi być chwiejna i zmieniać się w zależności od popytu, żeby mogła się dobrze sprzedawać.
Naukowcy, prostytuują się nie tylko wówczas, gdy za pieniądze sprzedają się biznesmenom, ale także wtedy, gdy zaprzedają się różnym mocodawcom politycznym i ideologicznym (także kościelnym), żeby się im przypodobać. Przede wszystkim czynią to w celu utrzymania się na stanowisku, albo ułatwienia sobie awansu zawodowego. Przecież żyją i działają w określonym kontekście uwarunkowań społecznych i kulturowych, stąd muszą funkcjonować w ramach określonych standardów społecznych. Poza tym, współczesny naukowiec nie działa indywidualnie, lecz pracuje w zespołach, czasem dość licznych. A współpracując z grupą, musi się do niej dostosować. Także pod względem kulturowym, politycznym i ideologicznym. Musi podzielać poglądy członków grupy i ich sposoby postępowania, nawet jeśli są sprzeczne z jego przekonaniami i sumieniem, albo wręcz nieetyczne - zgodnie z zasadą: „Jeśli wleziesz między wrony...". To go w pewnym stopniu usprawiedliwia.
Zachowanie naukowców budzi też wątpliwości natury moralnej, jeśli wbrew temu, co odkrywają i co powinno wynikać z ich wiedzy, z różnych powodów publicznie prezentują coś innego, świadomie wprowadzając w błąd swych słuchaczy lub czytelników. Oczywiście, naukowiec ma prawo głosić swoje przekonania w sytuacji dysonansu poznawczego, gdy zachodzi sprzeczność między jego wiedzą a poglądami dla jakichś celów, np. propagandowych, ale niech uczciwie przyzna, że są to jego subiektywne poglądy i że głosi je wbrew obiektywnej wiedzy naukowej. Niech nie nadużywa swego autorytetu naukowego, bo to jest nieuczciwe i podważa dobre imię nauki i naukowców.
Wiesław Sztumski