Filozofia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1014
Instrumentalne posługiwanie się tradycją i pamięcią
Kto dzień po dniu na dom zarabiać musi, bo chcą jeść codziennie żona oraz dzieci?
Kto swą modlitwę odmawiać rano zwykł, kto przed wszystkimi ma tu głos? To tata, to tata - Tradycja!
A kto musi dbać o przyzwoity dom, spokojny dom, koszerny dom? Kto się stale krząta nie żałując rąk, by tata mógł studiować Księgę Ksiąg? To mama, to mama - Tradycja!
Od maleńkości uczę się: Wpierw heder, potem sklep. Już mi znaleźli żonę, wiem - da Bóg, że ładną... To syn, to syn - Tradycja!
A kto się uczy wciąż, gotować myć i szyć? Aż tata znajdzie kogoś I powie: „Za mąż idź!" To córka, to córka - Tradycja!
Pieśń „Tradycja” z musicalu „Skrzypek na dachu”*
Tradycja
Tradycja jest produktem ewolucji społecznej i kultury. W jej skład wchodzą nawyki, obyczaje, idee, wiedza, wierzenia, poglądy, normy moralne, postawy oraz sposoby myślenia, zachowania się i postępowania w obrębie określonych grup i instytucji społecznych. Są one silnie zakorzenione w świadomości i przekazywane z pokolenia na pokolenie, dzięki czemu coraz bardziej utrwalają się w pamięci ludzi.
Tradycje występują w konkretnych społecznościach, które wyróżniają pewne elementy kultury tak dalece, że uważają za stosowne utrwalać je jeszcze bardziej w pamięci i przekazywać następnym generacjom. Wskutek tego są długotrwale i jakby inwariantne w dziejach, mimo że ich „czas życia” skraca się coraz bardziej w wyniku przyspieszanego postępu cywilizacji. Tradycja jest ogniwem łączącym i scalającym ze sobą to, co było, z tym, co jest teraz i co się zdarzy w dziejach ludzkich.
Dzieje są szeregiem pojedynczych wydarzeń - faktów, zdarzeń, zjawisk itp. - które są jakby kwantami procesów dziejowych i życiorysów ludzkich.(1) Dzieje różnią się od historii tym, że zachodzą w rzeczywistości społecznej faktualnej, a nie w hipotetycznej, jak historia. (Tym samym różni się także życiorys człowieka od jego biografii.) Historia jest nauką o dziejach. Jej zadaniem jest ustalanie i kategoryzacja wydarzeń (faktów dziejowych), ich porządkowanie i interpretacja, wyjaśnianie ich oraz odkrywanie ich kontekstów i zależności między nimi, głównie związków przyczynowo-skutkowych.
Między danym wydarzeniem (obiektywnym) i jego przedstawieniem dostarczanym przez historyków (zawsze w jakimś stopniu subiektywnym), występuje zależność jedno-wieloznaczna, tzn. jedno wydarzenie faktyczne ma wiele hipotetycznych i dowolnych opisów oraz interpretacji. Wskutek tego historia jest chyba najbardziej zakłamana - podobnie, jak statystyka - i wrażliwa na inspiracje polityki, ideologii i religii. Dzięki zdolności tradycji do integracji wydarzeń dzieje, które z natury są procesem nieciągłym, wydają się być ciągłym, dlatego, że nie dostrzega się ostrych granic między wydarzeniami.
Tradycja jest dyskretnym, niewyczerpalnym i przepotężnym arsenałem sugestii odnoszących się do zachowania się, postępowania, myślenia i postrzegania w konkretnych sytuacjach. Te sugestie zawarte są na przykład w stereotypach i algorytmach. Ich źródłem jest przede wszystkim mądrość ludowa, potwierdzana przez wielowiekowe doświadczenie życiowe minionych pokoleń. Z tych podpowiedzi korzysta się często i chętnie, ponieważ uwalniają one człowieka od wysiłku zastanawiania się nad doraźnie podejmowanymi decyzjami i ich następstwami. Przecież, jak stwierdziła pisarka amerykańska Gertruda Stein, „wszystko, co tradycyjne, jest łatwe do polubienia i nie wymaga wysiłku”. Odwołując się do stereotypów zawartych w tradycji, działa się automatycznie i natychmiastowo, co jak najbardziej odpowiada ludziom współczesnym – leniwym i niemającym na nic czasu.
Tradycje zmieniają się wraz z postępem cywilizacji i ewolucji kultury. Dlatego są trwałe tylko w pewnych okresach dziejów. W każdym z nich jest zawsze jakaś dominująca, czyli „żywa tradycja”, która często ulega przeinaczeniom.(2) Dzięki temu anachroniczne i nieprzydatne w danej epoce elementy tradycji obumierają na przekór ortodoksyjnym tradycjonalistom, których na szczęście jest coraz mniej.
Uznanie tradycji za dobrą czy złą jest względne, ponieważ pojęcie dobra jest względne. Zmieniają się kryteria ewaluacji zwyczajów, obrzędów, wierzeń, postaw, zachowań, poglądów itd. To, co w pewnej kulturze uznawano tradycyjnie za dobre, po pewnym czasie okazywało się złe.(3) To, co w tym samym czasie w jednej kulturze jest dobre, to w innej jest złe. Relatywizm tradycji powiększa się w miarę mieszania się kultur i kształtowania się społeczności wielokulturowych w wyniku transmigracji i globalizacji.
Tradycje złe, jak na przykład zemsta rodowa, składanie ofiar z ludzi i zwierząt, niewolnictwo, rasizm, myślenie irracjonalne, dominacja mężczyzn itp., powinno się eliminować, a dobre podtrzymywać.(4) W moim przekonaniu, wywodzącym się z paradygmatu myślenia ekologicznego (5), za dobre uznaję te, które nie szkodzą człowiekowi ani jego środowisku przyrodniczemu, społecznemu i duchowemu, lecz wręcz przeciwnie, w obliczu coraz liczniejszych i większych zagrożeń, pomagają jak najdłużej przetrwać jednostkom i gatunkowi ludzkiemu.
Na podstawie tego kryterium ewaluacji twierdzę, że więcej jest złych tradycji, aniżeli dobrych. Dlaczego? Bo źródło większości tradycji tkwi w myśleniu irracjonalnym i magicznym, a nie w racjonalnym lub zdroworozsądkowym. Tak było od dawna. Tylko w epokach renesansu, oświecenia, pozytywizmu i scjentyzmu zaznaczał się większy wpływ myślenia racjonalnego w kształtowaniu tradycji. Niestety, w dzisiejszych czasach „globalnego pochodu głupoty” znowu z różnych powodów, także uzasadnionych, prym wiedzie myślenie irracjonalne.
Dlatego wyraźnie daje się zauważyć renesans złych tradycji. Są nim zainteresowane głównie rządzące elity polityczne, biznesowe i wyznaniowe, którym zależy na masowym tumanieniu ludzi. A robią to perfekcyjnie i skutecznie korzystając z najnowszych osiągnięć nauki, techniki i metodologii oraz wymyślając różne ideologie i formy społeczeństwa, zwłaszcza ideologię konsumpcjonizmu i społeczeństwo konsumpcyjne dbające przede wszystkim o to, co tu i teraz. Postęp naukowy i techniczny wybitnie im sprzyja.
W takim razie, w najbliższych latach należy spodziewać się coraz liczniejszych i coraz bardziej ogłupiałych mas społecznych przez coraz głupsze elity rządzące. Elity te celowo ogłupiają lud, dzięki czemu utrzymują się przy władzy i wygrywają wybory, albowiem, im kto głupszy, tym bardziej wierzy w ich kłamstwa i tym łatwiej można go zmanipulować, zniewolić i rządzić nim, jak marionetką.
Także kościół katolicki będący stale „w potrzebie” i elity kościelne, żerują na głupocie wyznawców. Na ogłupianiu mas zbijają fortuny elity finansowe, bo wiedzą, że „głupi wszystko kupi”, a przecież o to im chodzi, by rozkręcać biznes.
W świecie współczesnym, gdzie rządzi głupota, głupieją nawet ludzie mądrzy z tytułu wykształcenia, ponieważ Il est dans la nature humanie de penser saagement et d’agir d'une façon absurde.(6).To powiedzenie odnosi się do ludzi działających interesownie, często na pokaz. Tym można tłumaczyć na przykład ekshibicjonizm religijny koniunkturalnych i myślących racjonalnie pracowników nauki - zwykłych i wyższej rangi, a nawet noblistów.
Duży udział w ogłupianiu ma renesans złych tradycji opartych na nieracjonalnych przesłankach, wywodzących się głównie ze średniowiecza, oraz kreowanie nowych, tzw. tradycji wymyślonych (7) na skalę masową i szerzenie ich na wszelkie możliwe sposoby za pomocą najlepszych środków komunikacji. Od niedawna reanimuje się obumarłe tradycje i wynajduje nowe na doraźny użytek. Odradzanie i eksponowanie dawniejszych tradycji i propagacja wymyślonych jest strategią polityczną obliczoną na uzyskanie dostępu do władzy, dóbr materialnych lub innego rodzaju przywilejów.(8) Zazwyczaj nowe tradycje tworzy się intencjonalnie w celach utylitarnych. Ich pojawienie się zrazu szokuje, a potem jest aprobowane i entuzjastycznie praktykowane, bardziej pod presją niż spontanicznie. Współczesne manifestacje tradycji są zaprogramowanymi zabiegami elit rządzących, głównie w państwach narodowych i ustrojach autorytarnych.(9)
Jest wiele przykładów tradycji wymyślonych. W dwudziestym wieku były to tradycje nowe, wymyślone przez bolszewików w ZSRR - obchody rocznic Rewolucji Październikowej, pochody w Święto Pracy 1 Maja, urodzin Stalina itd., oraz nazistów w Trzeciej Rzeszy Niemieckiej - pochody z pochodniami, masowe manifestacje w czasie zjazdów partii NSDAP, rewitalizacja tradycji pogańskich Niemców itd.
W latach trzydziestych ub. w. propagowano w Polsce tradycje narodowe nacjonalistyczne (antysowietyzm i antysemityzm, antygermanizm) i tradycje Legionów Piłsudskiego itp.
W Polsce Ludowej wdrażano tradycje utrwalone wcześniej w ZSRR, a oprócz nich tradycje polskiego ruchu robotniczego („Proletraiatu”, SDKPiL, PPS-Lewicy, Armii Ludowej, PPR i PZPR).
Po transformacji ustrojowej odrzucono tradycje PRL-oskie i przywrócono tradycje z okresu II RP, przede wszystkim chrześcijańskie. W ostatnich latach odrodzono tradycje nacjonalistyczne, antyrosyjskie i antyniemieckie. „Antyniemieckie i antyrosyjskie krucjaty Kaczyńskich i ich akolitów zyskały w kraju duży, pozytywny rezonans, choć oparte były na bzdurnych przesłankach i najczęściej miały bardzo szkodliwy charakter dla polskiego interesu narodowego.”(10)
Wymyślono nowe tradycje „solidarnościowe”, ale z pominięciem zasług faktycznych twórców NSZZ „Solidarności”, w szczególności zignorowano zasługi Lecha Wałęsy. W ich miejsce wprowadzono drugorzędnych działaczy tego związku.
Wymyślono też tradycję obchodów miesięcznic katastrofy smoleńskiej, o której absolutnie bezpodstawnie, ale z uporem opętańca, twierdzi się, jakoby nastąpiła w wyniku zamachu (w domyśle Rosjan).
Organizuje się peregrynacje obrazów świętych, pochody samobiczujących się osób i trzech „królów”, masowe pielgrzymki dla wszystkich grup społecznych – wiekowych i zawodowych - matek, chorych, kobiet, studentów, uczniów, dzieci, osób niepełnosprawnych, wojska, policji, nauczycieli, motocyklistów itd., w których afiszują się członkowie rządu, elity partii rządzących i ich cmokierzy. Czegoś takiego nie było wcześniej. A jednocześnie, mimo ostrego sprzeciwu abp. Budzika, na polecenie PiS-u przenosi się pomnik ks. Idziego Radziszewskiego (założyciela i pierwszego rektora KUL-u) z centrum Lublina na dziedziniec uczelni, by na tym miejscu postawić ogromny monument Lecha Kaczyńskiego w stylu socrealizmu (11). Ważniejsze okazało się budowanie nowej tradycji na zawołanie polityków.
Wskutek tego staliśmy oazą tradycji średniowiecznych w Europie i obiektem kpin krajów zachodnich. Aby jeszcze bardziej pogorszyć wizerunek naszego kraju, buduje się też zręby tradycji „antyunijnych” dla celów politycznych. W celu ułatwienia politykom partii rządzącej manipulowania historią, tradycjami i pamięcią utworzono – specjalny niby-naukowy Instytut Pamięci Narodowej. Tam serwilistyczni naukowcy (historycy) zajmują się na zlecenie tych polityków przedstawianiem dziejów w krzywym zwierciadle ideologii. Jest to jeden z wielu przykładów prostytuowania się naukowców.(12)
Pamięć
Pamięć jest warunkiem koniecznym dla utrwalania tradycji, a tradycja wzmacnia utrwala ją. Pamięć jest produktem przyrody i ewolucji biologicznej, ale w dużym stopniu zależy od ewolucji społecznej i kulturowej. Definiuje się ją jako zdolność żywych organizmów do gromadzenia, przechowywania i odtwarzania przeżytych wydarzeń i zgromadzonych informacji.
Pamięć zbudowana jest z doświadczeń życiowych. Każde z nich jest rejestrowane w pamięci ultrakrótkiej (0,5s) lub długotrwałej (wieloletniej) w zależności od emocjonalności przeżywania ich i siły bodźca, który je wywołuje. Pamięć mają również nieożywione składniki przyrody i urządzenia techniczne.(13)
Z pamięci korzysta się w celu przypomnienia sobie jakichś epizodów z życia lub informacji (nabytej wcześniej wiedzy). Przypominanie aktualizuje pamięć i dlatego ożywia ją. Ale z tym wiąże się niebezpieczeństwo, że za każdym razem przedstawi się inaczej wydarzenie dawne w zależności od tego, w jakich warunkach i w jakim celu przypomina się je, oraz że przypomniane sobie wydarzenie jest zawsze zabarwione emocjonalnie i z tej racji nie jest ono w pełni adekwatne do faktycznego, tylko w jakimś stopniu. Inaczej mówiąc, odtwarzane wydarzenie może być nieprawdziwe, zdeformowane, a nawet sfałszowane mimowolnie lub intencjonalnie. Z reguły, im później i rzadziej przypomina się sobie coś, tym bardziej odbiega to od tego, jak było naprawdę. Natomiast częste przypominanie danego wydarzenia uodparnia je na wypaczenia.
Dzięki aktualizacji pamięć staje się narzędziem kreowania teraźniejszej i przyszłej rzeczywistość społecznej, budowania ich na fundamencie zapamiętanych i rewitalizowanych tradycji. Tym narzędziem stale doskonalonym przez najnowsze osiągnięcia nauki i techniki posługują się skutecznie manipulanci społeczni. Grają oni głównie na emocjach starszych osób, które tęsknią za „dawnymi dobrymi czasami” ich młodości i chcą lub wręcz domagają się ich powrotu za wszelką cenę. Nie zdają sobie sprawy z tego, że ewolucja społeczna (tok dziejów), jak przyrodnicza, jest procesem nieodwracalnym, albo świadomie ignorują ten fakt, bo tak im wygodnie. Nie zdają sobie sprawy z tego, że ulegając manipulantom i przyczyniając się do wznowienia obskuranckich, albo nowo wymyślonych tradycji szkodzą większości społeczeństwa, krajowi i wizerunkowi swojego państwa.
Aktualizacja pamięci wymaga odtwarzania obrazów przeszłości; bezpośredniego, gdy odtwarza się je z własnej pamięci lub pośredniego, gdy z cudzej. W obu wypadkach zniekształca się je w kolejnych chwilach życia z powodu zaniku pamięci, wpływu czynników subiektywnych oraz aktualnych kontekstów kulturowych i społecznych, tj. panujących w danym czasie paradygmatów, ideologii, światopoglądów, systemów wartości itp. W rekonstruowaniu dawnych wydarzeń dokonuje się takiego doboru informacji zawartych w pamięci, by rekonstrukcje pasowały do teraźniejszości. Regułami selekcji są paradygmaty obowiązujące w różnych sferach kultury i życia emocjonalnego.
Stopień wierności odtwarzania epizodów z przeszłości zależy od częstotliwości przypominania ich sobie. Prawdopodobieństwo zniekształcenia zmniejsza się proporcjonalnie do wzrostu częstości wspomnień.
Aktualizacja pamięci jest procesem złożonym, który przebiega w sferze neurofizjologicznej, psychologicznej, społecznej i kulturowej. W każdej z nich działają czynniki deformujące uwspółcześnione wersje minionych wydarzeń. Toteż w każdorazowej teraźniejszości, na każdym etapie ewolucji społecznej inaczej postrzega się przeszłość, kreuje się inny jej wizerunek i inaczej odnosi się do niej.
Manipulanci polityczni celowo ingerują w pamięć i wypaczają obrazy przeszłości. Niektóre wydarzenia usiłują całkowicie wyeliminować z pamięci lub osłabić pamięć o nich, a pamięć o innych wzmocnić. Jedne rekonstrukcje pamięci prezentować w najlepszym świetle, inne w najgorszym. Potrafią przesadnie wyidealizować przeszłość, albo ją zohydzać.
Dawniej też manipulowano pamięcią. Jednak teraz o wiele więcej i skuteczniej. Po pierwsze, ponieważ rośnie zapotrzebowanie na manipulację przeszłością (pamięcią i historią), po drugie, bo stosuje się doskonalsze techniki manipulacji. Marzeniem władców jest, móc na zawołanie osłabiać lub usuwać z pamięci (i świadomości) podwładnych niewygodne dla siebie wspomnienia i skojarzenia oraz wyolbrzymiać pożądane.
Manipulacja pamięcią - jeden z elementów manipulacji świadomością ludu - staje się przedmiotem coraz większego zainteresowania każdej władzy, ale głównie autorytarnej. Autokraci chcieliby ingerować w świadomość ludu, tresując go, jak tresuje się psy, za pomocą odruchów bezwarunkowych.(14) A najlepszym odruchem bezwarunkowym ludzi jest pieniądz. Na jego widok ślinią się jak psy na widok kiełbasy. Dla pieniędzy lud zrobi wszystko i każdego pochwali. „Za pieniądze ksiądz się modli, za pieniądze świat się podli”. Toteż do kilku lat kwitnie u nas mniej lub bardziej sprawiedliwe rozdawnictwo pieniędzy „plus”, bez względu na galopujące zadłużenie państwa grożące bankructwem. Dzięki temu kupuje się sprzymierzeńców, pochlebców i elektorat. Jest to specyficzna, jawna i niekaralna forma korupcji.
Nasze państwo od kilku lat prowadzi intensywną i agresywną politykę historyczną, która kojarzy się z zawłaszczeniem pamięci narodowej przez państwo, dysponowaniem i urabianiem zgodnie z zasadami ideologii uznawanej przez partie rządzące. Celem takiej polityki jej historycznej jest deformacja pamięci historycznej obywateli za pomocą forsowania obrazów wydarzeń historycznych ewidentnie fałszywych, pomijania lub ignorowania niewygodnych wydarzeń historycznych i ich obrazów oraz nadawania nazwom całkiem innego znaczenia od powszechnie używanego.(15)
W ten sposób na przykład ze zdrajców ojczyzny robi się bohaterów, z miernot artystycznych – celebrytów, ze złodziejów i aferzystów – ludzi prześladowanych ze względów politycznych, z oprawców banderowskich i innych organizacji zbrojnych – bojowników o wolność i demokrację, z notorycznych kłamców – ludzi godnych obejmowania wysokich stanowisk państwowych i przyznawania im najwyższych orderów, z kiczów – dzieła kultowe, z nieudaczników – ludzi kompetentnych do zajmowania ważnych stanowisk w resortach i spółkach państwowych, z szalbierzy i hochsztaplerów – ekspertów, z przeciwników LGBT – rzeczników praw obywatelskich, z drugorzędnych polityków - wybitnych mężów stanu wartych pomników i kultu, z osób łamiących konstytucję – sędziów Trybunału Konstytucyjnego itd.
Nuta optymizmu
W tej pesymistycznej rzeczywistości społecznej w naszych czasach pocieszające jest to, że dotychczasowe próby manipulacji pamięcią, zmierzające do usuwania z niej niewygodnych epizodów i ich opisów, nigdy nie powiodły się, nawet w tak radykalnych ustrojach totalitarnych, jak hitleryzm i stalinizm. Jest wysoce nieprawdopodobne, że teraz również spełzną na niczym. Oby tak się stało!
Wiesław Sztumski
15.12.2022
*https://www.youtube.com/watch?v=JOGSVueefTE
Przypisy
(1) Wydarzenia dziejowe są szczególnym przypadkiem zdarzeń; są zdarzeniami zachodzącymi tylko w rzeczywistości społecznej.
(2) „Tradycja – to rzecz zawodna. (…) ulega często przeinaczeniom.” (Zenon Kosidowski, Królestwo złotych łez, Iskry, 1979, s. 163.)
(3) Quae fuerant vitia, mores sunt (Co było występkiem, staje się obyczajem.)
(4) Jan Szmyd, Myślenie i zachowanie irracjonalne. Tradycyjne i współczesne wymiary. Z filozofii i psychologii irracjonalizmu, Wyd. Śląsk, Katowice 2012
(5) Wiesław Sztumski, Prawidłowość ewolucji nauki i myślenie ekologiczne w nauce, Prace Naukowe Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie. Filozofia, 1/1999
(6) „W naturze człowieka leży rozsądne myślenie i nielogiczne działanie”. Anatol France, Le livre de mon ami, Édition: Presses Pocket, 1985
(7) Termin ten obejmuje zarówno tradycje faktycznie wymyślone, skonstruowane i formalnie ustanowione, jak i te, które pojawiają się w sposób trudny do wyśledzenia w krótkim okresie i które bardzo szybko utrwalają się.
(8) Eric Hobsbawn, Mass-Producing Traditions: Europe, 1870–1914, Cambridge University Press, 2014
(9) Marcin Lubaś, Tradycjonalizacje kultury. O zaletach i ograniczeniach koncepcji „tradycji wymyślonych”, Wyd. UJ Kraków, 2008.
(10) Daniel Zuytek, Polskie tradycje religijne i polityczne, „Racjonalista”, 2008
(11) Arcybiskup Budzik upomina KUL: Zostawcie pomnik ks. Radziszewskiego na swoim miejscu (https://lublin.wyborcza.pl/lublin/7,48724,29242530,kul-pomnik.html. Data dostępu 10.12.2022)
(12) Wiesław Sztumski, Nauka w okowach poprawności politycznej, „Sprawy Nauki” Nr 6-7, 2022; Nauka się prostytuuje, „Przekrój” Nr 31/3293/31 lipca 2008
(13) Z pamięcią mamy do czynienia na przykład w fizyce w zjawisku histerezy oraz w urządzeniach technicznych, przede wszystkim w komputerach.
(14) Wiesław Sztumski, Spełnia się marzenie dyktatorów, „Sprawy Nauki”, 10/2018
(15) Wiesław Sztumski, Język w służbie kłamstwa, „Sprawy Nauki”, 8-9/2018
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1853
Nim powstała filozofia środowiska
W połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku rozpoczęto badania nad skutkami postępu technicznego w czasach rewolucji naukowo-technicznej. Ich prekursorem był czeski filozof Radovan Richta (1924-1983), który wymyślił termin „rewolucja naukowo-techniczna" (był też autorem słynnej frazy „socjalizm z ludzką twarzą").
Zaraz potem filozoficznymi aspektami rewolucji naukowo-technicznej zajęli się filozofowie w ZSRR - Jurij Siergiejewicz Mieleszczenko z Leningradu, Siemion Viktorowicz Szuchardin z Moskwy i w NRD - Heinrich Vogel z Rostocku. (Z S. Szuchardinem i J. Mieleszczenko konsultowałem się, a z H. Voglem współpracowałem kilka lat).
Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych kilku polskich filozofów podjęło badania nad zagrożeniami dla biosfery i życia ludzi wynikającymi z żywiołowo dokonującej się u nas wówczas rewolucji naukowo-technicznej i ze stosowania nowych technologii, automatyzacji oraz energetyki jądrowej. Byli to ludzie zajmujący się filozofią i socjologią techniki: doc. Józef Bańka i doc. Jerzy Szymański (UAM), dr Wiesław Sztumski (AGH), dr Lech Zacher (Instytut Filozofii i Socjologii PAN) i kilku innych młodych pracowników z różnych uczelni. Do badań dołączyli także specjaliści z innych dyscyplin naukowych oraz nauk technicznych (psychologowie pracy, ergonomiści, socjologowie pracy itp.).
W odróżnieniu od innych specjalistów, filozofowie prowadzili badania w sposób niezorganizowany. Dopiero, gdy filozofia techniki wyodrębniła się jako subdziedzina filozofii, powstał w UAM w Poznaniu pierwszy Zakład Filozofii Techniki utworzony przez J. Bańkę. Naukowcy zainteresowani postępem technicznym w aspektach: filozoficznym, etycznym, socjologicznym, ekonomicznym, teorii zarządzania itd., spotykali się na comiesięcznych seminariach organizowanych przez Zakład Historii Techniki oraz Zespół Filozoficznych Zagadnień Rewolucji Naukowo-Technicznej w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN w Warszawie. Najpierw kierował nimi prof. dr inż. Eugeniusz Olszewski, a potem doc. dr Lech Zacher. Tam mogli referować swoje wyniki badań i wymieniać poglądy. Spotykali się też na sporadycznych konferencjach w różnych uczelniach.
Środowiskiem życia ludzi w aspekcie filozoficznym zaczęto zajmować się u nas w ostatniej dekadzie XX wieku, wkrótce po awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu (1986)*. Dopiero wtedy dotarły do Polski informacje o zagrożeniach spowodowanych tzw. brudnymi technologiami. (W krajach zachodnich wiedziano o tym dużo wcześniej). Odtąd kwestia degradacji środowiska i jej negatywnego wpływu na zdrowie ludzi stała się u nas ważna i modna. Toteż z miejsca podjęli ją filozofowie techniki - byli najlepiej przygotowani do tego. Potem dołączyli do nich filozofowie nauk przyrodniczych, humanistycznych i etycy zajmujący się odpowiedzialnością inżynierów i naukowców za skutki odkryć i wynalazków. W ten sposób powstała grupa inicjatorów wieloaspektowych badań relacji między człowiekiem i jego coraz bardziej niezdrowym środowiskiem.
Tak więc pomału rodziła się ekofilozofia. Jej twórcą, wybitnym specjalistą i propagatorem był prof. dr inż. Henryk Skolimowski (1930-2018), kierownik pierwszej w Polsce (i chyba w świecie) Katedry Ekofilozofii na Politechnice Łódzkiej (1992-1997). Zaczęto organizować sympozja i konferencje poświęcone filozoficznym aspektom ekologii, w których uczestniczyli referenci z zagranicy. (W latach 1990-2016 odbyło się ponad 40 takich konferencji). Była to jedyna wówczas forma organizacji filozofów ekologii. Publikowano materiały z konferencji i artykuły w „ekologicznych" czasopismach (np. „Problemy Ekologii") i w innych (np. „Sprawy Nauki" i „Transformacje - Pismo Interdyscyplinarne" oraz w czasopismach branżowych (np. „Biuletyn Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Transportu, Energetyki, Mechanizacji Budownictwa i Ochrony Pracy”. Nasi ekofilozofowie prezentowali referaty na kongresach światowych i konferencjach zagranicznych. (Ja – m.in. na XX Światowym Kongresie Filozofii w Bostonie (1998), IV Międzynarodowym Kongresie „Praca i środowisko" w Bressanone (1999), Światowej Konferencji Czasopism Filozoficznych w Montrealu (2000), Światowym Kongresie Architektów w Neapolu (2000) i VI Światowym Kongresie Ekonomii w Taipei (2002)).
Z czasem rozszerzono problematykę o kwestie związane z rozwojem zrównoważonym, społeczeństwem wiedzy, społeczeństwem informacji, cyfryzacją, sztuczną inteligencją, ekoetyką i bioetyką.**
Doniosłym wydarzeniem było powstanie w 2004 r. anglojęzycznego czasopisma Europejskiej Akademii Nauki i Sztuki z siedzibą w Salzburgu „Problemy Ekorozwoju - Problems of Sustainable Development" wydawanego przez Politechnikę Lubelską. Jego redaktorem naczelnym był prof. dr hab. inż. Lucjan Pawłowski (dziekan Wydziału Inżynierii Środowiska), a obecnie jest nim jego syn, prof. dr hab. inż. Artur Pawłowski. Pełni ono rolę centrum skupiającego ekofilozofów polskich i zagranicznych. Należeli do nich profesorowie: ks. Józef Marceli Dołęga (UKSW Warszawa, twórca sozologii systemowej), Andrzej Papuziński (UKW Bydgoszcz, twórca kulturalistycznej filozofii ekologii), Zbigniew Hull (UW-M Olsztyn), Włodzimierz Tyburski (UMK Toruń), Krzysztof Łastowski (UAM Poznań), Lucjan Pawłowski i Artur Pawłowski (Politechnika Lubelska), Lech Zacher (Akademia Leona Koźmińskiego, Warszawa), Ignacy Fiut (AGH Kraków), Zdzisława Piątek (UJ), ks. Wiesław Dyk (Uniwersytet Szczeciński), Andrzej Kiepas (Uniwersytet Śląski), Leszek Gawor (Uniwersytet Rzeszowski), Józef Jaroń (Akademia Podlaska, Siedlce) i Wiesław Sztumski (Uniwersytet Śląski, twórca sozologii szczegółowych: ciszy, przestrzeni społecznej, wiary, rozsądku). Problemami ekofilozofii zajmuje się okazjonalnie wielu innych filozofów, etyków, ekonomistów, socjologów, techników i medyków.
Rozwój filozofii środowiska
Najpierw przedmiotem badań filozofów było środowisko przyrodnicze, ponieważ jego dewastacja rodzi o wiele groźniejsze skutki dla przeżycia niż środowisko społeczne i dlatego, że pojęcie środowiska oznaczało tylko środowisko przyrodnicze, zwane „naturalnym". Potem, kiedy naturalnym okazało się również środowisko społeczne, stało się ono też obiektem badań filozofów. W końcu w skład filozofii środowiska weszła również filozofia ochrony środowiska.
Ekofilozofia środowiska przyrodniczego
Większość ekofilozofów i przedstawicieli nauk szczegółowych, techników, polityków i innych specjalistów interesuje wyłącznie środowisko przyrodnicze. Być może dlatego, że jest ono bardziej znane niż społeczne. (Ministerstwo Środowiska RP obchodzi tylko środowisko przyrodnicze. W jego strukturze brakuje departamentu, który zajmowałby się środowiskiem społecznym). Ich celem jest skierowanie uwagi na postępujące zagrożenia egzystencji gatunku ludzkiego w wyniku niekontrolowanego wzrostu gospodarczego i postępu technicznego, beztroskiego odnoszenia się do zasobów Ziemi, bezmyślnego niszczenia lasów, zanieczyszczenia atmosfery, gleby i wody oraz ocieplania klimatu. Zależy im też na kształtowaniu świadomości ekologicznej i sumienia ekologicznego, na uwrażliwianiu ludzi na jakość środowiska oraz na tym, by dbałość o środowisko stała się imperatywem moralnym.
Udało się wprowadzić masowe kształcenie z ekologii w szkołach, organizować „zielone szkoły”, regionalne i międzynarodowe obozy młodzieżowe i olimpiady ekologiczne i włączyć do tej akcji kościół katolicki, który za sprawą bp. Henryka Muszyńskiego wprowadził pojęcie „grzechu ekologicznego", a papież Franciszek chce go umieścić w Katechizmie jako „grzech przeciwko wspólnemu domowi". (Jest nim każde działania szkodliwe dla środowiska przyrodniczego).
W tym nurcie ekofilozofii wyodrębniły się dwa odłamy. W pierwszym, racjonalistycznym i analitycznym, środowisko stanowi obiekt wieloaspektowych i wszechstronnych badań naukowych. Uczestniczą w nim naukowcy i praktycy, którzy w nauce pokładają nadzieję na rekultywację środowiska.
Drugi, mistyczny, nawiązuje do filozofii Dalekiego Wschodu (Chin i Indii), Afryki i Ameryki Łacińskiej oraz do różnych religii świata. Uczestniczą w nim osoby spoza świata nauki i techniki (artyści, aktorzy, pisarze itp.). Tu wytworzył się kult środowiska, życia i Matki Ziemi (Gai).
W pierwszym odłamie oddziałuje się na rozum, by zmusić ludzi do racjonalnego zachowywania się wobec środowiska i życia, a w drugim na emocje, by wzbudzić respekt dla środowiska i zjawiska życia w ogóle. Oba mają wspólny cel - ukształtowanie na gruncie emocji i rozumu postaw i działań proekologicznych, które zapewniłyby maksymalną ekstensję czasu istnienia gatunku ludzkiego i życia na Ziemi. Natomiast różnią się sposobami osiągania tego celu.
W mistycznym odłamie mieści się ekofilozofia Henryka Skolimowskiego, zbudowana na zasadzie antropicznej, zasadzie rewerencji dla życia, na założeniu o ukrytym porządku wszechświata oraz na twierdzeniach o istotnej roli noosfery, o jedności człowieka i kosmosu i o istotnej roli nadziei. Stworzył on koncepcję człowieka opartą na czterech wartościach: cierpienia, współodczuwania, miłości i mądrości.
Ekofilozofia środowiska społecznego
W skład otoczenia człowieka wchodzi też rzeczywistość społeczno-kulturowa i osobowościowo-duchowa. Są one obiektami badań ekofilozofii społecznej. Tym bardziej, że w ostatnich czasach zachodzą w nich gwałtowne przemiany, które generują zawirowania i procesy degradacji. Mogą one doprowadzić do sytuacji kryzysowej w skali globalnej.
Ekofilozofia społeczna korzysta z rezultatów badań psychologii społecznej, socjologii, ekonomii, etyki i politologii na temat stanu i perspektyw rozwoju rzeczywistości społecznej. Głównych przyczyn degradacji środowiska społecznego upatruje się w gospodarce dążącej do nieograniczonego wzrostu, nieliczącej się z zaleceniami ekologii oraz podporządkowanej ideologii konsumpcjonizmu i neoliberalizmu, w przesadnym relatywizmie etycznym oraz w znacznej przewadze kryteriów ekonomicznych i technicznych nad społecznymi i ekologicznymi.
Przedmiotem ekofilozofii społecznej jest społeczeństwo, jego subsystemy, pojedynczy ludzie i obszary życia społecznego. Bada ona relacje między nimi w celu uzyskania wiedzy o szkodliwym wpływie szybko pogarszającego się stanu środowiska społecznego na kondycję jednostek, funkcjonowanie zbiorowości i instytucji.
Ekofilozofia społeczna proponuje też katalog powinności - każdy w jakimś stopniu i zakresie musi odpowiadać za stan swego najbliższego otoczenia społecznego. W Polsce ekofilozofia społeczna zaczęła rozwijać się później niż przyrodnicza, dopiero w końcu lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Opóźnienie było spowodowane między innymi celową blokadą informacji o pogarszającym się stanie środowiska społecznego ze względów ideologicznych i ustrojowych w czasach PRL. Mimo to można się już pochwalić pewnymi jej osiągnięciami, chociaż jeszcze nie w obszarach ekonomii i polityki.
Ekofilozofia holistyczna
Jej zarys przedłożył K. Łastowski. Wychodzi ona z przekonania, że ani ekofilozofia przyrodnicza, ani społeczna, nie są w stanie rozwiązywać problemów ogólnych związanych z zagrożeniami środowiska, generowanymi przez postęp wiedzy, techniki, cywilizacji i kultury. Konieczna jest integracja wszystkich nurtów i odmian ekofilozofii w jedną interdyscyplinarną naukę - ekologię holistyczną.
Stanowi ona realną platformę do łączenia się specjalistów z przyrodoznawstwa, nauk społecznych, kulturologii, antropologii, teorii ewolucji przyrodniczej i społecznej oraz przedstawicieli pozanaukowych dziedzin kultury (religii i sztuki) w podejmowaniu badań, które pomogłyby rozwiązywać niezwykle trudne problemy, jakie pojawiły się u schyłku dwudziestego stulecia.
Jedną z form ekofilozofii holistycznej jest kulturalistyczna filozofia ekologii, stworzona przez A. Papuzińskiego. Jest to dział filozofii, podejmujący problem wzajemnego oddziaływania człowieka i jego środowiska społeczno-przyrodniczego w wymiarze kulturowym. Upatruje się głównej przyczyny kryzysu cywilizacyjnego także w degradacji kultury.
Ekofilozofia uniwersalistyczna
Przyczyny narastania globalnego kryzysu ekologicznego znajdują się nie tylko w środowisku przyrodniczym, społecznym oraz kulturowym, ale - może nawet przede wszystkim - w środowisku wewnętrznym człowieka. I to nie tyle w strukturze cielesnej, co w psychice, świadomości, emocjonalności, duchowości, osobowości, myśleniu a także w sposobie percepcji i odczuwania świata oraz wysławiania się. Wobec tego środowisko wewnętrzne człowieka powinno się badać przynajmniej w takim samym stopniu jak zewnętrzne. Ale temu zadaniu nie jest w stanie podołać żaden ze wspomnianych nurtów ekofilozofii z osobna ani enwironmentologia. Może mu sprostać jakaś „metateoria uniwersum”, albo „ekologia uniwersalistyczna”.
Pierwszej wciąż nie udaje się stworzyć fizykom, bo napotykają na ogromne trudności w próbie stworzenia „teorii wszystkiego”, którą można by zapisać w postaci „Weltformel” (reguły wszystkich reguł), czyli jednego równania ogarniającego całą wiedzę o świecie zawartą fizyce i z którego dałoby się wywieść wszystkie prawa fizyki.
Większą szansę ma ekologia uniwersalistyczna. Wymaga to jednak nowej definicji ekologii. Zaproponował ją Kazimierz Albin Dobrowolski (UW): ekologia jest nauką, która poszukuje prawidłowości funkcjonowania ekosystemów, czyli biocenozy i biotopu. Tym samym, przekształcił on ekologię w naukę o wszechobejmującym zakresie i nadał jej status metateorii świata, podobny do tego, jaki filozofia ma w systemie wiedzy.
W takim razie ekofilozofia uniwersalistyczna mogłaby zastąpić filozofię przyrody i filozofię społeczną, i stać się nową odmianą metafizyki.
Za ekofilozofią uniwersalistyczną opowiedział się m. in. Janusz Kuczyński (UW). Jego zdaniem, ekofilozofia uniwersalistyczna powinna ze swej istoty i definicji ustanowić obszar wspólny dla orientacji antropologicznej, biocentrycznej, ekocentrycznej lub teocentrycznej i tym samym być propozycją pewnego kompromisu między różnymi odmianami ekofilozofii, często opozycyjnymi i wykluczającymi się wzajemnie. Dalej twierdzi on, że ekofilozofia uniwersalistyczna jest nie tylko filozofią, ale też „nadrzędną mądrością".
Enwironmentalizm filozoficzny
Na przełomie XIX i XX wieku przedstawiłem koncepcję ekofilozofii, którą nazwałem „enwironmentalizmem filozoficznym". Opiera się ona na następujących zasadach:
- izomorfii świata (nic nie jest wyróżnione przez naturę; hierarchia wartości bytów jest dziełem ludzi, dlatego nie ma podstaw do antropocentryzmu),
- determinizmu strukturalnego w biosferze i socjosferze (ten rodzaj determinowania odgrywa największą rolę w przypadku ekosystemów, których jednym ze składników jest człowiek),
- biocentryzmu (życie w ogóle, a w szczególności ludzkie, jest najwyższą wartością i dlatego musi być chronione),
- nieantagonistycznego i zrównoważonego rozwoju społecznego (dziełem ludzi jest antagonizacja konfliktów i zachwianie równowagi systemów społecznych, co prowadzi do wojen, kryzysów i destrukcji. Rozwój społeczny może obyć się bez nich.),
- zgodnej koegzystencji (warunkiem przeżycia człowieka jest bezkonfliktowe współistnienie z innymi ludźmi w obrębie wspólnot i z innymi istotami żywymi w danym ekosystemie),
- synergicznej kooperacji (osiąganie celów, a nade wszystko najważniejszego, jakim jest jak najdłuższe trwanie ludzkości, wymaga zintegrowanych działań spójnych i wzajemnie wspomagających się); oraz
- tolerancji i kompromisu (warunkiem zgodnego współistnienia i współdziałania jest szacunek dla innych i tolerowanie ich, nawet, jeśli ich charaktery, poglądy i interesy nie są zgodne z naszymi. Stąd potrzeba poszukiwania kompromisów).
Enwironmentalizm postuluje nowy styl myślenia – „ekologiczny". Odrzuca on kartezjański paradygmat racjonalizmu i oświeceniowy paradygmat scjentyzmu. Bowiem stoczyły one ludzkość na skraj przepaści i mogą doprowadzić do kolapsu. Ekologiczny styl myślenia odwołuje się do rozsądku, na który składa się rozum i wiedza naukowa, ale też pozanaukowa, uczucia, intuicja, wiara, doświadczenie życiowe i subiektywne przeżywanie świata.
To myślenie jest kosmocentryczne (wychodzi od środowisk lokalnych i kieruje się ku coraz rozleglejszym - globalnemu i kosmicznemu), antropocentryczne (w ostatecznym rachunku służy człowiekowi), prospektywne (kieruje się troską o przyszłość jednostek i ludzkości) oraz ewaluacyjne (nakazuje oceniać postawy, zachowania i czyny ludzkie ze względu na to, co sprzyja harmonijnej jedności człowieka z środowiskiem i przetrwaniu ludzkości).
Enwironmentalizm filozoficzny proponuje koncepcję tzw. humanizmu adekwatnego. Relacje interpersonalne i związki między ludźmi mają być podporządkowane interesowi człowieka, bezpośrednie (relacja Ja-Ty nie powinna być deformowana przez jakiekolwiek materialne, albo mistyczne ogniwo pośrednie) i kształtowane na zasadach empatii, czułości i pomocy wzajemnej.
Człowiek powinien być przyjazny dla innych w myśl kanonu homo homini homo (człowiek dla człowieka człowiekiem) nie dlatego, albo po to, by zasłużyć na nagrodę w życiu doczesnym czy pozagrobowym, lecz bezinteresownie, bo to leży w jego naturze i satysfakcjonuje go.
Humanizm adekwatny charakteryzuje się apolitycznością, areligijnością, aetnicznością i aklasowością.
Warunkiem koniecznym do realizacji tych postulatów jest radykalna zmiana świadomości - nowa metanoia ukształtowana przez ekologizm, który jest nowym paradygmatem kultury. Realizacja idei humanizmu aadekwatnego wymaga również opracowania koncepcji człowieka zwanego homo ecologicus.
Sozofilozofia
W końcu pierwszej dekady XXI w. powstał jeszcze w ramach ekofilozofii zarys filozofii ochrony środowiska w wyniku refleksji filozofów nad całokształtem wiedzy z zakresu sozologii systemowej. Po kilku latach rozwinęła się ona od statu nascendi do statu crescendi. Dlatego uznałem za stosowne utworzyć z niej odrębny składnik filozofii środowiska, który nazwałem „sozofilozofią". Na razie wzbogaca ją i propaguje stosunkowo małe grono specjalistów rozproszonych w różnych ośrodkach akademickich, wywodzących się przede wszystkim z kręgu ekofilozofów, ekologów, sozologów, inżynierów środowiska, lekarzy i socjologów.
Filozofia sozologii jest filozofią praktyczną, gdyż wpisuje się w strategię realnych działań mających na celu chronić w środowisku to, co jest ważne i co jeszcze da się ocalić przed degradacją i nie dopuścić do dalszego pustoszenia środowiska. W niej, podobnie jak w ekofilozofii, rozwija się nurt przyrodniczy i społeczny. Ten drugi nazwałem sozofilozofią społeczną. Zajmuje się ona ochroną następujących obszarów środowiska społecznego (kulturowego i duchowego): wiedzy, wiary, przestrzeni społecznej, wolności, prywatności, czasu społecznego, pracy, naturalności, rozsądku, aksjosfery, fonosfery, godności, logosfery, edukosfery, rodziny, politosfery i infosfery. (Stworzyłem sozologię wiary, ciszy i przestrzeni społecznej oraz przyczyniłem się do rozwoju sozologii wiedzy, czasu i rozsądku.)
Uwaga końcowa
Według mojego rozeznania, filozofia środowiska nie rozwinęła się i nie rozwija się nigdzie tak jak w Polsce. Podobnie sozologia. Tej nazwy nie ma w encyklopediach zagranicznych. Zastępuje ją „nauka ekologiczna, która zajmuje się ochroną środowiska". Często używa się ją zamiennie z ekologią. O ekofilozofii wiedzą za granicą dzięki temu, że jej twórcą był H. Skolimowski, który publikował swoje książki w języku angielskim, a większość życia spędził za granicą, w USA i Indiach.
Ale nic nie wiedzą o prof. Walerym Goetlu - twórcy sozologii ani o prof. med. Julianie Aleksandrowiczu, który ją rozwijał w latach sześćdziesiątych.
Jest mnóstwo publikacji z ekologii jako nauce o środowisku przyrodniczym. Natomiast niewiele o ekologii społecznej. Jesteśmy wiodącymi w świecie filozofami, którzy zajmują się środowiskiem społecznym, kulturowym, duchowym i wewnętrznym środowiskiem człowieka i ich ochroną.
Wiesław Sztumski
*W roku 1980 utworzono w Krakowie niezależną organizację ekologiczną, stowarzyszenie Polski Klub Ekologiczny, którego pierwszymi prezesami był prof. Tadeusz P. Szafer i prof. Stanisław Juchnowicz. Wkrótce w dużych miastach powstały jego oddziały istniejące do dzisiaj. (przyp. red.)
**(twórcą cybernetyki ekorozwoju i wytrwałym propagatorem ekohumanizmu oraz zrównoważonego rozwoju był często goszczący na łamach SN, zmarły w 2016 roku Lesław Michnowski – przyp. red.).
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 3676
>
>
Co jakiś czas, przeważnie w sytuacjach kryzysowych, wprowadza się – a robią to filozofowie, politycy, ideolodzy, dziennikarze itp., dokładnie nie wiadomo kto - do publicznego obiegu jakieś słowa-zaklęcia, które zazwyczaj mają sens mistyczny i funkcjonują jak hipostazy.
W czasach nowożytnych takimi słowami były wolność, równość i braterstwo, zaś w najnowszych - socjalizm odmieniany przez wszystkie przypadki i formy a także solidarność. Stopniowo wychodziły one z obiegu – przestawały być modne – kiedy okazywały się zwykłymi pustosłowiami.
Niemniej jednak, w odpowiednim czasie spełniały one swoją rolę dziejową, ponieważ podrywały masy społeczne do działań rewolucyjnych na rzecz transformacji ustrojów politycznych oraz sposobów gospodarowania, na przykład w wyniku rewolucji antymonarchistycznej we Francji, Wiosny Ludów w Europie, rewolucji październikowej w Rosji, czy rewolucji „solidarnościowej” w Polsce.
Przyczyniały się one do likwidacji jednych sprzeczności i napięć społecznych, a więc do rzeczywistego lub pozornego zażegnywania kryzysów wskutek transformacji ustrojowych, ale nie chroniły przed powstawaniem nowych, które wkrótce narastały.
Chociaż ludzie zawodzili się na tych hasłach czy ideach, bo przekonywali się, że nie da się ich w pełni zrealizować, to do dziś znajdują one zwolenników na zasadzie jakiejś inercji poglądów i dziedziczenia ich.
Trzy zaklęcia
Niestety, ludzie wciąż są niepoprawnie naiwni i wierzą, że nowe słowa-zaklęcia i slogany na pewno zlikwidują aktualne trudności i polepszą ich życie. Dlatego ulegają propagandzie głoszącej nowe pustosłowia i idee, zwłaszcza, kiedy odzwierciedlają one ich oczekiwania. Ostatnio, modne stały się trzy słowa i odpowiadające im idee: demokracja, nie do końca ani jednoznacznie zdefiniowana – każdy rozumie ją na swój sposób, jak mu wygodnie, ekologia – przedrostek „eko” doczepiany jest często absurdalnie do wszystkiego – oraz rozwój zrównoważony - w wielu wypadkach odnoszony bezsensownie do czego się da i przyczyniający się do nadużyć semantycznych.
Krótko mówiąc, świat ma być demokratyczny, ekologiczny i zrównoważony. Ale dlaczego ma być właśnie taki, a jeśli tak, to, czy w ogóle da się go takim uczynić?
Na pierwsze pytanie trudno odpowiedzieć w sposób jednoznaczny. Trzeba by zrobić jakieś ogólnoświatowe referendum, w którym ludzie wypowiedzieliby się, jaki model świata im odpowiada i czy chcieliby go kształtować. Oczywiście, jest to zadanie praktycznie niewykonalne z wielu powodów. A zatem, pozostaje tylko zdać się na pomysły różnych uszczęśliwiaczy ludzkości, a przede wszystkim ich samych.
Pozostaje jednak otwarta kwestia, czy ich pomysły na szczęśliwy świat odpowiadają na tyle licznej populacji, żeby można ją było uznać za reprezentatywną dla całego świata.
Jak dotychczas, jesteśmy skazani na dyktaturę tych pomysłodawców - uszczęśliwiaczy na siłę. Oni uzurpują sobie prawo do narzucania całej ludzkości takich modeli świata, które uznają za najlepsze - chyba dlatego, że najlepiej służą ich interesom. (Czy przypadkiem nie potwierdza to w jakimś stopniu spiskowej teorii dziejów?) A każdy z tych modeli przedstawia się jako najlepszy ze wszystkich światów, jak mawiał Leibniz.
W tym przejawia się jedna z form współczesnej tyranii globalnej. Dywagacjami na ten temat - skądinąd ciekawymi - nie będę się tutaj zajmować. Przypuśćmy, że faktycznie należy realizować ideę doskonałego świata za pomocą rozwoju zrównoważonego, ale zastanówmy się nad jego istotą i możliwością realizacji.
Błędne koło
W artykule Czy rozwój zrównoważony jest fikcją, utopią, iluzją czy oszustwem?, opublikowanym w „Problemach Ekorozwoju” (2008, vol. 3, Nr 2; http://ekorozwoj.pol.lublin.pl) wyraziłem pogląd, iż idea rozwoju zrównoważonego, która jest zarazem po części iluzją, utopią i oszustwem, jest zdroworozsądkową reakcją obronną na wyniszczającą ludzi ideologię konsumpcjonizmu i jakąś alternatywą dla niej.
Dziś mam pewne zastrzeżenia co do tego. Wydawało mi się, że dzięki tej idei zostanie przyhamowane tempo rozwoju gospodarczego narastającego od połowy XX wieku gwałtownie i w sposób niekontrolowany, w wyniku którego równie szybko postępuje niszczenie zasobów surowcowych jak i organizmów ludzi.
W bogatej literaturze z zakresu ekologii i w wielu raportach o stanie środowiska udokumentowano, że skutkiem postępu społecznego czy cywilizacyjnego (w wyniku niezwykle szybkiego rozwoju nauki i techniki) jest pustoszenie środowiska przyrodniczego, społecznego i duchowego. A coraz liczniejsze i dociekliwsze badania w zakresie biologii, medycyny i psychologii potwierdzają również niszczenie organizmów ludzi. Narasta ono proporcjonalnie do zmian kontekstu ich życia, czyli całokształtu uwarunkowań środowiskowych spowodowanych przez postęp cywilizacyjny.
Wyniszczanie wszystkiego naokoło i samego siebie jest ceną, jaką ludzie płacą za to, żeby mogli wygodniej żyć i wydłużać swój średni czas życia dzięki temu postępowi.
Inna sprawa: komfort nie zapewnia człowiekowi szczęścia i degraduje go jako istotę biologiczną – osłabia układ immunologiczny i dlatego czyni go mniej odpornym na działanie czynników przyrodniczych zagrażających jego zdrowiu fizycznemu i psychicznemu. Chyba też osłabia jego odporność na zmiany zachodzące w społeczeństwie.
W konsekwencji, czyni go istotą coraz bardziej ułomną, która, by utrzymywać się przy życiu i poprawnie funkcjonować, musi w coraz większym stopniu korzystać z wciąż wymyślniejszych farmaceutyków oraz protez. Tym samym ludzie stają się coraz bardziej zależni od techniki – wyzwalaniu się człowieka od sił przyrody towarzyszy popadanie w niewolę techniki.
To nasuwa obiekcję odnośnie do sensu wydłużania czasu życia wspomaganego przez technikę. Wątpliwości te są natury ekonomicznej, etycznej i biologicznej.
Koszty ulepszeń
Urządzenia techniczne (protezy) i leki podtrzymujące życie są coraz droższe – ich koszt produkcji stale wzrasta z różnych przyczyn - nieproporcjonalnie do wzrostu siły nabywczej mas społecznych. W związku z tym, nie każdego stać na nie.
Jeśli uwzględni się fakt rażącej dysproporcji dochodów ludności - przeciętnie jedna piąta ludzi w poszczególnych krajach (niezależnie od ich gospodarki) i na całym świecie żyje na skraju ubóstwa, to czy naprawdę cieszą wielkie osiągnięcia techniki, która w pierwszym rzędzie, najpierw i przeważnie wspomaga życie ludzi bogatych?
Czy powinny cieszyć osiągnięcia techniki, jeśli przyczyniają się one do degradacji środowiska, nadmiernej chemizacji żywności i produkcji żywności genetycznie zmodyfikowanej, co w końcu niekorzystnie odbija się na zdrowiu ludzi i przyczynia się do powstawania nowych chorób? Chorób, z którymi medycyna radzi sobie coraz trudniej i które wymagają wytwarzania nowych leków o rozleglejszych i groźniejszych skutkach ubocznych. W dodatku coraz droższych.
Do tego należy dodać wzrastające koszty leczenia wymagającego drogiego sprzętu medycznego i drogich lekarstw. Nie jest w stanie ich pokryć ani większość społeczeństwa, ani państwo w ramach różnych form ubezpieczeń zdrowotnych.
Być może dlatego coraz więcej krajów redukuje wydatki na opiekę zdrowotną, albo chyłkiem wycofuje się z ubezpieczeń państwowych. Dalszy postęp w dziedzinie medycyny wymaga wzrostu nakładów na badania, a powszechna dostępność do nowoczesnej medycyny, nawet nie najwyżej rozwiniętej i do skutecznych leków najnowszych generacji wymaga wzrostu zamożności społeczeństwa.
Jedno i drugie można realizować tylko w wyniku maksymalizacji wzrostu gospodarczego, bo on jest źródłem bogacenia się, a więc zupełnie na przekór idei rozwoju zrównoważonego.
To tak, jak z ochroną środowiska, która w miarę postępu techniki wymaga coraz większych nakładów finansowych na utylizację, rekultywację, rewitalizację i podobne zabiegi, a środki te może zapewnić niezrównoważony rozwój gospodarczy zorientowany na maksymalizację zysku.
Jak długo wszystko będzie zależeć od ilości pieniędzy i bogactwa, tak długo rozwój w sferze gospodarki - a w ślad za nim w innych obszarach - nie powinien być zrównoważony.
Wspomniane kwestie ekonomiczne rodzą wątpliwość etyczną: jak realizować podstawowe zasady etyki - sprawiedliwości społecznej, solidaryzmu, równości, altruizmu itp. w obecnych warunkach społecznych.
I wreszcie istotne zastrzeżenie natury biologicznej: czy życie ludzi coraz słabszych pod względem fizycznym i psychicznym, mniej odpornych na pogarszające się parametry fizyczne i narastające wraz z postępującą degradacją środowiska stresy, ludzi chorych i ułomnych, czyli kalek utrzymywanych sztucznie przy życiu i funkcjonujących dzięki protezom oraz syntetycznym lekarstwom, a także ludzi karmionych żywnością chemicznie preparowaną, nie odbije się negatywnie na kondycji biologicznej gatunku ludzkiego w przyszłości?
Już teraz notuje się wzrost tzw. chorób cywilizacyjnych spowodowanych anormalnym rytmem życia i pracy (choroby układu krążenia, nowotwory, nerwice, alergie, depresje), sposobem odżywiania się (otyłość, choroby układu trawiennego) i poruszania się (choroby układu mięśniowo-kostnego). Coraz liczniejsze wypadki drogowe przyczyniają się do lawinowego wzrostu liczby ludzi niepełnosprawnych.
Odpowiedzi mogą być różne, w zależności od tego, czy jest się zwolennikiem postępu cywilizacyjnego realizowanego dotychczas, czy też jest się eko-optymistą, bądź eko-pesymistą.
Po nas choćby potop
Dzisiaj nie jesteśmy w stanie stwierdzić, komu przyznać rację. O tym, przekonają się dopiero przyszłe pokolenia, które nic nam nie zrobią, co najwyżej będą psioczyć na to, że zgotowaliśmy im taki los. Oby tylko nie było już za późno, kiedy nie będą mogły zawrócić z ślepego zaułka postępu, w jaki nieuchronnie brniemy, gnani chęcią życia w komforcie i bogacenia się.
Richard von Weizsäcker napisał kiedyś: W tym świecie, jaki jest, tylko wtedy można nadal żyć, jeśli się głęboko wierzy, że nie pozostanie on taki, lecz stanie się takim, jakim powinien być. (Carl Friedrich v. Weizsäcker: www.aphorismen.de/Zitat/178280; 20.8.2013).)
To piękny aforyzm, ale kto z nas dzisiaj wie, jakim powinien być świat dobry dla przyszłych pokoleń? Nie tylko nie wie, ale nawet nie potrafi sobie go wyobrazić.
W tej sprawie bardziej przekonuje mnie przyziemny realizm założeń ekologii człowieka (human ecology), aniżeli uduchowiony czy religijny surrealizm ekohumanistów (ekohumanizm oznacza partnerskie współdziałanie na rzecz środowiska przyrodniczego i dla dobra wspólnego wszystkich ludzi żyjących teraz i później, oparte na zasadzie miłości bliźniego) i dlatego bardziej optuję za eko-pozytywizmem niż za eko-romantyzmem.
Tym bardziej, że od tysiącleci religia nakazuje ludziom częściej spoglądać na Niebo niż na Ziemię, więcej być w Niebie niż na Ziemi. Wskutek tego ludzie wierzący, a ich jest przytłaczająca większość - bardziej troszczą się o sprawy Nieba z całym panteonem bóstw, świętych, aniołów itd. oraz o duszę, aniżeli o warunki życia na Ziemi i o ciało.
Religia – niezależnie od tego, jak bardzo angażuje się w sprawy ekologii – w rzeczy samej bardziej sytuuje człowieka w niebie niż na Ziemi. Wobec tego, ludzie traktują sprawy ziemskie jako drugorzędne.
Taką relacje między człowiekiem, Niebem i Ziemią dosadnie odzwierciedla aforyzm R. Delavy’ego: Człowiek w niebie – Ziemia w d… ("Human being in Heaven -The planet Earth in the ass."- http: //www.rene-delavy.com; dostęp: 15.7.2013)
Uznawanie prymatu świata przyrody nad kulturą duchową nie wyklucza jej wpływu na życie ludzi. W wielu przypadkach jest on znaczący i dlatego nie wolno go lekceważyć, ale nie powinno się go przeceniać. A skądinąd, nikt nie udowodnił racjonalnie ani empirycznie, że przyrodniczo uwarunkowane przez niezmienne prawa przyrody (w szczególności przez prawa biologii) myślenie, postawy i działania ludzi są - ze względu na interesy jednostek, społeczeństwa i gatunku – gorsze od tych, które narzucają ludziom często zmieniające się normy kulturowe.
Historia dowodzi, że to raczej odchodzenie od przyrody i kierowanie się zasadami kultury nie wychodziło ludziom na dobre - ani im, ani ich środowisku życia. Postęp techniczny, który jest narzędziem i przyczyną dominacji kultury nad przyrodą, prowadzi do coraz większej degradacji środowiska i dehumanizacji społeczeństwa. Z tej racji, co jakiś czas, w momentach opamiętania, odżywają idee powrotu do natury, ostatnio idea szeroko rozumianej ekologizacji.
Rozwój zrównoważony? Ważniejszy zysk!
Wiadomo, jak z gwałtownym postępem cywilizacji, jaki dokonuje się od około stu lat, równie gwałtownie ulega degradacji nasze środowisko i maleją zasoby ziemskie. W końcu do świadomości ludzi dotarło, że jak tak dalej pójdzie, to stosunkowo szybko ludzkość stanie w obliczu globalnej katastrofy ekologicznej, której prawdopodobnie nie przeżyje. To dało asumpt do powstawania różnych ruchów społecznych - organizacji ekologów i partii „zielonych” - które starają się wywrzeć skuteczny wpływ na decydentów politycznych i gospodarczych w poszczególnych krajach. Okazuje się jednak, że nie jest on tak wielki, jak trzeba.
Niemal wszyscy zgadzają się, że ekolodzy mają rację i że coś należy zrobić, aby zapobiec grożącej katastrofie. Ale za deklaracjami za mało idzie czynów, ponieważ politycy są zależni od biznesu, biznes rozkręca się w miarę wzrostu gospodarczego, ten zaś musi dokonywać się kosztem degradacji środowiska i uszczuplania zasobów ziemskich, a decydenci ekonomiczni nie mogą działać wbrew interesom finansjery światowej.
Dopóki pieniądz rządzi światem, aktywność polityczna i gospodarcza będzie kontrolowana przez biznes, a apele ekologów będą tylko w takim stopniu respektowane, w jakim nie tylko nie zaszkodzą interesom biznesmenów, tzn. nie zredukują ich profitów, ale przyczynią się do ich wzrostu (na wytwarzaniu „ekologicznych” towarów można dużo zarobić).
Granicę działań proekologicznych wytycza wielkość zysku finansjery światowej.
„Cnota” marnotrawstwa
Apele ekologów sprowadzają się do tego, żeby zapobiegać dalszemu zatruwaniu środowiska, a pryncypia zawarte w koncepcji rozwoju zrównoważonego nakazują kierować się w ekonomii - w zakresie produkcji i konsumpcji – zasadą ograniczania (najlepiej całkowitej likwidacji) marnotrawstwa substancji i energii. Należy zużywać ich tyle, ile tego wymaga zaspokajanie rozsądnie uzasadnionych potrzeb konsumentów.
To znaczy, nie powinno się niczego produkować na wyrost, tylko tyle, ile jest się w stanie skonsumować, mimo że produkować można, ile się chce i na ile pozwalają siły wytwórcze, a konsumować tylko tyle, ile można.
Nie ulega wątpliwości, że planowanie produkcji musi też uwzględniać wytwarzanie pewnej ilości produktów zbytecznych, ale takich, które mogą być skonsumowane dzięki różnym chwytom marketingowym, a nie takich, o których niejako z góry wiadomo, że nigdy nie znajdą nabywców i które tworzy się po to, by zapewnić korzyści wynikające z ciągłej produkcji.
Uniknąć marnotrawstwa w gospodarce nie da się. Można je redukować do sensownych granic, ale z pewnością nie w warunkach współczesnego systemu ekonomicznego, który zakłada, że rozwój gospodarzy może dokonywać się wyłącznie w wyniku maksymalizacji zysku, czyli nakręcania spirali produkcji i konsumpcji.
Nie zważa się na to, że realizacja tego założenia jest bezsensowna, ponieważ maksymalizacja zysku powoduje spadek realnej wartości pieniądza - pomnaża ilość pieniędzy pustych, bo bez rzeczywistego pokrycia, a wskutek maksymalizacji produkcji postępuje wzrost marnotrawstwa. Jest ono potwierdzane masowo na co dzień i jakby wkomponowane w naturę teraźniejszej ekonomii; stanowi cechę wyróżniającą dzisiejszych snobów, których naśladuje ogół społeczeństwa. Teraz nie oszczędność, lecz marnotrawstwo uchodzi za cnotę – człowiek racjonalnie, czyli oszczędnie gospodarujący szybko przekształca się w człowieka rozrzutnego. (Pisałem o tym w artykule Od homo rationalis do homo prodigus, „Sprawy Nauki” Nr 1, 2013)
Brak umiaru, czyli samozagłada
Warunkiem zachowania równowagi we wszystkich systemach, nie tylko gospodarczych jest przestrzeganie miary. Również rozwój zrównoważony wymaga zachowania określonej miary. Ale tego wymogu nie da się spełnić w warunkach dzisiejszych, kiedy niepodzielnie panuje ideologia niepohamowanego konsumpcjonizmu i powszechna gonitwa za zyskiem. Rozwój zrównoważony dotyczy przede wszystkim gospodarki, ale rozciąga się na inne sfery życia społecznego, bo dopiero wespół z nimi może w efekcie ukształtować zrównoważony ekosystem. A o to właśnie chodzi w zrównoważonym rozwoju, jeśli ma on zagwarantować szansę na przeżycie następnym pokoleniom.
Gdyby nawet rozwój zrównoważony polegał na równowadze dynamicznej – a tylko taka ma miejsce w układach dynamicznych, jakimi jest gospodarka i inne obszary działań społecznych – to w tego rodzaju równowadze pojawia się przewaga raz jednych, raz drugich działań przeciwstawnych, czyli asymetria. Ale jest ona krótkotrwała, ponieważ po stosunkowo krótkim czasie te przeciwstawne dążenia wyrównują się.
Tymczasem asymetria rozwoju zrównoważonego - tak jak on faktycznie dokonuje się w naszych czasach – jest cechą tak poszczególnych faz jak i całego jego przebiegu. I nic nie wskazuje na to, żeby ta asymetria i dysharmonia kiedyś znikła w wyniku stosowania się do zasady złotego środka. (Zob. G. Zecha, The Golden Rule and Sustainable Development, w: „Problemy Ekorozwoju”, vol. 6. Nr 1, 2011)
Jednym z podstawowych zadań ekologii jest poznanie miar immanentnych systemom przyrody i społeczeństwa, a ostatecznym celem wdrażania idei rozwoju zrównoważonego - jak go rozumiem - jest zachowanie miary w ekosystemie ziemskim po to, żeby zapewnić przetrwanie żywym istotom, a wśród nich przede wszystkim gatunkowi ludzkiemu. (Pojęcie miary kryje w sobie równowagę, symetrię i harmonię - wszystko to, co odzwierciedla relacje między całością ekosystemu i jego częściami i co składa się na porządek, albo ład panujący w nim. (G. Picht, Zum Begriff des Maßes, w: C. Eisenbart, red., Humanökologie und Frieden, Forschungen und Berichte der Evangelischen Studiengemeinschaft, Bd. 34, Stuttgart: Klett-Cotta 1979, s. 420.)
Bowiem przetrwać może to, co zachowuje miarę i dopóty może przetrwać, dopóki jej nie naruszy w sposób nieodwracalny.
Stałe naruszanie miary w odniesieniu do produkcji, konsumpcji, potrzeb, żądań i odnoszenia się do swego otoczenia prowadzi nieuchronnie do zniszczenia przez ludzi swego oikos i do ich samozagłady. Zachowanie miary ekosystemu jest warunkiem koniecznym do utrzymania jego stabilności, a rozwój zrównoważony ma zapewnić tę stabilność. Jednak tego żądania on nie spełnia i dlatego nasz ekosystem wciąż oddala się od stanu równowagi - coraz bardziej staje się dysypatywny i kruchy, co skutkuje licznymi kryzysami w różnych obszarach życia społecznego, głównie w gospodarce.
I tak długo nie będzie go spełniać, jak długo będzie podporządkowany prawom neoliberalnej ekonomii funkcjonującej w warunkach narastającego konsumpcjonizmu. I dopóki osiągnięcia nauki i techniki będą służyć do inicjowania nieodwracalnych procesów systematycznego burzenia równowagi w ekosystemie, a postęp ekonomiczny będzie zakłócać działanie mechanizmów homeostazy, jakie w nim funkcjonują.
Do czasu zastąpienia obecnego modelu rozwoju gospodarczego przez inny, w którym względy ekologiczne będą tak samo ważne jak ekonomiczne, społeczeństwo będzie musiało rozwijać się w sposób nie do końca zrównoważony.
Wiesław Sztumski
26 sierpnia 2013
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 548
Władza to służba honorowa, misja, czy…?
Wiedzcie: kto pragnie ludowi przewodzić,
Ten dobro wszystkich musi mieć na względzie.
(…) Życie szlachetne wieść, bo tak się godzi,
Ważny dla ludu przykład jego będzie;
(…) Stron siły równać, by bunt się nie zrodził,
Chciwości, zbytku wystrzegać się wszędzie.
Przystępny, miły wydawać się winien:
Sługą, sług swoich władca być powinien.
(Lorenzo di Piero de’ Medici, 1449–1492)
Czym jest władza?Władza sprowadza się do kontrolowania ludzi, wpływania na nich oraz zarządzania nimi - grupami, organizacjami lub instytucjami. Można ją sprawować na różne sposoby w obszarach polityki, ekonomii, komunikacji, oświaty, zdrowia, sił zbrojnych, spraw socjalnych oraz personalnych i pozostałych.
Władza może być formalna, kiedy na przykład wynika z posiadania określonego stanowiska w strukturze społecznej, organizacji lub instytucji, albo nieformalna, kiedy bierze się z charakteru danego człowieka, jego charyzmy, kultu, prestiżu, autorytetu, wiedzy lub innego rodzaju oddziaływania na ludzi.
Posiadanie władzy można wykorzystywać pozytywnie do osiągania dobrych celów, albo negatywnie do wykorzystywania innych osób, organizacji i instytucji w celu zapewnienia korzyści sobie lub swojej grupy. Władzę często utożsamiana się z możliwością podejmowania decyzji oraz kontrolowania procesów decyzyjnych w różnych podobszarach życia społecznego, zwłaszcza finansów i mediów.
Osoby posiadające władzę nazywa się władcami. Szczególnym ich przypadkiem są przywódcy polityczni.
Idealny i realny wizerunek władcy
Wyobrażenia o dobrym władcy zmieniały się w dziejach wraz z warunkami społecznymi, kulturowymi i politycznymi. Początkowo, szczególnie w starożytności, idea dobrego władcy często była związana z silną władzą autokratyczną, gdzie władca był uważany za niekwestionowany autorytet, często utożsamiany z postacią boską lub półboską.
W starożytnym Egipcie, na przykład, faraon był postrzegany jako uosobienie bogów na ziemi, co oznaczało, że musiał zachowywać się w sposób godny podziwu i dbać o dobro ludu.
Podobnie w starożytnym Rzymie, cezar miał być ojcem ojczyzny i jego władza była często podtrzymywana przez silne atrybuty militarne i administracyjne.
W średniowieczu, wzorem dobrego władcy stał się monarcha, który kierował się chrześcijańskimi zasadami moralnymi i dbał o dobro swoich poddanych. W Europie średniowiecznej pojawiło się pojęcie „króla-rycerza", który był zarówno wojownikiem, jak i opiekunem ludu, a jego legitymizacja opierała się często na roli, jaką pełnił w chrześcijańskim porządku społecznym.
W epoce oświecenia, zwłaszcza w kontekście rewolucji francuskiej i amerykańskiej, pojawiła się idea władcy jako służebnika społecznego. Dobry władca był tym, który działał w interesie ludu, respektując prawa jednostki i podnosząc dobrostan społeczny.
W każdym okresie dziejów dobrym władcą by ten, kto posiadał ogromny i niekwestionowany autorytet, troszczył się o podwładnych i dbał o dobro kraju, którym rządził.
Aktualnie, w świecie zdominowanym przez ustroje demokratyczne, dobrego władcę powinny przede wszystkim cechować takie wartości demokratyczne, jak poszanowanie praw człowieka, równość społeczna i dbałość o dobro ogółu. Wymarzony dobry władca to taki, który jest odpowiedzialny, uczciwy, kompetentny i reprezentuje interesy społeczeństwa, a nie tylko własne lub wybranych grup. W dobie globalizacji i postępu technicznego powinien on być zdolny do rozwiązywania najważniejszych problemów globalnych, takich jak zmiany klimatyczne, nierówności społeczne i zachowanie pokoju w świecie.
Z wyników badań ankietowych publikowanych w Internecie wynika, że w opinii społecznej dobry władca kojarzy się z osobą mądrą, prawą, uczciwą, rozsądną, sprawiedliwą, obowiązkową, odpowiedzialną, przystępną, troszczącą się o podwładnych, zapewniającą im pracę, dobrobyt, bezpieczeństwo i spokój. W swoim postępowaniu kieruje się rozwagą i honorem i dobrem współobywateli i kraju.
Natomiast cechami złych władców są arogancja, niesprawiedliwość, nieodpowiedzialność, despotyzm, chciwość, pyszałkowatość, zarozumialstwo, głupota, niekompetencja, samouwielbienie, nieuczciwość, brutalność, samolubność, tchórzliwość, wymądrzanie się, przemądrzałość, zachłanność, amoralność, hipokryzja, przesadne rządzenie się, egoizm oraz brak poczucia obowiązku za losy swojego kraju.
Na podstawie tych cech dobrego i złego władcy zbudowano odpowiadające im stereotypy oraz wzorce. Z nich ukształtowały się ideały dobrego i złego władcy. W realnym (sensorycznym) świecie, ideałów jednak nie ma. Wizerunek władcy tworzy się w wyniku bezpośredniej obserwacji jego zachowań, działań (czynów), komunikowania się z podwładnymi i odnoszenia się do nich oraz ewaluacji jego cech osobowościowych.
Oprócz czynników racjonalnych duży wpływ na image władcy mają czynniki emocjonalne, jak na przykład górnolotne wypowiedzi, obietnice składane publicznie przez niego, zaufanie do niego oraz nadzieje wiązane z nim.
Ocena władcy: „dobry czy zły” jest niezwykle skomplikowana, bo wielokryterialna i odwołująca się do świadomości i podświadomości oceniającego oraz do stopnia jego podatności na czynniki racjonalne i irracjonalne. Toteż dużo ludzi ankietowanych przez instytucje badań opinii publicznej odpowiada, że w ogóle nie są w stanie podjąć się oceny lub czują się niekompetentni. Między innymi z tego względu wyniki badań są mało przekonujące. Oprócz tego w dużym stopniu ocena władcy zależy od aktualnego kontekstu społecznego i tradycyjnych uwarunkowań historycznych.
Komodyfikacja władzy
Od niedawna faktyczny wizerunek władcy zmienił się radykalnie in minus. W coraz większym stopniu rozwijają się cechy negatywne władców, wskutek czego źli władcy stają się jeszcze gorszymi. Również kandydaci do władzy, czyli władcy in spe, eksponują bez żenady swoje najgorsze cechy charakteru, być może po to, by zaszokować elektorat i pozyskać sobie zwolenników i fanów.
Jakby nagle zaczęło obowiązywać tu prawo Kopernika-Greshama, tj. zasada mówiąca, że jeśli jednocześnie istnieją dwa rodzaje pieniądza, pod względem prawnym równowartościowe, ale jeden z nich jest postrzegany jako lepszy, to on będzie gromadzony, a w obiegu pozostanie głównie ten „gorszy”.W efekcie, dobrzy władcy idą w odstawkę do lamusa, a w obiegu pozostają gorsi.
Wydaje się, że winien temu jest rozwój cywilizacji zachodniej, który zmierza do zaniku myślenia logicznego u polityków, czego dowiódł prof. Walenty Nowacki w książce Civilization and Logic. Sądzę, że jest wystarczająca podstawa do tego, by twierdzić, że zanik myślenia logicznego odnosi się nie tylko do polityków, ale do całej populacji będącej w okowach zachodniej cywilizacji.
Dlaczego tak się stało? Nie znamy wszystkich przyczyn i okoliczności tego zjawiska. Być może największy udział w tym ma wszechobecny terroryzm głupoty szerzącej się za sprawą mass mediów. A rozwojowi głupoty idzie w sukurs redukcja rozumowania logicznego, zgodnie ze znanym, choć zapomnianym, powiedzeniem: „Co głupiemu po rozumie?”.
Drugą przyczyną jest przyspieszony postęp techniczny w zakresie automatyzacji i robotyki. Dzięki niemu rozwija się sztuczne myślenie i sztuczna inteligencja. Coraz wymyślniejsze urządzenia techniczne przejmują funkcje myślenia logicznego ludzi i coraz głupsi ludzie potrafią posługiwać się nimi.
Jest jeszcze inna istotna przyczyna, chyba nieodkryta, bo dotychczas nikt o niej nie pisał: komodyfikacja władzy. W trakcie rozwoju kapitalistycznej gospodarki rynkowej stopniowo wszystko przekształca się w towar, czyli ulega komodyfikacji, zaczyna funkcjonować na rynku i coraz bardziej podporządkowywać jego prawom.
Od niewielu lat towarem stała się władza. A to oznacza, że władzę można nabywać za pieniądze i kupczyć nią. Władza staje się coraz bardziej pożądanym towarem, ponieważ posiadanie jej, czyli bycie władcą, jest wielce intratne z różnych powodów, głównie ekonomicznych (materialnych) i politycznych (ambicjonalnych).
Z tego względu notuje się wzrost popytu na władzę do tego stopnia, że dziś można już mówić o funkcjonowaniu specyficznego rynku władzy w wymiarze lokalnym, a nawet globalnym. Nie wiadomo, jaka jest jego szacunkowa wartość. Gdyby rynki te wycenić choćby na podstawie kosztów kampanii wyborczych, to okazałoby się, że wartość rynku władzy sięgałaby wielu miliardów dolarów. Na tym rynku działają różne organizacje. Ci, którzy nim zarządzają lub w inny sposób są na nim aktywni, dorabiają się niezłych fortun.
Skutkiem utowarowienia władzy jest wypaczone pojęcie o jej sprawowaniu i o władcach. Tradycyjnie bycie władcą było traktowane jako praca honorowa, zaszczytna służba społeczna, jako misja, a więc coś więcej niż zwyczajna profesja, albo jako poświęcenie się dla dobra kraju i obywateli. Byli nimi ludzie bogaci, którzy nie musieli dbać o wysokie zarobki, albo biedni, którzy nie domagali się wysokich apanaży. Obecnie takich władców rzadko można spotkać. Najrzadziej - w krajach wysoko rozwiniętych.
Aktualni władcy są zaprzeczeniem władców tradycyjnych. W walce konkurencyjnej na rynku władzy zwyciężają najbogatsi, zazwyczaj nowobogaccy, którzy dysponują miliardami zwykle zdobytymi w nielegalny sposób. Kiedy zdobędą władzę, będą chcieli jeszcze bardziej powiększyć swoje majątki. W końcu przeważa u nich myślenie ekonomiczne – inwestycja musi szybko zwrócić się i przynosić coraz większe zyski. Zwyciężają też cwaniacy, którzy potrafią przechytrzyć innych. Jedni i drudzy nie zawahają się przed żadnym czynem nikczemnym dla realizacji swoich egoistycznych celów. Prawdopodobnie takimi, albo gorszymi, będą także przyszli władcy. Należy współczuć przyszłym generacjom, które znajdą się pod ich rządami.
Wiesław Sztumski
06.02.2024