Filozofia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3169
Potęga imponderabiliów i mitów związanych z nimi
I staję do walki, tak jak poprzednio, z głównym złem państwa: panowaniem rozwydrzonych partyj i stronnictw nad Polską, zapominaniem o imponderabiliach, a pamiętaniem tylko o groszu i korzyści.(1)
Imponderabiliami nazywa się sensorycznie nieuchwytne, obiektywnie niewymierne, abstrakcyjne i niedające się wyobrazić rzeczy, zjawiska lub sprawy, ważne pojęcia, ideały, uczucia, wartości etyczne, normy moralne, cechy ludzkie oraz różne elementy kultury i tradycji. Należą one do świata mentalnego. Są wymysłem ludzi i zawdzięczają im swoje istnienie, ale wyobcowują się od nich i jako produkty alienacji oddziałują zwrotnie na swych twórców - na ich działania, zachowania, postawy, poglądy, uprzedzenia i przekonania, które wpływają na obroty spraw i przebiegi zdarzeń.
Zazwyczaj, ludzie uprzedmiotawiają je, by mogli sobie bodaj wyobrazić je w jakiejś postaci. Wskutek tego są przekonani o realnym istnieniu imponderabiliów w świecie zmysłowo postrzeganym i przypisują im nawet cechę sprawstwa. Dlatego sądzą, że mogą być przyczynami sprawczymi tego, co zachodzi w przyrodzie i społeczeństwie, w dziejach świata i życiu ludzi. Przez to znaczą one wiele i są cenne. „Bardzo to bogata kategoria: nastroje społeczne, samopoczucie zbiorowe, morale, typowe przyzwyczajenia, resentymenty, frustracje, masowe znudzenie, powszechne rozczarowanie, entuzjazm, apatia i wiele innych. Intuicyjnie zdajemy sobie sprawę z ogromnej wagi takich czynników w naszym życiu codziennym, a także w procesach społecznych i historycznych największej skali.”(2)
Imponderabilia to nieuchwytne, ale wszechmocne czynniki, takie jak sentyment, opinia publiczna, dobra wola, sympatia itd. Do imponderabiliów zalicza się następujące wyrażenia: Bóg, honor, ojczyzna, patriotyzm, suwerenność, wolność, sprawiedliwość, równość, miłość, nienawiść, lęk, rasizm, ksenofobia, ekologizm, patriotyzm, prawdomówność, uczciwość, historia itp.
Szczególną kategorię imponderabiliów stanowią mity (ubarwione zmyślonymi szczegółami opowieści, albo fałszywe mniemanie o kimś lub o czymś uznawane bez dowodu) i złudzenia (nierealne marzenie lub wyobrażenie o kimś lub o czymś).
Rola imponderabiliów jest ambiwalentna. Z jednej strony, przyczyniają się do kształtowania lub umacniania pozytywnych cech ludzi, więzi społecznych, tożsamości narodowej lub państwowej, solidaryzmu społecznego, synergii działań na rzecz dobra wspólnego i zobrazowania wizji. Dlatego powinno się je utrwalać w kulturze oraz w świadomości mas.
A z drugiej strony, stosowane są dla celów niegodziwych i straszenia mas przez różnej maści manipulantów i oszustów (kapłanów, reklamiarzy i polityków), jak i przez różne instytucje państwowe i samorządowe i organizacje społeczne (kościoły, parlamenty, rządy, partie polityczne, związki zawodowe, środki przekazu masowego). Wskutek tego, przyczyniają się do dychotomicznych i antagonistycznych podziałów ludzi i dezintegracji społeczeństwa.
Na dodatek, imponderabilia stały się swoistymi „towarami powszechnego użytku” i środkami płatniczymi - pieniędzmi i obligacjami bez pokrycia - którymi możnowładcy, rządy, liderzy partii itp. płacą za wierność i służalczość elektoratu („łapówki wyborcze”) oraz jego wiarę w ich kłamstwa. Powodzenie handlu imponderabiliami zależy do tego, jak skutecznie uda się ogłupić ludzi, czyli przekonać o tym, że faktycznie istnieją imponderabilia obdarzone mocą sprawczą, które mogą przekształcać się w obiekty materialne, także spersonifikowane, albo że można je ziszczać.
Wiele imponderabiliów udaje się uprzedmiotawiać i uosabiać. Są one najgroźniejsze, ponieważ za ich pomocą najbardziej tumani się ludzi. Najgorzej, gdy słowo, zwłaszcza pustosłowie, stanie się ciałem.
Od dawna kupczy się imponderabiliami. Są towarami, chętnie nabywanymi i łatwo sprzedającymi się. Nie trzeba ich magazynować, ważyć, mierzyć ani udzielać gwarancji. Wiedzieli o tym kapłani różnych wyznań, którzy uprawiali (i nadal uprawiają) symonię, czyli świętokupstwo – handel godnościami i tytułami kościelnymi, sakramentami, święceniami, zbawieniem wiecznym, zmartwychwstaniem, odpustem grzechów, pokropkiem itp. Kupczenie nimi bogaci tych, którzy wykorzystują naiwność i głupotę wiernych. Nie tylko kapłani to robią. Monarchowie też sprzedawali imponderabilia w postaci tytułów książęcych i szlacheckich i innych godności państwowych. (Imponderabilia stosuje się w języku reklamy, ale pośrednio, bo tylko w formie urzeczowionej lub spersonifikowanej, a więc rzucającej się w oczy i uszy i łatwo zrozumiałej).
Politycy w wielu krajach posługują się aktualnie najczęściej imponderabiliami takimi jak „demokracja”, „suwerenność”, „wolność” i „sprawiedliwość”, które najłatwiej wpadają w uszy, gdyż wyrażają to, czego wciąż ludziom brakuje i chyba nigdy nie uda się ziścić. Im bardziej te imponderabilia wydają się być blisko urzeczywistnienia, tym więcej pojawia się przeszkód, które odsuwają ich realizację w siną dal.
Odnosi się wrażenie jakoby większość imponderabiliów była ponadhistoryczna, ponieważ powtarzana w różnych ustrojach i epokach. Może dawniej tak było, ale nie w naszych czasach, kiedy powtarzają się tylko ich nazwy, ale nie treści. Dochodzi już do tego, że w wyniku relatywizmu semantycznego, upolitycznienia i upragmatycznienia znaczą one coś diametralnie innego niż jeszcze nie tak dawno temu. Ich liczba i doniosłość zmieniają się wraz z ewolucją społeczną, nowymi warunkami życiowymi i modą.
U nas słownik imponderabiliów używanych przez polityków aktualnie rządzącej partii oraz ich sympatyków wzbogacił się o jeszcze inne wyrażenia: „dobra zmiana”, „demon postępu” i „gender”.(3) Te i podobne słowa - nieustannie powtarzane w środkach masowego przekazu, na spotkaniach przedwyborczych, w parlamencie i wywiadach - zapadają coraz bardziej w świadomość masowych odbiorców. Używane są, jak zaklęcia, przenikają do języka potocznego i zaśmiecają go, jak dawniej tzw. nowomowa.
Komunikaty formułowane za pomocą imponderabiliów są bardziej skuteczne aniżeli za pomocą wyrażeń merytorycznych, ponieważ są powabne, tym więcej, im bardziej są zagadkowe i łatwiej rozpoznawalne przez tzw. masowych (niezbyt dobrze wykształconych) adresatów. Podobnie, ufają oni łatwiej wypowiedziom nieracjonalnym, emocjonalnym i szokującym niż racjonalnym i poważnym. W ten sposób zmusza się masy do utraty kontaktu z rzeczywistością. Odwraca się ich uwagę od spraw żywotnych i kieruje na sprawy błahe i ku obłokom. Niech sobie bujają w nich, ile dusza zapragnie. Dzięki temu masy podwładne mają w głowie przede wszystkim niebo, a Ziemię - w części ciała poniżej pleców. I o to głównie chodzi. Niech elity rządzące (to słowo nie pasuje do teraźniejszych łże-elit) zajmują się sprawami ziemskimi i przyziemnymi – robieniem kariery, obsadzaniem lukratywnych stanowisk, bogaceniem się, zabezpieczaniem dobrobytu rodzinie i kolesiom itp.
W naturze człowieka leży samookłamywanie się, marzenie i łudzenie się nadzieją realizacji tego, czego bardzo oczekuje. To w pewnym stopniu aktywizuje do podejmowania odpowiednich czynności w celu spełnienia oczekiwań, a także pomaga przetrwać trudne momenty w życiu. Dlatego ucieczka od rzeczywistości jest czymś dobrym, byle tylko nie za bardzo, nie na długo i by była kontrolowana przez świadomość. Jest również źródłem nieszczęść, kiedy powoduje rozczarowania.
Na gruncie złudzeń wyrastają mity o imponderabiliach. Ludzie wytworzyli je i faktycznie stali się ich niewolnikami. Najpopularniejsze są mity o demokracji, wolności, sprawiedliwości, suwerenności, silach nadprzyrodzonych, bezpieczeństwie, dobru wspólnym, postępie, obietnicach i kreacji swojego losu.(4) Opiszę krótko tylko kilka z nich.
• Mit demokracji. Mit ten wywodzi się z demokracji bezpośredniej w starożytnych Atenach, gdzie wszyscy uprawnieni obywatele uczestniczyli w podejmowaniu ważnych uchwał. Było to możliwe w czterdziestotysięcznym mieście. Tę formę demokracji wciąż uznaje się za najlepszą w dziejach. W wyniku ogromnego wzrostu populacji w miastach i krajach coraz bardziej przechodzi się od demokracji bezpośredniej do pośredniej. A im więcej ludności w danym kraju, tym bardzie zdegenerowana forma demokracji. Mimo to, „demokrację w ogóle” uznaje się przeważnie za najlepszy ustrój polityczny, jaki ludzie wymyślili, wbrew temu, że coraz więcej ludzi światłych doszło już do wniosku przeciwstawnego, że jest to ustrój najgorszy, bo każdy głupek może rządzić, jeśli uzyska przewagę choćby jednego głosu w wyborach parlamentarnych, w których przeważnie uczestniczy coraz mniejszy procent społeczeństwa.
Słowo „demokracja” funkcjonuje jak zaklęcie, które likwiduje wszelkie sprzeczności i problemy społeczne i zapobiega szerzącemu się złu. Jedni wiążą z nią wielkie nadzieje, inni boją się jej. Gdzie jeszcze jej nie ma, próbuje się narzucić ją siłą, by uszczęśliwić ludzi często wbrew ich woli. Mit demokracji, obojętnie jakiej, ale mamiącej o panowaniu ludu lub większości rozumnych obywateli, nie ma racji bytu w warunkach neoliberalizmu i pod rządami „sprawiedliwych inaczej” – pazernych, przemądrzałych i bezczelnych samowładców. Wskutek tego lud nie jest już władzą w państwie, lecz znalazł się w jej niewoli. Nazwa „demokracja” stała się etykietką dla rządu dyktatorów. Naprawdę rządzi mniejszość głupich pod wodzą cwaniaków, kłamców i despotów.
• Mit wolności. Dążenie do wolności leży w naturze człowieka. Każdy chce być wolny w jak największym zakresie i stopniu. Jest ona tak wielką wartością, że dla niej jest się skłonnym złożyć w ofierze swe życie. Toteż wolność stała się hasłem i urosła do rangi mitu rozwijanego przez ustroje demokratyczne i liberalne. Tymczasem dążeniu do wolności towarzyszy tendencja do ograniczania jej i zniewalania na wiele sposobów. W „wolnym świecie” stajemy się niewolnikami rządzących, techniki, mody, PR-u, reklamy, pieniądza, czasu, przestrzeni społecznej, organizacji i instytucji.
• Mit sprawiedliwości. Cokolwiek rozumie się przez sprawiedliwość, (przyznanie każdemu należnego mu prawa, przestrzeganie zawsze i w stosunku do każdego tych samych norm etycznych prawnych), ludzie domagają się sprawiedliwego, jednakowego dla każdego, postępowania przy ocenie i ferowaniu wyroków. Tymczasem w realnych sytuacjach, spotykają się z coraz większą niesprawiedliwością. Stosowanie prawa jest wybiórcze, wyroki sądowe są stronnicze, a oceny ludzi są dalekie od prawdy i nieobiektywne. Co gorsze, jest tak nawet, kiedy rządzi partia „Prawo i Sprawiedliwość” - partia, która zniszczyła system sprawiedliwości w wyniku całkowitego upolitycznienia go.
• Mit obietnic bez pokrycia. Nierealne obietnice składają politycy nazywani demagogami lub populistami. Są to obietnice chwytliwe, wychodzące naprzeciw oczekiwania większości społeczeństwa, składane w celu zdobycia poparcia. Ludzie żywią się nadzieją na ich spełnienie, nawet wówczas, gdy jest ona złudna i znikoma. Chętnie wysłuchują obietnic i wierzą w ich spełnienie, jeśli składają je osoby cieszące się powszechnym zaufaniem - przedstawiciele rządu i samorządów, liderzy partyjni, lekarze, nauczyciele i kapłani, i jeśli dotyczą one znaczącej poprawy ich zdrowia i dobrobytu. Niestety, coraz częściej, padają ofiarami ich oszustów i kłamców. Nie wiedzą, że im większe obietnice, tym mniejsze prawdopodobieństwo ich realizacji. Najbardziej dają się nabierać na obiecanki w postaci imponderabiliów.
• Mit suwerenności. Mit ten dotyczy suwerenności politycznej, ekonomicznej i kulturowej. Przez suwerenność rozumie się możliwość rządzenia krajem, niezależnie od jakichkolwiek czynników zewnętrznych. „Prawnicy, filozofowie, politycy oraz teoretycy porządku międzynarodowego zgadzają się na ogół, iż polityczna suwerenność, podobnie jak terytorium czy społeczeństwo, należy do podstawowych cech podmiotowości państwa.” (5) Jest ona wartością porównywalną z patriotyzmem.
Ograniczenie suwerenności odczuwa się jak zamach na wolność, niezależność i podmiotowość. Dlatego broni się przed tym, jak tylko się da. Nie zważa się na to, że suwerenność absolutna jest takim samym pustosłowiem, jak absolutna wolność. Faktycznie, zawsze i wszędzie – oprócz świata pomyślanego – ma się do czynienia z suwerennością względną i stopniowalną. Zmniejsza się ona proporcjonalnie do wzrostu oddziaływań wzajemnych z innymi krajami, zależności od nich, współpracy z nimi (przede wszystkim gospodarczej), przenikania się kultur i tradycji, przemieszczania się i mieszania grup etnicznych oraz postępującego neokolonializmu. A więc w miarę postępowania globalizacji, federalizacji, transmigracji, multikulturowości, neokolonializmu, mieszania się ras i narodów, zaniku granic i rynków lokalnych oraz krępowania rządów umowami międzynarodowymi i prawem międzynarodowym.
Te procesy są już na tyle zaawansowane, że stały się nieodwracalne, czy to się komu podoba, czy nie. W zglobalizowanym świecie nie ma miejsca na izolacjonizm. W związku z tym, realna suwerenność będzie zanikać aż stanie się wspomnieniem dawnych czasów.
Już teraz łatwo daje się zauważyć dość szybko postępującą redukcję suwerenności państw i zaciekły opór ze strony konserwatystów i tradycjonalistów, którzy zostali pozbawieni jednego z ważnych narzędzi manipulacji społecznej. Mit suwerenności rozwiał dyktat USA - jedynego samozwańczo uznanego przez siebie mocarstwa za „policjanta świata” (6) – które stosuje drakońskie kary w postaci „sankcji” lub interwencji zbrojnej w stosunku do państw nie aprobujących polityki, interesów i wartości USA i próbujących bronić własnych interesów i wartości. Przykładów na to jest wystarczająco wiele: Nikaragua (1912-1933), Haiti (1915), Korea (1950-1953), Egipt (1956), Liban (1958), Kuba (1961), Wietnam (1961-1975), Dominikana (1965), Iran (1980), Liban (1983), Grenada (1983), Libia (1986), Panama (1989), Zatoka Perska (1991), Somalia (1992), Haiti (1995), Bośnia (1995), Sudan (1998), Jugosławia (1999), Irak (2003-2011), Libia (2011) i Afganistan (2001-2021). (7)
Te napady, inwazje, i interwencje militarne prowadzone były pod pretekstem uczenia i obrony demokracji oraz walki z komunizmem i terrorystami. Faktycznie chodziło o dominację USA, narzucanie swoich porządków, okupację, zmiany nieposłusznych rządów, zasoby naturalne i zdobycie ważnych miejsc strategicznych dla instalacji baz wojskowych. Niektóre inwazje były sprowokowane za pomocą odpowiednich inscenizacji jak na przykład oskarżenie Iraku o posiadanie broni masowego rażenia, wyprodukowanie zarodków wąglika i związki z Al Kaidą,(8) masakra we wsi Račak w Serbskiej Autonomicznej Prowincji Kosowo i Metohija w 1999 r., zabójstwo demonstrantów na Majdanie w 2014 r. i użycie broni chemicznej w Chan Szajchun i Dumie na przedmieściach Damaszku w 2017 r. i 2018 r.(9)
Przywódcy polityczni USA i Zachodu, wywijając groźnie sankcjami, zapomnieli o tym, że każdy kij ma dwa końce. Wkrótce okazało się, że sankcje przeciw Rosji odbiły się bardziej niekorzystnie na krajach, które je stosują. Oprócz tego, sankcje te przyczyniają się do wzrostu determinacji i odporności na nie. W czasie II wojny światowej, żołnierze sowieccy mówili o Niemcach: „Oni nas jebut, a my krepniem” (Oni nas są je***ą, a my stajemy się silniejsi).
• Mit dobrej zmiany. Wyrażenie „dobra zmiana” pojawiło się w języku polityki w maju 2015 roku w czasie prezydenckiej kampanii wyborczej jako frazes ówczesnego kandydata Andrzeja Dudy.(10) „Dobrej zmianie” można przypisywać wiele treści i różnie ją interpretować. Słowo „dobra” sugeruje, jakoby aktualna sytuacja była zła i wymagała naprawy przez „dobrą zmianę”. Jeśli to prawda, to nikt mądry nie powinien być przeciw niej.
Realizatorem tej zmiany jest rząd nominowany przez Zjednoczoną Prawicę. A więc, kto jest przeciw tej zmianie, ten jest przeciw rządowi i państwu, które reprezentowane jest przez rząd – jest przeciw Polsce. Dlatego przeciwnicy dobrej zmiany nie są patriotami. „Dobra zmiana”, która miała jednoczyć społeczeństwo w celu realizacji dobra wspólnego, spowodowała jego podziały na dwie wrogie części – kto nie z nami, ten przeciw nam, na „lepszy i gorszy sort” oraz na mądrych, którzy są za czymś lepszym i głupich, którzy tego nie chcą.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że realizacja „dobrej zmiany” rozczarowała, bo dobrem wspólnym okazało się dobro wybrańców należących do kasty „lepszego sortu”. Spowodowała wiele szkód, strat oraz wzrastające niezadowolenie większości trzeźwo i krytycznie myślącego oraz oszukiwanego społeczeństwa. Toteż krytycy i przeciwnicy „dobrej zmiany” nazywają ją „dojną zmianą” i „podłą zmianą”.
Mają rację, bo na „dobrej zmianie” nie tyle zyskali ludzie żyjący w ubóstwie, co partyjni kolesie. Jedni i drudzy stanowią niewielki procent społeczeństwa. Tak samo, jak na populistycznych dodatkach „plus”, o których huczy reżimowa telewizja, że wszyscy na nich zyskują, chociaż jest to kłamstwem. Bo jak wniknąć w szczegóły i ograniczenia, to też tylko niewielu.
Ostatnio głośno o radykalnych podwyżkach dla emerytów - codziennie telewizja pokazuje ich radosne twarze - które w 2023 r. faktycznie wyniosą raptem maksymalnie 14% przy przewidywanej przez rząd celowo zaniżonej 26-procentowej inflacji i nie wiadomo jeszcze jak szybkim wzroście cen. Markety nie nadążają na bieżąco zmieniać etykietek z cenami towarów. W rezultacie, zaklęcie, które miało spowodować przyrost elektoratu partii rządzącej spowodowało spadek. Dalsze oszukiwanie „dobrą zmianą” skończy się przegranymi wyborami, co pozwoli wreszcie powrócić do realnego świata i normalności.
Gdy jakiś polityk, członek partii rządzącej, ortodoksyjny (przeciwieństwo lewaka) wieści jakąś zmianę, zwłaszcza „dobrą”, bo ta partia składa się z aniołów czyniących samo dobro, to ma się do czynienia z klasycznym przykładem oksymoronu – figury retorycznej składającej się z dwóch słów o przeciwstawnych znaczeniach. Kto uwierzy takiemu konserwatyście, przeciwnikowi zmian i niewolnikowi tradycji, zwłaszcza religijnej, że naprawdę chce coś zmienić. Chyba, że na swoją modłę - ale czy to dobra zmiana, która odpowiada większości? Jeśli nie, to taki „dobry zmieniacz” musi przepoczwarczyć się w dyktatora i zrobić to na silę. Historia zna przykłady takich osobników, którzy marnie skończyli zanim zdążyli dokonać „dobrych (dla siebie) zmian”.
Wiesław Sztumski
(1) Józef Piłsudski w wywiadzie dla "Kuriera Porannego" z dnia 11 maja 1926r. Nakład gazety z wydrukowanym tekstem, rząd Witosa kazał skonfiskować.
(2) Piotr Sztompka, Kulturowe imponderabilia szybkich zmian społecznych. Zaufanie, lojalność, solidarność. „Studia Socjologiczne” Nr 4, 1997
(3) Katarzyna Kłosińska, Michał Rusinek, Dobra zmiana, czyli jak rządzi się światem za pomocą słów, Wyd. Znak, Kraków 2019
(4) Wiesław Sztumski, W sieci złudzeń. SN nr 6-7 (211), 2016
(5) Cyt. za Sławomir Sowiński, Suwerenność, ale jaka? Spór o suwerenność Rzeczypospolitej w polskiej eurodebacie, Studia Europejskie, 1/2004
(6) Al Gore używał łagodniejszej nazwy: „rząd światowy”.
(7) rmf24.pl/fakty/polska/news-analiza-interwencje-usa-w-konfliktacswiatowych,nId,91063#crp_state=1
(8) Hubert Świętek, Wojna z Irakiem w 2003 roku. Główne przyczyny, „Żurawia Papers”, zeszyt 17, Instytut Stosunków Międzynarodowych UW, Warszawa 2011
(9) Jarek Ruszkiewicz SL, Siergiej Ławrow, Inscenizowane incydenty jako zachodnie podejście do polityki, NEon24pl, 18.07.2022
(10) Katarzyna Kłosińska, Michał Rusinek, Dobra zmiana, op. cit.
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 3845

Wpłynęło na to wiele przyczyn:
- brak rzetelnej źródłowej wiedzy o idei komunizmu głoszonej przez jej twórcę Karola Marksa,
- przekaz negatywnych doświadczeń życiowych przez rodziców i dziadków z okresu dyktatury proletariatu, stalinizmu i tzw. socjalizmu realnego (z reguły lepiej pamięta się to, co złe, aniżeli to, co dobre, zwłaszcza, gdy było się antagonistą lub represjonowanym),
- nagonka ideologiczna prowadzona przez kościół, dla którego komunizm (utożsamiany z cywilizacją zła, demonizowany i wyklęty), wiązany z ateizacją, oznaczał klęskę w walce o władzę, a przynajmniej utratę hegemonii w państwie i społeczeństwie i związanych z nią profitów ekonomicznych oraz innych przywilejów i majątków uzyskanych w mniej lub bardziej niegodziwy sposób w poprzednich wiekach,
- dążenie do wymazania ideologii komunizmu z pamięci i świadomości, żeby nie przeszkadzała w okresie transformacji ustrojowej w budowaniu nowego, a właściwie restauracji starego ustroju kapitalistycznego i związane z tym utożsamianie komunizmu z hitleryzmem oraz zakaz pokazywania symboli,
- zohydzanie komunizmu przez wiązanie go z ludobójstwem (jakby to było głównym celem komunizmu, a nie „produktem ubocznym” rewolucji socjalistycznej w Rosji, jak każdej innej; nota bene, bardziej ludobójcza była rewolucja związana z chrystianizacją świata (masowe mordowanie tzw. pogan, inkwizycja itp.), tylko o tym się nie wspomina, gdyż sądzi się, że wystarczyło słowo „przepraszam”, bez żadnego zadośćuczynienia wypowiedziane raptem kilkanaście lat temu przez papieża. A najgorsze jest to, że o „komunie” na ogół wypowiadają się źle najwięksi ignoranci, którzy nie wiedzą o czym mówią oraz opluwają ją ci, którzy dzięki komunie uzyskali wyższy status społeczny i wiele jej zawdzięczają. Teoria a praktyka Z reguły ideologię komunizmu utożsamia się z praktyką polityczną, która chce ją realizować, a jest to zasadniczy błąd. W istocie dziewiętnastowieczna idea komunizmu jest jedną z prób likwidacji sprzeczności między kapitałem a pracą w wyniku zniesienia alienacji pracy i wielu innych konfliktów społecznych, niesprawiedliwości i wyzysku w ustroju kapitalistycznym. Jak każda inna, zwiera pomysły utopijne. Ale ideologia jest tym nośniejsza i tym więcej znajduje zwolenników, im więcej w niej utopii - ludzie lubią być karmieni iluzjami i nadzieją.
„Zaletą” ideologii komunizmu jest to, że stosunkowo szybko, bo w ciągu niespełna wieku, dała się w pełni sfalsyfikować w praktyce. Państwo socjalistyczne okazało się tyranią, a gospodarka socjalistyczna nie wytrzymała konkurencji z kapitalistyczną, co doprowadziło do zupełnego kolapsu. Na szczęście, twórcy ideologii komunizmu nie doczekali tego, bo byłoby największym nieszczęściem dla nich dożyć gorzkich owoców własnej rewolucji, nie takich, jak sobie wyobrażali.
Trudno orzec, czy winna temu była sama ideologia, czy warunki historyczne, w jakich próbowano ją wdrażać, czy przywódcy polityczni bez odpowiedniej wiedzy, wyobraźni i doświadczenia. Właściwie dobrze się stało, że nie podtrzymywano na siłę tego niewydolnego systemu i pozwolono mu rozpaść się bez większych szkód i żalów u schyłku dwudziestego wieku. Oczywiście, są tacy, którym żal tamtych „dobrych” czasów, kiedy wiele rzeczy było prawie za darmo i dlatego były dostępne dla każdego: oświata, służba zdrowia, wczasy, sanatoria, czynsze, bilety itd., kiedy można było nie napracować się i jakoś żyć na średnim, choć niskim poziomie („czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”), a i dokraść coś z państwowego (czyli – jak uważano - niczyjego) zakładu pracy.
Zazwyczaj czas swojej młodości ocenia się najlepiej, choćby był biedny i okrutny. Ci ludzie wyrażają swoją tęsknotę za młodością w zawołaniu „Komuno wróć!” Jak w każdym ustroju, jednym żyło się lepiej, innym gorzej, chociaż poziom życia oscylował nieznacznie wokół przeciętnego, nie tak, jak teraz. Twórcy ideologii komunizmu przewidywali, że w komunizmie zniknie między innymi państwo (jako aparat przemocy), rodzina (jej model burżuazyjny), pieniądz, naród i religia. Praktyka realnego socjalizmu, zapoczątkowanego niefortunnie przez Lenina w wyniku nieprzemyślanej i dokonanej „na zamówienie” rewolucji w Rosji nie realizowała tych celów. Nadal państwo socjalistyczne było aparatem przemocy i to nie byle jakiej, pieniądz odgrywał taką samą rolę w gospodarce, jak w kapitalizmie, rodzina funkcjonowała w swym tradycyjnym modelu, nie zanikały podziały narodowe, a zwalczanie religii sprowadzało się do ateizacji rozumianej jako zastąpienie światopoglądu religijnego przez tzw. naukowy i do walki z kościołem, głównie katolickim. To, czego nie udało się dokonać w ustroju socjalistycznym na drodze rewolucji, z powodzeniem udaje się w ustroju kapitalistycznym na drodze ewolucji. Możliwe, że postkapitalizm okaże się jakąś wersją komunizmu, niekoniecznie znanego nam z przeszłości. Historia, którą wprawdzie tworzą ludzie, toczy się niezależnie od tego, co im się podoba, ani czego sobie nie życzą. Obumieranie państwa Państwo jako instytucja polityczna zaczyna przeżywać kryzys. Przejawia się on w wielu aspektach. Przeżytkiem staje się państwo narodowe. Coraz więcej różnych narodowości i grup etnicznych zamieszkuje w coraz większej liczbie państw głównie z przyczyn ekonomicznych i globalizacji. W związku z tym, państwa jednonarodowe, nawet te hermetyczne i niechętne przybyszom, stały się mieszaniną etniczną i wyznaniową – utraciły swoją tożsamość narodową i wyznaniową. (Pisałem o tym w artykule Napędzanie strachu w SN, Nr 3, 2012).
W zakresie rządzenia i gospodarowania coraz bardziej dochodzą do głosu organizacje i instytucje pozarządowe – już dziś można by z powodzeniem zlikwidować wiele ministerstw z pożytkiem dla funkcjonowania instytucji, które im podlegają, np. edukacji, nauki, i zdrowia. (Równie marnotrawcze i niepotrzebne jest dublowanie zarządzania resortami przez urzędników w randze ministrów w Kancelarii Prezydenta, chyba że chodzi o zapewnienie dobrych posad kolesiom partyjnym. (Ogromne pieniądze na ich utrzymanie należałoby przeznaczyć na inne cele).
James Scott w książce „Seeing Like a State” pisze, że coraz częściej przekonujemy się, że państwo nie jest w stanie kontrolować tego, co się wydarzy, nie potrafi zapanować nad dynamiką przestępczości, nie daje sobie rady z kontrolowaniem dynamiki gospodarki, nie radzi sobie z bezrobociem i w ogóle z polityką społeczną.
Kazimierz W. Frieske w wywiadzie pod tytułem "System niepewności" (Nowy Obywatel, 27.7.2011) oznajmia, że "państwo – tak jak ono funkcjonuje obecnie, organizując swoją aktywność w duchu neoliberalnej ideologii gospodarczej – samo produkuje niepewność. Przykładem jest system emerytalny, deregulacja rynku pracy, czy to, co stało się w szeroko rozumianym systemie edukacyjnym. To powoduje niepewność. Jeśli państwo produkuje niepewność, to produkuje również irracjonalność. W nieprzewidywalnym świecie, w którym nic nie jest pewne, człowiek nie potrafi racjonalnie kalkulować i podejmować racjonalnych decyzji. Państwo nie spełnia zatem swej podstawowej funkcji: stabilizowania społecznej rzeczywistości wokół nas".
W konsekwencji realizacji koncepcji społeczeństwa wiedzy znika przewidywana przez komunistów różnica między pracą fizyczną a umysłową: w dobie robotyzacji jest bardzo mało prac, które można zakwalifikował jako „fizyczne"; coraz więcej młodych ludzi z wyższym wykształceniem pracuje fizycznie, a do zatrudnienia na prostych stanowiskach żąda się dyplomu wyższej szkoły.
Postępuje też zanik demokracji. Ustroju, który, jak twierdził Marks w "Krytyce programu gotajskiego", sprzyjał uciskowi i wyzyskowi ludzi pracy przez kapitalistów, a teraz przez elity pasożytnicze – polityczne, partyjne i finansowe.
Faktycznie dziś rządzi znikoma mniejszość wysoko usytuowanych w finansjerze i polityce grup i pogłębia się przepaść między nimi a resztą mas społecznych -proporcjonalnie do gwałtownego wzrostu bogactwa jednych i ubóstwa drugich.
To wszystko świadczy o stopniowym, ewolucyjnym obumieraniu państwa w naszych czasach i o kształtowaniu się warunków do spełnienia (może nie dosłownie) Engelsowskiej wizji, zawartej w jego pracy "O pochodzeniu rodziny, własności prywatnej i państwa": "Społeczeństwo, które na nową modłę zorganizuje wytwórczość na podstawie wolnego i równego zrzeszenia wytwórców, odeśle całą machinę państwową tam, gdzie będzie wówczas jej właściwe miejsce: do muzeum starożytności, obok kądzieli i topora brązowego”, gdy funkcje państwa przejmą wspólnoty komunistyczne. Odchodzenie od tradycyjnego modelu rodziny Od pewnego czasu dość szybko postępuje załamywanie się modelu rodziny zbudowanego na mieszczańskich poglądach i wartościach chrześcijańskich. Po pierwsze, do rzadkości (w krajach rozwiniętych ekonomicznie) należą rodziny wielopokoleniowe i patriarchalne. Młodzi chcą być „na swoim" (są w stanie sami się utrzymać) i nie opiekować się starymi (rodzicami, albo dziadkami), a starym nie chce się wyręczać młodych i utrzymywać ich. Wskutek tego znacznemu osłabieniu ulegają więzy rodzinne.
Po drugie, coraz więcej małżeństw rozwodzi się; dotyczy to przede wszystkim tych z zaledwie kilkuletnim stażem. Wzrasta też liczba rozwodów kościelnych, o które teraz jest o wiele łatwiej niż dawniej. Występuje raczej już powszechne zjawisko wielokrotnego rozwodzenia się i zawierania małżeństw. Pomijając negatywne skutki rozwodu dla dzieci, zjawisko to mocno nadweręża więzi rodzinne i powoduje rozbicie rodziny, a przynajmniej rozluźnienie jej struktury. A rodzina - w tradycyjnym pojęciu - uznawana jest za podstawową komórkę społeczeństwa. Niestety, nie tak stabilną, by mogła być jego fundamentem.
Po trzecie, coraz więcej jest rodzin wywodzących się z małżeństw mieszanych, w których mieszają się różne narodowości lub grupy etniczne, nawet bardzo odległe od siebie pod względem rasowym, kulturowym, wyznaniowym i obyczajowym. Negatywnym skutkiem tego jest rozsadzanie od wewnątrz w sposób naturalny tradycyjnego modelu rodziny homogenicznej, stabilnej i trwałej.
Po czwarte, coraz częściej zamiast rodzin, których podstawą jest małżeństwo spotyka się - zazwyczaj z powodów ekonomicznych - związki partnerskie, a z powodów odmienności upodobań - związki homoseksualne. Nie wszędzie są one uznawane przez prawo, wskutek czego nie wchodzą w skład struktur rodzinnych danych społeczeństw i dlatego zubożają je. Zmiana funkcji i istoty pieniądza Od niespełna pół wieku zauważa się deprecjację pieniądza, a mimo to wciąż jest on przedmiotem kultu i pożądania ludzi. Proces odwartościowania pieniędzy postępuje odkąd zaczęto zastępować monety wykonywane ze szlachetnych kruszców (złota i srebra) banknotami emitowanymi w dowolnej ilości przez banki centralne bez należytego pokrycia i kontroli ze strony rządów i innych banków. Namnożyło się różnych odmian pieniędzy: metalowe, papierowe, plastykowe, a w ekonomii występują pojęcia pieniędzy dodatnich, ujemnych, realnych i wirtualnych. Pieniądze namacalne – brzęczące lub szeleszczące – ustępują miejsca pieniądzom nienamacalnym – wirtualnym reprezentowanym w formie zapisów zero-jedynkowych na nośnikach pamięci komputerowej, a portmonetki i portfele nie są już wypchane banknotami i bilonem, lecz zawierają zazwyczaj tylko kartę płatniczą lub kredytową. Pieniądz wirtualny (elektroniczny, e-pieniądz) jako środek płatniczy i przedmiot operacji bankowych i giełdowych, będący w powszechnym obiegu, utracił swoją atrakcyjność i siłę oddziaływania na zmysły. Jest niewyczuwalny i często niewyobrażalny (trudno sobie wyobrazić, jakie korelaty materialne kryją się za zapisem algebraicznym, zwłaszcza wielocyfrowym, i mieć do nich jakieś uczucia). O ile pieniądz tradycyjny (realny, namacalny) zgromadzony w kieszeniach, portfelach, sejfach lub w przysłowiowej skarpetce wywoływał jakieś emocje, to pieniądz wirtualny w formie zapisu digitalnego na koncie bankowym raczej nie stymuluje uczuć. W swej ewolucji pieniądz przeszedł fazę od pieniądza kruszcowego, metalowego i papierowego do elektronicznego. Dzisiejszy pieniądz (w jakiejkolwiek postaci) należałoby zaliczyć do kategorii pieniądza fikcyjnego. O ile ekonomiczne funkcje pieniądza niezbyt się zmieniły, to jego funkcje społeczne - o wiele bardziej i to głównie negatywnie. Pieniądz jest jeszcze środkiem płatniczym i środkiem wymiany, ale nie jest już obiektywnym miernikiem wartości, lecz umownym, bowiem coś jest tyle warte, ile ktoś płaci za to. Wątpliwa jest jego funkcja tezauryzacyjna (gromadzenia oszczędności), bo po pierwsze, po co gromadzić pieniądze fikcyjne, a po drugie - gromadzenie ich na kontach bankowych jest bardzo ryzykowne, o czym świadczą afery bankowe, w wyniku których ludzie utracili majątki zgromadzone na swoich kontach. W miarę rozwoju neoliberalizmu, komodyfikacji (utowarowienia) i konsumpcjonizmu znacznie wzrosły negatywne oddziaływania pieniądza na zachowania ludzkie oraz na strukturę systemów społecznych. Pieniądze coraz bardziej wpływają na zachowania, postawy, działania i uczucia. Niesprawiedliwy podział dochodu narodowego i sposób uzyskiwania pieniędzy prowadzi do pogłębiającego się rozwarstwienia społeczeństwa (w poszczególnych krajach oraz w skali globalnej) i do zaostrzania antagonizmów społecznych, co grozi destrukcją systemu społecznego - niewykluczone, że nawet w wyniku jakiejś rewolucji. Pieniądz, który pełnił rolę pośrednika w wymianie między towarami, sam stał się towarem. Jego wartość jest umowna, często iluzoryczna, podyktowana przez giełdy i banki a nie przez społeczeństwo, które jest ich niewolnikiem i zakładnikiem. Jako towar pieniądz uległ procesowi alienacji - rządzi ludźmi i decyduje o ich losie. Wskutek utowarowienia pieniądza relacja towar1-pieniądz-towar2 przekształciła się w dziwną relację: towar1- towar'- towar2. Może to zapowiedź powrotu do wymiany bezpośredniej i bezpieniężnej „towar1 za towar2”, jak było kiedyś dawniej i jak miało być w komunizmie? Zanikanie różnic etnicznych i tożsamości narodu Od drugiej połowy dwudziestego wieku rozpoczął się proces szybkiego mieszania się narodowości i kultur na skalę światową w wyniku swoistej wędrówki ludów. Coraz więcej obcokrajowców przyjeżdża do pracy w krajach bogatych, gdzie tubylcom nie chce się, albo nie opłaci pracować, a przedsiębiorcy wolą zatrudniać o wiele tańszych pracowników z importu. Emigracja zarobkowa stała się koniecznością dziejową i jest skutecznym sposobem na przeżycie dla setek milionów ludzi. Przecież na świecie około miliarda ludzi żyje w skrajnej nędzy. W wyniku masowego napływu obcych, społeczeństwa krajów bogatych stają się mieszaniną coraz większej liczby różnych grup etnicznych. Daje się to szczególnie zauważyć w wielkich miastach, bo tam na stosunkowo małych przestrzeniach skupia się ogromna liczba przedstawicieli różnych nacji. Np. w Toronto, Chicago, czy Nowym Jorku mieszka około stu dwudziestu rozmaitych grup etnicznych. USA od samego początku były tyglem, w którym mieszali się różni ludzie i z czasem naturalizowali się. Prawdopodobnie globalizacja utożsamiana z amerykanizacją będzie docelowo realizować model kształtowania się społeczeństwa (chyba już nie narodu) amerykańskiego. A - jak w ostatnio opublikowanej książce stwierdza Al Gore - „Postępuje osłabianie państw narodowych o dużym potencjale możliwych konfliktów pod wpływem wzrastającej władzy wielonarodowych koncernów” (A. Gore, The Future. Six Drivers of Global Change, 2013).
W miarę upływu czasu społeczeństwo światowe ulegnie homogenizacji, przy czym prędzej zanikną różnice etniczne i narodowe aniżeli ekonomiczne. Dlatego miliardowe masy biedoty - być może - zjednoczą się kiedyś w walce o przeżycie pod hasłem „Głodujący całego świata łączcie się!”, jak kiedyś pod podobnym hasłem walczyli proletariusze o swe przeżycie. Spadek znaczenia i roli kościoła Kościoły jako organizacje wiernych przeżywają kryzys, a w szczególności Kościół katolicki z przyczyn zewnętrznych i wewnętrznych. Do zewnętrznych należy laicyzacja będąca konsekwencją postępu wiedzy i cywilizacji, różne ideologie współczesne, a wcześniej ateizacja. Do wewnętrznych należy upadek obyczajowości księży, afery pedofilskie (wg stwierdzenia papieża, na 50 duchownych przypada 1 pedofil), pycha, zarozumialstwo, brak empatii w stosunku do tzw. prostych ludzi, chęć rządzenia oraz bogacenia się i życia w ponadstandardowym, iście dworskim luksusie.
W konsekwencji, coraz bardziej zmniejsza się liczba wiernych praktykujących, tzn. respektujących przykazania boże i kościelne na co dzień, w szczególności młodzieży, mimo zmasowanych działań i nacisków jawnych lub nieformalnych ze strony kleru i różnych organizacji przykościelnych. Swoistym przejawem gwałtu jest chrzest noworodków - statystyki podają, że około 90 % ludzi wierzących zostało ochrzczonych na siłę przez rodziców tuż po urodzeniu. Natomiast faktyczna liczba rzeczywiście, a nie na pokaz, albo interesownie, wierzących oscyluje w przedziale 30-60%, w zależności od wieku, wykształcenia i miejsca zamieszkania. Jedni odchodzą od kościoła ze względów ekonomicznych, np. żeby nie płacić podatku kościelnego, drudzy z powodu przekonań filozoficznych lub światopoglądowych, a inni, by zamanifestować swój sprzeciw wobec wtrącania się kościoła w sprawy prywatne i państwowe oraz żeby wyrazić swoje oburzenie na postępowanie zdeprawowanego kleru, głównie hierarchów. Do tego dochodzi jeszcze jedno zjawisko – jawna i coraz częstsza krytyka kościoła ze strony wiernych praktykujących. Dziś nie krępują się oni, ani nie obawiają, wyrażać publicznie negatywnych opinii o księżach, niezależnie od zajmowanego przez nich stanowiska w hierarchii kościelnej i często nie zgadzają się z decyzjami władz kościelnych.
Proporcjonalnie do nasilania się tych zjawisk spada autorytet kościoła i jego hierarchów. To, rzecz jasna, nie przekłada się wprost na zanikanie religijności ludzi w ogóle, jednak odnosi się wrażenie, że odzwierciedla zmianę religijności: wiara w byty nadprzyrodzone, bóstwa i kult okazywany im ustępuje miejsca wierze w jakieś abstrakcje (absolut, zasada porządkująca świat, Wielki Projekt itp.) oraz kultowi okazywanemu bytom materialnym.
Wydaje się, że na co dzień bardziej jest praktykowany kult rzeczy (przede wszystkim pieniądza) i ludzi (wielkich jednostek, idoli), aniżeli kult boga. To jakby renesans pogaństwa, kiedy czczono różnych bożków, których dziś nazwalibyśmy chyba idolami. Taka jest natura człowiecza, że ludzie zawsze i wszędzie wierzą w coś, albo w kogoś, bo to ułatwia im życie i przyczynia się do odczuwania komfortu psychicznego. Tak czy inaczej, w kościele i religijności dokonuje się metamorfoza, w wyniku której zmieni się teraźniejsze pojęcie religii. Wiesław Sztumski 24.07.14
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 5584

Trudno jest oszukać kogoś patrząc mu prosto w twarz, o wiele łatwiej anonimowo. Wtedy nie mogło być nawet mowy o wyzysku, a jeśli tak, to w bardzo małym i niemal niezauważalnym wymiarze. W miarę rozwoju techniki oraz postępu cywilizacyjnego i wzrostu produkcji związek producentów z konsumentami coraz bardziej komplikował się i rozluźniał. Najbardziej przyczyniła się do tego produkcja przemysłowa na dużą skalę. Robotnik pracujący w fabryce stawał się z czasem coraz bardziej tylko cząstkowym i anonimowym producentem, gdyż produkt finalny, który trafiał na rynek, był dziełem zespołu roboczego. W związku z tym robotnik-producent dóbr (towarów), w przeciwieństwie do rzemieślnika i pracownika rolnego, nie mógł sam sprzedawać ich, bo nie on był ich właścicielem, lecz właściciel fabryki lub farmy. Trzeba było korzystać z usług handlowców.
W ten sposób do prostej relacji producent-konsument doszedł dodatkowy człon – pośrednik handlowy. O ile w początkowej fazie pośrednikiem był pojedynczy i konkretny człowiek – sprzedawca, albo właściciel małego sklepu - to później stał się nim wyodrębniony z działalności gospodarczej sektor handlowy, który stopniowo rozbudowywał się, aż do rozmiarów olbrzymich holdingów, koncernów czy hipermarketów.
W tego typu sklepach (zwykle samoobsługowych), a właściwie już nawet nie w sklepach, lecz w organizacjach zajmujących się sprzedażą, nabywca w ogóle nie musi kontaktować się ze sprzedawcą, jak w małych tradycyjnych sklepikach, tylko z kasjerem lub przedstawicielem handlowym.
W tej sytuacji, w relacji łączącej producenta z konsumentem konkretnym członem – jednostkowym i rozpoznawalnym – pozostaje tylko konsument; oprócz producentów, anonimowymi są również sprzedawcy, bez których zresztą takie przedsiębiorstwa handlowe mogą się zupełnie dobrze obyć – wystarczą tylko magazynierzy, układacze towarów na regałach i kasjerzy, nie licząc pracowników administracji i obsługi.
Jeszcze gorzej przedstawia się ta sprawa w sklepach internetowych. W wyniku rozwoju handlu i wzrostu transakcji handlowo-pieniężnych zaistniała konieczność dodania banków, czyli wyspecjalizowanych organizacji zajmujących się depozytem i obrotem pieniędzmi, do pośrednictwa między producentami i konsumentami.
A walka konkurencyjna między producentami o zbyt swoich produktów wymusiła dołączenie jeszcze jednego członu pośredniczącego - sektora reklamy, który między innymi obsługuje też handel i banki. W konsekwencji, dzisiaj mamy mocno rozbudowane i nadal radośnie oraz w tempie przyspieszonym rozwijające się w skali globalnej sfery pośredników między producentami a konsumentami.
Pośredniczenie stało się zjawiskiem powszechnym i nieodłącznie towarzyszącym wszelkiej działalności gospodarczej i nie tylko. Wtryniło się ono w relację między wytwórcą i spożywcą i coraz bardziej rozpycha się wszędzie tam, gdzie konsument korzysta z handlu i usług.
Nowa klasa wyzyskiwaczy
Wpadliśmy w sieć pośredników, którzy we współczesnej fazie rozwoju kapitalizmu stanowią już wyraźnie ukształtowaną, specyficzną warstwę czy klasę społeczną wyzyskiwaczy większych i gorszych niż tradycyjnie definiowani kapitaliści. Nie posiadają kapitału, ziemi, fabryk, ani środków produkcji, a mimo to podporządkowali sobie ludzi należących do innych klas społecznych. Czynią z nich swego rodzaju niewolników i to skuteczniej niż feudałowie i kapitaliści. Sami niczego nie tworzą, tylko żerują na pracodawcach i pracobiorcach, na właścicielach środków produkcji, robotnikach, pracownikach rolnych, posiadaczach majątków ziemskich, na elitach władzy i poddanych, na artystach, aktorach, naukowcach, pisarzach itd. Nikt, kto jako tako chce pozytywnie funkcjonować na różnego rodzaju rynkach, nie może się już bez nich obyć. A ich apetyt wciąż rośnie i wraz z tym rośnie ich siła, znaczenie i panowanie.
Okazuje się, że nie tylko kapitaliści wyzyskują w wyniku zawłaszczania wartości dodatkowej, jak twierdził Marks. Mogą też to czynić, a nawet jeszcze bardziej, pośrednicy. Są to specyficzni wyzyskiwacze, ponieważ ograbiają wszystkich dookoła: kapitalistów z wartości dodatkowej - zagarniając coraz większą część ich zysku, innych ludzi z ich pieniędzy - zagarniając coraz większą część ich zarobków, a na dodatek państwo - coraz większa cześć dochodu narodowego dostaje się w ich ręce.
Wskutek tego ubożeje państwo, które musi coraz bardziej zadłużać się, bo brakuje mu pieniędzy na realizacje założeń budżetu, finansowanie oświaty, kultury, wojska, zdrowia itp. oraz na wypłaty dla emerytów i pracowników sfery budżetowej.
Biednieje też społeczeństwo w konsekwencji rosnących cen – przecież rosnące dochody pośredników wkalkulowane są w marże i ceny. Ktoś musi za to płacić, a kto, jak nie ci, którzy znajdują się w ostatnim ogniwie łańcucha od producenta do konsumenta, czyli indywidualni kupujący, zwykli ludzie, masy społeczne. Oni płacą tym więcej, im więcej jest pośredników w tym łańcuchu – przecież każde ogniwo trzeba opłacać - i tym bardziej biednieją.
Ale płacą też pośrednicy. Utworzyły się bowiem hierarchie pośredników; spośród nich najwięcej płacą ci, którzy są najbliżej konsumenta. Teraz niczego nie kupi się, ani nie załatwi bez odpowiedniego pośrednika-wyzyskiwacza, albo celowo wybranego, jak np. doradcy, albo przypadkowego i anonimowego, jak np. hurtownika, w którego sklepie robi się zakupy. Większość sklepów, również apteki, przekształciły się w punkty pośredniczenia między hurtownikiem a klientem. Pośrednicy są typową klasą pasożytniczą - czymś w rodzaju raka, który zżera organizm społeczny - i przyczyniają się do wzrostu oszustwa i przekupstwa.
Oszustów ci u nas dostatek...
Namnożyło się ostatnio pełno różnych pośredników: pracy, finansowych, ubezpieczeniowych, handlowych, turystyki, giełdowych, nieruchomości, kredytowych, hurtowników, dystrybutorów, telemarketerów, dealerów, brokerów, bookmacherów, akwizytorów, agentów, impresariów, moderatorów opinii na stronach internetowych, doradców prawnych i podatkowych, windykatorów itp. - z reguły naciągaczy i wydrwigroszów, a przeważnie ordynarnych oszustów.
Są też pośrednicy działający poza sferą gospodarki, którzy wprawdzie nie wyzyskują, ale albo utrudniają komunikację społeczną i dlatego są również szkodliwi, jak na przykład rzecznicy prasowi, albo niepotrzebnie komplikują łączność z bóstwami i świętymi, jak kapłani. Teraz bez łaski pośrednika niczego nie załatwi się, ani nie dostąpi przed oblicze jakiegokolwiek przedstawiciela wszelkiej władzy na każdym szczeblu zarządzania. Pośrednicy w postaci reklamy wciskają się także na strony internetowe, na których umieszczają natrętne i trudno usuwalne reklamy; są oni również szkodliwi, jak inni pośrednicy, ponieważ znacznie utrudniają i opóźniają odczytywanie wiadomości.
Nienasycony rynek
Coraz więcej ludzi przechodzi do pracy w sektorze pośrednictwa, jako że tam najwięcej jest miejsc pracy - w przeciwieństwie do sektora produkcji i sfery budżetowej, gdzie coraz trudniej można znaleźć zatrudnienie - a praca nie jest trudna i dość dobrze opłacana.
Tak na przykład w Polsce, na dzień 31 grudnia 2011 r., samych tylko brokerów ubezpieczeniowych i reasekuracyjnych zarejestrowanych było 1025 osób (Damian Kaczorowski, Raport o stanie rynku brokerskiego w 2011 roku,), a agentów było ponad 10 tys. Około 31% ogółu zatrudnionych, tj. 4,56 mln, stanowili pracownicy nieprodukcyjni, a 6,32 mln pracownicy produkcyjni. (Rocznik statystyczny 2011).
A w 2012 r. już około 57% ogółu zatrudnionych pracowało w sektorach nieprodukcyjnych. Obecnie jest ich znacznie więcej i w dalszym ciągu postępuje przyspieszony spadek liczby pracowników wytwarzających dobra materialne przy wzroście liczby pracowników nieprodukcyjnych, przeważnie utrzymujących się z pośrednictwa. Przy stałej liczbie konsumentów liczba producentów maleje, a pośredników rośnie, proporcjonalnie do spadku liczby producentów.
Społeczeństwo pośredników
Do czego to w końcu doprowadzi? Do społeczeństwa sklepikarzy i pośredników? Czy takie społeczeństwo ma szanse rozwijać się i przetrwać? Oto pytania, które budzą obawę i dlatego warto pochylić się nad nimi.
Chyba chore i szkodliwe jest opieranie gospodarki państwa na różnego rodzaju pośrednictwie, albo czynienie handlu kręgosłupem gospodarki: „Handel staje się kręgosłupem naszej gospodarki” (Zatrudnienie w handlu będzie rosło, pensje również - Newseria.pl, 12.6.2013). Bo tak naprawdę, co państwo ma z pośredników? Czy przynoszą oni zyski, czy straty? Jeśli ich działalność jest opodatkowana - a niektóre organizacje, zwłaszcza zagraniczne, zwolnione są z płacenia podatku - to zasilają oni budżet państwa i dają zatrudnienie wielu ludziom. Co prawda, często na tzw. umowach śmieciowych, ale zawsze jakieś, więc przyczyniają się do redukcji bezrobocia. I chyba nic więcej pozytywnego nie wnoszą.
A co państwo traci na nich? Wprawdzie działalność pośredników, z wyjątkiem szarej strefy, zasila budżet państwa, ale głównie pieniędzmi pustymi, czyli bez pokrycia majątkowego. Ile takich pieniędzy funkcjonuje na rynku, prawdopodobnie nikt dokładnie nie wie, tak, jak nie wiadomo, ile jest fałszywych banknotów w obiegu.
A tak na marginesie: czy jest jakaś istotna różnica między pieniądzem fałszywym a pieniądzem pustym, czyli bez pokrycia, jeśli jeden i drugi nic nie jest warty? Chyba tylko taka, że fałszywy funkcjonuje na rynku nielegalnie, a pusty – oficjalnie, za zgodą banków. Ani handel, ani inne pośrednictwo nie przysparza dóbr materialnych, które wzbogacałyby realne, a nie fikcyjne, umowne czy wirtualne, zasoby majątkowe państwa i stanowiły realne pokrycie pieniądza.
Im mniej producentów, tym mniej rosną te zasoby. A dalszy szybki wzrost liczby pracowników nieprodukcyjnych kosztem redukcji pracowników produkcyjnych (zatrudnionych w przemyśle i rolnictwie) będzie je równie szybko pomniejszać, niezależnie od wzrostu wydajności pracy.
Fakt, że w przyszłości wskutek robotyzacji, automatyzacji i wzrostu wydajności nie będzie potrzeba tylu pracowników produkcyjnych co dziś i dlatego więcej ludzi będzie musiało przejść do sektorów usług i pośrednictwa. Ci, którym nie uda się znaleźć tam zatrudnienia, będą zwiększać liczbę bezrobotnych.
Sektor usług jest już prawie nasycony – tu ma się do czynienia raczej z rotacją - jedne zakłady się likwiduje, a w ich miejsce powstają inne - a pośrednictwa nie nasyci się prędko. W związku z tym więcej ludzi będzie zatrudniać się w sektorze pośrednictwa. Ale to nie rozwiąże problemu bezrobocia, które siłą rzeczy będzie rosnąć, nie przyniesie też korzyści w postaci wzrostu dochodu narodowego.
Jak się okazuje na podstawie danych zaczerpniętych z różnych statystyk, czynienie z handlu kręgosłupa gospodarki oraz rozbudowa sfery pośrednictwa nie przyczynia się wiele do wzrostu dochodu narodowego.
Podobnie ma się sprawa z zadłużeniem państwa, które rośnie w tempie przyspieszonym. Redukcja zadłużenia wobec banków krajowych i zagranicznych zależy przede wszystkim od wzrostu produkcji - od producentów, bo oni tworzą realny majątek państwa. Wszelako sam wzrost produkcji jeszcze nie wystarcza. Trzeba bowiem sprzedać to, co się wyprodukowało. A to z kolei zależy od funkcjonowania handlu, banków, reklamy itp., czyli od pośredników. Z tego względu są oni pożyteczni dla państwa, bo bez nich państwo nie dałoby sobie rady. Jednak z drugiej strony, szkodzą mu, bo wyzyskują je, uszczuplają majątek państwa i zmuszają do dalszego zadłużania się. Szkodzą mu również dlatego, że korumpują i osłabiają władzę, albowiem oni, a wśród nich głównie elity finansowe, faktycznie rządzą i sprawują kontrolę nad państwem. Podobnie jak w wielkich korporacjach, faktyczną władzę nie sprawują już ich właściciele, lecz menedżerowie. Jesteśmy świadkami narodzin, rozbudowy i umacniania się nowej klasy wyzyskiwaczy – klasy pośredników. Jak kiedyś inna „nowa klasa” - czerwona burżuazja - tak wówczas nazywano klasę biurokratów, technokratów i oligarchów komunistycznych (Milovan Dżilas, Nowa Klasa, Londyn 1957) - wyzyskuje ona nie tylko pracowników produkcyjnych i to o wiele bardziej, ale ponadto zagraża prawidłowemu funkcjonowania państwa i społeczeństwa.
Wiesław Sztumski 27 września 2013
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 6304
Dzięki pracy stawaliśmy się ludźmi
i dzięki niej przestajemy być nimi.