Filozofia (el)
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 2998

Być może jest taka prawidłowość rozwoju społecznego, że liczba sprzeczności rośnie wraz z postępem cywilizacyjnym, przyrostem demograficznym i kondensacją przestrzeni społecznej, a ten wzrost dokonuje się nie liniowo, lecz wykładniczo. Jednocześnie, wiele z nich staje się coraz ostrzejszych i coraz trudniej jest je łagodzić lub eliminować. Sprzeczności społeczne mają postać sporów, konfliktów i antagonizmów społecznych.
Różne są przyczyny i skutki sprzeczności społecznych. Przede wszystkim rodzą się one na gruncie zazdrości (przyczyna psychologiczna, subiektywna) oraz konkurencji (przyczyna ekonomiczna, obiektywna).
U podstaw stosunków między ludźmi - wzajemnego odnoszenia się do siebie, zachowania się wobec innych i działań podejmowanych w stosunku do nich - leżą czynniki osobowościowe i egzystencjalne.
Negatywnymi skutkami sprzeczności społecznych są postawy wrogości, ksenofobii, nienawiści i agresji. Są nimi również zjawiska dysharmonii społecznej, dysfunkcji społeczeństwa i państwa, a także organizacji oraz instytucji społecznych i państwowych.
Te postawy i zjawiska narastają, szerzą się i potęgują w tempie proporcjonalnym do przyspieszania różnych procesów zachodzących w socjosferze zgodnie z zasadą akceleracji, której podporządkowany jest współczesny świat.
Wśród dorosłych, młodzieży, a nawet dzieci coraz więcej jest wrogości, agresji, zawiści i nienawiści (modne ostatnio hejtowanie) oraz nieprzebierającej w środkach, formach i sposobach walki konkurencyjnej: o pracę, stanowisko, ocenę, pozycję społeczną, władzę i bogactwo. Im bardziej ludzie poddają się ideologii konsumpcjonizmu, tym zawzięciej konkurują, nienawidzą i zwalczają się. I tym częściej popadają w konflikty. Towarzyszy temu zanik postaw empatii, życzliwości i życia w zgodzie. Konflikty, spory, waśnie i zwalczanie się mają miejsce wewnątrz grup społecznych oraz organizacji (rodzin, partii politycznych, instytucji, przedsiębiorstw, kościołów itp.) i między nimi. Powszechne skonfliktowanie i walka stanowią jedno z poważnych zagrożeń dla należytego funkcjonowania społeczeństwa oraz dla egzystencji jednostek.
Niezbędna adaptacja
Życie w takich warunkach staje się coraz trudniejsze, niekiedy nie do zniesienia, a szanse na przeżycie są coraz bardziej ograniczone. Nie da się ich zmienić tak długo, jak długo będzie trwać obecny system ekonomiczny, ustrój polityczny i odpowiadająca im ideologia konsumpcjonizmu. Te trzy elementy są mocno sprzęgnięte ze sobą i wspomagają się nawzajem; dlatego są bardzo stabilne i odporne na zmiany, które tu i ówdzie próbuje się czasami podejmować.
Wobec tej sytuacji jesteśmy faktycznie bezradni i bezsilni. Dlatego, dopóki nie dokona się jakaś rewolucja w skali światowej - ustrojowa, ekonomiczna i aksjologiczna - nie pozostaje nic innego, jak dostosować się do życia w takich warunkach. Adaptacja do środowiska jest warunkiem koniecznym do przeżycia. Chęć przeżycia - charakterystyczna dla wszystkich istot żywych, wynikająca z instynktu samozachowawczego, którego ludzie jeszcze nie wyzbyli się – zmusza do podejmowania działań na rzecz ograniczania, osłabiania lub łagodzenia sprzeczności społecznych. Nie dotyczy to podstawowych i typowych dla naszych czasów sprzeczności, których w ogóle nie sposób się pozbyć, jak np. między kapitałem a pracą, albo bogatymi i biednymi. Z nimi po prostu trzeba się pogodzić i przejść do porządku dziennego nad nimi.
Ale jest masa sprzeczności nieistotnych, które mają postać mniej lub bardziej znaczących konfliktów, które też nękają ludzi, utrudniają im życie i przeżycie. Realną szansą na uporanie się z nimi - złagodzenie lub eliminację - jest kształtowanie postaw tolerancji dla wszelkich inności, wzajemnego przebaczania sobie (miłosierdzia), a także chęć dochodzenia do kompromisów, albo konsensusów.
Jednak z wybaczaniem - a tym bardziej z miłosierdziem (mamy „rok miłosierdzia”) zalecanym przez katolików, którzy stanowią większość naszego społeczeństwa - nie mamy do czynienia za często. Te zalecenia kościoła są nagminnie ignorowane w zachowaniach codziennych. Być może dlatego, że w tym systemie społecznym, gdzie „człowiek człowiekowi wilkiem”, oznaczałoby to nieporadność, brak siły, umiejętności i chęci stawiania czoła przeciwnikowi, albo tchórzostwo (unikanie walki lub ucieczka z pola walki).
Natomiast z powszechną aprobatą spotyka się dążenie do kompromisów. Upatruje się w nich panaceum na zażegnywanie sporów i konfliktów wynikających z obrony interesów stron pozostających w sporze lub konflikcie.
Zgniły kompromis
Dążenie do rozwiązywania konfliktów za pomocą kompromisów, a nie walki, jest czymś pozytywnym. Jednak kompromis nie jest najlepszym narzędziem usuwania konfliktu.
Po pierwsze, nie likwiduje go całkowicie, tylko wycisza.
Po drugie, w większości przypadków, usuwa go na pewien czas, w którym konflikt nabrzmiewa w ukryciu, by w stosownym momencie odrodzić się, nawet w ostrzejszej formie niż poprzednio.
Po trzecie, nie satysfakcjonuje stron uczestniczących w konflikcie, gdyż mają one świadomość tego, że w imię jakiegoś dobra wspólnego, dla którego zawarły kompromis, muszą zgodzić się na rezygnację z części swych interesów lub aspiracji.
Kompromis rzadko jest dobry, częściej bywa „zgniły”. Mimo to, w zaistniałej sytuacji konfliktowej poszukuje się kompromisu. Czasem, żeby faktycznie żyć w zgodzie, a czasem, żeby tylko udawać, że chce się zgody. W tym drugim przypadku szukanie kompromisu jest działaniem intencjonalnie pozorowanym po to, by być dobrze widzianym przez postronnych ludzi; w rzeczywistości chodzi o maskowanie przed nimi swojej złości, wrogości czy agresji. Wiedza przeciętnych ludzi o kompromisach jest nikła, często żadna. Sztuki osiągania kompromisu nie uczy się w szkołach, mimo że należałoby to czynić w świecie tak mocno skonfliktowanym teraz, a jeszcze mocniej w przyszłości. Niestety, cele wychowawcze są coraz mniej dostosowane do potrzeb współczesności.
Również klasa polityczna i zarządzająca niewiele różni się w tym względzie od reszty społeczeństwa, jakkolwiek niektórzy z nich ukończyli odpowiednie, albo byle jakie studia w „Wyższych Szkołach Pobierania Czesnego”.
Wśród tych, którzy opanowali tę wiedzę i posiedli stosowne umiejętności, są tacy, którzy tylko pozorują wolę kompromisu, chociaż z góry wiedzą, że poszukiwanie go musi zakończyć się niepowodzeniem. Oni za żadne skarby nie zrezygnują ze swego stanowiska, nie ustąpią w sporze, a tym bardziej nie przyznają się do popełnionych błędów, ani do winy. To są ludzie z natury obsesyjni, despotyczni, agresywni, często zakompleksieni i jakby przeznaczeni do sprawowania władzy totalitarnej. Charakteryzuje ich zadufanie w swojej racji, której inni nie przyznają im, zacietrzewienie i nieprzejednanie. Żywią się sporami i konfliktami, dzięki którym umacniają swoje panowanie nad innymi. Są tak głupi, chociaż nie brakuje im sprytu, przebiegłości i inteligencji, że nie zdają sobie sprawy z własnej głupoty i z tego, że szkodzą ogółowi, instytucjom, organizacjom i państwu. Najgorsze są rządy głupich.
Z tolerancją na bakier Warunkiem niezbędnym do wszczęcia działań na rzecz kompromisu jest tolerancja. Trzeba akceptować przeciwnika w sporze i jego racje (nikt nie spiera się bez racji), uznać go za równoprawnego partnera, mimo nierówności pozycji społecznej, wykształcenia, itp., zrozumieć go oraz być wyrozumiałym dla niego, jego stanowiska i żądań.
Ale w naszym społeczeństwie z tolerancją też nie jest dobrze. Również na tę sprawę wciąż jeszcze zwraca się za mało uwago w edukacji. Jesteśmy mało tolerancyjni dla różnego rodzaju ludzi - nawet najbliższych nam - i rozmaitych inności.
A na dodatek różni ludzie (głównie przedstawiciele władz), organizacje, ideologie i religie, kierując się źle rozumianymi pojęciami patriotyzmu, tożsamości narodowej i dobra wspólnego (bliskimi nacjonalizmowi i szowinizmowi), nawołują jawnie w pochodach, na wiecach, w środkach masowego przekazu i Internecie do nietolerancji oraz ksenofobii. I do zwalczania ludzi nie mieszczących się w stereotypie Polaka-katolika, innych i obcych pod względem etnicznym, wyznaniowym, kulturowym, itd.
Ludzie w większości nie znają zasad tolerancji i nie interesują się nią, mimo że życie w społeczeństwie pluralistycznym - kształtowanym na razie pomału, ale w przyszłości szybciej pod wpływem globalizacji i transmigracji - wymusza posiadanie takiej wiedzy i odpowiednie postępowanie.
Negocjacje tak, ale… Ważnym instrumentem służącym do osiągania kompromisu jest negocjacja. Jest ona warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym dla kompromisu. Daje ona efekty w rozwiązywaniu konfliktów, jeśli spełnione są odpowiednie warunki: - Strony konfliktu związane są interesami, z których jedne są wspólne i one muszą przeważyć, by doszło do zawarcia porozumienia. - Przynajmniej na początku, strony muszą okazywać wolę szukania porozumienia, aniżeli podejmowania otwartej walki prowadzącej do kapitulacji jednej z nich, czy do trwałego zerwania wzajemnych stosunków. - Strony powinny posiadać umiejętność jasnego i komunikatywnego porozumiewania się. - Strony, przystępując do negocjacji, powinny być przygotowane do wzajemnych ustępstw. - Relacje w trakcie negocjacji powinny być oparte na partnerstwie, wzajemnym zaufaniu, chęci do współpracy i prawdomówności.
Z różnych przyczyn te warunki nie są spełniane w negocjacjach mających na celu osiągnięcie kompromisów - przede wszystkim w ważnych sporach politycznych. Tutaj jedna ze stron stoi na stanowisku nieustępliwości w kwestiach wyjściowych, co od razu przesądza o losie negocjacji i bezsensie ich kontynuacji. Podejmuje się je więc tylko „na pokaz”, dla stworzenia pozoru, albo w celu wygrania na czasie, jak to miało miejsce w przypadku sporu o Trybunał Konstytucyjny. Jeśli negocjuje się tylko w tym celu, to dążenie do kompromisu z góry skazuje się na niepowodzenie - zamiast niego pojawia się kompromitacja i ośmieszenie. Problemy z komunikacją Duże zastrzeżenia można mieć do komunikacji między stronami – sposobu wyrażania się, zdolności rozumienia wypowiedzi, odpowiedzialności za słowa i intencjonalnie popełnianych nadużyć semantycznych związanych z relatywizmem znaczeniowym.
Te braki umiejętności komunikacji (z wyjątkiem celowo popełnianych błędów) biorą się ze złej praktyki nauczania języka ojczystego w szkołach. Jest ona skutkiem znacznej redukcji godzin lekcyjnych i programów nauczania, po części winni są nauczyciele, ale oni są bezsilni wobec niemądrych zarządzeń Ministerstwa Edukacji i kuratoriów.
W szkołach (z wyjątkiem studiów specjalistycznych) nie uczy się zasad poprawnego i czytelnego wyrażania myśli, ani obrony swych poglądów, o ile w ogóle pozwala się mieć uczniom własne poglądy, niezgodne z poglądami nauczycieli.
Te luki w edukacji reprezentanci elit władzy mogliby nadrobić na przykład dzięki obligatoryjnemu douczaniu się na kursach lub studiach podyplomowych zanim zostaną umieszczeni na listach wyborczych. Ale tego się nie robi, a oni sami tego nie chcą. Do wyborów wystarczają im bajkowe programy obfitujące w fantasmagorie, albo straszaki. Masy lubią iluzje i straszydła, bo budzą w nich marzenia, albo lęki. A cóż warte jest życie bez tego? Dlatego w wyborach zwyciężają oszuści obiecujący gruszki na wierzbach, a nie prawdomówni realiści.
Do nadużyć semantycznych dochodzi jeszcze jedno, polegające na nieuprawnionym uogólnianiu. Polega ono między innymi na wmawianiu ludziom, że władza pochodząca z demokratycznych wyborów reprezentuje całe społeczeństwo i dlatego wszelkie jej działania, nawet złe i szkodliwe, powinny być akceptowane przez wszystkich, bo mniejszość musi podporządkować się woli większości.
Takie nadużycie popełnia na przykład partia PiS, na którą głosowało zaledwie 5,71 mln obywateli spośród 30,53 mln uprawnionych do głosowania, tj. 18,70 %, zaś spośród faktycznie głosujących (frekwencja wynosiła 50,92%) 24,82 mln osób, tj. 62,30 %, nie głosowało na tę partię. Jeśli liczyć głosujących faktycznie (uczestniczących w wyborach), to okazuje się, że na PiS głosowało 37%, a na inne partie 63%, a więc też nie większość (dane PKW -http://parlament2015.pkw.gov.pl).
W świetle tego, jakby nie liczyć, nie zdobyła ona poparcia żadnej większości społeczeństwa. A wmawianie ludziom o mandacie uzyskanym od całego społeczeństwa i legitymizacji rządów tej partii do reprezentowania woli całego narodu jest zwykłym nadużyciem bezzasadnego uogólnienia i szalbierstwem politycznym.
Do tego trzeba dodać, że znikoma, chociaż bezwzględna większość posłów PiS w parlamencie (235 na 460, tj. 51 %) nie uprawnia ich do wypowiadania się w imieniu całego społeczeństwa i narzucaniu mu swojej woli. Świadczy tylko o ich zarozumialstwie, pysze, arogancji i pokusie do dyktatorstwa. Nie wiedzą, albo zapomnieli o tym, że w prawdziwej demokracji rządzi większość parlamentarna, która szanuje mniejszości, nawet te nieliczne, a zwłaszcza najsłabsze.
Historia uczy
Kompromisy są niezbędne nie tylko do przeżycia biologicznego, ale i politycznego. Historia pokazuje, że rządy totalitarne, które z natury rzeczy w ogóle nie były skłonne do kompromisów i dążyły do konfrontacji (wojen, puczów, rewolucji itp.), stosunkowo szybko upadły; najbardziej dyktatorskie - po kilkudziesięciu latach.
Przetrwanie rządów w warunkach współczesnego świata będzie zależeć od ich chęci do znajdowania kompromisów, umiejętności i znawstwa sztuki osiągania kompromisów w najtrudniejszych sytuacjach, które zrazu zdają się bez wyjścia.
Ile razy doszłoby do kolejnej wojny światowej, gdyby nie mądrość rządzących supermocarstwami. W najbardziej spornych sprawach potrafiły się one dogadać nie tracąc swej pozycji, mimo ustępstw i częściowej rezygnacji z egoistycznych interesów.
Z dążeniem do prawdziwych kompromisów międzynarodowych i wewnętrznych mamy do czynienia również teraz. Na kompromisach opiera się polityka mądrych rządów w wielu krajach. Tylko takie prawdziwe i mądre kompromisy rozwiązują sprzeczności. Fałszywe i pozorowane szybko zostają zdemaskowane i są nieskuteczne. A jeśli czasami zdarzają się, to kompromitują polityków i ich rządy. Wiesław Sztumski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1588
W systemie parlamentarnym opozycję tworzą jednostki i formacje parlamentu nieuczestniczące w formowaniu rządu, ani w zarządzaniu państwem; są to posłowie bezpartyjni, partie polityczne, grupy parlamentarne oraz frakcje.
Oprócz tego jest opozycja pozaparlamentarna, składająca się z ugrupowań politycznych, które nie weszły w skład parlamentu.
Opozycja może być konstruktywna lub destruktywna w zależności od tego, jak układają się relacje między nią i partiami rządzącymi. Mogą one kształtować się na zasadzie konkurencji w stosunku do partii rządzących i rządu, albo na zasadzie współpracy z nimi, przy czym różnie układają się proporcje między konkurencją a współpracą.
Zazwyczaj w normalnie funkcjonującym parlamencie i państwie, opozycja jest konkurencją dla ugrupowań rządzących i zarazem współpracuje z nimi w celu doskonalenia zarządzania państwem i dla dobra społeczeństwa.
W sytuacjach ekstremalnych opozycja może przybrać postać opozycji totalnej. Trudno znaleźć jakąś definicję takiej opozycji, ale z kontekstów wypowiedzi, w których to wyrażenie się pojawia wynika, że taka opozycja neguje wszystko, co robi partia rządząca lub rząd i a priori nie zgadza się na żadne pomysły przedstawiane przez ugrupowania rządzące. Jej jedynym i najważniejszym celem jest przeciwstawianie się wszelkim inicjatywom rządu, które albo opozycja, albo społeczeństwo uważa za złe, i doprowadzenie do upadku rządu - przedwczesnego lub w następnych wyborach parlamentarnych.
Taka sytuacja ekstremalna pojawia się w wyniku rządów totalitarnych lub autorytarnych.
Z tych względów opozycja powinna być zawsze gotową do zastąpienia rządu i tworzyć gabinet cieni. Ale to ma sens wówczas, gdy opozycja reprezentowana przez mniejszość parlamentarną ma szanse na zwycięstwo w przyszłych wyborach.
Do podstawowych zadań opozycji należy krytyka i kontrola rządu oraz - ewentualnie - przedstawianie alternatywnych propozycji legislacyjnych. Opozycja powinna uczestniczyć w procesach politycznych i oferować konkurencyjne rozwiązania problemów, mając na uwadze przede wszystkim dobro publiczne jak i przeciwdziałać ewentualnemu nadużywaniu władzy przez rząd.
W dzisiejszych czasach istnienie opozycji jest szczególnie uzasadnione i potrzebne. A to dlatego, że w różnych krajach, nawet charakteryzujących się wysokim poziomem rozwoju parlamentaryzmu, demokratyzacji i kultury politycznej, demokracja ulega stopniowej degeneracji w toku ewolucji od demokracji bezpośredniej, przez reprezentatywną do partyjnej.
Ta ostatnia wydaje się formą demokracji najbardziej wynaturzoną i oddaloną od ideału ustroju demokratycznego, zakodowanego w świadomości potocznej. Im lepiej rozwinięta jest demokracja, tym bardziej jest zagrożona przez systemy totalitarne. Schyłek opozycji postępuje wraz ze schyłkiem demokracji.
Słabość suwerena
Zagrożenie narasta w miarę tego, jak słabnie rola suwerena i zmniejsza się jego udział w rządzeniu państwem oraz jego aktywność polityczna. Niestety, tak się dzieje i coraz wyraźniej ujawnia się tendencja do maksymalnej eliminacji suwerena z rozgrywek politycznych. Politykom dążącym do sprawowania władzy absolutnej zależy na tym, aby społeczeństwo nigdy nie dojrzało do prawdziwej demokracji. Bowiem – jak pisał Karl Jaspers – „Naród staje się dojrzały do demokracji, gdy uprawia politykę i jest aktywny politycznie. Jeśli nie zezwala mu się na aktywność polityczną, to nie ma żadnego sposobu na to, by dojrzał do demokracji.” (cyt. za: Politik über die Köpfe der Menschen hinweg, w: „Telepolis“, 29. 4. 2017)
A zatem, głównymi przyczynami tego procesu są celowe działania ugrupowań rządzących ukierunkowane na maksymalne osłabienie aktywności politycznej suwerena oraz tworzenie takiej sytuacji politycznej, w której suweren uświadamia sobie własną niemoc i bezradność wobec elity sprawującej rządy i dlatego rezygnuje z aktywności politycznej i przyjmuje postawę biernego obserwatora procesów politycznych.
W zdegenerowanej demokracji władza nie pyta suwerena o jego zdanie na temat podejmowania decyzji i uchwał. Istnieje wprawdzie możliwość przeprowadzania referendów w ważnych kwestiach, ale rzadko się z niej korzysta ze względu na koszty, albo dlatego, że wnioski o przeprowadzenie referendum zgłaszane przez ugrupowania opozycyjne są odrzucane przez parlament zdominowany przez partie rządzące.
Z drugiej strony, społeczeństwo nie chce już brać udziału w referendach, ponieważ świadome jest swej bezsilności wobec wszechwładzy rządu. Coraz bardziej doświadcza tego, że polityka toczy się ponad ich głowami. W takim razie, nawet, jeśli dochodzi do referendum, to jego wyniki są nieważne ze względu na niską frekwencję. (Na przykład, w referendum w Polsce w 2015 r. w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych, frekwencja wyniosła zaledwie 7,8%.) W związku z tym, suweren coraz bardziej redukuje swoją aktywność polityczną i niechcący przyczynia się do osiągania celu partii rządzących – zepchnięcia go na margines życia politycznego.
Ugrupowania rządzące boją się referendów, ponieważ coraz częściej przekształcają się one w plebiscyty, w których wyniku rządy, utraciwszy zaufanie suwerena i kierując się honorem, podają się do dymisji. (Tak było np. w przypadku Berlusconiego we Włoszech w 2011 r. i w Wielkiej Brytanii w przypadku Camerona w 2016 r.)
Kiedy państwo łupem partii…
Partiom rządzącym zależy na tym, by wcielić się w rolę suwerena i doprowadzić do ubezwłasnowolnienia go pod względem politycznym. Dzięki temu mogą one rządzić, jak im się podoba, nie licząc się z podwładnymi. W konsekwencji pojawia się rząd partii zamiast rządu suwerena, a demokracja reprezentatywna staje się coraz mniej reprezentatywna i w końcu przekształca się w absolutyzm partyjny, w rząd, który coraz bardziej wyobcowuje się od obywateli.
Taka transformacja przebiega już z powodzeniem w niektórych krajach, głównie w tych, gdzie tworzą się rządy monopartyjne. W tych krajach państwo faktycznie staje się łupem partii rządzącej samowładnie.
Aktywność polityczna suwerena słabnie wskutek dezorganizacji i rozpraszania go w wyniku zamiany jednego celu najważniejszego na kilka lub więcej celów mało ważnych oraz podziału na różne grupy, często charakteryzujące się sprzecznymi interesami, w zależności od przekonań politycznych, ideologicznych, albo wyznaniowych. W ten sposób tworzy się określone (z góry zaplanowane) grupy elektoratu, którymi łatwo manipulować. W związku z tym, suweren traci spójność i jednolitość i sam staje się upartyjniony. To komplikuje badania opinii publicznej, których wyniki okazują się mało wiarogodne, o czym coraz częściej można się przekonać.
Suweren traci swą moc polityczną w wyniku ograniczania roli samorządów poprzez kontrolę ich działalności przez funkcjonariuszy partyjno-państwowych. Niewielki pożytek jest z tego, że władze samorządowe są faktycznie autentycznymi reprezentantami lokalnych suwerenów, jeśli stoi nad nimi funkcjonariusz-cenzor, nasłany przez partię rządzącą, który ma prawo uchylać uchwały samorządu, o ile uzna je za sprzeczne z oczekiwaniami rządu, albo jest władny do pozbawienia urzędników samorządowych pewnych funkcji w obawie, że mogliby sprzeciwiać się interesom rządu.
Znaczne osłabienie roli suwerena i jego aktywności politycznej jest również skutkiem zawłaszczenia mass mediów - zwłaszcza publicznych - przez partię rządzącą. W takiej sytuacji suweren nie ma gdzie, ani jak manifestować swojej opinii w rozległej przestrzeni publicznej.
Wreszcie, do ubezwłasnowolnienia politycznego suwerena przyczynia się likwidacja trójpodziału władzy w demokracji związana z redukcją stopnia niezawisłości sądów - od najniższego do najwyższego szczebla - w rezultacie mianowania przez organy państwowe sędziów i prokuratorów z tzw. klucza partyjnego.
Ograniczenie aktywności politycznej suwerena, jakim jest naród czy społeczeństwo, pozbawia opozycję zaplecza społecznego, bazy bytowej, niezbędnej do jej istnienia oraz prawidłowego funkcjonowania. Czyni z opozycji pariasa, którego przedsięwzięcia są z góry skazane na niepowodzenie. W takim razie, opozycja albo przestaje funkcjonować, albo zmuszona jest działać w ukryciu i cichcem prowadzić „pracę u podstaw” w celu mobilizacji elektoratu i pozyskania go sobie w kolejnych wyborach parlamentarnych, albo radykalizować się w celu dokonania jakiegoś puczu, przewrotu ustrojowego, a w ostateczności, kiedy już nie ma nic do stracenia - rewolucji.
Jednak tak radykalne działania wydają się mało prawdopodobne i mają nikłe szanse powodzenia w krótkim horyzoncie czasowym, co oczywiście nie znaczy, że nie mogą się zdarzyć. To zależy od konkretnej sytuacji, nastrojów społecznych i granic wytrzymałości społeczeństwa na próby dokonania transformacji ustroju demokratycznego w ustrój autorytarny.
Większe szanse zwycięstwa i mniej bolesne ma rozwiązanie polegające na prowadzeniu pozytywistycznej pracy u podstaw w celu restytucji niezależnego suwerena i na cierpliwym oczekiwaniu na sprzyjające warunki obiektywne. Historia pokazuje, że po pewnym czasie systemy monopartyjne - autorytarne, dyktatorskie i totalitarne - które już zdążyły ustabilizować się jako tako, rozpadają się w wyniku sprzeczności wewnętrznych i nieprzejednanej walki o władzę w obrębie partii rządzącej.
Marzenie o mądrym rządzie i równie mądrej opozycji
W poprawnie funkcjonującym ustroju demokracji reprezentatywnej opozycja jest ważną siłą polityczną tak dla suwerena, jak i dla rządu. Opozycja utrwala swoje znaczenie w parlamencie, państwie i zyskuje dobrą opinię w społeczeństwie, gdy nie tylko sprawuje kontrolę nad partią rządząca i rządem, ale pomaga w rządzeniu, gdy jest godnym zaufania partnerem. To wcale nie przeszkadza jej w rywalizacji o władzę w kolejnych wyborach parlamentarnych lub samorządowych. Wręcz przeciwnie, uczciwe partnerstwo pomaga jej w walce konkurencyjnej.
Jednak warunkiem koniecznym, choć może niewystarczającym, jest funkcjonowanie partii rządzącej i opozycji w państwie, gdzie jest normalny ustrój demokratyczny i dostatecznie wysoki poziom kultury politycznej i osobistej, przede wszystkim członków parlamentu i rządu.
Natomiast w zdegenerowanym ustroju demokratycznym, opozycja jest postrzegana przez partię rządzącą jak wróg, którego trzeba zniszczyć – nie fizycznie, w wyniku likwidacji w obozach koncentracyjnych czy więzieniach, lecz politycznie, w wyniku zniesławienia i bezpowrotnego wykluczenia z życia politycznego społeczeństwa.
W tym celu nie przebiera się w środkach - podważa się moralność liderów opozycji, czyni się z nich kłamców i aferzystów (często zmyślonych) i oskarża się o różne przestępstwa, współpracę z różnymi wywiadami, działanie w interesie obcych państw, zdradę ojczyzny, a nawet o rzekomo popełnione zbrodnie.
Partia rządząca, działając w zacietrzewieniu, nieświadomie szkodzi sama sobie, ponieważ pozbawia się wroga zewnętrznego oraz skazuje się na walkę z wrogami wewnętrznymi (towarzyszami partyjnymi), czyli na zwalczanie samych siebie w ramach rozgrywek politycznych o przywództwo partyjne i objęcie najwyższych stanowisk w państwie i intratnych posad w organizacjach gospodarczych.
Partia rządząca żywi się zwalczaniem opozycji, głównie ich przywódców i dzięki skutecznej walce z nią uzyskuje poparcie elektoratu. Umacnia swe panowanie dzięki zwalczaniu swoich wrogów, utożsamianych z „wrogami ludu” lub państwa. Mogą to być wrogowie realni lub wymyśleni przez służby specjalne (służby bezpieczeństwa).
Tak na przykład, w przypadku partii faszystowskiej w Trzeciej Rzeszy Niemieckiej wrogowie wymyślani byli przez tajną policję (Gestapo), a w przypadku partii bolszewickiej w ZSRR, wrogowie wymyślani byli przez ludowy komitet spraw wewnętrznych (NKWD).
W jednym i drugim przypadku przywódców partii rządzących straszono jakimiś wrogami rzeczywistymi, albo urojonymi (Adolfa Hitlera straszył Heinrich Himmler, a Józefa Stalina straszył Ławrientij Beria), po to, by faktyczną władzę w państwie sprawowali oni - kierownicy służb bezpieczeństwa (tajnej policji, wywiadu, kontrwywiadu itp.), będących w rzeczywistości organami ponadpaństwowymi.
Z różnych powodów, przede wszystkim w celu zapewnienia spokoju i ładu społecznego oraz koncentracji wysiłków podejmowanych przez wszystkich na rzecz dobra wspólnego, a nie prywaty, należy budować lub odbudowywać relacje współpracy między partią rządzącą i opozycją.
Rywal i konkurent nie jest wrogiem, którego trzeba zniszczyć, lecz kimś, z kim powinno się współzawodniczyć w działalności po to, by osiągać wciąż lepsze wyniki, i kto pomaga w tym. O ile relacje partnerskie między partią rządzącą i opozycją sprzyjają rozwojowi kraju, to relacja nienawiści prowadzi kraj do podziałów i zaostrzania sprzeczności społecznych, do dezintegracji i antagonizmów, które grożą poważnym rozpadem społeczeństwa i upadkiem państwa. Tę konkluzję potwierdza stare przysłowie ludowe, którego mądrość potwierdza doświadczenie wielu pokoleń: „Zgoda buduje, niezgoda rujnuje”. Szkoda, że tak szybko zapomniano o nim, jak zresztą o wielu innych sentencjach ludowych.
Wiesław Sztumski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 502
Lepiej sprawdzić, co jest w worku
tak przysłowie stare uczy;
warto wiedzieć: kot czy nie kot
na dnie worka mruczy.
Kot w worku stał się stygmatem naszych czasów i przedmiotem transakcji handlowych w skali masowej. Kojarzy się z oszustwem polegającym na intencjonalnym zatajeniu wad czegoś, co chce się spieniężyć.
Kupno go oznacza ryzyko dokonania czegoś lub podjęcia decyzji bez względu na skutki. W szczególności wyrażenie to oznacza zakup towaru lub usługi w ciemno, czyli bez sprawdzenia ich jakości. Kotem w worku jest coś posiadającego wady, które intencjonalnie ukrywa sprzedawca przed kupującym.
A zatem, jest to zwykłe i powszechne oszustwo stosowane nagminnie w handlu od samego początku. Temu procederowi sprzyja reklama oraz manipulacje zachowaniami konsumenckimi za pomocą akwizytorów oraz wszelkich dostępnych technik i urządzeń, takich jak np. system hiposoniczny, przeceny, rabaty itd.
Kreatywność oszustów nie ma granic. Stosują stare sprawdzone sposoby oraz nowe, nieznane ogółowi i niewyobrażalne. W milionowych populacjach zawsze znajduje się pewien odsetek naiwnych i głupich, którzy dadzą się nabrać cwaniakom. A odsetek ten stałe wzrasta w wyniku zmasowanych przedsięwzięć mających na celu ogłupianie mas. Od niedawna, sprzedawcy kota w worku korzystają coraz bardziej ze sztucznej inteligencji, która zawiera ogromny potencjał oszukańczych manipulacji.
W sklepach nie ma teraz towarów wystawianych na bezpośrednią sprzedaż. Są pojedyncze eksponaty wystawowe, które trzeba zamówić u producenta i czekać co najmniej miesiąc na dostarczenie ich do domu. Po rozpakowaniu okazuje się, że towar ma usterki. Odsyła się go do producenta i czeka kolejny miesiąc na dostawę. Znowu ma usterki i trzeba odesłać go z powrotem. Za którymś razem ma się dość i bierze się, co przyślą. Kupiło się kota w worku.
To samo jest z usługami; trzeba wpłacić przynajmniej zaliczkę za kupno kota w worku. Często firma, która pobrała zaliczkę, bankrutuje.
Ludzie nabierają się na stare, znane oszustwa (wnuczka, policjanta, prokuratora) i na na najnowsze szerzej nieznane. Najnowsze są bardzo dobrze przygotowane. Zdają się być wysoce wiarygodne, zwłaszcza gdy zapewniają sukces i są bardzo atrakcyjne dla ofiary.
Kot w worku nie tylko w handlu
Innymi domenami sprzedawania kota w worku są finanse oraz bankowość. Mam tu na myśli sprzedaż akcji, kredytów, walut itd. Również piramidy finansowe, rynek bitcoinów, nieruchomości i używanych samochodów, lukratywne inwestycje i kusząco wysokie oprocentowanie lokat bankowych związane są ze sprzedażą kotów w workach. Nie pomogą różni doradcy finansowi, których analizy i wnioski obarczone są zawsze jakimś ryzykiem.
Również w polityce ma się do czynienia ze sprzedawaniem kota w worku w czasach kampanii wyborczych. Tym kotem są wówczas różne obietnice, programy naprawcze i wizje prezentowanego przez polityków wspaniałego świata po wygraniu wyborów w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Nie ma partii, która by nie oferowała jakiegoś tajemniczego kota. Ale trzeba spełnić jeden najważniejszy warunek: dać się złapać w sidła oszustów politycznych i podjąć ryzyko kupna kota w worku.
Domeną aktywności ogromnych ilości kotów w workach jest cyberprzestrzeń (portale społecznościowe, sieci teleinformatyczne, zbiory informacji, Internet itp.).
Realne koty w wirtualnym świecie
Elementy świata wirtualnego
W skład świata wirtualnego wchodzi między innymi rzeczywistość wirtualna i cyberprzestrzeń. Rzeczywistość wirtualna jest odzwierciedleniem realnej, utworzona za pomocą rozmaitych technologii informatycznych. Jest efektem multimedialnego kreowania komputerowej wizji elementów świata realnego lub fikcyjnego.
Subdomeną rzeczywistości wirtualnej jest cyberprzestrzeń. W niej komunikują się wzajemnie komputery połączone ze sobą za pomocą Internetu.
Faktycznie, niemal wszystkie oszustwa w świecie wirtualnym mają miejsce w Internecie. Dlatego powszechnie nazywa się je oszustwami internetowymi.
Internet
Słusznie zauważył Piotr Konieczny (polski informatyk, ekspert ds. bezpieczeństwa internetowego), że opowieść o tym, jakoby sieć internetowa była globalną wioską, gdzie wszyscy sobie pomagają, można dziś włożyć między bajki. Internet przypomina teraz wielką dżunglę, w której przetrwają tylko ci, którzy wykażą się czujnością i… odrobiną zdrowego rozsądku.
O potędze Internetu świadczą następujące dane:
- według portalu DataReportal ze stycznia 2023 roku, liczba internautów na świecie wynosiła 4,95 miliarda (62,5% ludności świata). W Polsce było ich 32,7 mln (84,5% ludności kraju).
Obecnie szacuje się, że cały Internet zajmuje 10 jottabajtów. (1 JB =10 do potęgi 15-tej GB). Do przechowywania i przetwarzania tak ogromnej liczby danych potrzebne są Centra Danych, które w istocie są wielkimi halami, pełnymi kabli, komputerów i innych urządzeń.
Internet - kłębowisko oszustów
Internet stał się dla przestępców miejscem, gdzie bardzo łatwo - i w zasadzie bezkarnie - można oszukiwać miliardy osób (konsumentów), firm i instytucji. Internetem zawładnęli oszuści i naciągacze. Doszło już do tego, że oszustwo internetowe stało się wielce intratnym zajęciem, bo dochody z niego uzyskiwane są wyższe niż z handlu narkotykami.
Najwięcej oszustw internetowych notuje się w sferze handlu elektronicznego (e-commerce), ponieważ rynki tego handlu warte są wiele miliardów USD. Dla przykładu, wartość sprzedaży elektronicznej towarów w USA w pierwszym kwartale 2034 wyniosła 332 mld USD, a w Polsce rynek e-commerce w 2023 r. wart był 124 mld zł (ok. 31 mld USD). Wartości te wciąż wykazują tendencję szybkiego wzrostu.
Ostatnio pojawiła się wiadomość, jakoby skończyły się dobre czasy dla rynku internetowego w Chinach. Wielkie zyski branży wypracowane przez liczne promocje i politykę firm nastawioną na przyciąganie klientów za wszelką cenę są nie do utrzymania. Konsumpcja maleje a platformom e-commerce gwałtownie rosną koszty. (Jakub Lachsrt, https://www.wnp.pl/przemysl-odziezowy/handel-w-internecie-przezywa-trudne-czasy-platformy-padly-ofiara-wlasnego-sukcesu,854355.html: 12.07.2024) Jednak jest wysoce prawdopodobne, że Chiny szybko sobie z tym poradzą.
Do najbardziej popularnych oszustw w cyberprzestrzeni zalicza się:
- przesyłanie na e-mail propozycji uczciwych firm, pod które podszywają się oszuści.
- oferty cudownych leków na choroby najczęściej występujące, zwłaszcza u seniorów. Kuszą one stosunkowo niską ceną i obiecywaną skutecznością zapewnianą przez profesorów medycyny, o których nikt nie słyszał.
- zapraszanie na zakupy w znanym sklepie. Jego witryna internetowa wygląda niemal identycznie jak należąca do popularnego sklepu o ugruntowanej renomie. Jednak okazuje się tylko jej dobrą kopią.
- testowanie usług. Oferowane nieodpłatnych usług testowych, a w rzeczywistości płatnych umów, które zawierają klauzulę o automatycznym przedłużaniu rzekomo darmowych usług.
- oferty dobrze płatnej pracy zamieszczanie w portalach społecznościowych. Oszuści kradną w ten sposób PESEL i wiele innych danych osobowych.
- oszustwa loteryjne. Oszust wysyła maile do określonego internauty z informacją, iż został on zwycięzcą danej loterii i zyskał nagrodę pieniężną. W celu odebrania jej musi podać swoje dane i konto bankowe.
- wątpliwe listy referencyjne i pochwalne. Twierdzenie: „Mamy tysiące usatysfakcjonowanych klientów" brzmi dumnie i robi wrażenie. Jednak rzadko jest to informacja, którą da się zweryfikować. To hasło, za pomocą którego oszukuje się ludzi. Uczciwy biznes nie potrzebuje tego typu zapewnień.
- zapłać za ujawnienie sekretu. Czasem można spotkać w Internecie ofertę „dla wybrańców” tajemniczego sposobu wzbogacenia się. Tymczasem zwykle ofiarami tej oferty są tysiące użytkowników. Oszuści sugerują im, że tajemnica ta jest dostępna, ale tylko za stosowną opłatą.
- ukryte wydatki. W Internecie są ogłoszenia i reklamy obiecujące brak jakichkolwiek kosztów wstępnych, ale trzeba wnieść tylko jednorazową opłatę.
- wyłudzenie danych osobowych (pishng). Oszust, posługując się ogólnie dostępnymi usługami internetowymi, zmierza do wprowadzenia ofiary w błąd, by wyłudzić wrażliwe dane osobowe lub finansowe (numer karty kredytowej hasła, loginy, numery PIN). Podane nieopatrznie dane są często wykorzystywane do działań o charakterze przestępczym.
- fałszywe potwierdzenia przelewów. Oszustem może być nie tylko sprzedawca, ale także kupujący. Najczęściej dzieje się to wtedy, gdy nalega on na szybkie wysłanie towaru i przesyła screenshot rzekomej transakcji bankowej. Fałszywe potwierdzenia przelewu zazwyczaj nie mają dat zrealizowania płatności – oszust jedynie zleca przelew, robi zrzut ekranu dla sprzedawcy, a następnie anuluje całą operację.
Oszust wywiera presję na kupującego, by jak najszybciej dokonał zakupu, bo ma już kilku innych chętnych na wybrany przez niego produkt. Zdarza się, że oszust chce potwierdzić swoją rzekomą wiarygodność i wysyła skan swojego dowodu osobistego. Nie ma jednak pewności, czy dany dokument jest autentyczny i czy nie został skradziony.
Oszuści często mają specyficzne wymagania w związku z płatnością, np. proszą, aby zatytułować przelew przypadkowym ciągiem znaków lub nie podawać imienia i nazwiska odbiorcy przelewu.
Zdarza się też, że fałszywi kupujący lub sprzedawcy kontaktują się przez komunikator WhatsApp i wysyłają linki do formularzy, które do złudzenia przypominają wiadomość ze strony OLX (serwisu ogłoszeniowego o zasięgu globalnym). Podanie danych karty bankowej może skutkować wtedy wyczyszczeniem konta.
- wynajem nieistniejących nieruchomości. Oszuści na OLX próbują wyłudzić zaliczki na czynsz lub oferują płatną prezentację lokalu na długoterminowy wynajem. Często stoi za tym bardzo atrakcyjne ogłoszenie, które ma przyciągnąć uwagę dużą liczbą dobrej jakości zdjęć. W rzeczywistości może okazać się, że prezentowany obiekt nie istnieje, a zaliczka przepada, często wraz z oferentem.
Co dalej?
Na razie rynki internetowe mają się dobrze i wykazują tendencję rozwojową. Pełno w nich oszustów i będzie ich coraz więcej. Niemal codziennie media donoszą o nowych oszustwach w cyberświecie. Przybywać będzie też kotów w workach wraz z wymyślaniem nowych, inteligentniejszych technik oszukiwania, korzystających ze sztucznej inteligencji. Coraz trudniej będzie zwalczać przestępców internetowych. Zatem trzeba będzie przyzwyczaić się do tego zjawiska i nie dawać się oszukiwać w myśl zasady: „Nie dasz rady pokonać wroga, spróbuj z nim współżyć”. Chyba, że Internet zostanie mocno ocenzurowany i ograniczy się w nim e-commerce. Ale na to raczej nie zanosi się.
Wiesław Sztumski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2759
Jeśli demokracja nie upadnie z jakiejś przyczyny zewnętrznej, to rozpadnie się samoczynnie w wyniku naturalnej ewolucji za sprawą pogardy dla jej kluczowych wartości.
Ostatnie stadium rozwoju demokracji zachodniejPocząwszy od Starożytności, ustrój demokratyczny („demokracja") przeszedł dwie fazy ewolucji - wzrostu i szczytu, a teraz znajduje się w fazie schyłkowej. Faza wzrostu obejmowała okres od demokracji ateńskiej do nowożytnej w okresie kształtowania się gospodarki kapitalistycznej. Apogeum osiągnęła demokracja w czasach rozkwitu gospodarki liberalnej.
Faza schyłkowa rozpoczęła się po I wojnie światowej. Zaczęła ona przyśpieszać po II wojnie światowej, a jeszcze bardziej od około trzydziestu lat.
Wiele zjawisk wskazuje na to, że demokracja znalazła się już w zaawansowanym stanie obumierania. Świadczą o tym następujące symptomy:
• Transformacja demokracji bezpośredniej w coraz bardziej pośrednią (przedstawicielską).
• Wieloosobowe uczestnictwo w zarządzaniu krajem zmienia się w mniejszościowe,
• Rządy większości zamieniają się w rządy nielicznych wybrańców.
• Prawo przekształca się w bezprawie, sprawiedliwość w niesprawiedliwość, równość w zróżnicowanie, a ład społeczny w chaos.
• Postępujące wyobcowanie się władzy od społeczeństwa (suwerena).
• Zanik troski o dobro wspólne.
• Konwersja „rządów mędrców" w „rządy głupich".
• Pogarda dla podstawowych wartości demokracji.
Symptomy te są efektem czynników obiektywnych (postępu technicznego, gospodarczego oraz cywilizacyjnego i wzrostu populacji światowej) oraz subiektywnych (zaniku rewerencji dla klasycznych wartości demokracji).
Powszechnie uznaje się życie, wolność, własność prywatną, równość, sprawiedliwość, pokój i bezpieczeństwo za klasyczne wartości demokracji zachodniej. Przestrzeganie ich nakazują konstytucje państw demokratycznych. Okazuje się, że mimo to coraz bardziej masowym zjawiskiem staje się pogardzanie nimi. Nie respektują ich ani rządzący, ani poddani, którzy nota bene kierują się „demokratyczną" zasadą odwołującą się do równości ludzi: „Co wolno wojewodzie, to i tobie narodzie". (Dawna zasada: „Co wolno wojewodzie, to nie tobie narodzie" obowiązywała w ustrojach autorytarnych i nadal tam obowiązuje.
Ustrój demokratyczny nie zapewnia bezpieczeństwa i wolności
W wyniku gwałtownego wzrostu ludności świata w XX wieku (od 3,5 miliardów do 7,6 miliardów) zwiększyła się znacznie gęstość zaludnienia, ponieważ niewiele przybyło terenów nadających się do zamieszkania. W związku z tym, jak i dzięki postępowi w sferze komunikacji i transportu, pokaźnie skróciły się odległości geometryczne, społeczne i komunikacyjne oraz czas przepływu informacji. Wydawałoby się, że powinno to wpłynąć na wzrost bezpieczeństwa. Wszak bliski i szybszy kontakt powinien zapewnić pomoc w razie potrzeby.
Niestety, tak nie jest. Bowiem ze wzrostem zagęszczenia zmniejsza się zainteresowanie innymi osobami i rośnie obojętność oraz egoizm, a wraz z tym nieudzielanie pomocy.
W rezultacie ma się do czynienia z dziwną sytuacją. Z jednej strony, w otoczeniu wielu ludzi każdy czuje się bardziej bezpiecznym, a z drugiej strony, jest się wtedy potencjalnie bardziej zagrożonym, gdyż wśród wielu ludzi, a zwłaszcza w tłumie, jest bardziej prawdopodobne spotkanie się ze złoczyńcą. Poza tym bycie w tłumie jest niezwykle ryzykowne i niebezpieczne, ponieważ jego zachowanie szybko zmienia się, jest nieracjonalne i nieprzewidywalne.
Ze wzrostem „gęstości społecznej" rośnie także ilość oddziaływań wzajemnych między ludźmi. Są oni coraz bardziej uwikłani w wiele sieci zależności i dlatego mają coraz mniej swobody. Oprócz tego ich wolność zmniejsza się wskutek inwigilacji przez służby bezpieczeństwa (zwłaszcza w czasach terroryzmu), sztuczne satelity szpiegowskie (krąży ich około czterech tysięcy dookoła Ziemi) i szpiegujące programy internetowe.
Ograniczanie wolności wywołuje naturalny odruch obronny w postaci ksenofobii i agresji. W socjosferze, jak w przyrodzie (fizyce) obowiązuje „reguła przekory" Heinricha Lenza, która zapewnia homeostazę systemom społecznym: „Zmiany zachodzące w systemach społecznych eliminują przyczyny dokonywania się ich".
Paradoksalnie w neoliberalizmie narodziło się neoniewolnictwo (p. Marsz ku wolności czy pęd ku zniewoleniu? SN 4/2011, Pęd ku zniewoleniu, SN 5/2011) i szerzy się, mimo, że w demokracji liberalnej każdy jest wolny na mocy prawa, a przynajmniej tak mu się zdaje. Nie ogranicza się ono tylko do jednego wymiaru formalnoprawnego - podziału na panów i niewolników, ma więcej wymiarów, płaszczyzn i form i nie jest nigdzie oficjalnie uznawane. Niewolnikami czyni się ludzi pośrednio na mocy prawa (np. kobiety, którym odmawia się prawa dysponowania swoim ciałem) i skrycie.
Zniewolenie ogarnęło niemal wszystkie sfery życia i dokonuje się coraz szybciej w skali globalnej. Ludzie stają się niewolnikami z tytułu zajmowanej pozycji w hierarchii społecznej lub zawodowej. Są też „niewolnikami" rozmaitych przedmiotów i organizacji, (urządzeń codziennego użytku, pieniądza, banków, reklamy, mass mediów, mody, narkotyków, czasu zegarowego oraz standardów zachowań narzucanych przez kodeksy etyczne i prawne oraz kanony public relations), które wyalienowały się tak dalece, że wymknęły się spod kontroli i zaczęły „rządzić". Ulegają niewoli w postaci terroru głupoty, wulgarności, chamstwa, kłamstwa i brzydoty. Zniewala ich religia (przykazania. klauzula sumienia), ekonomia (rynki), ideologia, ukryta cenzura oraz rzeczywistość wirtualna (Internet, komputery).
Niewolnictwo rozwija się w związku z emigracją zarobkową do krajów bogatych. Formą niewolnictwa jest handel ludźmi w dziedzinie sportu (np. piłkarzami) i medycyny (handel narządami ludzkimi i sprzedaż zwłok, tzw. skór, do zakładów pogrzebowych). Tak więc, w „wolnym świecie" rośnie liczba niewolników.
Demokracja nie sprzyja życiu i pokojowi
Klasycznymi wartościami demokracji są: życie w ogóle i życie bez wojen, ale nie respektuje się ich. Na całym świecie mnożą się konflikty zbrojne i ataki terrorystyczne, które pochłonęły już więcej ofiar niż II wojna światowa. Jedne ogniska wojen likwiduje się, albo czasowo wygasza, ale w ich miejsce powstają nowe i groźniejsze. Zastępują one trzecią wojnę światową i ewentualne kolejne. Liczba ofiar i zniszczenia nie liczą się, bo świat jest przeludniony, a na odbudowie i zbrojeniach można dobrze zarabiać. Ważne, żeby w tym niby-pokoju, czy raczej „pełzającej wojnie światowej", coraz lepiej rozwijał się biznes.
Wartość życia ludzkiego obniża się permanentnie. Życiem ludzkim gardzi się nie tylko w czasie wojen, ale również za sprawą szerzącej się „cywilizacji śmierci" w warunkach pokoju. Walnie przyczyniają się do tego gry komputerowe, gdzie zabijanie ludzi jest chlebem powszednim i nie robi już wrażenia na grających, oraz prasa kolorowa i telewizja, w których pokazuje się zabijanie ludzi z byle jakich powodów. Nawet okrutne opisy i sceny zabijania spowszedniały już. Im są one drastyczniejsze, tym większą zapewniają poczytność i oglądalność, a w konsekwencji zysk dla redakcji, stacji telewizyjnych i producentów filmowych.
Dlaczego kościół katolicki nie przeciwstawia się ostro temu procederowi, tak, jak w przypadku aborcji? Chyba dlatego, że ekonomia zdominowała religię do tego stopnia, że najwyższą wartością religijną stał się pieniądz. Dowodzi tego nagminna symonia, czyli kupczenie świętościami: godnościami i urzędami kościelnymi, sakramentami oraz dobrami duchowymi. Nic dziwnego, że na coraz większą skalę dokonuje się zabójstw, a mordercami z błahych przyczyn są młodociani i dzieci; że rośnie liczba samobójstw, również wśród młodzieży; że lekceważy się zdrowie i życie, jak nigdy wcześniej; że rośnie liczba wypadków samochodowych ze skutkiem śmiertelnym w wyniku brawury i głupoty młodocianych kierowców.
Demokracja nie zapewnia równości
W toku ewolucji społecznej postępują procesy dywersyfikacji i stratyfikacji, w wyniku czego rozwijają się nierówności społeczne. Dywersyfikacja rodzi szereg „nierówności poziomych" ze względu na różne kategorie społeczne, parametry i kryteria: płeć, wiek, pochodzenie etniczne i regionalne itd. A stratyfikacja rodzi „nierówności pionowe" (hierarchiczne) w obrębie grup społecznych (klas, warstw, grup zawodowych itp.), które pozostają ze sobą w relacjach nadrzędności lub podporządkowania.
Ustrój demokratyczny, który głosi równość obywateli, nigdzie jeszcze nie zniwelował nierówności społecznych, raczej spotęgował je. Ze względu na prawo pogłębiają się różnice między „równymi" i „równiejszymi", ze względu na hierarchię społeczną - między władzą i poddanymi, a ze względu na bogactwo - między biednymi i bogatymi. (Nawet w USA liczba osób żyjących w ubóstwie wynosiła w 2019 r. 33,984 mln na ogólną liczbę ludności 324,754 mln (10,46%) i żaden rząd niczego nie zrobił dla likwidacji tego zjawiska).
Demokracja nie zlikwidowała podziałów klasowych, tylko w wyniku nadużycia językowego, jakim jest substytucja semantyczna, zamieniono nazwę „klasa" na nazwę „warstwa". Dzięki temu złagodzono pojęcia sprzeczności klasowej i walki klas, które są silą napędową rewolucji (u Karola Marksa - rewolucji socjalistycznej).
Na domiar złego wykreowała jeszcze klasę pośredników (ajentów), bez których nie da się niczego załatwić (p. W. Sztumski, Powszechne pośrednictwo, czyli nowa klasa wyzyskiwaczy, Sprawy Nauki, Nr 11, 2013). Wprawdzie pośrednicy i faktorzy byli też dawniej, ale było ich stosunkowo niewielu i tylko nieliczni zamożni ludzie korzystali z ich usług. Nigdy nie byli grupą tak znaczącą i liczną, jak teraz.
Pośredniczenie stało się intratnym zajęciem, bo przynosi duże zarobki dzięki wyzyskowi producentów, usługodawców i konsumentów za sprawą narzucanych marż. Pośrednictwo jest wielostopniowe, jeden pośrednik nie wystarcza. Na przykład, konsumenta od wytwórcy dzieli łańcuch pośredników, którzy zajmują się skupem, transportem, logistyką, dostarczaniem do hurtowni, dystrybucją do magazynów i sklepów. Każdy z nich nalicza sobie jakąś marżę. W związku z tym cena sprzedaży różni się znacznie od kosztu produkcji.
Podobnie w administracji; każdy władca - kierownik, dyrektor, prokurator, sędzia, poseł, senator, komendant policji, minister itd. - nie kontaktuje się bezpośrednio z interesantami, jak dawniej, tylko za pośrednictwem rzecznika. To jest m. in. przyczyną przerostu zatrudnienia w administracji.
Oczywiście, płacą za to rzesze podatników. Do roli pośredników ograniczyły się sklepy, apteki i lekarze pierwszego kontaktu (rodzinni). Nie można kupić u sprzedawcy w sklepie towaru wystawionego w hali sprzedaży, tylko trzeba go zamawiać u pośrednika-sprzedawcy i długo czekać na realizację zamówienia przez producenta lub hurtownika. Podobnie w aptekach, gdzie nawet kupno pospolitego leku wymaga zamówienia go w hurtowni przez farmaceutę. Nawet lekarz pierwszego kontaktu jest pośrednikiem między pacjentem i specjalistami (tylko „lekarz ostatniego kontaktu" nie jest pośrednikiem).
Demokracja nie dba o dobro wspólne
Społeczeństwa stają się coraz bardziej heterogeniczne w konsekwencji procesów różnicujących. To uniemożliwia zdefiniowanie, a jeszcze bardziej realizację jakiegoś wspólnego celu, np. dobra wspólnego. Dobrem wspólnym jest wartość zbiorowa pewnych grup danego społeczeństwa, którą chcą one osiągnąć przy udziale pozostałych grup, które starają się przekonać do uznania swoich interesów za ich własne.
Możliwość osiągnięcia dobra wspólnego opiera się na złudnym założeniu, jakoby można było uznać jakąś wartość heteronomiczną za wspólną w wysoce heterogenicznym społeczeństwie. Dlatego nie powiodły się próby urzeczywistnienia ideałów dobra wspólnego, proponowanych przez filozofów, ideologów i przywódców religijnych. Mimo, że udało się skupić wokół tego magicznego hasła nawet większość społeczeństwa, która naiwnie uwierzyła w jego realizację, kierując się nadzieją na poprawę doli swojej i potomków.
Ten sukces trwał dopóty, dopóki nie rozczarowano się niepowodzeniem i nie przekonano się, że z wysiłków całej wspólnoty największe korzyści czerpały tylko grupy uprzywilejowane. W ostatnich latach próbuje się, gdzieniegdzie nawet z powodzeniem, restytuować i realizować ideę dobra wspólnego* głównie za sprawą polityków-populistów. Z jednej strony, chcą oni zbić na tym kapitał polityczny, zjednoczyć społeczeństwo na bazie wspólnego działania i nie dopuścić do rozwoju sprzeczności wewnętrznych, które mogłyby doprowadzić do zmiany rządu lub ustroju. A z drugiej strony - przesadnie nadużywając zasady „dziel i rządź" - prowadzą do coraz głębszych i antagonistycznych podziałów społecznych. Poza tym, obiecując zbyt wiele bez pokrycia i możliwości spełnienia obietnic, coraz bardziej tracą zaufanie i zniechęcają ludzi do siebie.
We współczesnej demokracji szerzy się pogarda dla sprawiedliwości i porządku społecznego
Z wyjątkiem niewielu krajów narasta poczucie niesprawiedliwości w różnych sferach życia społecznego, przede wszystkim ze względu na prawo. Nie chodzi tu o niesprawiedliwe przepisy prawne, chociaż one też dyskryminują ludzi, zwłaszcza grupy mniejszościowe, tylko ich wybiórcze interpretacje (wykładnie), o nieskuteczność prawa i naginanie go do sytuacji. Winna jest temu coraz większa relatywizacja prawa w zależności od norm moralnych, światopoglądu, przekonań religijnych politycznych a także upolitycznienie wszystkich szczebli instytucji prawnych (włącznie z Prokuraturą Generalną, Trybunałem Stanu i Sądem Najwyższym) w wyniku obsadzania stanowisk kierowniczych przez członków partii rządzącej. Tak było w „demokratycznych" Niemczech hitlerowskich i w równie „demokratycznych" krajach socjalistycznych.
Zjawiska te nasilają się proporcjonalnie do degeneracji ustroju demokratycznego i przyczyniają się do deflacji praworządności. Coraz częściej wyroki sądów bywają stronnicze, podyktowane względami politycznymi, partyjnymi, ideologicznymi lub światopoglądowymi. Aresztuje się bezprawnie, inwigiluje i zastrasza niewygodnych i niesfornych opozycjonistów i uczestników manifestacji. Ściga się i surowo karze biednych obywateli i drobnych przestępców, a nie bogaczy i wielkich aferzystów, zwłaszcza powiązanych z kręgami rządowymi, w myśl zasady: „Ukradniesz złotówkę - jesteś złodziejem, ukradniesz miliony - jesteś sprytnym biznesmenem i masz duże szanse dostać się do władz”. A jeśli jakaś partia ma w parlamencie większość i rządzi absolutnie, to może sobie pozwolić na sobiepańskie absolutne bezprawie, nawet na lekceważenie konstytucji.
Wskutek wadliwej praworządności, niesprawiedliwości, wzrostu nierówności i podziałów społecznych (również z innych powodów) załamuje się porządek społeczny. Ciemiężone, ignorowane i okłamywane przez rząd grupy społeczne tracą cierpliwość po przekroczeniu granic tolerancji. Organizują samorzutnie lub z inicjatywy partii opozycyjnych, manifestacje, pochody i strajki, by wywrzeć presję na władze i w ten sposób dochodzić swych praw oraz by zwrócić na siebie uwagę przez społeczności międzynarodowe i szukać wsparcia za granicą.
Te demonstracje, chociaż legalne, naruszają porządek w miarę tego, jak długo trwają, jak są masowe i dotkliwe i jak służby porządkowe (policja) są bezsilne. Jeśli są masowe, długotrwałe, niekontrolowane i trudne do opanowania, pogrążają kraj w narastającym chaosie.
Demokracja obumiera proporcjonalnie do wzrostu głupoty rządzących i ich wyborców
W czasach antycznych rządy sprawowała starszyzna i mędrcy, ponieważ ufano, że ze względu na doświadczenie życiowe i wiedzę będą podejmować najlepsze decyzje. W ustrojach monarchistycznych rządzili królowie i arystokracja, a więc ludzie wówczas oświeceni i najlepiej wykształceni (jeśli zdarzali się wśród nich analfabeci, jak np. Karol Wielki, Kazimierz Wielki, Władysław Jagiełło, to mieli mądrych doradców).
W ustrojach republikańskich i demokratycznych w skład rządów wchodziło wciąż więcej ludzi przypadkowych, często niekompetentnych. W naszych czasach jest ich coraz więcej, zwłaszcza najbogatszych. Największe szanse powodzenia w wyborach mają kandydaci, których stać na najkosztowniejsze kampanie wyborcze albo którzy mają ogromne poparcie lobbystów krajowych lub międzynarodowych (np. wybory pierwszego prezydenta USA, Abrahama Lincolna prawie nic nie kosztowały, następnych prezydentów - kilkaset tysięcy dolarów, a ostatniego, Donalda Trumpa, już ponad miliard dolarów. W Polsce, w 2010 r. wybory prezydenckie kosztowały ponad 107 mln złotych. Pięć lat później - ponad 147 mln zł., a w 2020 r. - ponad 400 milionów zł.).
W „wolnych" wyborach władzę się kupuje, a nie wybiera. Dlatego wybory stały się fikcją. Są potrzebne politykom dla legitymizacji ich władzy nie przez większość społeczeństwa, lecz przez większość wyborców przekupionych w taki lub inny sposób. Kto za pieniądze sprzedaje siebie (ciało, duszę, wizerunek, zasady moralne, ideały, cnoty), ten się prostytuuje, o ile prostytucję rozumie się w innych wymiarach niż tylko w seksualnym. Wobec tego w czasach obecnej demokracji ma się do czynienia z powszechnym zjawiskiem prostytuowania się polityków, którzy sprzedają się finansjerze. Niestety, żaden z nich nie ma wyrzutów sumienia, ani skrupułów moralnych lub religijnych, że stał się „dziwką polityczną" i nie przeszkadza mu to w dalszej karierze. Od skrupułów moralnych ważniejsze są korzyści materialne, albo ambicjonalne (wybujale ego).
Tak zwana klasa polityczna nie ma już żadnej klasy. W teraźniejszej demokracji rządzą oligarchowie, którzy faktycznie decydują o losach państwa i jego obywateli. Często nie piastując żądnych stanowisk rządzą z ukrycia, jak szczury lub tchórze, jak szare eminencje, na wzór szefów mafii lub gangów. Te osobniki ustanawiają wygodne dla siebie ustawy, politykę wewnętrzną, zagraniczną, finansową i gospodarczą, nie licząc się ze społeczeństwem, a tym bardziej z dobrem wspólnym. Jest wiec tak, jak w starożytnym Rzymie: „Złodzieje dobra prywatnego żywot spędzają w kajdanach, a złodzieje dobra publicznego – w złocie i purpurze” (Aulus Gellius).
Rośnie też liczba głupich w rządach, a kolejni władcy są głupsi od poprzednich. Na domiar złego, chcą jak najdłużej rządzić. To im się udaje dzięki odpowiednim przepisom prawnym i ogłupianiu (mamieniu) elektoratu. Jest tak, jak kiedyś w cesarstwie rzymskim: „Niejednego głupca chroni jego urząd” (Cyceron).
Dlaczego głupi władcy wypierają mądrych? Po pierwsze, dlatego, że głupim łatwo można manipulować. Toteż lobbyści biznesowi działający w interesach finansjery (krajowej i zagranicznej), sponsorującej kampanie wyborcze, popierają pretendentów do rządu i parlamentu, którzy zapewnią im nieskrępowaną działalność. Krótko mówiąc, rządzić powinny marionetki w rękach finansjery. Po drugie, w coraz głupszym społeczeństwie trudno znaleźć mądrych pretendentów do władzy. Społeczeństwo było, jest i będzie coraz bardziej ogłupiane przez władców. Ostatnio, coraz bardziej natarczywie, intensywnie i skutecznie za pomocą najnowszych środków przekazu masowego, wspomaganych komputerami i sztuczną inteligencją.
W związku z tym głupota szerzy się niewyobrażalnie w przyspieszonym tempie, proporcjonalnie do osiągnięć psychologii społecznej i techniki propagandy. Liczba głupich rośnie w postępie wykładniczym nie tylko wskutek ogłupiania przez władców, ale również dlatego, że dziedziczy się, gdyż zazwyczaj głupi rodzice płodzą głupsze od siebie potomstwo. Wskutek tego zmniejsza się stosunek mądrych do głupich, który dwadzieścia lat temu wynosił dwadzieścia procent (p. Carlo M. Cippola, The Basic Laws of Human Stupidity), a teraz zapewne zmalał wbrew temu, że ludzi wykształconych, nawet na poziomie akademickim, przybywa szybko i ponad miarę. Jest to spowodowane niekompatybilnością wykształcenia i mądrości - dyplom ukończenia studiów nie jest certyfikatem mądrości.
Na dodatek, spośród niewielu mądrych jest coraz mniej chętnych do władzy. Są tak mądrzy, że wiedzą, iż władza ogłupia i nie jest im do niczego potrzebna. A więc, z konieczności wybiera się do władz ludzi głupich, którzy nie mają odpowiedniej wiedzy ani kompetencji menadżerskich, ekonomicznych i politycznych. Ci jeszcze bardziej ogłupiają społeczeństwo, bo sądzą, że głupimi łatwiej się rządzi, Jednak mylą się, bo głupi zachowują się nieracjonalnie, nieprzewidywalnie i zaskakująco. Dlatego nie zawsze można na nich polegać.
Historia potwierdza, że głupie rządy w głupim społeczeństwie (np. Jakobinów w Komunie Paryskiej i Rad Ludowych w socjalizmie) nie zdały egzaminu i doprowadziły do rozpadu państwa. Teraz też na to się zanosi w państwach zarządzanych przez głupków, bo „Władza pomnożona przez głupotę równa się samozagładzie" (René Delary, Macht x Dummheit = Selbstzerstörung: Wie viel "Mensch" erträgt der Planet?).
Demokracja i światopogląd
Pierwszej przyczyny niepowodzenia w realizacji modelu demokracji zachodniej i w przestrzeganiu kluczowych dla niej wartości jak i w doprowadzeniu jej do upadku upatruję w tym, że pojawiła się i rozwija się w państwach podporządkowanych dyktatowi kościoła katolickiego i że nie zdołała wyzwolić się spod niego. Jej nieszczęściem jest to, że wyrosła na fundamencie światopoglądu ukształtowanego przez religię judeochrześcijańską i że wdrażał ją początkowo kościół protestancki (podstawowe koncepcje demokratyczne i egalitarne rozwinęli najpierw postkalwiniści - baptyści, metodyści, zielonoświątkowcy mennonici itp.), a potem katolicki, który nadal kontroluje jej rozwój, i że nie będzie w stanie uwolnić się od jego hegemonii.
Zresztą taki sam los spotkałby ją, gdyby jej bazą wyjściową była inna religia monoteistyczna, np. islam. Dlatego, że w religiach monoteistycznych obowiązuje hierarchiczny system wartości, który charakteryzuje się pozornymi dualizmami - wartości boskich i ludzkich, nadprzyrodzonych i naturalnych, ponadhistorycznych i historycznych. Dlatego pozornymi, że wartości boskie, nadprzyrodzone i ponadczasowe są ważniejsze od ludzkich, naturalnych i czasowych.
Na szczycie piramidy wartości w religiach monoteistycznych stoi jakiś bóg, np. w judaizmie Jahwe, albo trójjedyny Bóg w katolicyzmie. Pod nim znajduje się jakiś prorok (człowiek, który podobno miał bezpośredni kontakt sensualny z bogiem, np. Mojżesz, Mahomet). Dalsze miejsca zajmują wartości religijne i ogólnoludzkie, ale interpretowane w duchu wiary w boga: życie (dla boga), wiara (w boga), nadzieja (na życie wieczne), miłość (głównie do boga), uczciwość, miłosierdzie, rzetelność, pokora, bezinteresowność, samokontrola, niezłomność, spokój, wielkoduszność, bojaźń Boża, gotowość do cierpienia (jak Chrystus), mądrość, cierpliwość, wierność, odwaga, współczucie, sprawiedliwość, dobroć, przyjaźń, dziękczynność, odpowiedzialność, pilność, posłuszeństwo (przede wszystkim wobec kościoła) i odpuszczanie (win, grzechów).
Jedne z tych wartości zaczerpnięto z katechizmu, drugie są ogólnoludzkie. Z tego względu państwa są demokratycznymi tylko ze względu na nazwę, a faktycznie są państwami wyznaniowymi w mniejszym lub większym stopniu w zależności od tego, jak wiele jest w nich ludzi wierzących fanatycznie i jak dalece ich rządy zabiegają o względy i interesy kościoła. Prawdziwa demokracja zachodnia może rozwijać się tylko w państwach świeckich, gdzie systemy wartości religijnych (hierarchiczne) obowiązują tylko we wspólnotach religijnych i nie wolno ich narzucać na siłę całemu społeczeństwu.
System wartości chrześcijańskich jest niekompatybilny z klasycznymi wartościami demokracji. Demokracja jest bowiem ustrojem, w którym ludzie i rzeczy są wybieralne. Wobec tego wybierać można też wartości, jakimi chce się kierować w życiu - raz takie, raz inne, zależnie od okoliczności. Takiej swobody wyboru nie ma w hierarchicznym systemie wartości religijnych, tylko w równościowym systemie wartości wywodzących się ze światopoglądu świeckiego.
Hierarchiczna struktura religijnego systemu wartości przeczy równościowej strukturze prawodawstwa demokratycznego. W demokracji nie wolno „praw ziemskich”, czyli stanowionych przez ludzi, wywodzić ostatecznie z „niebiańskich źródeł” i uznawać je za podporządkowane prawom stanowionym przez Boga (zwanych oszukańczo „naturalnymi"), który rzekomo przekazał je ludziom w postaci tablic kamiennych. Za to nadaje się ona na fundament ustrojów niedemokratycznych - patriarchalnych, monarchistycznych, autorytarnych i totalitarnych.
Wiesław Sztumski
* W ponad stu minionych latach zawiodły idee dobra wspólnego głoszone przez narodowych socjalistów (nazistów) w Niemczech oraz ideologów socjalizmu w różnych krajach. W pierwszym przypadku, dobrem wspólnym było osiągnięcie dobrobytu w wyniku podbojów i eksploatacji zasobów naturalnych i siły roboczej w krajach podbitych, a w drugim - zniesienie klas i wyzysku w wyniku rewolucji socjalistycznej. W obu wypadkach masy ludzi biednych i zacofanych zaufały ideologom, dzięki czemu rządy nazistów przetrwały dwanaście lat, a komunistów - aż osiemdziesiąt.
Wyróżnienia w tekście pochodzą od Redakcji.