Filozofia (el)
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 3760
Oświaty kaganek łatwo zmienić w kaganiec na oświatę*
Wydawałoby się, że w XXI wieku postęp cywilizacyjny, a w szczególności techniczny, sprzyja coraz szybszemu postępowi oświaty oraz nauki bez granic i domaga się go. Rozwijanie bez ograniczeń oznacza prowadzenie badań i nauczania nieskrępowane żadnymi paradygmatami ideologicznymi, religijnymi, kulturowymi, politycznymi i finansowymi we wszystkich jej dziedzinach.
Oczywiście, nie da się w ogóle uniknąć ich wpływu, ponieważ oświata i nauka osadzone są w kontekście społecznym. W takim razie w pełni niezależny rozwój oświaty i nauki jest ideałem. Powinno się go stopniowo urzeczywistniać w wyniku pomniejszania na miarę możliwości roli czynników zewnętrznych.
Jednak w żadnym wypadku nie może być mowy o świadomym hamowaniu ani nawet o spowalnianiu postępu nauki czy też o celowym wytyczaniu granic obszarów badań naukowych z jakichkolwiek względów. Niestety, często ma to miejsce w czasach, kiedy usiłuje się kształtować wizje nowoczesnych społeczeństw w postaci społeczeństwa wiedzy, społeczeństwa informatycznego itp.
Ograniczanie badań naukowych ze względu na ich podejmowanie, zakres, głębię i zastosowania występują przede wszystkim ze strony uwarunkowań ekonomicznych, etycznych oraz religijnych. Trudno stwierdzić, który wzgląd jest najważniejszy, chociaż na ogół sądzi się, że ekonomiczny, ponieważ od pewnego czasu stan finansów państwa decyduje o sprawach życia ludzi, kultury i sztuki, a budżet uczelni – o badaniach naukowych. Jednak z drugiej strony, na rozwój nauki wpływają w równie dużym, a może nawet większym stopniu czynniki kulturowe i podmiotowe: paradygmaty etyczne i wyznaniowe.
Kaganiec ekonomiczny
Zawsze możliwości rozwijania nauki i prowadzenia badań naukowych zależały od wielkości środków finansowych, jakimi dysponują odpowiednie instytucje badawcze i poszczególni naukowcy. Ale w naszych czasach, w tzw. kapitalizmie rynków finansowych, chyba bardziej niż kiedykolwiek.
Sektory oświaty i nauki są niedoinwestowane w większości krajów. Przede wszystkim tam, gdzie nie docenia się wiedzy jako istotnego czynnika napędzającego gospodarkę. Z przykrością trzeba stwierdzić, że, niestety, również u nas.
Nakłady państwa na naukę w Polsce są – nie wiadomo, jak to nazwać – śmiesznie czy żenująco niskie i od wielu lat wahają się w granicach 0,45 -0,65 % (trzykrotnie niższe niż w innych krajach UE), chociaż w latach 70. wynosiły około 1,6%. Można odnieść wrażenie, jakby dla przedstawicieli władzy decydującej o polityce gospodarczej najważniejsze były efekty ekonomiczne osiągane w czasie jak najkrótszym. A inwestycje w oświatę naukę zwracają się zazwyczaj po wielu latach, jakkolwiek w przypadku nauki, zdarza się, że wcześniej.
Decydenci wolą jednak nie ryzykować. Dlatego ograniczają wydatki na oświatę i naukę finansowaną przez państwo do absolutnie niezbędnych, czyli minimalnych.
Mocno zaniżone w stosunku do potrzeb są nakłady na szkolnictwo i badania naukowe oraz płace nauczycieli i naukowców. W jeszcze niższym stopniu - może z wyjątkiem płac w niektórych bogatszych uczelniach - finansowane są badania w szkołach niepublicznych; one nastawione są na masowe kształcenie studentów urągające obowiązującym standardom i produkcję ludzi z dyplomami, które często warte są tyle, ile kosztuje ich wydrukowanie. W zasadzie nie prowadzi się tam pracy badawczej z prawdziwego zdarzenia, która owocowałaby jakimiś liczącymi się osiągnięciami i przynosiła gospodarce wymierne zyski.
Tylko ze względów finansowych praca naukowa w uczelniach niepublicznych - i to nie wszystkich - ogranicza się do publikacji artykułów i organizowania konferencji. Zresztą przeważnie zatrudnieni są tam na drugich etatach naukowcy, którzy badania realizują w uczelniach publicznych, oraz emeryci, którym brak specjalnych motywacji do pracy badawczej.
Prawie w ogóle nie funkcjonuje sponsoring badań naukowych czy zamawianie badań przez firmy prywatne, albo korporacje. Właściciele firm prywatnych są przekonani - nie bez racji - że w naszych warunkach bardziej opłaci się sponsorować sportowców, albo polityków, aniżeli naukowców. Sport przynosi ogromne wymierne zyski natychmiast, a politycy zwykle „odwdzięczają się”, wspomagając działalność biznesową. Przecież korupcyjne związki polityki z biznesem są tajemnicą poliszynela.
Ze środków budżetowych pokrywa się koszty badań realizowanych w ramach grantów, których przyznaje się niewiele, głównie z nauk stosowanych i to również niewystarczająco w stosunku do potrzeb. Toteż ambitni młodzi naukowcy starają się emigrować, by w innych krajach móc rozwijać swoje talenty i realizować swoje zdolności i pomysły kreatywne, i robić karierę naukową.
Wprawdzie wydatki na naukę, wyrażane w liczbach bezwzględnych, stale rosną, ale ten wzrost jest zżerany przez inflację i nadmiernie rozbudowywaną administrację. A trzeba pamiętać o tym, że badania naukowe są coraz kosztowniejsze, przede wszystkim ze względu na rosnące ceny aparatury badawczej i materiałów.
Poza tym, intensywna praca naukowa wymaga koncentracji wyłącznie na temacie badań; dlatego naukowcy nie powinni zaprzątać sobie głowy myślami o sprawach bytowych, o tym, jak związać koniec z końcem. Tymczasem ich płace, mimo okresowych podwyżek „na raty”, albo w formie ustalenia fikcyjnych górnych granic widełek płacowych, których żadna uczelnia nie jest w stanie pokryć (przeważnie płace kształtują się na poziomie minimum) są żenująco niskie w stosunku do przeciętnej płacy w gospodarce.
W listopadzie 2012 r. przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat nagród z zysku według GUS wynosiło 3780,64 zł. W 2012 r. wynagrodzenia pracowników naukowych w uczelniach publicznych wahały się od 1830 zł (wykładowca) do 4145 zł (profesor zwyczajny), natomiast dr habilitowany na stanowisku profesora nadzwyczajnego zarabiał 3540 zł, czyli poniżej przeciętnej krajowej. Dla porównania warto przypomnieć, że w czasach II RP profesor zwyczajny uniwersytetu zarabiał tyle, co wojewoda, albo generał, czyli około 3000 zł, podczas gdy pensje robotników wynosiły od 140 zł od 240 zł.
W dniu 9 października 1923 roku weszła w życie „Ustawa o uposażeniu funkcjonariuszów państwowych i wojska” (pisownia oryginalna), która zrównywała uposażenia profesorów zwyczajnych z uposażeniami dyrektorów departamentów, komendanta głównego policji, wojewodów.
Aktualna liczba profesorów wszelkiego rodzaju w Polsce wynosi około 24,5 tys. Z pewnością dałoby się podnieść im pensje do godziwych rozmiarów, czyli w odpowiedniej proporcji do średniej krajowej, kosztem oszczędności w administracji państwowej i ograniczeń nadmiernie wygórowanych płac różnych prezesów, członków rad nadzorczych, dublerów rządu (superwizorów kierowników resortów w rządzie; wcześniej taką rolę pełnili członkowie Biura Politycznego partii) w Kancelarii Prezydenta itp. funkcjonariuszy oraz w wyniku daleko posuniętej racjonalizacji systemu zarządzania państwem i finansami w różnych dziedzinach.
Jeśli dobre zarobki naukowców były możliwe w czasach przedwojennych, kiedy nasze państwo nadrabiało różne zaległości po uzyskaniu niepodległości, to chyba dzisiaj bardziej. Po prostu, brak woli politycznej, który bierze się z niedoceniania roli wiedzy we współczesnym świecie.
Dziwne, że w przeciwieństwie do naszego kraju wiedzą o tym władcy innych krajów rozwijających się; oni myślą przyszłościowo i wiedzą o tym, że inwestowanie w naukę z pewnością przyniesie zyski nie od razu, na zamówienie, ale po pewnym czasie. A nasi ministrowie praktycznie nic nie robią, aby zmienić system finansowania nauki i oświaty i skutecznie wpędzają te sfery w stan agonii. (Zob. List otwarty znad grobu do minister nauki Barbary Kudryckiej, w: Gazeta Wyborcza, 27. 12. 2012)
Skądinąd dziwne, że jak ktoś z poręczenia jakiejkolwiek partii rządzącej u nas od czasów II wojny światowej do niczego się nie nadaje, to zostaje ministrem nauki, albo oświaty i tkwi uparcie na tym stanowisku niczym „święta krowa”.
Kaganiec etyczny
Swobodę badań naukowych ograniczają względy etyczne chyba w nie mniejszym stopniu niż ekonomiczne. O ile ograniczenia ekonomiczne pochodzą wyłącznie z zewnątrz – naukowcy faktycznie nie mają żadnego wpływu na nie – to etyczne pochodzą z zewnątrz i od wewnątrz.
Z jednej strony, badacz poddany jest presji paradygmatów obyczajowych, które ograniczają jego zapędy twórcze; chodzi tu głównie o różne kodeksy pracowników nauki.
Z drugiej strony, ulega naciskowi zakazów moralnych, zakodowanych w swej świadomości w rezultacie edukacji inkulturacji i socjalizacji.
Mimo postępującego prostytuowania się nauki wskutek jej urynkowienia – wiadomo, że za pieniądze ksiądz się modli, za pieniądze świat się podli - zawód naukowca cieszy się wciąż jeszcze stosunkowo dużym zaufaniem i uznaniem społecznym. To wymusza odpowiednie, czyli mające przyzwolenie społeczne, postawy pracowników naukowych, ich zachowania i działania. Są one regulowane na poziomie międzynarodowym, krajowym i instytucjonalnym przez odpowiednie zapisy w kodeksach etycznych.
Europejska Karta Naukowca zawiera wyraźne wskazanie: „Naukowcy powinni przestrzegać uznanych praktyk etycznych oraz fundamentalnych zasad etycznych odnoszących się do dyscyplin, którymi się zajmują, a także norm etycznych ujętych w krajowych, sektorowych lub instytucjonalnych kodeksach etyki".
Podporządkowanie naukowców standardom etycznym zaczęło się od połowy ubiegłego stulecia, kiedy uświadomiono sobie, że badania naukowe mogą mieć katastrofalne skutki dla ludzkości. Nie tylko w sferze militarnej (np. w wyniku zastosowania broni masowego rażenia), ale też w cywilnej (np. w wyniku awarii elektrowni atomowych).
Przede wszystkim zaczęto zwracać uwagę na kwestię odpowiedzialności uczonych za możliwe wykorzystywanie ich wyników badań do niegodziwych celów.
Z czasem uwzględniano również inne sprawy dotyczące funkcjonowania naukowców w społeczeństwie i ich relacje z przedstawicielami innych zawodów.
Dziś kodeksy etyczne pracowników nauki obejmują faktycznie pełną gamę nakazów, zakazów i obowiązków związanych przede wszystkim z ich pracą zawodową. Tych kodeksów jest coraz więcej; zawierają one coraz bardziej szczegółowe powinności i dlatego są coraz obszerniejsze.
Wbrew temu, co sądzą niektórzy, jakoby środowisko naukowe odczuwało potrzebę spisania zasad etycznych w jednorodnej, jednoznacznej i obowiązującej formie zachowań w nauce oraz propozycję procedury określającej tryb postępowania w przypadkach zgłoszenia zarzutu ich naruszenia, sądzę, że wcale tak nie jest, a narzucanie im zasad postępowania w pracy zawodowej, i nie tylko, uwłacza ich godności.
Czyżby naukowcy byli absolutnymi dyletantami w kwestiach etyki i nie wynieśli z domu, ani ze szkół, dostatecznej wiedzy z zakresu obyczajowości i nie wiedzieli, czego im nie wypada i czego nie powinni? Ludzie, nawet – co dziwne – naukowcy, którzy powinni kierować się racjonalnością, wciąż wierzą w jakąś magiczną moc kodeksów, gdy tymczasem zachowania prawne i etyczne wcale nie zależą od ilości kodeksów, lecz od kontekstu społecznego i warunków, jakich się żyje.
Mimo pięknego i obszernego dokumentu, jakim jest Kodeks Etyki Pracownika Naukowego** przyjęty przez „Komisję do spraw etyki w nauce PAN” w 2012 r., coraz więcej nieetyczności występuje w środowisku naukowców, jak chociażby lawinowo rosnąca liczba plagiatów i coraz więcej fałszywych ekspertyz na zamówienie polityków, ideologów, reklamotwórców i finansistów.
W każdym środowisku zdarzają się ludzie niemoralni, a im jest ono liczniejsze, tym więcej można ich spotkać. Na dobrą sprawę, wszelkie kodeksy zawodowe są zbędne; wystarczyłoby kierować się we wszystkich sytuacjach życiowych i w rozwiązywaniu dylematów obyczajowych zasadami etyki ogólnoludzkiej, których jest niewiele i które na ogół są wszystkim dobrze znane.
Takie ogólnoludzkie normy postępowania etycznego zawarte są w każdej etyce świeckiej oraz religijnej i one mogą w zupełności wystarczyć. Niepotrzebnie tworzy się, rozbudowuje i rozdrabnia normy etyczne, przystosowując je do sytuacji i profesji, bo i tak nie da się wszystkiego skodyfikować, a w obszarach nieskodyfikowanych w ostatecznym rachunku ucieka się zawsze do ogólnych zasad etyki i własnej świadomości moralnej.
Czy należy ograniczać przedmiot i zakres badań ze względu na odpowiedzialność za to, co ewentualnie może z nich wyniknąć? Raczej nie.
Nauka ma się rozwijać, ponieważ jej priorytetowym celem jest zaspokajanie ciekawości poznawczej. Chyba, że potępia się wrodzoną i właściwą istotom ludzkim chęć poznania i żądzę wiedzy, uznając je za grzech pierworodny. Wielkim nieporozumieniem i obrazą naukowców jest zakaz prowadzenia badań przez nich w imię jakiejś ideologii politycznej, albo kościelnej wbrew ich ciekawości, zdolności twórczych oraz na przekór interesom nauki i społeczeństwa, które przecież ogromnej mierze korzysta z pożytków nauki. A odpowiedzialności za niegodziwe zastosowania odkryć naukowych nie powinni ponosić naukowcy, lecz przede wszystkim ci, którzy o tym decydują z tytułu posiadania władzy.
Kaganiec wyznaniowy
Ograniczenia prac badawczych i szerzenia oświaty wynikające z przyczyn wyznaniowych są porównywalnie mocne z ograniczeniami ekonomicznymi i kulturowymi. Tu także działają hamulce zewnętrzne, pochodzące od organizacji kościelnych i społeczności wyznaniowych oraz wewnętrzne – z własnego sumienia.
Sumienie nie jest czymś wrodzonym, albo nadanym przez bogów, lecz nabytym w wyniku wychowania i socjalizacji. Inaczej mówiąc, nakazy sumienia pochodzą z norm wyznaniowych w przypadku ludzi religijnych, albo ze świeckich norm kulturowych w przypadku ludzi areligijnych. Jest ono ucieleśnieniem standardów etycznych narzuconych przez kościół będący organizacją ludzi wierzących i funkcjonujących w formie paradygmatów w danej społeczności wyznaniowej. Im starszy i im mniej reformowalny jest jakiś kościół, tym bardziej niewzruszone są te paradygmaty i tym większa ich presja na ludzi.
Często jest tak, że nakazy wyznaniowe skutecznie zagłuszają nakazy wynikające z przepisów prawnych, z postaw obywatelskich lub patriotycznych i z myślenia racjonalnego. Dlatego wielu naukowców i nauczycieli wręcz fanatycznie kieruje się w życiu przede wszystkim nakazami religijnymi i zmusza – na ile to tylko możliwe, niekiedy bezprawnie – innych, zwłaszcza swoich uczniów, ale również współpracowników do stosowania się do tych nakazów. Nierzadkie są w tym środowisku przypadki dysonansu między imperatywami rozumu i wiary, rozstrzyganego zazwyczaj na korzyść wiary.
W przypadku katolicyzmu takie postępowanie uzyskało silne wsparcie wskutek encykliki Jana Pawła II Fides et ratio. Jej kwintesencję można krótko wyrazić w konkluzji „wiara przed/ponad rozumem”.
Na nic zdają się zawarte w tej encyklice dywagacje na temat roli oraz znaczenia nauki we współczesnym świecie, ani zachęta do pracy naukowo-badawczej, jeśli osiągnięcia naukowców mają w ostatecznym rachunku służyć teologii oraz uzasadnianiu prawd wiary - ostatecznym kryterium prawdziwości jest Bóg i objawienie, a wyrocznią w kwestiach spornych między wiarą a nauką lub rozumem jest Magisterium Kościoła.
Ambicje kościoła katolickiego idą jeszcze dalej, w kierunku zawładnięcia sumieniami nie tylko uczonych będących wyznawcami tej wiary, ale również uczonych innych wyznań, a także areligijnych. Zresztą nie chodzi tylko o sumienie.
Kościół usiłuje narzucać granice nauce za pomocą nakazów zawartych we wspomnianym wcześniej Kodeksie Etyki Pracownika Naukowego. Tak na przykład w Preambule cichaczem przemyca się wartości chrześcijańskie, które stanowią fundament tego kodeksu. „Niniejszy kodeks opiera się na podstawowych ogólnych zasadach etyki uznanych w naszym kręgu za naturalne i powszechnie obowiązujące. Uznanie tych zasad zostało przyjęte jako fundament, bez potrzeby analizy źródła tego przeświadczenia. Za podstawowe zasady etyki uznaje się tu poszanowanie godności człowieka oraz życia we wszystkich jego przejawach (…) strażnikiem i sędzią w sprawach etycznych jest indywidualne sumienie oraz sumienie zbiorowe”.
Arbitralnie i bez potrzeby uzasadnienia tego wyboru przejmuje się zasady etyki uznawane w naszym kręgu kulturowym za naturalne. Nasuwają się trzy wątpliwości: przez kogo uznawane, co znaczy naturalne oraz co znaczy życie we wszystkich jego przejawach? Tego nie definiuje się.
Można tylko zasadnie domyślać się, że chodzi tu o uznawanie przez większość katolickiego społeczeństwa, mimo wątpliwości, czy faktycznie wszyscy uchodzący u nas za katolików respektują etykę katolicką, o rozumienie słowa naturalne tak, jak w przypadku tzw. praw naturalnych, czyli pochodzących od Boga, a nie stanowionych przez ludzi i o życie od samego poczęcia.
Na pozór ten kodeks jest areligijny, ale każdy może łatwo dojść do wniosku, o co naprawdę chodziło twórcom tego kodeksu i jak ważnym jest on instrumentem w rękach Kościoła, służącym do manipulacji ludźmi nauki.
Ciekawe jest też odwoływanie się do sumienia indywidualnego pracowników nauki i zbiorowego tak, jakby między tymi sumieniami nie mogło być sprzeczności. Z góry założono, że jednostki i cała społeczność naukowców ma sumienie ukształtowane na podstawie norm etyki katolickiej, „powszechnie uznawanych za naturalne”. A przecież wiadomo, że tak nie jest.
Tym samym ten Kodeks zmusza uczonych o innym niż katolicki światopoglądzie do dokonywania wyborów moralnych na gruncie etyki katolickiej pod sankcją potępienia ich przez skądinąd świecką Komisję Etyki. Zmusza też do zaniechania albo niepodejmowania badań zakazanych przez Kościół, na przykład w sferze genetyki, embriologii i neurofizjologii mózgu.
Chodzi o te badania, których efektem byłoby nadwątlenie dogmatów wiary i ewentualna konieczność reformy Kościoła. A na to przyzwolenia nie będzie, jak buńczucznie zapewniają hierarchowie z papieżem na czele.
A może odrzucanie Darwinowskiej teorii ewolucji działa na korzyść postępu biologii? Samo przyznanie się do bezwyznaniowości, a - nie daj Boże - do ateizmu lub agnostycyzmu, naraża uczonego na ostracyzm ze strony katolików znajdujących się w jego otoczeniu. Uznawane jest za wyobcowanie się z tradycyjnej kultury ufundowanej na chrześcijaństwie czy wyizolowanie się od niej i dlatego jest źle widziane przez kato-uczonych. Dają oni temu wyraz w szkodzeniu tam, gdzie mogą, na przykład wystawiając negatywne opinie przy ubieganiu się o tytuły naukowe.
Oczywiście, to wszystko dzieje się nieformalnie z jezuicką perfidią i nikomu nie można zarzucić umyślnego działania na szkodę z punktu widzenia prawa. Z tego względu nawet uczeni o innym światopoglądzie, bojąc się narazić kręgom katolickim, skrywają swoje przekonania, a nawet pozwalają manipulować sobą.
Blokada awansu naukowego oraz ingerencja w wybory władz uczelnianych i innych gremiów akademickich, utrudnianie dostępu do grantów itp. jak i czynienie z naukowców sług Kościoła albo - jak w roku jubileuszowym 2000 wyraził się rektor Uniwersytetu Katolickiego w Lizbonie na spotkaniu naukowców świata w Watykanie z papieżem - „przekształcanie uniwersytetów w laboratoria wiary” z pewnością nie sprzyja rozwojowi nauki, przynajmniej w jej właściwym, scjentystycznym rozumieniu.
Wiesław Sztumski
27 grudnia 2012
* (http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=73424)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1174
Deliberacja o utożsamianiu
„Nigdy nie zapominaj, kim jesteś.”
(Andrew Fukuda, The Hunt, 2013)
TożsamośćKluczowym pojęciem w rozmyślaniu o utożsamianiu jest pojęcie tożsamości. Jest ono wieloaspektowe i złożone. W różnych dziedzinach nauki i życia stosuje się lepsze lub gorsze definicje tożsamości, Najlepiej zdefiniowano je w logice formalnej. Jednak tożsamość formalnologiczna nie na wiele przydaje się w praktyce, ponieważ odnosi się wyłącznie do przedmiotów idealnych, będących składnikami świata pomyślanego i do obiektów badań nauk teoretycznych.
W świecie sensorycznym stosuje się pojęcie tożsamości empirycznej. Przedmioty są empirycznie tożsame w aspekcie jakościowym, jeśli posiadają jednakowe cechy, a w ilościowym, jeśli natężenia tych cech, mierzone w odpowiednich jednostkach fizycznych, mieszczą się w umownych granicach tolerancji. (Na przykład, dwa stoły uznaje się za identyczne ze względu na długość, w ramach tolerancji wynoszącej 5 mm, jeśli różnice ich długości nie przekraczają 5 mm.)
Tożsamość empiryczna może mieć różne formy w zależności od tego, czy odnosi się ją do cech, struktur, funkcji, substancji, gabarytów, parametrów, wyglądu itd. Odpowiednio do tego ma się do czynienia z tożsamością strukturalną, atrybutywną, funkcjonalną, substancjalną (materiałową), gabarytową, fizyczną, wizualną itp.
W świecie sensorycznym nie da się zidentyfikować przedmiotów ze względu na wszystkie ich atrybuty i kryteria. Dlatego w praktyce ma się do czynienia z tożsamościami cząstkowymi i względnymi. W dalszych rozważaniach będą posługiwać się pojęciem tożsamości empirycznej.
Przy utożsamianiu często popełnia się błąd w wyniku przenoszenia cech poszczególnych elementów zbioru na cały zbiór lub na odwrót. Na przykład, jeśli w jakiejś grupie ludzi stwierdzi się występowanie pewnej liczby leniów, to o całej tej grupie twierdzi się, że jest leniwa, albo na odwrót, że w grupie leniwej każdy musi być leniem. Błąd wnioskowania z jednostek na ogół lub na odwrót popełniają rozmyślnie manipulanci i propagandyści społeczni w celu stygmatyzacji określonych osób i ugrupowań politycznych (konkurentów), kształtowania wobec nich postaw odrazy i wrogości a także ksenofobii wobec innych grup etnicznych, kulturowych, wyznawców religijnych i narodów oraz rasizmu wobec innych ras.
Tożsamość indywidualna
W naturze człowieka leży zwracanie uwagi na siebie w wyniku wyróżniania się w grupie poprzez okazywanie i podkreślanie swojego „ja”, swojej inności i autonomii. O takim człowieku mówi się, że ma świadomość tożsamości indywidualnej. Tożsamość indywidualna, czyli bycie tożsamym samemu sobie, to wierność sobie – swoim poglądom, przekonaniom, ideałom, wierzeniom, pragnieniom, celom, wartościom, swojemu stylowi bycia i myślenia itd.
Dwa warunki muszą być spełnione, by móc manifestować swoją odrębność: być wolnym, by móc okazywać swoją niezależność, oraz mieć świadomość własnej tożsamości. Jednak przesadna wolność i świadomość tożsamości indywidualnej przeszkadzają utożsamianiu się z grupą, ponieważ implikują patologiczny wzrost autonomii. Ma się tu do czynienia ze swoistym paradoksem.
Z jednej strony, każdy wie, że musi żyć w grupie i podporządkować się jej, a więc upodabniać się do innych i częściowo zrezygnować ze swojej tożsamości indywidualnej, ponieważ warunkiem przynależności do grupy jest utożsamianie się ze sobą jednostek wchodzących w jej skład, proporcjonalnie do konsystencji grupy. To zmusza do podporządkowania się standardom i normom obowiązującym w danej grupie, czyli do redukcji samostanowienia i w konsekwencji do zniewolenia.
A z drugiej strony, jednostka boi się utraty swej wolności, broni się przed zniewoleniem i dlatego stara się maksymalnie eksponować swoją tożsamość indywidualną. Stoi więc przed trudnym problemem, jak pogodzić swoją tożsamość indywidualną z tożsamością zbiorową grupy. Inaczej mówiąc, musi wybierać między indywidualizmem a kolektywizmem. Tożsamość i autonomia warunkują się nawzajem. Im większe ma się poczucie własnej tożsamości, tym bardziej manifestuje się swoją inność, niezłomność oraz autonomię i na odwrót. Dzięki temu grupy społeczne są różnobarwne i nabierają specyficznego kolorytu, a rzeczywistość społeczna nie jest monotonna.
Tożsamość społeczna
Tożsamość społeczna to efekt poczucia wspólnotowości i uświadomienia sobie tego, jak dalece jest się podobnym do grupy, do której się należy. Jest ona formą tożsamości kolektywnej. O ile kwintescencją tożsamości indywidualnej jest uświadomienie sobie „siebie jako siebie” - w jakim stopniu jestem sobą, czyli istotą autonomiczną - to kwintescencją tożsamości społecznej jest uświadomieniem sobie „siebie jako elementu grupy” - jakie mam cechy swojej grupy i w jakim stopniu.
Na tożsamość społeczną składają się różne kategorie tożsamości, jak na przykład grupowa, klasowa, kulturowa, wyznaniowa, płciowa, etniczna, branżowa itd.(1)
Tożsamość społeczna odgrywa ważną rolę w funkcjonowaniu grupy społecznej. Jest warunkiem koniecznym do zachowania jej stabilności, spoistości i równowagi. Dlatego uzasadniona jest troska o nią, która sprowadza się do zamykania się grupy na przenikanie elementów obcych i na ograniczaniu ich wpływów. Ale zamknięcie się i izolacja odbija się niekorzystnie na rozwoju grupy, bowiem będąc zamkniętą i izolowaną może rozwijać się tylko tak długo, dopóki całkowicie nie wyczerpią zapasów swojej energii endogennej - kapitału finansowego i ludzkiego, mocy wytwórczej, potencjału intelektualnego, wiedzy oraz możliwości poznawczych i twórczych.
W dzisiejszych czasach, globalizacja obdziera jednostki z ich tożsamości indywidualnej. Zastępuje ją tożsamość kolektywna, która w granicznym przypadku ma wymiar światowy. Skutkiem globalizacji jest przyspieszanie procesów standaryzacji, uniformizacji i homogenizacji, co prowadzi też do zaniku kategorii tożsamości społecznej - tożsamości rodzinnej, zawodowej, etnicznej, narodowej, językowej, folklorystycznej i państwowej.(Manuel Castells, Siła tożsamości, PWN, 2009 ). A zatem, z czasem może dojść do zaniku tożsamości indywidualnej i społecznej.
Jednostki i grupy stopią się w homogeniczną „plazmę społeczną” i będą postrzegać, odczuwać, myśleć, postępować i zachowywać się jak wszyscy inni w świecie, zgodnie z normami społecznymi i kulturowymi, narzuconymi przez globalne ideologie i kreatorów mody światowej. Stanie się tak wbrew woli ludzi, którzy nie chcą pozbyć się swej tożsamości indywidualnej a wręcz przeciwnie, wzmocnić jej poczucie.
Jak napisał Terence McKenna, amerykański pisarz, filozof i etnobotanik (1946-2000), „We współczesnych czasach wielu ludzi marzy o tym, by poznać swą prawdziwą tożsamość. (…) Ten bowiem, kto nie zna swej prawdziwej istoty, jest niczym innym jak bezduszną rzeczą, golemem. (…) Większość mieszkańców stechnicyzowanych cywilizacji przemysłowych opiera swoją tożsamość na zmiennych modach i stylach życia, popularyzowanych przez mass media. Ich świat złożony z jałowej żywności, brukowych środków przekazu i kryptofaszystowskiej polityki, skazuje ich na toksyczne życie w stanie obniżonej świadomości siebie. Znieczuleni przez codzienny program telewizyjny, są żywymi trupami, których wyłącznie konsumpcja utrzymuje w ruchu.” (2)
Utożsamianie
Ludzie nie utożsamiają się tylko z innymi, ale również ze zwierzętami (zoomorfizm), rzeczami (reifikacja człowieka) i maszynami (mechanomorfizm). Tutaj ograniczam się tyko do utożsamiania się z ludźmi.
Utożsamianie bywa dobrowolne, ale częściej wymuszone jest przez konieczność adaptowania się do środowiska społecznego. Ludzie upodobniają się do innych przede wszystkim dlatego, że są istotami stadnymi (społecznymi) i boją się wykluczenia, które utrudniałoby im życie w społeczeństwie, a nawet zagrażałoby ich egzystencji. Upodobnianie się jest więc warunkiem sine qua non funkcjonowania i przeżycia w grupach społecznych i społeczeństwie. Tym łatwiej można przeżyć i czuć się bezpiecznym w grupie, do której się należy, im bardziej jest się dostosowanym do niej, związanym i zintegrowanym z nią w wyniku upodobnienia się do niej i naśladowania jej członków. Najwyższym stopniem podobieństwa i naśladownictwa jest utożsamienie się. Może ono być statyczne, gdy ktoś cale życie utożsamia się z czymś jednym, lub dynamiczne, gdy w ciągu swego życia utożsamia się raz z jednym, raz z drugim.
Utożsamianie można rozumieć na dwa sposoby – albo siebie z kimś, albo kogoś z kimś. Pierwsze polega na naśladowaniu innych osób, grup albo organizacji, na upodobnianiu się do nich w wyniku przypisywania sobie ich atrybutów - cech, idei, poglądów, postaw, wyglądu, stylu życia, gustów, tradycji, sposobu zachowania się, wypowiadania się i ubierania się, itp. Drugi polega na przypisywaniu kogoś do jakiejś kategorii osób na podstawie podobieństwa z różnych względów, albo w efekcie stereotypizacji, schematyzacji, stosowania klisz oraz szablonów. Utożsamianie nie jest nigdy kompletne, lecz tylko do pewnego stopnia, ani ze względu na wszystkie atrybuty, tylko na wybrane, na przykład etniczne, językowe, aksjologiczne, wyznaniowe, seksualne, polityczne, klasowe, zawodowe, sportowe, estetyczne itd.
Utożsamianie siebie
Człowiek utożsamia się z innymi, by czuć się, jak oni i uchodzić w oczach innych ludzi za takiego, jak oni. Chce być tak samo ważnym, cenionym, podziwianym i godnym naśladowania. We współczesnym skomercjalizowanym społeczeństwie o wyborze osób, z którymi chce on się utożsamiać decyduje przede wszystkim pragmatyzm, wyrachowanie i względy ekonomiczne. O wiele mniej decydują względy psychologiczne (egocentryzm). Celem jego życia jest zyskanie rozgłosu, sławy i bogactwa, na wzór celebrytów, toteż coraz więcej ludzi dąży do tego, zwłaszcza młodych, a nawet dzieci.
O wyborze tego, do kogo się upodabnia, decyduje to, co on sam uznaje za dobre dla siebie i skuteczne w działaniu. W mniejszym stopniu liczy się z sumieniem, emocjami, schematami myślowymi i stereotypami. A jeszcze mniej liczy się dla niego rozsądek, krytycyzm oraz zalecenia rodziców, edukatorów, kościoła, ideologów, etyków i filozofów. Dlatego, chociaż teoretycznie może utożsamiać się z dobrymi, albo złymi ludźmi, to w praktyce utożsamia się raczej ze złymi w myśl zasady „powinowactwa społecznego”, zgodnie z którą ludzie utożsamiają się z podobnymi do siebie.(3)
Dawniej, niewielka liczba ludzi ambitnych i snobów naśladowała osoby szlachetne, dobrze urodzone, powszechnie szanowane i cenione - królów, książąt, hrabiów, szlachtę, rycerzy i oficerów. (Na przykład w Galicji i Małopolsce pod zaborem austriackim popularne było nadawanie dzieciom imion książąt habsburskich: Karol, Rudolf, Leopold, Eugenia.) Naśladując je, uczyli się zasad savoir vivre’u – dobrych manier, poprawnego zachowania się, ładnego wyrażania się, estetycznego wyglądu itp. Dzięki temu wznosili się na wyższy poziom kultury osobistej.
Teraz, w konsekwencji postępu cywilizacyjnego, naśladownictwo i utożsamianie się z innymi stało się zjawiskiem masowym. Ludzie, zazwyczaj bezkrytycznie, naśladują innych, nie tylko szlachetnych i utożsamiają się z nimi za wszelką cenę, nawet ośmieszania się. Najwięcej ludzi utożsamia się z celebrytami oraz różnymi miernotami eksponowanymi w środkach przekazu masowego, głównie w telewizji i Internecie. Wielu osobom imponują negatywni bohaterowie - kłamcy, oszuści, aferzyści, kryminaliści, bandyci i inni osobnicy cieszący się złą sławą. To nie dziwi, bo przecież żyjemy w kulturze antywartości.
W konsekwencji, postępuje masowy upadek obyczajów, brak kultury osobistej, wulgaryzacja, powszechne zdziczenie i schamienie. Nie jest ważne, z kim się utożsamia, byleby tylko zabłysnąć ekstrawagancją, nieposzanowaniem ładu społecznego, norm prawnych i obyczajowych, nieuctwem oraz grubiaństwem. Chodzi o to, żeby w ten sposób szokować i skupiać uwagę na sobie.
Szczególnie politycy lubią utożsamiać się z kimś cenionym przez naród, mądrym, cieszącym się dużym zaufaniem i uczciwym, a więc z tym, czyich atrybutów sami nie posiadają. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby czynili to w celu nadrobienia swoich braków i doskonalenia się. Ale jest inaczej, ponieważ robią to tylko na pokaz, zazwyczaj w czasie kampanii wyborczych, żeby przypodobać się wyborcom i utrzymać się przy władzy i korycie. To są zwykli hipokryci i przebrzydłe indywidua żerujące na naiwności, łatwowierności i głupocie ludu.
Utożsamianie kogoś
Ten rodzaj utożsamiania ma na celu klasyfikację ludzi ze względu na ich cechy faktyczne albo zmyślone, w zależności od potrzeb. Dokonuje się jej za pomocą odpowiednich wzorców, schematów i stereotypów. Dzięki temu poszczególne jednostki zalicza się do odpowiednich kategorii społecznych, etykietuje się je lub stygmatyzuje. Jeżeli takie zaliczanie jest prawdziwe, tzn. jeśli ktoś ma rzeczywiście cechy, które kwalifikują go do umieszczenia w danej kategorii ludzi, to jest to etycznie obojętne. Gorzej, jeśli takich cech nie ma, a przypisuje się je po to, by mu zaszkodzić, umieszczając go w kategoriach ludzi powszechnie uznawanych za niegodziwców.
Takie utożsamianie jest wielce naganne. Niestety, ma się z nim coraz częściej do czynienia. Pomawianie, szkalowanie i „przypinanie łatek” w celu zaliczania ludzi o odmiennych poglądach do kategorii niegodziwców i w ten sposób pozbawiania ich czci stało się zjawiskiem powszechnym w walce konkurencyjnej w różnych sferach życia, ale przede wszystkim w sferach biznesu i polityki. Okazało się ono skutecznym narzędziem służącym do eliminacji rywali, wrogów i opozycjonistów z gry o panowanie. Bo jak mają się bronić przed pomówieniami? Żeby zaklinali się na wszystkie świętości, że nie są takimi, jak się ich przedstawia, mało kto im uwierzy. Dowodzenie, że nie jest się takim, jakim funkcjonuje się w świadomości potocznej na skutek insynuacji, jest z góry skazane na niepowodzenie. Niech kto spróbuje dowieść, że na przykład nie jest osłem.
Odwoływanie się do faktów i przytaczanie argumentów rzeczowych i logicznych mija się z celem w dyskusji z tymi, którzy lekkomyślne uwierzyli nikczemnym propagandystom opiniotwórczym manipulantom kierując się głównie emocjami i którzy lubią tanie sensacje, bez względu na to, czy zostały one zweryfikowane, czy wyssane z palca. Zwłaszcza, gdy autorami kalumnii głoszonych wszem wobec i powtarzanych do znudzenia dzień w dzień za pomocą mass mediów rządowych są osoby publiczne zajmujące czołowe stanowiska w partii i rządzie, którzy uznawani są przez dużą część społeczeństwa za bezsporne autorytety. Wszak potwarze i kłamstwa charakteryzują się większą inercją aniżeli rzetelne opinie i prawdy i dlatego łatwiej docierają do świadomości mas i na dłużej pozostają w ich pamięci. Licznych przykładów na to dostarczają reżymowe telewizje wielu krajów autorytarnych i oglądanie codziennych wiadomości emitowanych przez partyjno-reżymową telewizję polską.
Zamiast wniosku
Na podstawie rozważań o utożsamianiu nie potrafię sformułować jakiejś sensownej konkluzji, oprócz tej, że należy je kontynuować, aby można było odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule „Kim naprawdę jesteśmy?” Czy tymi, za kogo się uważamy w wyniku utożsamiania się z innymi, czy tymi, za kogo ludzie nas uznają w wyniku utożsamiania nas z innymi? A może częściowo jednymi oraz drugimi, nie wiadomo, w jakiej proporcji. Jedno jest pewne: naprawdę, jacy jesteśmy, nie wie nikt, ponieważ w tańczących wokół nas zazwyczaj krzywych zwierciadłach widzimy rozmaite obrazy siebie.(4)
Wiesław Sztumski
10.09.2023
Przypisy:
(1) Tożsamość grupowa wynika z przynależności do różnych narodowości, religii, klas społecznych itp. Tożsamość kulturowa wynika z przynależności do konkretnej kultury lub subkultury, uznawania tych samych wartości, zwyczajów, tradycji i posługiwanie się tym samym językiem. Tożsamość płciowa wynika z przynależności do grupy o określonej orientacji seksualnej. Tożsamość etniczna wynika z przynależności do określonej grupy etnicznej lub narodowej, kultury i dziedzictwa.
(2) Terence McKenna, Food of the Gods: The Search for the Original Tree of Knowledge A Radical History of Plants, Drugs, and Human Evolution, 1993.
(3) Powinowactwo społeczne rozumiem podobnie jak powinowactwo chemiczne.
(4) Parafraza tekstu piosenki Jonasza Kofty „Jej portret”- „Naprawdę, jaka jesteś, nie wie nikt. Bo tego nie wiesz nawet Ty. Tańczących wokół szarych lustrach dni (…)”
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 990
Kwestia sprawiedliwego podziału produktu społecznego w dzisiejszym świecie
The problem today is not lack of proper resources,
but lack of proper distribution (1)
Mahatma Gandhi
What's the best way to make sure that the poor have a share in a country's growing wealth: Regulation? Taxes? Philanthropy? (2)
Linsey McGoey
Sprawiedliwość społeczna
W potocznym rozumieniu oznacza ona przyznanie ludziom tego, co - w odczuciu większości - słusznie im się należy z różnych względów: wkładu pracy, zasług, pełnionych funkcji, pozycji społecznej, przydatności, ofiarności itd. W ustroju demokratycznym odczucie społeczne wynika z indywidualnych ocen i dlatego ma charakter intersubiektywny. To nie znaczy, że te oceny są w pełni autonomiczne i nie ulegają presji ze strony różnych organizacji, instytucji, autorytetów, ideologii, religii, norm stereotypów oraz innych czynników kulturowych. Autonomia jednostki jest zawsze względna i ograniczona. Inaczej jest w ustrojach totalitarnych. Tam oceny są podyktowane przez jedynowładców, którym nikt nie śmie się sprzeciwić.
Sprawiedliwość społeczna jest najbardziej odczuwalna przy dystrybucji sumarycznej wartości dóbr i usług wytworzonych wspólnym wysiłkiem społeczeństwa, tj. tego, co w ekonomii nazywa się całkowitym produktem społecznym, albo dochodem lub produktem narodowym.
O sprawiedliwą dystrybucję dochodu narodowego upominają się pracobiorcy i pracodawcy. Pierwsi, by czuć się dowartościowanymi i by móc zaspokajać swoje potrzeby, nie tylko egzystencjalne. Drudzy, by powiększać swoje dochody, ponieważ wiedzą, że zadowoleni pracownicy zwiększają swoją wydajność pracy oraz podnoszą jakość i ilość produkcji. Również politykom zależy na tym, gdyż obywatele zadowoleni ze sprawiedliwej dystrybucji dochodu narodowego chwalą ustrój i rząd.
Na pozór podział produktu społecznego wydaje się czymś prostym. Ale byłoby tak, gdyby istniała jakaś jedna zasada sprawiedliwości społecznej i jedno kryterium szacowania wartości tych dóbr, akceptowane przez znaczną większość społeczeństwa. Ale czegoś takiego nie ma. Nie sprawdziła się klasyczna marksowska teoria dystrybucji, realizowana w dyktaturze proletariatu i realnym socjalizmie, i neoklasyczna, realizowana we współczesnym neoliberalizmie.
Obecnie, w ramach teorii dystrybucji podejmuje się wiele prób znalezienia kryterium sprawiedliwego podziału dóbr społecznych, ale wciąż bez powodzenia. Dotychczas nie wymyślono takiego kryterium, zwłaszcza w ustroju liberalnej demokracji, które zadowalałoby właścicieli środków produkcji i kapitału, pracowników najemnych, klas rządzących oraz reszty społeczeństwa i które odpowiadałoby panującej ideologii politycznej. I chyba nie uda się go stworzyć na anachronicznym fundamencie ekonomii klasycznej, filozofii ekonomii oraz świadomości i pojęcia pracy, ukształtowanych jeszcze w dziewiętnastym wieku.
Najprościej byłoby uczciwie i skrupulatnie wycenić całkowity produkt społeczny i jego wartość liczoną w odpowiednich jednostkach monetarnych pomniejszoną o zyski firm, innowacje, amortyzację, ryzyko, inwestycje itp. wydatki konieczne i podzielić ją przez liczbę osób uczestniczących w procesie wytwarzania tego produktu. Jednak wymaga to rozwiązania dwóch problemów: ilościowej wyceny tej części produktu społecznego, której nie da się zmonetaryzować oraz ilościowego określenia udziału ludzi w procesach wytwarzania go.
W pierwszym przypadku chodzi na przykład o kapitał ludzki - o rynkową wycenę umiejętności, wiedzy (głównie specjalistycznej), doświadczenia zawodowego, posiadanych informacji, kultury pracy, zdolności organizatorskich, kwalifikacji, kompetencji, potencjału, innowacyjności i umiejętność synergicznej pracy zespołowej pracownika.(3)
Okazuje się, że najprostsza zasada dystrybucji nie jest w pełni sprawiedliwa. W społeczeństwie wiedzy całokształt wiedzy, umiejętności, kompetencji, doświadczeń zawodowych, postaw wobec pracy, kreatywności itp., czyli kapitał ludzki, jest składnikiem sił wytwórczych społeczeństwa. (A jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku spierano się o to, czy nauka wchodzi w skład sił wytwórczych). Ten kapitał przekształcił się już w towar, który ma określoną i coraz wyższą cenę i dobrze sprzedaje się na rynku pracy.
Wiedzą o tym biznesmeni, którzy bardzo dobrze potrafią nim zarządzać, by osiągać maksymalne zyski, ale nie politycy i rządy, od których zależy rozwój kapitału ludzkiego. Bezmyślnie redukują inwestycje, zamiast zwiększać je, w edukację (rozwój wiedzy i umiejętności) i wychowanie (kształtowanie odpowiedniej świadomości pracy i pozytywnych postaw wobec niej), a niektórzy umyślnie rujnują system edukacji, ponieważ zmierzają do coraz większego ogłupiania obywateli, jako że łatwiej rządzi się głupimi. Świadczy to o kompletnej głupocie rządów, które to czynią i w ten sposób umniejszają wartość produktu społecznego państwa.
Podobnie szkodliwa jest minimalizacja nakładów finansowych na służbę zdrowia i demontaż systemu ochrony zdrowia.
W drugim przypadku chodzi o to, w jakim stopniu ktoś był zaangażowany w wytwarzanie produktu społecznego. Jedni uczestniczą w tym bezpośrednio, inni pośrednio, jedni wykonują istotne prace odpłatne, drudzy – nieodpłatne, jedni z większym wysiłkiem, drudzy z mniejszym, jedni wykonują prace główne, drudzy - pomocnicze itd.
Proponowano różne sposoby pomiaru wartości kapitału ludzkiego, jak na przykład kosztowe (polegające na podliczaniu wartości wszystkich wydatków będących inwestycją w człowieka) oraz dochodowe (polegające na podliczeniu aktualnej wartości strumienia dochodów uzyskiwanych na przykład z tytułu wykształcenia). Jednak każda z nich budzi wiele wątpliwości i spotkała się z krytyką specjalistów od teorii dystrybucji.(4)
Wszystkie te propozycje odwołują się do metod pośrednich opartych na niejasno zdefiniowanych parametrach, kontrowersyjnych wzorach matematycznych i niedokładnych pomiarach. Toteż wciąż trwają poszukiwania choćby jednej metody bezpośredniego pomiaru, co - moim zdaniem - skazane jest na niepowodzenie z różnych względów.
By obyć się bez ilościowego określenia wartości produktu społecznego, korzysta się z jakościowych zasad jego dystrybucji sformułowanych w postaci imperatywów moralnych, jak na przykład: „Od każdego według jego zdolności – każdemu według jego wymagań” (5), albo pochodnych od niego: „Każdy według swoich możliwości, każdemu według jego potrzeb”, „Od każdego według jego kompetencji, każdemu według jego pracy” itp.
Jednak te hasła nie mają wartości aplikacyjnej; są abstrakcyjnymi i demagogicznymi sloganami. Wymownie dowiodło tego doświadczenie historyczne realnego socjalizmu. Mimo to, posługują się nimi współcześni politycy, obiecujący zbudować prawdziwie sprawiedliwe społeczeństwa - niestety, nie wiadomo kiedy. Takich zasad nie należy traktować jak realnie osiągalnego celu, lecz jak cel, do którego w najlepszym przypadku można tylko próbować zbliżać się asymptotycznie, czyli bez szans na jego osiągnięcie.
Praca źródłem bogactwa
Nikt dzisiaj, jak i dawniej, nie wątpi w to, że najważniejszym źródłem bogacenia się jednostek, społeczeństw i krajów była, jest i będzie praca ludzka – cielesna, wspomagana maszynami, komputerami i sztuczną inteligencją. Jeszcze do przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, mówiąc o pracy jak o źródle bogacenia się, miało się na myśli przede wszystkim pracę fizyczną. Później, w wyniku niesłychanie szybkiego postępu technicznego i podziału pracy, również pracę intelektualną i inne rodzaje pracy, jakie pojawiały się, nawet prace nieodpłatne.
Obecnie, udział pracy fizycznej w tworzeniu bogactwa społecznego jest coraz mniejszy w porównaniu z pracą intelektualną oraz innymi rodzajami pracy. W związku z tym, praca stała się niejako naturalnym kryterium dystrybucji produktu społecznego. Jednak, jeśli ma ona być determinantem dystrybucji bogactwa społecznego, to nie każda praca, lecz tylko społecznie użyteczna. (Nie chodzi o pracę społecznie użyteczną w rozumieniu prawa, jak na przykład roboty publiczne dla bezrobotnych).
Społecznie użyteczna praca to celowo podejmowane działania wytwórcze, w których wyniku powstają produkty i usługi niezbędne dla zaspokajania potrzeb własnych i wszystkich konsumentów w danej społeczności. „Społecznie użyteczna praca produkcyjna jest definiowana jako celowa i sensowna praca fizyczna, której wynikiem są towary lub usługi, użyteczne dla społeczeństwa”. (6)
Zasada dystrybucji w warunkach korporatokracji
Czym jest korporatokracja? Jest to rząd sprawowany przez grupy jednostek zwanych korporantami (przeważnie członków zarządów) stojących na czele największych korporacji (holdingów, koncernów, spółek itp.) w danym państwie.(7)
Korporatokraci nie tworzą rządów formalnych (8) ani jawnych, lecz nieformalne i ukryte, które działają podobnie, jak różne „niewidzialne ręce” w państwie, tzn. jak kryptorządy. (Z reguły, co skryte, podejrzewa się nie bez racji, że jest nieuczciwe). Postępująca globalizacja w sferze ekonomii, a w ślad za nią w sferze polityki, doprowadziła już do tego, że grupy korporantów sprawują faktyczne, choć nieformalne rządy w coraz większej liczbie państw w obrębie poszczególnych kontynentów jak i w wymiarze międzykontynentalnym.
W 2022 roku światem rządziło 12 najbogatszych korporacji (w nawiasach podano ich przychód w mld USD): Walmart (523.96), Sinopec Group (407.01), State Grid (383.91), China National Petroleum (379.13), Royal Dutch Shell (352.11), Saudi Aramco (329.78), Volkswagen (282.76), BP (282.62), Amazonka (280.52),Toyota Motor (275.29), Exxon Mobil (264.94), Apple (260.17).
Korporantami są najbogatsi ludzie świata, których największą zaletą jest sztuka robienia pieniędzy, liczenia ich oraz pomnażania. W listopadzie 2022 r. najbogatszymi ludźmi świata byli: Elon Musk (219 mld SD), Jeff Bezos (171), Bernard Arnault z rodziną (158), Bill Gates (129), Warren Buffett (118), Larry Page (111), Sergey Brin (107), Larry Ellison (106), Steve Ballmer (91), Mukesh Ambani (90,7), Gautam Adani (90), Michael Bloomberg (82), Carlos Slim Helu z rodziną (81,2), Francoise Bettencourt Meyers (74,8) i Mark Zuckerberg (67,3). (W nawiasach ich wartość netto w miliardach USD). (9)
Na szczęście, nie działają oni w sposób zorganizowany, lecz każdy osobno stara się rządzić politykami i rządami, głównie swojego kraju, ale też innych krajów w miarę swych możliwości.
Jeden korporatokrata nie stanowi wielkiego zagrożenia, ale stanowią go wszyscy, nawet niezorganizowani w jakieś tajne stowarzyszenia (sitwy, loże, mafie). Wprawdzie ich działania są rozproszone i niesynergiczne, ale dają efekt sumaryczny, jak lawina drobnych kamyczków sypiących się z różnych stron. Działają oni lobbingowo na wpływowych polityków, rządy, parlamenty i wielki biznes i często uciekają się do korupcji i szantażu. A lobbing i szantaż niszczą demokrację.
Niestety, lobbing, czyli zwykłe i niekaralne łapówkarstwo, przybiera postać swoistej pandemii.(10) Budżety lobbingowe korporacji (wydatki na korupcję) rosną bardzo szybko. Na przykład w 2015 r. budżet lobbingowy Apple wynosił 750 tys. euro, a obecnie 6,5 mln euro. Również Meta i Facebook, zwiększyły swój budżet lobbingowy ponad sześciokrotnie - od 450 tys. euro w 2015 r. do 6 mln euro w 2022 r.(11) W 2021 r. największym podmiotem lobbującym w Stanach Zjednoczonych była Amerykańska Izba Handlowa, której łączne wydatki na lobbing wyniosły 66,41 mln USD.(12)
Korporatokracja wytworzyła specyficzną kastę ludzi – centomiliarderderów, którzy zdobywają tak niepomierne (centomiliardowe) fortuny głównie dzięki niepomiernemu wyzyskowi innych i zawłaszczaniu bogactwa społecznego różnych krajów świata. Karol Marks napisał w Krytyce programu gotajskiego: „Nikt w społeczeństwie nie może zdobyć bogactwa, jeśli sam na nie zapracował na nie, tj., jeśli żyje z cudzej pracy i przywłaszcza sobie bogactwo stworzone kosztem cudzej pracy”.
Od razu nasuwa się pytanie, czy praca korporantów - działania biznesowe ukierunkowane przede wszystkim na bogacenie się dzięki wyzyskowi i korupcji - jest społecznie użyteczna i dzięki temu akceptowana moralnie, i czy przyczynia się ona do pomnażania bogactwa (produktu) społecznego. Z pewnością jest pracą w szerokim jej rozumieniu.(13) Jednak odpowiedź na pytanie, czy jest społecznie użyteczną, zależy od tego, czy przyczynia się do wzrostu bogactwa społecznego. Sądzę, że o wielekroć bardziej do bogactwa indywidualnego, a i to tylko pośrednio i w śmiesznie małym stopniu.
Poza tym, pracę ich postrzega się raczej jako nieuczciwą, ponieważ „Nikt nie jest w stanie uczciwie zarobić miliona dolarów”. (William Jennings Bryan). Pośrednio ich praca przyczynia się do powiększania bogactwa kraju (dochodu narodowego), jeśli płacą oni podatki, jak na przykład Bill Gates, który kiedyś powiedział: „Zapłaciłem więcej podatków - ponad 10 mld dolarów - niż ktokolwiek inny”. Jednak prawda jest taka, że wielu z nich ucieka do rajów podatkowych, albo oszukuje urzędy skarbowe. Tylko w USA, według danych Departamentu Skarbu, najbogatsi unikają płacenia 163 mld USD podatku dochodowego rocznie.
Oprócz tego wszyscy mają udział w finansowaniu projektów przemysłowych (co zresztą pomnaża ich dochody) i prac badawczo-naukowych w uczelniach oraz w sponsorowaniu uczelni prywatnych (grantów). Są to najczęściej kwoty kilkumilionowe.
Wpłacają też pewne kwoty na cele dobroczynne. W 2018 r. na cele dobroczynne dziewięciu najbogatszych miliarderów przekazywało średnio 3,8% swojego majątku. Natomiast pozostali wpłacali poniżej 1%. Przy tym, im który bogatszy, tym mniej wpłacił. Wyjątkiem jest Bill Gates, który przekazał aż 45,6 %.(14)
Trzeba jednak wiedzieć, że w większości przypadków ich działalność charytatywna nie wynika z „dobrego serca”, lecz ze zwykłej kalkulacji. Dzięki wpłatom na cele dobroczynne uzyskują ulgi lub odpisy podatkowe. Oprócz tego, filantropia kształtuje ich image „dobrego paniska” - człowieka troszczącego się o biednych i potrzebujących - który odgrywa ważną rolę w biznesie i polityce.
Największy udział w tworzeniu i wzroście bogactwa społecznego mają średnio bogaci i biedni, a nie miliarderzy, których liczbę w 2022 r na świecie szacuje się na 2668 do 3000. Ich łączny majątek wynosi 12,7 bilionów dolarów. Wartość majątku 86% z nich jest wyższa niż rok temu („Gdyby każdy miał usiąść na banknotach 100 dolarowych odpowiadających jego majątkowi, to większość ludzi siedziałaby na ziemi, klasa średnia z bogatych państw - na wysokości krzesła, a dwóch najbogatszych ludzi na świecie - w kosmosie”(15) Według World Inequality Report ich udział w światowym bogactwie wynosi tylko 3%. Liczba miliarderów szybko wzrasta. Na liście najbogatszych ludzi świata, opublikowanej w 2021 r. przez magazyn „Forbes” znajduje się 660 osób więcej niż w poprzednim roku, w tym 493 zupełnie nowych. To znaczy, że średnio co 17 godzin „rodził się” jeden z nich.
Im mniej kompetencji, tym większe żądania
Ta reguła odnosi się przede wszystkim do korporatokratów i polityków. W obu przypadkach, zazwyczaj o sukcesie nie decyduje poziom wykształcenia, odpowiednia wiedza merytoryczna, kultura osobista ani potrzebne umiejętności, lecz poplecznictwo, koterie, dziedziczenie, a czasem zbiegi okoliczności. Łatwo można przekonać się o tym wertując biografie tych osób.
Jakie wykształcenie i kompetencje zawodowe posiadają korporatokraci? Otóż większość z nich, przede wszystkim w krajach Ameryki Środkowej i Południowej, Afryki i Azji, nie ma wyższego wykształcenia albo, co najwyżej posiada licencjat. Tajwan, Tajlandia, Chiny i Brunei należą do krajów, w których żaden z nich nie zdobył jakiegokolwiek dyplomu. Wyższe wykształcenie ze stopniem magistra mają korporatokraci w wielu krajach Ameryki Północnej i Europy Zachodniej. (Na przykład, najbogatszy mieszkaniec Albanii Samir Mane do budowania swojej fortuny nie wykorzystał raczej swojego wykształcenia. W 1991 r. rozpoczął naukę na kierunku geologii w Wiedniu, ale studia rzucił już na pierwszym roku.)(16) Czy nie mając żadnego wyższego wykształcenia, albo tylko licencjackie, uzyskane zwykle w byle jakich uczelniach, posiadają odpowiednie kompetencje do rządzenia światem i ustawiania rządów i polityków?
W przeciwieństwie do nich lepsi są politycy. Większość z nich ma przynamniej stopień magistra, ale rzadko z tych dziedzin nauki, jakie wymagane są na ich stanowiskach. Czy oni też mają odpowiednie kompetencje do sprawowania władzy?
Tak korporatokraci, jak politycy, zajmują coraz wyższe stanowiska w biznesie i rządach. Ich awansom towarzyszy wzrost wymagań od społeczeństw, którymi jawnie lub skrycie rządzą. Przecież stare przysłowie głosi: „W miarę jedzenia apetyt rośnie”. Im więcej się posiada, tym więcej pragnie się mieć. Zwłaszcza, że w rozwijającym się społeczeństwie konsumpcyjnym „mieć” jest coraz ważniejsze od „być”. Pozycja społeczna i zawodowa, sława, pieniądze oraz dobra materialne, które się ma, sprawiają, że czuje się potrzebę posiadania ich jeszcze więcej. Chęć zysku, bogactw, władzy i sławy nie ma kresu i nigdy nie zostaje zaspokojona. W ten sposób stają się oni na własne życzenie, jak wielu innych ludzi, niewolnikami i zakładnikami stale rosnących potrzeb. Mogą je zaspokajać tylko w jeden sposób – wskutek zawłaszczania coraz większej części produktu społecznego.
Najgorsze jest to, że są oni głęboko przeświadczeni o tym, że im się to jak najbardziej słusznie i bezwarunkowo należy, ponieważ poświęcają się dla społeczeństwa. Wmawiają masom, że spełniają „misję”, a to coś więcej niż praca.(17) Ich celem życiowym jest najpierw zdobycie wysokiej pozycji dzięki posiadaniu odpowiedniego majątku, koneksji, poparcia itp., a potem władzy i nieustanne, coraz szybsze powiększanie swego majątku w wyniku zaspokajania coraz większych roszczeń, a nie zdobywania coraz większych kompetencji zawodowych i moralnych. W realizacji tego celu pomaga im to, że nie tylko czują się wszechwładnymi, ale faktycznie są nimi. Nikt nie waży się ich tknąć. Inaczej mówiąc, w najlepszym przypadku ich kompetencje pozostają na poziomie constans, a wymagania - na poziomie maximum.
To właśnie jest treścią prawa odwrotnej proporcji między kompetencjami i wymaganiami korporatokratów i polityków. Jak na razie, pełni ono rolę zasady „sprawiedliwego” podziału produktu społecznego.
Wiesław Sztumski
20 listopada 2022
1. Dzisiejszym problemem nie jest brak odpowiednich zasobów, ale brak odpowiedniej dystrybucji.
2. Jaki jest najlepszy sposób na to, aby biedni mieli udział w rosnącym bogactwie kraju: Regulacje? Podatki? Filantropia? (Linsey McGoey, Nie ma czegoś takiego jak darmowy prezent: Fundacja Gatesa i cena filantropii)
3. Maria Miczyńska-Kowalska, Kapitał ludzki w rozwoju społeczeństwa i gospodarki opartej na wiedzy, „Nierówności Społeczne a Wzrost Gospodarczy”, nr 3, 2017
4. Ireneusz Miciuła, Krzysztof Miciuła, Metody pomiaru wartości kapitału ludzkiego, Uniwersytet Szczeciński - Zeszyty Naukowe nr 858, „Współczesne Problemy Ekonomiczne”, nr 11, 2015
5. Jeder nach seinen Fähigkeiten, jedem nach seinen Bedürfnissen, Karl Marx, Kritik des Gothaer Programms
6. Satya Pal Ruhela, Work, Experience, Education, Diamond Books New Delhi, 2006
7. Korporacja to organizacja społeczna posiadająca osobowość prawną i opierająca się na kapitale jej członków (udziałowców). Potocznie przez korporacje rozumie się duże, międzynarodowe firmy, które zatrudniają wielu pracowników i maja swoje filie w innych krajach.
8. Rząd formalny (w rozumieniu polityki) to naczelny wykonawczy i zarządzający organ państwa, kierujący całym aparatem administracyjnym powoływany i odwoływany w wyniku wyborów.
9. Kerry A. Dolan, Chase Peterson-Withorn, The Richest In 2022 (https://www.forbes.com/billionaires; data dostępu 18.11.2022)
10. Lobbing to wywieranie wszelkimi sposobami wpływu na przedstawicieli władzy, żeby podjęli działania w danym kierunku, np. uchwalając nową czy zmieniając obowiązującą ustawę. Wywieranie to jednak musi odbywać się legalnymi metodami.
11. „Corporate Europe Observatory”, 20.09.2022
12. „OpenSecrtes (Following money in politics)” 30.09.2022
13. W. Sztumski, Krytycznie o pojęciu pracy i równowadze między czasem pracy i czasem wolnym, Relacje praca – życie pozazawodowe drogą do zrównoważonego rozwoju jednostki (red. R. Tomaszewska-Lipiec), Wydawnictwo Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego Bydgoszcz 2014
14. Paige Leskin, Oto 10 miliarderów z branży technologicznej, którzy wydają najwięcej na cele charytatywne, „Bussines Insider”, 01.02.2019.
15. Mieczysław Szubański, Trzy tysiące miliarderów, „Rzeczpospolita”, 30.04.2022
16. Rolf Bax, The college degree of the richest person in every country. (https://resume.io/blog/college-degree-richest-person-in-every-country; data dostępu 15.11.2022)
17. Wiesław Sztumski, Język w służbie kłamstwa, „Sprawy Nauki”, Nr 8-9, 2018
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 3250

Być może jest taka prawidłowość rozwoju społecznego, że liczba sprzeczności rośnie wraz z postępem cywilizacyjnym, przyrostem demograficznym i kondensacją przestrzeni społecznej, a ten wzrost dokonuje się nie liniowo, lecz wykładniczo. Jednocześnie, wiele z nich staje się coraz ostrzejszych i coraz trudniej jest je łagodzić lub eliminować. Sprzeczności społeczne mają postać sporów, konfliktów i antagonizmów społecznych.
Różne są przyczyny i skutki sprzeczności społecznych. Przede wszystkim rodzą się one na gruncie zazdrości (przyczyna psychologiczna, subiektywna) oraz konkurencji (przyczyna ekonomiczna, obiektywna).
U podstaw stosunków między ludźmi - wzajemnego odnoszenia się do siebie, zachowania się wobec innych i działań podejmowanych w stosunku do nich - leżą czynniki osobowościowe i egzystencjalne.
Negatywnymi skutkami sprzeczności społecznych są postawy wrogości, ksenofobii, nienawiści i agresji. Są nimi również zjawiska dysharmonii społecznej, dysfunkcji społeczeństwa i państwa, a także organizacji oraz instytucji społecznych i państwowych.
Te postawy i zjawiska narastają, szerzą się i potęgują w tempie proporcjonalnym do przyspieszania różnych procesów zachodzących w socjosferze zgodnie z zasadą akceleracji, której podporządkowany jest współczesny świat.
Wśród dorosłych, młodzieży, a nawet dzieci coraz więcej jest wrogości, agresji, zawiści i nienawiści (modne ostatnio hejtowanie) oraz nieprzebierającej w środkach, formach i sposobach walki konkurencyjnej: o pracę, stanowisko, ocenę, pozycję społeczną, władzę i bogactwo. Im bardziej ludzie poddają się ideologii konsumpcjonizmu, tym zawzięciej konkurują, nienawidzą i zwalczają się. I tym częściej popadają w konflikty. Towarzyszy temu zanik postaw empatii, życzliwości i życia w zgodzie. Konflikty, spory, waśnie i zwalczanie się mają miejsce wewnątrz grup społecznych oraz organizacji (rodzin, partii politycznych, instytucji, przedsiębiorstw, kościołów itp.) i między nimi. Powszechne skonfliktowanie i walka stanowią jedno z poważnych zagrożeń dla należytego funkcjonowania społeczeństwa oraz dla egzystencji jednostek.
Niezbędna adaptacja
Życie w takich warunkach staje się coraz trudniejsze, niekiedy nie do zniesienia, a szanse na przeżycie są coraz bardziej ograniczone. Nie da się ich zmienić tak długo, jak długo będzie trwać obecny system ekonomiczny, ustrój polityczny i odpowiadająca im ideologia konsumpcjonizmu. Te trzy elementy są mocno sprzęgnięte ze sobą i wspomagają się nawzajem; dlatego są bardzo stabilne i odporne na zmiany, które tu i ówdzie próbuje się czasami podejmować.
Wobec tej sytuacji jesteśmy faktycznie bezradni i bezsilni. Dlatego, dopóki nie dokona się jakaś rewolucja w skali światowej - ustrojowa, ekonomiczna i aksjologiczna - nie pozostaje nic innego, jak dostosować się do życia w takich warunkach. Adaptacja do środowiska jest warunkiem koniecznym do przeżycia. Chęć przeżycia - charakterystyczna dla wszystkich istot żywych, wynikająca z instynktu samozachowawczego, którego ludzie jeszcze nie wyzbyli się – zmusza do podejmowania działań na rzecz ograniczania, osłabiania lub łagodzenia sprzeczności społecznych. Nie dotyczy to podstawowych i typowych dla naszych czasów sprzeczności, których w ogóle nie sposób się pozbyć, jak np. między kapitałem a pracą, albo bogatymi i biednymi. Z nimi po prostu trzeba się pogodzić i przejść do porządku dziennego nad nimi.
Ale jest masa sprzeczności nieistotnych, które mają postać mniej lub bardziej znaczących konfliktów, które też nękają ludzi, utrudniają im życie i przeżycie. Realną szansą na uporanie się z nimi - złagodzenie lub eliminację - jest kształtowanie postaw tolerancji dla wszelkich inności, wzajemnego przebaczania sobie (miłosierdzia), a także chęć dochodzenia do kompromisów, albo konsensusów.
Jednak z wybaczaniem - a tym bardziej z miłosierdziem (mamy „rok miłosierdzia”) zalecanym przez katolików, którzy stanowią większość naszego społeczeństwa - nie mamy do czynienia za często. Te zalecenia kościoła są nagminnie ignorowane w zachowaniach codziennych. Być może dlatego, że w tym systemie społecznym, gdzie „człowiek człowiekowi wilkiem”, oznaczałoby to nieporadność, brak siły, umiejętności i chęci stawiania czoła przeciwnikowi, albo tchórzostwo (unikanie walki lub ucieczka z pola walki).
Natomiast z powszechną aprobatą spotyka się dążenie do kompromisów. Upatruje się w nich panaceum na zażegnywanie sporów i konfliktów wynikających z obrony interesów stron pozostających w sporze lub konflikcie.
Zgniły kompromis
Dążenie do rozwiązywania konfliktów za pomocą kompromisów, a nie walki, jest czymś pozytywnym. Jednak kompromis nie jest najlepszym narzędziem usuwania konfliktu.
Po pierwsze, nie likwiduje go całkowicie, tylko wycisza.
Po drugie, w większości przypadków, usuwa go na pewien czas, w którym konflikt nabrzmiewa w ukryciu, by w stosownym momencie odrodzić się, nawet w ostrzejszej formie niż poprzednio.
Po trzecie, nie satysfakcjonuje stron uczestniczących w konflikcie, gdyż mają one świadomość tego, że w imię jakiegoś dobra wspólnego, dla którego zawarły kompromis, muszą zgodzić się na rezygnację z części swych interesów lub aspiracji.
Kompromis rzadko jest dobry, częściej bywa „zgniły”. Mimo to, w zaistniałej sytuacji konfliktowej poszukuje się kompromisu. Czasem, żeby faktycznie żyć w zgodzie, a czasem, żeby tylko udawać, że chce się zgody. W tym drugim przypadku szukanie kompromisu jest działaniem intencjonalnie pozorowanym po to, by być dobrze widzianym przez postronnych ludzi; w rzeczywistości chodzi o maskowanie przed nimi swojej złości, wrogości czy agresji. Wiedza przeciętnych ludzi o kompromisach jest nikła, często żadna. Sztuki osiągania kompromisu nie uczy się w szkołach, mimo że należałoby to czynić w świecie tak mocno skonfliktowanym teraz, a jeszcze mocniej w przyszłości. Niestety, cele wychowawcze są coraz mniej dostosowane do potrzeb współczesności.
Również klasa polityczna i zarządzająca niewiele różni się w tym względzie od reszty społeczeństwa, jakkolwiek niektórzy z nich ukończyli odpowiednie, albo byle jakie studia w „Wyższych Szkołach Pobierania Czesnego”.
Wśród tych, którzy opanowali tę wiedzę i posiedli stosowne umiejętności, są tacy, którzy tylko pozorują wolę kompromisu, chociaż z góry wiedzą, że poszukiwanie go musi zakończyć się niepowodzeniem. Oni za żadne skarby nie zrezygnują ze swego stanowiska, nie ustąpią w sporze, a tym bardziej nie przyznają się do popełnionych błędów, ani do winy. To są ludzie z natury obsesyjni, despotyczni, agresywni, często zakompleksieni i jakby przeznaczeni do sprawowania władzy totalitarnej. Charakteryzuje ich zadufanie w swojej racji, której inni nie przyznają im, zacietrzewienie i nieprzejednanie. Żywią się sporami i konfliktami, dzięki którym umacniają swoje panowanie nad innymi. Są tak głupi, chociaż nie brakuje im sprytu, przebiegłości i inteligencji, że nie zdają sobie sprawy z własnej głupoty i z tego, że szkodzą ogółowi, instytucjom, organizacjom i państwu. Najgorsze są rządy głupich.
Z tolerancją na bakier Warunkiem niezbędnym do wszczęcia działań na rzecz kompromisu jest tolerancja. Trzeba akceptować przeciwnika w sporze i jego racje (nikt nie spiera się bez racji), uznać go za równoprawnego partnera, mimo nierówności pozycji społecznej, wykształcenia, itp., zrozumieć go oraz być wyrozumiałym dla niego, jego stanowiska i żądań.
Ale w naszym społeczeństwie z tolerancją też nie jest dobrze. Również na tę sprawę wciąż jeszcze zwraca się za mało uwago w edukacji. Jesteśmy mało tolerancyjni dla różnego rodzaju ludzi - nawet najbliższych nam - i rozmaitych inności.
A na dodatek różni ludzie (głównie przedstawiciele władz), organizacje, ideologie i religie, kierując się źle rozumianymi pojęciami patriotyzmu, tożsamości narodowej i dobra wspólnego (bliskimi nacjonalizmowi i szowinizmowi), nawołują jawnie w pochodach, na wiecach, w środkach masowego przekazu i Internecie do nietolerancji oraz ksenofobii. I do zwalczania ludzi nie mieszczących się w stereotypie Polaka-katolika, innych i obcych pod względem etnicznym, wyznaniowym, kulturowym, itd.
Ludzie w większości nie znają zasad tolerancji i nie interesują się nią, mimo że życie w społeczeństwie pluralistycznym - kształtowanym na razie pomału, ale w przyszłości szybciej pod wpływem globalizacji i transmigracji - wymusza posiadanie takiej wiedzy i odpowiednie postępowanie.
Negocjacje tak, ale… Ważnym instrumentem służącym do osiągania kompromisu jest negocjacja. Jest ona warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym dla kompromisu. Daje ona efekty w rozwiązywaniu konfliktów, jeśli spełnione są odpowiednie warunki: - Strony konfliktu związane są interesami, z których jedne są wspólne i one muszą przeważyć, by doszło do zawarcia porozumienia. - Przynajmniej na początku, strony muszą okazywać wolę szukania porozumienia, aniżeli podejmowania otwartej walki prowadzącej do kapitulacji jednej z nich, czy do trwałego zerwania wzajemnych stosunków. - Strony powinny posiadać umiejętność jasnego i komunikatywnego porozumiewania się. - Strony, przystępując do negocjacji, powinny być przygotowane do wzajemnych ustępstw. - Relacje w trakcie negocjacji powinny być oparte na partnerstwie, wzajemnym zaufaniu, chęci do współpracy i prawdomówności.
Z różnych przyczyn te warunki nie są spełniane w negocjacjach mających na celu osiągnięcie kompromisów - przede wszystkim w ważnych sporach politycznych. Tutaj jedna ze stron stoi na stanowisku nieustępliwości w kwestiach wyjściowych, co od razu przesądza o losie negocjacji i bezsensie ich kontynuacji. Podejmuje się je więc tylko „na pokaz”, dla stworzenia pozoru, albo w celu wygrania na czasie, jak to miało miejsce w przypadku sporu o Trybunał Konstytucyjny. Jeśli negocjuje się tylko w tym celu, to dążenie do kompromisu z góry skazuje się na niepowodzenie - zamiast niego pojawia się kompromitacja i ośmieszenie. Problemy z komunikacją Duże zastrzeżenia można mieć do komunikacji między stronami – sposobu wyrażania się, zdolności rozumienia wypowiedzi, odpowiedzialności za słowa i intencjonalnie popełnianych nadużyć semantycznych związanych z relatywizmem znaczeniowym.
Te braki umiejętności komunikacji (z wyjątkiem celowo popełnianych błędów) biorą się ze złej praktyki nauczania języka ojczystego w szkołach. Jest ona skutkiem znacznej redukcji godzin lekcyjnych i programów nauczania, po części winni są nauczyciele, ale oni są bezsilni wobec niemądrych zarządzeń Ministerstwa Edukacji i kuratoriów.
W szkołach (z wyjątkiem studiów specjalistycznych) nie uczy się zasad poprawnego i czytelnego wyrażania myśli, ani obrony swych poglądów, o ile w ogóle pozwala się mieć uczniom własne poglądy, niezgodne z poglądami nauczycieli.
Te luki w edukacji reprezentanci elit władzy mogliby nadrobić na przykład dzięki obligatoryjnemu douczaniu się na kursach lub studiach podyplomowych zanim zostaną umieszczeni na listach wyborczych. Ale tego się nie robi, a oni sami tego nie chcą. Do wyborów wystarczają im bajkowe programy obfitujące w fantasmagorie, albo straszaki. Masy lubią iluzje i straszydła, bo budzą w nich marzenia, albo lęki. A cóż warte jest życie bez tego? Dlatego w wyborach zwyciężają oszuści obiecujący gruszki na wierzbach, a nie prawdomówni realiści.
Do nadużyć semantycznych dochodzi jeszcze jedno, polegające na nieuprawnionym uogólnianiu. Polega ono między innymi na wmawianiu ludziom, że władza pochodząca z demokratycznych wyborów reprezentuje całe społeczeństwo i dlatego wszelkie jej działania, nawet złe i szkodliwe, powinny być akceptowane przez wszystkich, bo mniejszość musi podporządkować się woli większości.
Takie nadużycie popełnia na przykład partia PiS, na którą głosowało zaledwie 5,71 mln obywateli spośród 30,53 mln uprawnionych do głosowania, tj. 18,70 %, zaś spośród faktycznie głosujących (frekwencja wynosiła 50,92%) 24,82 mln osób, tj. 62,30 %, nie głosowało na tę partię. Jeśli liczyć głosujących faktycznie (uczestniczących w wyborach), to okazuje się, że na PiS głosowało 37%, a na inne partie 63%, a więc też nie większość (dane PKW -http://parlament2015.pkw.gov.pl).
W świetle tego, jakby nie liczyć, nie zdobyła ona poparcia żadnej większości społeczeństwa. A wmawianie ludziom o mandacie uzyskanym od całego społeczeństwa i legitymizacji rządów tej partii do reprezentowania woli całego narodu jest zwykłym nadużyciem bezzasadnego uogólnienia i szalbierstwem politycznym.
Do tego trzeba dodać, że znikoma, chociaż bezwzględna większość posłów PiS w parlamencie (235 na 460, tj. 51 %) nie uprawnia ich do wypowiadania się w imieniu całego społeczeństwa i narzucaniu mu swojej woli. Świadczy tylko o ich zarozumialstwie, pysze, arogancji i pokusie do dyktatorstwa. Nie wiedzą, albo zapomnieli o tym, że w prawdziwej demokracji rządzi większość parlamentarna, która szanuje mniejszości, nawet te nieliczne, a zwłaszcza najsłabsze.
Historia uczy
Kompromisy są niezbędne nie tylko do przeżycia biologicznego, ale i politycznego. Historia pokazuje, że rządy totalitarne, które z natury rzeczy w ogóle nie były skłonne do kompromisów i dążyły do konfrontacji (wojen, puczów, rewolucji itp.), stosunkowo szybko upadły; najbardziej dyktatorskie - po kilkudziesięciu latach.
Przetrwanie rządów w warunkach współczesnego świata będzie zależeć od ich chęci do znajdowania kompromisów, umiejętności i znawstwa sztuki osiągania kompromisów w najtrudniejszych sytuacjach, które zrazu zdają się bez wyjścia.
Ile razy doszłoby do kolejnej wojny światowej, gdyby nie mądrość rządzących supermocarstwami. W najbardziej spornych sprawach potrafiły się one dogadać nie tracąc swej pozycji, mimo ustępstw i częściowej rezygnacji z egoistycznych interesów.
Z dążeniem do prawdziwych kompromisów międzynarodowych i wewnętrznych mamy do czynienia również teraz. Na kompromisach opiera się polityka mądrych rządów w wielu krajach. Tylko takie prawdziwe i mądre kompromisy rozwiązują sprzeczności. Fałszywe i pozorowane szybko zostają zdemaskowane i są nieskuteczne. A jeśli czasami zdarzają się, to kompromitują polityków i ich rządy. Wiesław Sztumski