Filozofia (el)
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 5155
It is theduIt is the duty of every patriot to protect his country from its government (Thomas Paine)
(Obowiązkiem każdego patrioty jest chronić swój kraj przed jego rządem)
W naszych czasach kwestia rozumienia patriotyzmu, zwłaszcza w krajach wielkich i rozwiniętych, jest dosyć skomplikowana. Dawniej wystarczyło po prostu zdefiniować patriotyzm jako umiłowanie ojczyzny, przywiązanie do niej, silne poczucie więzi społecznej ze swoim narodem i państwem oraz gotowość poświęcenia się dla dobra własnego kraju.
W definicji patriotyzmu pojęciem kluczowym jest ojczyzna. Ale ono nie zawsze znaczy to samo; jego treść ewoluuje zależnie od uwarunkowań historycznych, kontekstów społecznych, ustrojów politycznych i ideologii. Podobnie zresztą zmieniają się znaczenia innych pojęć zawartych w określniku pojęcia patriotyzmu: rodzina i naród.
Dawniej ojczyzną było terytorium, na którym się urodziło, mieszkało, pracowało, spędzało swoje życie i na którym przebywała najbliższa rodzina. Była to w zasadzie homogeniczna i zamknięta w ściśle wytyczonych granicach państwa przestrzeń społeczna, w której porozumiewano się jednym językiem i w którym panowała jedna kultura, jedno wyznanie, jednakowe tradycje i taki sam sposób bycia. Ludzie byli jakby przykuci do niego; emigracja oraz imigracja były bowiem zjawiskami rzadko spotykanymi i tak dalece marginalnymi, że faktycznie nie miały one wpływu na jego kształt i funkcjonowanie.
Ale w czasach, kiedy wystąpiły masowe przesiedlenia i postępuje globalizacja oraz transmigracja, pojęcie ojczyzny ulega zmianie. W ciągu kilkudziesięciu ostatnich lat w takim stopniu, że trudno już traktować ojczyznę jak jednorodny system społeczny.
Ojczyzna nie jest teraz krajem, w którym się urodziło, spędziło dzieciństwo i młodość, lecz krajem, w którym się stosunkowo długo zamieszkuje, gdzie wchodzi się w różne, względnie trwałe związki i relacje z innymi ludźmi z tytułu sąsiedztwa, pracy, szkoły itp. Jest miejscem, do którego po pewnym czasie przyzwyczaja się i z którym wiąże się pozytywne emocje, przy czym długość tego czasu skraca się w miarę częstotliwości przemieszczania się. Jest miejscem, którego granice istnieją tylko formalnie, jak w przypadku Unii Europejskiej, a w przyszłości może nie być ich w ogóle.
Tak więc, postępuje relatywizacja pojęcia ojczyzny ze względu na czas i przestrzeń. W związku z tym, ojczyzna nie jest raz na zawsze dana człowiekowi albo przypisana mu; ojczyznę nabywa się i zmienia w ciągu swego życia i dlatego można mieć kolejno kilka ojczyzn. Teraz jeszcze ojczyzna wiąże się z krajem, z którego pochodzą przodkowie, w którym żyją rodzice, rodzeństwo i przyjaciele, ale w przyszłości oni też będą często zmieniać miejsce pobytu. Za kilka pokoleń to wszystko się zmieni, a ojczyzny wymieszają się.
Stopniowo pojęcie ojczyzny rozmywa się, wkrótce będzie obejmować poszczególne kontynenty, a później cały świat. Tym samym straci ono sens. A wraz z nim anachroniczne stanie się pojęcie patriotyzmu (również kosmopolityzmu) w dzisiejszym jego rozumieniu. Zamiast rozumieć patriotyzm jako przywiązanie do ojczyzny, państwa czy narodu, lepiej kojarzyć go z przywiązaniem do wartości uznawanych na terytorium, gdzie się zamieszkuje, jak to na przykład jest w USA. Ale to również tylko do czasu, kiedy ludzie na całym świecie zaczną uznawać jakiś jeden uniwersalny system wartości. A taka sytuacja może kiedyś wystąpić w efekcie daleko zaawansowanej globalizacji. Również słabną więzi ze swoim państwem i narodem. Jeśli jeszcze są, to w postaci szczątkowej z tendencją do stopniowego zaniku.
Patriotyzm po polsku
Różne są wymiary patriotyzmu, jego poczucie i formy przejawiania się. Tutaj ograniczę się tylko do dwóch: po pierwsze, do odczuwania dumy ze swego kraju (z kraju swojego pochodzenia, czyli z ojczyzny) - z osiągnięć swoich ziomków, swojego narodu i państwa oraz po drugie - do okazywania szacunku dla swojego państwa reprezentowanego przez prezydenta, rząd, parlament i elity polityczne.
Z tego względu, za patriotę uznaję tego, kto przysparza ojczyźnie jak najwięcej powodów do dumy w postaci liczących się w świecie osiągnięć uzyskiwanych w różnych obszarach działań, a przede wszystkim w swej codziennej rzetelnej pracy oraz tego, kto będąc przedstawicielem władzy państwowej, przyczynia się swoim zachowaniem i postępowaniem do kształtowania i umacniania szacunku do swego urzędu.
Natomiast nie jest patriotą ktoś, kto ma pełną gębę frazesów o miłości ojczyzny i samozwańczo mianuje się patriotą, ale jego wyniki pracy, postawy i zachowania przynoszą wstyd rodakom i ojczyźnie, kto daje powody do kształtowania negatywnego wizerunku swojej ojczyzny i władzy w oczach innych narodów i naraża je na kpiny oraz lekceważenie.
Wątpliwym patriotami są ci nieliczni, ale głośni, którzy w trudnych czasach uciekali z kraju rzekomo z powodów politycznych, żeby uzyskać azyl, a faktycznie żeby lepiej żyć, albo będąc na stypendiach zagranicznych wiązali się z obcymi wywiadami i szkolili się w skutecznym szkodzeniu ówczesnemu państwu, jakie by ono nie było, ale państwu legalnemu, uznanemu przez prawo międzynarodowe.
Prawdziwymi i o wiele większymi patriotami były miliony tych, którzy mimo trudnych warunków życia pracowali dla dobra swojej ojczyzny, bez względu na to, w jakim stopniu zniewolonej (a czy dzisiaj nie jest zniewolona?) i efektami swej pracy przyczyniali się do chwały swojego narodu. Jeśli tak nie jest, to wniosek stąd taki: należy czcić zdrajców jak patriotów, o ile działają na rzecz obcej ideologii, ale uznawanej za jedynie słuszną. Zaiste, wspaniały przykład dla wychowywania patriotycznego!
Obserwacje postaw, zachowań i działań ludzi u nas nasuwają wątpliwość, czy istnieją realne podstawy do odczuwania dumy z naszego kraju i do pałania miłością do swej ojczyzny. Niewątpliwie w jakichś obszarach życia jeszcze tak, jakkolwiek nie w takim stopniu i nie tak bardzo, jak by się chciało; w pozostałych raczej nie.
Z pewnością można być dumnym z pięknych kart naszej ponad tysiącletniej historii, mimo zdarzających się ciemnych stron, klęsk i niepowodzeń. Również z osiągnięć polskich naukowców, filozofów, inżynierów, sportowców, literatów, artystów i wynalazców oraz z niektórych naszych cech narodowych, takich jak bohaterstwo, odwaga, gościnność itp.
Jednakże chciałoby się, aby to nie były sukcesy przedstawicieli naszego narodu i kraju z dawnych lat, czyli postaci historycznych, bo głównie im zawdzięczamy powody do dumy, ale żeby tych osiągnięć było jak najwięcej teraz i w najbliższej przyszłości; by nasz naród i kraj odnosił triumfy w rywalizacji z innymi i miał się czym chwalić.
Patrioci, ale na emigracji
Wątpię, czy to życzenie da się zmaterializować, ponieważ od pewnego czasu tzw. warunki obiektywne - zewnętrzne i wewnętrzne - coraz mniej sprzyjają osiąganiu sukcesów przez przedstawicieli naszego narodu, mimo że nie brak im ambicji. Cóż jednak począć, gdy niektórym ludziom udaje się te aspiracje zrealizować dopiero za granicami. Toteż, kto chce odnieść jakiś znaczący sukces w życiu, emigruje tam, gdzie istnieją warunki ku temu. Liczne przykłady świadczą tym, że udało się to wielu młodym naukowcom i inżynierom, którzy odważyli się opuścić swój kraj rodzinny. Smutne to, lecz prawdziwe.
Co przeszkadza albo utrudnia im osiąganie sukcesów u nas? Z pewną przesadą i lapidarnie można powiedzieć, że niemal wszystko i wszyscy. Ale najbardziej - niedocenianie roli oświaty i nauki przez elity władzy, niedofinansowanie obu tych sfer, zarobki uwłaczające godności pracownika naukowego, a także klimat niesprzyjający kreatywności i innowacyjności - łącznie z wewnętrznymi animozjami oraz zawiścią w samym środowisku naukowców.
Niestety, powszechna niechęć w stosunku do ludzi wybijających się i niszczenie ich jest naszą niechlubną specyficzną cechą narodową. Negatywny stosunek do nauki ze strony władz oświatowych wyraża się w lekceważeniu rozwijania kreatywności i wyobraźni intelektualnej wśród uczniów i studentów. A o tym, jak ważna jest wyobraźnia w pracy naukowej, powiedział kiedyś noblista z fizyki Richard Feynman - "Zaskakujące jest to, że ludzie nie wierzą, że w nauce jest wyobraźnia"; zaś zdaniem A. Einsteina - "Wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza".
Ale w naszych szkołach nie rozwija się wyobraźni ani kreatywności, lecz myślenie rutynowe za pomocą szablonów, algorytmów i idiotycznych testów. To musi skutkować brakiem wielkich osiągnięć naukowych.
Patriotyzm inaczej
Postawy patriotyczne występują podczas oglądania zawodów sportowych. Kibice cieszą się i są dumni z osiągnięć naszych sportowców i nie bez racji. Nawet nie-kibica napawa dumą fakt, że ktoś z naszych zdobył medal na olimpiadzie, albo w zawodach światowych. Ale czy mamy być dumni z tego, że wygrywa drużyna występująca w naszych barwach narodowych i reprezentujące państwo polskie, której zawodnikami - nota bene najlepszymi - są obcokrajowcy kupieni za ciężkie miliony? (Niestety, sport również się prostytuuje, odkąd za osiągnięcia nie wystarczą już dyplomy, medale i szacunek ludzi; teraz, płaci się za nie nagrody w kwotach wielokrotnie przewyższających średnią płacę).
Zwłaszcza, że nie tyle chodzi o dostarczanie pozytywnych emocji, ile o troskę o wzbogacanie światowego rynku usług sportowych oraz o dochody prywatnych właścicieli klubów i organizacji sportowych.
Najmniej można być dumnym z postaw, zachowań i działalności naszej – pożal się Boże – klasy politycznej, czy raczej pozaklasowych elit władzy - funkcjonariuszy naszego państwa i jego reprezentantów za granicami. To, co oni wyprawiają na oczach milionów telewidzów podczas obrad sejmowych, publicznych dyskusji (mających raczej posmak karczemnych awantur, albo przekomarzań w maglu) i konferencji prasowych, wykracza daleko poza standardy poprawnych zachowań i woła o pomstę do nieba.
Właściwie nie powinno to dziwić, tylko razić. Przecież w większości stanowią oni istną zbieraninę aferzystów, nieudaczników, ludzi niekompetentnych, słabo wykształconych, niepotrafiących poprawnie i logicznie wysławiać się i dyskutować, charakteryzujących się megalomanią, przerostem ambicji i osobowością neurotyczną a nawet psychopatyczną oraz postawami wrogości i agresji.
Od czasów tzw. komuny utarło się przekonanie, że rządzić może każdy „mierny, bierny, ale wierny”, kogo wytypuje taka czy inna partia i powierzy mu funkcje państwowe lub kierownicze w gospodarce, przemyśle, szkolnictwie, administracji itd. Zgodnie ze znaną, choć zniekształconą wypowiedzią Lenina - „ministrem może być nawet kucharka” (w istocie Lenin mówił, że każda kucharka powinna nauczyć się rządzić państwem, a więc namawiał je do uczenia się zarządzania, a nie do rządzenia bez odpowiedniego przygotowania), powierza się kierowanie resortami, spółkami państwowymi itp. absolutnym ignorantom i ludziom o podejrzanej moralności (wystarczy, żeby kierownictwo partii miało do nich zaufanie), często też ludziom, którzy nie mają odpowiedniego statusu majątkowego w takim stopniu, żeby być odpornym na kuszące propozycje korupcyjne (liczącym, że dzięki uprawianiu polityki zawodowo i wejściu do elit władzy wzbogacą się i ustawią swoje rodziny).
Słusznie napisał o tym politolog prof. Kazimierz Kik (Prof. Kazimierz Kik o nepotyzmie, w: Fakt.pl – 09.01.2013):
"Chora jest od lat motywacja, dla której idzie się do polityki. W Polsce głównym powodem jest ten ekonomiczny. „Idę do polityki, żeby się urządzić!”, zdają się mówić kandydaci na posłów, radnych, ministrów. Rzeczypospolitą toczy rak, który powoduje, że polityka tak naprawdę nie jest już polityką, ale tylko drogą do urządzenia wygodnego i dostatniego życia dla siebie i rodziny. (…) Od lat to są bardzo często ludzie, którzy nic nie potrafią, zwykli nieudacznicy, którzy na niczym się nie znają i są kompletnie bezideowi. A młody narybek, który trafia do partii, poprzez tych starych „teczkowych” nasiąka tą gangreną i tak to się toczy. W Polsce nie jest tak, że nominacje, nawet na najwyższe stanowiska w państwie, dostają ludzie z kompetencjami do ich pełnienia, ludzie, którzy są fachowcami w danej dziedzinie.(…) Nasi politycy to nie są fachowcy, ale pospolite ruszenie – przeskakują sobie z partii do partii – przecież mamy cały zastęp weteranów, „Jasiów Wędrowniczków”, którzy przez lata byli niemal we wszystkich formacjach. W normalnych, ugruntowanych demokracjach takich sytuacji nie ma".
Władza vs patriotyzm
Nic dodać, ani niczego ująć. Ten cytat dokładnie odzwierciedla myśli naszego społeczeństwa o swojej władzy. Niepotrzebne są badania socjologiczne opinii publicznej; wystarczy posłuchać tego, co w miejscach publicznych mówią przeciętni ludzie w różnym wieku o różnych orientacjach ideologicznych i światopoglądowych. Tylko elity władzy nie wsłuchują się w głos ludu, którym rządzą. Oni stworzyli dla siebie hermetyczny świat współczesnych książąt udzielnych, czyli VIP-ów, otoczony ochroniarzami i kontaktują się z narodem na odległość za pomocą kamer i swoich rzeczników. A ich niedorzeczne pomysły legitymizują eksperci, którzy są albo partyjnymi kolegami popierającymi fanatycznie linię partii, albo zostali przekupieni.
Władza jest przede wszystkim impregnowana na krytykę. Pamiętam czas stalinowski, kiedy trzeba było publicznie składać samokrytykę na zebraniach organizacji młodzieżowych i partyjnych – coś w rodzaju rytuału religijnego spowiedzi powszechnej. Budziło to wówczas zrozumiałe oburzenie i wydawało się pozbawione sensu. Patrząc na to z perspektywy czasu i z punktu widzenia aktualnych warunków, dostrzegam jednak pewne „racjonalne jądro” w samokrytyce. (To nie znaczy, że pochwalam stalinizm - muszę o tym nadmienić, żeby nie być posądzonym o taką sympatię, jak pewien znany sędzia.) Tylko, który z naszych polityków byłby zdolny do dobrowolnego przyznania się do własnych błędów, naprawienia ich i usatysfakcjonowania ludzi pokrzywdzonych w wyniku tych błędów, żeby być „rozgrzeszonym” przez naród?
Ale co mówić o samokrytyce, jeśli „oni” są tak pyszałkowaci, że w ogóle nie dopuszczają do siebie głosów krytyki – nie słyszą jej, a gdy przypadkiem dotrze do nich, to nie reagują na nią, wyrażając tym swoją arogancję wobec społeczeństwa, które sowicie ich opłaca z podatków.
Nie ma zresztą norm prawnych zobowiązujących do udzielania odpowiedzi na krytykę w określonym czasie – nie tylko na krytykę, ale na jakiekolwiek pisma kierowane do urzędów. Wszelka krytyka nawet w dobrej wierze, czyli pozytywna albo konstruktywna, uważana jest za atak personalny na partię lub rząd, a wypowiadający ją uchodzi za agresora i przeciwnika władzy. (Pisałem o tym w artykule Do krytyki - jak do jeża w: SN Nr 5, 2012)
Przykładem uzasadniającym to może być wypowiedź prof. dr. med. Adama Płażnika zamieszczona w jego liście-ripoście do Pani Minister Nauki: "Mój list otwarty był ostrą, polemiczną próbą zwrócenia uwagi na potrzebę dyskusji nad wdrażaniem zasad (ciągle zmieniających się) reformy finansowania nauki i o jej etapową ocenę. Tymczasem tonacja listu Pani Minister wskazuje na syndrom oblężonej twierdzy, której obrońcy przekonani o słuszności swoich racji nie dopuszczają myśli o ich zmianie" (…) (Gazeta Wyborcza – Nauka 10.1.2013).
Wśród polityków panuje wyraźny strach przed krytyką, który dobitnie świadczy o ich miernocie oraz słabości. A z reguły boi się ten, kto ma coś wstydliwego do ukrycia, albo nie umie racjonalnie bronić swoich pozycji. Niestety, jedno i drugie ma miejsce u większości naszych polityków.
A co powiedzieć o patriotyzmie tych, którzy za to, że przesiedzieli za swoją działalność opozycyjną w więzieniu, albo byli internowani, domagają się bezwstydnie za swój „patriotyzm” ogromnych odszkodowań finansowych (i niestety, uzyskują) od państwa, czyli od obywateli, którzy też wtedy z różnych powodów cierpieli i byli prześladowani? Stworzyli nową wersję patriotyzmu - „patriotyzmu płatnego”. Nie są mi znane tego typu przypadki w historii naszego kraju ani innych krajów.
Patriotyzm manifestuje się w postaci poszanowania dla urzędów i symboli państwowych – godła, hymnu i flagi. Jednak z tym bywa u nas różnie. Urzędy państwowe, również te najwyższe, są nagminnie i publicznie krytykowane nie bez racji, a nieraz nawet lżone, co budzi ogólny niesmak, zwłaszcza u ludzi starszego pokolenia. A symboli państwowych często nadużywa się. Wywiesza się flagi i śpiewa hymn (niewiele osób, wśród nich także dostojnicy państwowi, zna jego słowa) byle kiedy, w sytuacjach niczym nieuzasadnionych przez różne grupy kiboli, strajkujących, rozwydrzonej młodzieży i manifestantów. Wiadomo, że szacunek dla symbolu maleje w miarę wzrostu częstotliwości jego pokazywania: jak czegoś za dużo, to nie zwraca się na to uwagi. Czasem też godło państwowe bywa deformowane do postaci karykaturalnej, jak na przykład dla celów komercyjnych na koszulkach piłkarzy.
Biorąc to wszystko pod uwagę nie dostrzegam podstaw do rozwijania uczuć patriotycznych w naszym kraju w tym wymiarze, o którym była mowa. Nawet nie ma nadziei na to, żeby w najbliższym czasie coś się zmieniło na lepsze pod tym względem. Wątpliwe jest też kształtowanie postaw patriotyzmu w innych jego wymiarach, ale to już z inny temat. Przypuszczam, że postępować będzie deflacja patriotyzmu w skali kraju i świata w dotychczasowym jego rozumieniu. Czytelnikom pozostawiam odpowiedź na pytanie: jak być i czy warto jeszcze być patriotą?
Wiesław Sztumski
12 stycznia 2013
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 6432
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 6303
Większość ludzi przekonana jest o tym, że wzrost liczby przepisów, a w szczególności zakazów, skutkuje wzrostem ładu społecznego oraz poprawności zachowań i postępowań ludzi. Tymczasem życie pokazuje zgoła coś innego.
Kultura europejska, zwana kulturą Zachodu, szerzy się w świecie za sprawą globalizacji i imperialnych aspiracji USA oraz krajów Europy Zachodniej. Od początku kształtowała się pod wpływem religii chrześcijańskiej. Dlatego nie bez racji twierdzi się, że kultura europejska ufundowana jest na wartościach chrześcijańskich. W istocie jest to kultura helleńska i rzymska, zdeformowana przez chrześcijaństwo, szczególne w Średniowieczu. Nie zmieniła jej epoka odrodzenia, dość znaczna laicyzacja w czasach nowożytnych, rozwój cywilizacji spowodowany przez postęp wiedzy i techniki, ani współczesna ideologia liberalizmu.
Od początku aż do naszych czasów kształtuje się ona w procesie rywalizacji postępowych ideologii liberalnych i świeckich z konserwatywną religią chrześcijaństwa. A rozgrywa się przede wszystkim na płaszczyźnie etyki normatywnej. Fundamentem etyki chrześcijańskiej są zbiory przykazań zawarte w dekalogu oraz w przykazaniach kościelnych, wyrażone niemal wyłącznie w formie negatywnej, czyli w postaci zakazów: „Nie będziesz…”, „Nie rób…” itd. Uzupełnia je cała lista grzechów głównych i podrzędnych, wymienionych w katechizmie i w rachunkach sumienia. Toteż kultura europejska jest w przeważającym stopniu kulturą zakazów.
Od dwudziestu wieków setki pokoleń w wielu krajach świata wychowywano i wychowuje się nadal w kulturze zakazów. Na zakazach opiera się nie tylko etyka chrześcijańska, lecz również laicka, zwana „niezależną”. Każda etyka normatywna określa i stara się racjonalnie uzasadniać reguły tradycyjnie obowiązujące w stosunkach międzyludzkich, w sposobach zachowań i w postępowaniu. A te najprościej formułować w formie zakazów. Dlatego edukatorzy szczególnie mocno akcentują i wbijają w pamięć zakazy obowiązujące w społeczeństwie, a stróże moralności egzekwują je bezwzględnie.
Zakazy etyczne nakładają pęta na ludzi w sferze ciała i ducha, a więc ograniczają wolność w zakresie postaw, zachowywania się, postępowania, działania i myślenia. A zatem, kultura zakazów redukuje zakres i stopień wolności jednostek oraz grup społecznych proporcjonalnie do liczby norm ustanawianych przez nią.
Jest to sprzeczne z istotą ideologii liberalizmu i z naturalnym dążeniem do wolności. Wprawdzie zależności między ludźmi oraz utrzymanie ładu społecznego wymagają normowania za pomocą odpowiednich regulacji etycznych, w tym także zakazów, ale nie powinny one przeważać nad innymi formami wyrażania norm etycznych.
Kodeksów ci u nas dostatek...
W toku ewolucji społecznej wzrasta liczba relacji interpersonalnych i ich stopień złożoności. To wymaga coraz większej liczby uregulowań etycznych. Z tej racji tworzy się coraz więcej norm, które dotyczą coraz bardziej szczegółowych kwestii. Zaś w wyniku wzrastającej różnorodności zawodów, usług i postępującego rozwarstwienia społecznego trzeba grupować te normy, odnosząc je odpowiednio do poszczególnych grup, organizacji, interesariuszy, branż, profesji i firm, z których każda chce mieć własny kodeks etyczny.
Według Alana Kitsona i Roberta Campbella, od końca lat 60. dziesięciokrotnie wzrosła liczba kodeksów zawodowych - tak więc szerzy się radosna twórczość. Ponad 80% firm poddanych stosownym badaniom dysponuje własnymi kodeksami, a spośród tysiąca firm amerykańskich wymienionych w periodyku „Fortune” aż 93% mogło pochwalić się posiadaniem kodeksu lub innego dokumentu dotyczącego etyki firmy.
W Polsce liczba takich firm stanowi jeszcze niewielki odsetek. Niektórzy sądzą, że najlepiej byłoby, gdyby każda firma, grupa społeczna, a - być może - rodzina i jednostka miała swój własny kodeks etyczny i gdyby udało się skodyfikować każdą możliwą sytuację. To jednak wydaje się mało prawdopodobne. Zresztą niewiele by to dało. Bowiem w wyniku akceleracji tempa życia trzeba by raz stworzone kodeksy etyczne ciągle i coraz częściej modyfikować i dostosowywać do każdorazowo aktualnych warunków społecznych.
Za rozwojem i uszczegóławianiem kodeksów etycznych stoją też racje subiektywne. Większość ludzi przekonana jest o tym, że wzrost liczby przepisów, a w szczególności zakazów, skutkuje wzrostem ładu społecznego oraz poprawności zachowań i postępowań ludzi. Tymczasem życie pokazuje zgoła coś innego. Liczba zakazów nie przekłada się na etyczność ludzi ani organizacji. Jest dokładnie na odwrót: im mniej zakazów i im prościej są one formułowane, tym są skuteczniejsze. Małą liczbę zakazów łatwiej się zapamiętuje i przestrzega. A jeśli są jasno i jednoznacznie sformułowane, to nie budzą wątpliwości, nie wymagają dodatkowych wykładni ani interpretacji, co w znacznym stopniu ułatwia ich egzekwowanie.
Z różnych powodów przyszło nam funkcjonować w istnym gąszczu norm etycznych, który trudno jest ogarnąć w całości i w którym trudno się połapać. (W Polsce doliczono się już ponad 250 kodeksów etycznych.) Praktyka dowodzi, że nadmiar zakazów wcale nie czyni ludzi porządniejszymi ani lepszymi, podobnie jak nadmiar przepisów prawnych nie skutkuje spadkiem przestępczości. Chyba lepszy jest ich niedomiar, gdyż poszerza stopień wolności w podejmowaniu decyzji i zmusza do zastawiania się, jak powinno się postąpić w danej sytuacji, by nie narazić się na przykre konsekwencje, nie koniecznie moralne albo prawne. Przykładem potwierdzającym zasadność tego stwierdzenia jest bezsensowne ustawianie w Polsce coraz większej liczby wymyślnych znaków drogowych oraz rozbudowa do granic absurdu szczegółowych przepisów kodeksu drogowego. Nie przyczynia się to wcale do spadku liczby wykroczeń oraz wypadków, lecz raczej do ich wzrostu.
Im mniej – tym lepiej
Niewielka liczba zakazów wymaga zastanowienia się w kwestiach wyboru sposobu działania i podejmowania właściwej decyzji. Wadą zakazu jest to, że na zasadzie zwykłej przekory wywołuje zazwyczaj jakby instynktownie obronną reakcję psychiczną sprzeciwu - chęć złamania go albo ominięcia. Sam zakaz skłania do buntu i może go generować. Dlatego mnożenie zakazów przyczynia się do wzrostu naruszania ich. Nieuzasadnione przekonanie moralizatorów o konieczności kodyfikacji wszystkich możliwych sytuacji życiowych i tworzenia mnóstwa drobiazgowych zakazów nie tyle sprzyjają ładowi, co zniewalaniu ludzi. A poza tym, życie wnosi wciąż nowe sytuacje społeczne, których nie sposób przewidzieć w świecie zmieniającym się bardzo szybko. To sprawia, że starania twórców kodeksów etycznych przypominają przysłowiową pracę Syzyfa.
Na przekór powszechnej opinii, przesadna kodyfikacja wcale nie służy ładowi moralnemu, ponieważ doprowadza do absurdów i nieuczciwości. Z gąszczu nadmiernych zakazów nie powstaje porządek, tylko chaos etyczny. Jest on również spowodowany innymi przyczynami obiektywnymi: relatywizacją norm (zakazów) oraz nieustannym skracaniem czasu ich obowiązywania w wyniku ciągle wzrastającego tempa życia.
Dawniej kodeksy etyczne zawierały bardzo mało norm (w kulturze chrześcijańskiej wystarczyło nawet 10 przykazań) i nie wymagały częstych modyfikacji, bo świat niewiele się zmieniał. Dlatego obowiązywały w ciągu wielu pokoleń, były wielokrotnie powtarzane i przekazywane z jednego pokolenia na drugie w różnych formach (przekazy ustne, napisy na makatach itp.). Dzięki temu solidnie utrwalały się w pamięci ludzi. Dynamika współczesnego świata jest tak duża, że zanim ustanowi się jakąś normę i zdąży się przyzwyczaić do niej, przestaje ona już przystawać do nowopowstałej sytuacji społecznej - staje się anachroniczną i dlatego zbyteczną. Częste zmiany norm i ogromna ich liczba utrudniają zapamiętywanie. A ciągła aktualizacja kodeksów, dokonywana w pośpiechu i byle jak, odbija się negatywnie na ich jakości.
Życie w strachu
Życie wśród zakazów jest prawdziwym koszmarem; jest życiem w ustawicznym strachu przed możliwością naruszenia ich i narażeniem się na jakąkolwiek formę kary, co samo w sobie jest stresogenne. Zwiększająca się liczba zakazów i obaw związanych z możliwością ich naruszenia implikuje narastanie stresów i oraz nerwic, co oprócz innych czynników nerwicogennych przyczynia się do wzrostu chorób psychicznych. W gąszczu zakazów wzrasta prawdopodobieństwo nieświadomego złamania któregoś z nich. Toteż rośnie liczba potencjalnych i rzeczywistych przestępców.
Rozwój kultury zakazów skutkuje wzrostem przestępczości. Z jednej strony, nikt nie wie, kiedy i za co może być ukarany, a z drugiej strony, każdego można traktować jak potencjalnego przestępcę i każdy może czuć się nim. Z każdego można też zrobić przestępcę, bo zawsze da się znaleźć jakiś zakaz w jakimś kodeksie, który się naruszyło. (Słynne powiedzenie służb specjalnych: „Dajcie człowieka, a jakiś paragraf się na niego znajdzie”).
W związku z tym, w kulturze zakazów mogą wytworzyć się dwie postawy ekstremalne: albo kompletny paraliż działań - „najlepiej nic nie robić, żeby się nie narazić na coś albo komuś”, albo totalne lekceważenie zakazów - „robić, co się chce, nie zważając na konsekwencje swoich czynów”. Pierwsza doprowadza do kompletnego zniewolenia, a druga - do absolutnej samowoli. A obie, bez wątpienia, stanowią zagrożenie dla ładu społecznego i są w jednakowym stopniu szkodliwe dla funkcjonowania jednostek i społeczeństwa.
Wciąż jeszcze panuje przekonanie, jakoby zakazy były najskuteczniejszym narzędziem wychowawczym w zakresie kształtowania moralności. Jednak doświadczenie pokazuje, że w wielu przypadkach nadmiar zakazów oraz zmuszanie do bezwiednego, wymuszonego oraz rygorystycznego przestrzegania ich może przynieść więcej szkód niż pożytków.
Przede wszystkim, szkodliwie odbija się na zdrowiu psychicznym nie tylko wychowanków, ale i wychowawców, gdy ich zakazy nie są respektowane. A oprócz tego, przyzwyczaja do tego, żeby ludzie nie myśleli, tylko kierowali się zakazami. To uwalnia od osobistej odpowiedzialności za swoje decyzje i czyny.
Nie zakaz, a powinność
Jest więc dylemat, czy mając na względzie efektywność wychowywania nadal rozwijać kulturę zakazów i bezsensownie mnożyć je, czy raczej odchodzić od tej kultury i ograniczać liczbę kodeksów. A może, zamiast tworzyć ich wielość, ograniczyć się do jednego, obowiązującego wszystkich. Tym bardziej, że większość norm zawartych w różnych kodeksach da się sprowadzić do wspólnego mianownika. W końcu etyka jest jedna, tak jak logika, i jej normy mają charakter ogólnoludzki.
Może, zamiast dodawać jeszcze jeden kodeks etyczny, redukować ich liczbę? Czy nie lepiej zaprzestać rozbudowy kultury zakazów, a zacząć rozwijać kulturę powinności na bazie imperatywu ekoetyki i humanizmu ekofilozoficznego: zachowuj się i postępuj tak, abyś nie przyczyniał się do destrukcji swojego środowiska życia - pamiętaj, że twoją powinnością jest rewerencja dla życia, przede wszystkim ludzkiego.
Powinność jest chyba lepsza od zakazu, ponieważ nie jest narzucona z zewnątrz, lecz bierze się z przyzwolenia wewnętrznego i osobistego przeświadczenia o poprawnym postępowaniu; bierze się z własnej świadomości moralnej, a nie ze strachu przed karą. Jest ufundowana na trwalszej podstawie aniżeli zakaz. Nie chodzi o to, by w ogóle nie korzystać z zakazów, ale by zachować umiar w ich tworzeniu i uciekać się do nich w sytuacjach nadzwyczajnych.
W ten sposób zakaz nie będzie czymś pospolitym, spowszechniałym i wskutek tego lekceważonym, lecz nabierze stosownej wartości, wymowy oraz mocy i stanie się skutecznym narzędziem wychowawczym. Nie można nie doceniać roli zakazów, ale nie należy jej przeceniać. Dlatego - sądzę - kulturę zakazów należy rozsądnie redukować i zastępować ją stopniowo przez kulturę i powinności.
Wiesław Sztumski
- Autor: Wiesław Sztumski
- Odsłon: 7341
Funkcję języka określa się jako jego relację do świata. Powszechnie przypisuje się językowi trzy kategorie funkcji: kognitywną, społeczną i afektywną.
Funkcja kognitywna sprowadza się do opisywania świata. Dzięki niej dowiadujemy się, jaki jest świat. Realizacja tej funkcji jest jednak ograniczona do świata, który postrzegamy lub wyobrażamy sobie.
Funkcja społeczna sprowadza się do miejsca i roli języka w komunikacji społecznej, w regulacji stosunków międzyludzkich i określaniu ról społecznych.
Funkcja afektywna jest związana z przekazywaniem emocji, nastrojów, zdziwienia, fascynacji i ekspresji za pomocą elementów języka.
Do tych kategorii funkcji trzeba dodać jeszcze funkcję języka: heurystyczną i kreatywną. Za pomocą języka nie tylko opisuje się rzeczy i ich stany, wspomaga myślenie, rozwiązuje problemy, wyraża myśli, wrażenia, uczucia oraz stany ciała i ducha, ocenia wydarzenia, zachowania i sytuacje, a także wymienia informacje oraz przekazuje tradycje kulturowe. Język umożliwia też ingerencję w zachowanie się i postępowanie innych ludzi, ponieważ dostarcza wskazówek (instrukcji) postępowania.
Wskutek tego może być wykorzystywany do sterowania postępowaniem i działaniem ludzi. Jest więc narzędziem, za pomocą którego pośrednio, ale skutecznie można kształtować świat.
Funkcja kreatywna języka polega na tym, że można za jego pomocą świadomie wpływać na nasze środowisko życia, zmieniać je i tworzyć całkiem nowe. Stosownie dobrane i odpowiednio wypowiadane słowa (retoryka i artykulacja) mogą pobudzać do działań lub do bezczynności. Realizując funkcję kreatywną, język przyczynia się do transformacji albo kreacji różnych rodzajów rzeczywistości: aktualnej, historycznej, faktualnej, idealnej, wirtualnej, wierzeniowej, życzeniowej, zmysłowo postrzeganej itd. Wpływ języka na rzeczywistość może być korzystny lub nie; może prowadzić do ulepszania świata albo do degeneracji, do poprawy naszego życia albo do pogorszenia. W realizacji swoich funkcji - bardziej społecznej i afektywnej niż deskrypcyjnej - język wykorzystywany jest coraz częściej i na szerszą skalę jako narzędzia oszustwa i zakłamania.
Manipulacja slowem
Na doniosłą rolę słów wskazuje zapis w Prologu Świętej Ewangelii wg św. Jana: Na początku było słowo (...) A słowo ciałem się stało. Ucieleśnione słowo może być nie tylko początkiem świata, ale jest potężnym instrumentem komunikacji społecznej. Mając to na uwadze, należy dążyć do tego, by słowom były przyporządkowane w sposób jednoznaczny ich desygnaty: przedmioty, zjawiska, itp. i by wypowiedzi były zgodne z przekonaniami ich autorów. Inaczej mówiąc, w języku powinna obowiązywać zasada referencji. Nakazuje ona przestrzeganie adekwatnego związku słów z tym, co one oznaczają albo, z tym, co się wypowiada. Zabezpiecza ona, choć niezupełnie, przed nadużywaniem języka w celu okłamywania ludzi.
Niestety, ta zasada jest w naszych czasach coraz mniej respektowana, podobnie zresztą, jak wiele innych tradycyjnych zasad obowiązujących w kulturze w ogóle, a w szczególności w kulturze języka. Jest ona osłabiana i wypierana przez zasadę relatywizmu znaczeniowego, w myśl której znaczenia słów zależą od czynników społecznych: w wymiarze przestrzennym - od języków, kultur, wierzeń, ideologii, a wymiarze czasowym - od sytuacji historycznej, w której wypowiada się te słowa. To umożliwia manipulację znaczeniami słów, po to, by wprowadzać ludzi w błąd, czyli stwarza warunki do dokonywania nadużyć semantycznych.
Z tej możliwości okłamywania korzysta się coraz bardziej, a wielu specjalistów od reklamy i propagandy głowi się nad tym, jak najlepiej dokonywać takich nadużyć. Wskutek tego stajemy się w coraz wyższym stopniu „społeczeństwem zakłamanym" i coraz łatwiej można w nim kłamać.
Kłamię, więc jestem
Kłamstwo stało się skutecznym narzędziem walki o różne cele: przeżycie, robienie kariery i bogacenie się. W naszych czasach, bardziej od znanej zasady „myślę, więc jestem" obowiązuje jej parafraza „kłamię, więc jestem" - łatwiej bowiem jest kłamać, aniżeli myśleć. Z pewnością w różnych warunkach społecznych i historycznych to samo słowo uzyskuje różne znaczenia i może mieć różne desygnaty. Dlatego zasadę referencji trzeba raczej traktować jak granicę, do której należy dążyć, aby język mógł dokładnie i bez wieloznaczności opisywać świat i wyrażać nasze myśli.
W praktyce bardzo rzadko zdarza się, żeby między słowem a jego desygnatem zachodziła jednoznaczność. To ma miejsce w językach sztucznych i ściśle sformalizowanych (matematyka, logika). W językach naturalnych słowa i wyrażenia bywają zazwyczaj wieloznaczne. A im bogatszy jest język, tym więcej kryje w sobie wieloznaczności.
Deflacja zasady referencji postępuje wraz z szerzeniem się relatywizmu znaczeniowego oraz substytucji znaczeniowej. Oba te zjawiska rozwijają się zresztą równolegle i powodują wzrost „potencjału kłamliwości języka". Rozumiem go jako zbiór elementów językowych (w istocie pustych redundancji), które mogą być wykorzystywane do manipulacji językiem w celu wprowadzania w błąd.
Relatywizm znaczeniowy
Relatywizm znaczeniowy szerzy się ostatnio w zatrważającym tempie przede wszystkim za sprawą nieokiełznanej reklamy i nieprzebierającej w środkach walki konkurencyjnej w sferach ideologii, polityki i ekonomii. Język ewoluuje w sposób naturalny wraz z postępem cywilizacji i rozwija się w miarę tego, jak coraz bardziej komplikują się stosunki społeczne. Zmianie ulegają sposoby wyrażania się oraz słownictwo. Pojawiają się nowe słowa i frazy, które z czasem zastępują stare, które stopniowo wychodzą z obiegu.
Procesy globalizacyjne pociągają za sobą konieczność zapożyczeń z innych języków, przeważnie z tych, które dominują w gospodarce, nauce i technice. Neologizmy początkowo rażą, potem przyzwyczaja się do nich i z czasem stają się trwałymi składnikami języka powszechnie używanego. Tworzeniu neologizmów sprzyja rozwój języków sztucznych (specjalistycznych) w rozmaitych dziedzinach życia społecznego oraz powstawanie żargonów, jakimi komunikują się różne subkultury.
Od kilkudziesięciu lat, podobnie jak w wielu dziedzinach życia, w ewolucji języka działa zasada akceleracji: szybszemu tempu życia i pracy towarzyszy coraz szybsze - i niestety byle jakie - myślenie, mówienie i wyrażanie myśli i uczuć. A szybkie mówienie wymaga posługiwania się krótszymi frazami i skrótami językowymi.
Ponadto sam język zmienia się coraz szybciej w miarę zmian zachodzących w nim. Rozwój języka, podobnie jak czegokolwiek innego, nie musi prowadzić do zmian na lepsze. Z jednej strony, język dostosowując się do aktualnych warunków środowiska życia sprzyja lepszemu funkcjonowaniu ludzi i lepszej komunikacji.
Dlatego nowy język jest jakby lepszy od starego. Ale z drugiej strony, postęp cywilizacyjny oraz globalizacja przyczyniają się do prymitywizacji języka. Przejawia się ona w postępującej redukcji słownictwa i fraz do możliwie najprostszych, oszczędnych, najkrótszych i w konsekwencji banalnych, w propagacji wyrażeń zaczerpniętych z języków kontrkultur i reklamy oraz w wulgaryzacji języka wskutek szerzenia się języka obscenicznego.
Z globalizacją języka wiąże się pewien paradoks: postępującą eliminację języków etnicznych kompensuje wzrost liczby języków licznych subkultur. To przeszkadza kształtowaniu się jakiegoś jednolitego języka światowego, potęguje wieloznaczność słów oraz utrudnia ich rozumienie i komunikację interpersonalną. A na dodatek, wzrost liczby subkultur potęguje relatywizm znaczeniowy. Im więcej wieloznaczności i względności rozumienia słów, tym większa możliwość wykorzystywania języka do fałszowania rzeczywistości, do tworzenia zakłamanych obrazów świata, blagierskich opisów oraz interpretacji faktów. Na co dzień z tym zjawiskiem spotykamy się w wywiadach, dyskusjach i wiadomościach transmitowanych przez mass media.
Do wzrostu „potencjału kłamliwości języka" przyczynia się też zjawisko substytucji znaczeniowej. Polega ona na podmianie znaczeń słów, jakich używa się w wypowiedziach, dokonywanej między innymi w celu zafałszowania faktów lub wzmacniania emocji i nastrojów towarzyszących przekazywaniu i odczytywaniu komunikatów o faktach. Nie chodzi tu o zamianę znaczeń w wyniku posługiwania się synonimami, lecz o zamianę jednego spośród wielu tradycyjnych znaczeń danego słowa na inne, albo z przypisaniem mu w pełni nowego znaczenia.
Substytucji znaczeń dokonuje się na ogół po to, by usprawiedliwić lub nakłonić do pozytywnej oceny moralnej czegoś niegodziwego, albo żeby wzmocnić negatywną ocenę moralną i wzbudzić odrazę do czegoś, co dotychczas nie uznawano za niegodziwe.
Nadużycia językowe
Relatywizacji i substytucji znaczeniowej towarzyszą nadużycia językowe. Przytoczone przykłady relatywizacji i substytucji znaczeń kilku wybranych, powszechnie używanych słów: misja, bohaterstwo i mord, pokazują, jak dokonuje się nadużyć językowych w celu okłamywania ludzi i fałszowania faktów.
Świadomym nadużyciem semantycznym jest podmiana znaczeniowa słowa "misja". Konwencjonalnie, tradycyjnie i słownikowo znaczy ono "specjalne, odpowiedzialne zadanie, albo podjęcie się pełnienia jakiejś ważnej funkcji społecznej". W każdym ze znaczeń słowo „misja" kojarzy się z celem lub działaniem godziwym, moralnie pozytywnym, a nawet wzniosłym.
Wskutek amerykanizacji naszego języka, coraz częściej szafuje się tym słowem. To powoduje, że zatraca już ono swój wydźwięk patetyczny. (Bardzo często słowa obcojęzyczne nabierają w języku polskim specyficznego, bardziej doniosłego znaczenia aniżeli w języku oryginalnym.) Używa się go nawet do nazywania zadań i działań niegodziwych i etycznie nagannych.
Tak więc "misją" nazywa się bezprawną i ludobójczą agresję na jakiś kraj, zabijanie tysięcy ludzi i podobne akcje zbrodnicze dokonywane w imię jakiejś wiary, ideologii, polityki lub pieniędzy. Tylko patrzeć, jak pospolite akty chuligaństwa i złodziejstwa okażą się również „misjami". Zamiast nazywać tego typu zadania adekwatnie do ich treści, („po imieniu"), nazywa się je „misjami", aby ludzie przywykli do wzniosłości słowa „misja" uznali te godne potępienia akty za usprawiedliwione i heroiczne, a więc warte nagrody i godne naśladowania.
Do rangi misji podnosi się także wiele codziennych zadań właściwych działalności polityków, urzędników i usługodawców, wykonywanych w ramach normalnych obowiązków zawodowych. A to też znajduje oddźwięk w praktyce: politycy, urzędnicy albo usługodawcy, którym wmawia się, jakoby wypełniali „misję", a nie wykonywali płatnej usługi na rzecz innych ludzi, będąc przekonanymi, że naprawdę tak jest, pracują zazwyczaj „z łaski" i stąd bierze się ich nonszalancja wobec wyborców, petentów i usługobiorców. Życie codzienne dostarcza licznych przykładów takiego zachowania w urzędach, sklepach i firmach.
Relatywizacji i substytucji znaczeniowej poddawane jest słowo „bohaterstwo". Tradycyjnie rozumiane jest ono jako niezwykłe męstwo i waleczność, wyjątkowa odwaga, dzielność i ofiarność. Za czyny bohaterskie awansuje się w wojsku i przyznaje odznaczenia państwowe.
Tymczasem od pewnego czasu mianuje się „z urzędu" niektórych ludzi „bohaterami", awansuje i odznacza z pobudek czysto ideologicznych, partyjnych, albo politycznych. Bohaterem jest na przykład ktoś, kto przypadkowo zginął w walce, bo wpadł w zasadzkę, kto został zastrzelony przez wroga, chociaż sam nikogo nie zabił.
Zwykle awansowano i odznaczano żołnierzy za to, że unicestwili wielu wrogów, albo zniszczyli ważne urządzenia sił nieprzyjacielskich. Teraz - paradoksalnie - za to, że dali się zabić. Jakie to bohaterstwo? Po prostu chodzi o okłamywanie opinii publicznej. Za bohaterów uznawano ludzi, którzy służyli interesom państwa, którego byli obywatelami i w którym żyli. Teraz robi się na siłę bohaterami tych, którzy działali na szkodę własnego państwa, będąc płatnymi agentami obcych wywiadów.
Za „bohaterów" uznaje się teraz także tych, którzy uciekli z ojczyzny ze strachu przed odpowiedzialnością karną, albo z chęci poprawy sobie bytu, nie zaś ludzi, którzy w trudnych warunkach totalitaryzmu uczciwie pracowali dla dobra swoich rodzin i ojczyzny. Przykładów takich można by podać więcej. Pokazują one, jak słowo „bohater" - a co za tym idzie - wyobrażenie i wzorzec bohatera, ulegają dewaluacji w konsekwencji relatywizacji i substytucji znaczeń. Każdego można zadekretować jako „bohatera", kto tylko służy „poprawnej" ideologii, kto tylko jest prawomyślny wobec aktualnej władzy.
Takiemu samemu zabiegowi poddane zostało słowo „mord". Tradycyjnie i słownikowo oznacza ono zabójstwo, czyli rozmyślne pozbawienie kogoś życia w okrutny sposób. Jest to czyn absolutnie bezprawny i zbrodniczy. Mimo to, coraz częściej za „mord" uznaje się wykonanie prawomocnego wyroku kary śmierci, jeśli tylko ten wyrok nie jest po myśli wyznawców jakiejś ideologii, zwłaszcza w innych warunkach historycznych. A zatem, każdy wyrok śmierci i wykonanie go można nazwać „mordem" i podważyć jego prawomocność w czasie ogłaszania go w zależności od tego, jaką uznaje się ideologię i kto aktualnie sprawuje władzę w państwie.
I znowu chodzi o celowe usprawiedliwienie działań niezgodnych z prawem i wprowadzanie w błąd opinii publicznej za pomocą odpowiedniej manipulacji językowej. Zazwyczaj dotyczy to zdarzeń minionych. Wydaje się słuszne, by do zasady „prawo nie powinno działać wstecz" dodać zasadę „ocena moralna prawa nie powinna działać wstecz". Każdy może oceniać wyrok sądowy jako sprawiedliwy lub nie, ale nie może poddawać w wątpliwość jego prawomocności w momencie ferowania go w świetle obowiązującego wówczas prawa.
Substytucja i relatywizacja znaczeń różnych słów jest zjawiskiem nieuniknionym w procesie naturalnej ewolucji języka. Z tej racji jest ono moralnie obojętne. Natomiast wynaturzeniem jest instrumentalne wykorzystywanie tego zjawiska przez ideologów, polityków, reklamotwórców itp. do niecnych celów fałszowania rzeczywistości i do wywoływania odpowiednich nastrojów społecznych. Jest ono bez wątpienia zjawiskiem karygodnym. Jeśli język ma być instrumentem dochodzenia do prawdy, kształtowania przyzwoitości oraz rzetelnego przekazu komunikatów, to należy ograniczać i eliminować przypadki nadużyć semantycznych.
Wiesław Sztumski