Filozofia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1685
Najważniejszym zadaniem studiów medycznych jest kształcenie profesjonalne przyszłych lekarzy na jak najwyższym poziomie wiedzy i umiejętności, jak najbardziej efektywnie i z wykorzystaniem najnowszych osiągnięć postępu technicznego i naukowego w dziedzinie medycyny.
Pod tym względem studia medyczne nie różnią się od innych studiów zawodowych. Co się zaś tyczy humanizacji studiów medycznych, to jest ona bardzo potrzebna studentom medycyny.
Przyszli lekarze powinni posiąść elementarną wiedzę z ekonomii, socjologii, antropologii filozoficznej, a szerszą - z logiki (dla humanistów) i etyki (zwłaszcza etyki zawodu lekarza). Logika i etyka powinny być obligatoryjne, a pozostałe fakultatywne, ale w nie w karykaturalnym wymiarze, 5 albo 10 godzin wykładów, seminariów lub ćwiczeń do wyboru przez wykładowcę, jak to jest praktykowane w wielu uczelniach medycznych, tylko po to, żeby formalnie spełnić wymóg ministerialny w zakresie kształcenia.
Dla medyków szczególnie ważne jest nabycie umiejętności logicznego myślenia (reguł wnioskowania), precyzyjnego wysławiania się oraz właściwego postępowania (zwłaszcza z pacjentami).
Ogromną rolę przede wszystkim w diagnostyce, ale też terapii i w holistycznym (osteopatycznym) sposobie postrzegania pacjenta, odgrywa znajomość różnych kategorii determinizmu: przyczynowego, strukturalnego, funkcjonalnego, następstwa stanów, statystycznego i chaosu. Trzeba go przecież rozpatrywać w różnorakich związkach i zależnościach w obrębie jego organizmu i między nim a środowiskiem przyrodniczym i społecznym.
W praktyce lekarskiej ważna jest wiedza o zależności przyczynowo-skutkowej. Lekarz ma wiedzieć, kiedy ma do czynienia ze związkiem przyczynowo-skutkowym, a kiedy z innymi zależnościami i umieć odróżniać przyczyny główne od ubocznych, sprawcze od formalnych itp. Także znać warunki realizacji związku przyczynowego i granice stosowalności zasady przyczynowości.
Powinien znaleźć główną przyczynę choroby, by móc ją usunąć. Jeśli tego nie potrafi, to leczy pozornie (objawowo) i na krótką metę uzdrawia. Cieszą się z tego chorzy, ponieważ już po jednym dniu lub kilku dniach normalnie funkcjonują; pracodawcy - bo ich pracownicy szybko mogą podjąć pracę i lekarze - bo pozbywają się pacjentów.
Oprócz tego, lekarz nie znając głównej przyczyny choroby leczy ją za pomocą leków usuwających wiele możliwych przyczyn, a nie tylko tę jedyną.
Na przykład, zaleca antybiotyk zwalczający całe spektrum bakterii, wśród których jest ten jeden rodzaj wywołujący tę właśnie chorobę. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że im większy jest zakres działania takich leków, tym więcej wywołują one skutków ubocznych, szkodliwych dla zdrowia. Wyleczenie jednego narządu skutkuje uszkodzeniem i chorobą wielu innych.
(Przykładem może być wibramycyna, zastosowana po raz pierwszy u żołnierzy USA, którzy po napaści na Wietnam zapadali na różne choroby tropikalne. Wibramycyna była stosowana powszechnie w latach 60. XX w. Był to wówczas rewelacyjny antybiotyk, ale jego skutki uboczne były fatalne).
Im nowszej generacji są antybiotyki lub inne lekarstwa syntetyczne, tym więcej wywołują skutków ubocznych coraz groźniejszych dla zdrowia. Kiedy czyta się załączone do nich ulotki z całą litanią „skutków niepożądanych", to aż strach je zażywać. To, między innymi, jest przyczyną powrotu do medycyny naturalnej i stosowania środków domowych, homeopatii i korzystania z usług szamanów, a także szalbierzy. Tym bardziej, że zioła i leki domowe są bezpieczniejsze i o wiele tańsze. Jeśli niektóre choroby wymagają stosowania leków syntetycznych, to zażywa się je na zasadzie wyboru mniejszego zła, mimo wiedzy o szkodliwych skutkach ubocznych.
Na nic ostrzeżenia Ministra Zdrowia, że każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża zdrowiu lub życiu. Tym bardziej, że nawet „właściwie stosowany” też może zaszkodzić wskutek uczulenia. Nota bene, skąd pacjent ma wiedzieć, czy jest uczulony na jakiś składnik, zanim nie przekona się o tym po spożyciu lekarstwa. Te nic niedające ostrzeżenia służą unikaniu odpowiedzialności przez firmy farmaceutyczne.
Edukacja do zawodu lekarza lub farmaceuty, tak jak do innych zawodów, od których zależy życie ludzi, powinna maksymalnie kształtować poczucie odpowiedzialności, obowiązkowości i sumienności. Zwłaszcza w czasach, gdy postępuje atrofia odpowiedzialności. Wiele tragedii i awarii (elektrowni atomowych, pożarów, powodzi i katastrof ekologicznych) było spowodowanych nieodpowiedzialnym zachowaniem lub postępowaniem pracowników i lekceważeniem obowiązków oraz oznak zagrożeń. Także coraz częściej zdarzają się przypadki zagrożeń zdrowia i życia pacjentów w wyniku braku odpowiedzialności i obowiązkowości lekarzy. Nie chodzi tylko o odpowiedzialność prawną, ale w równym stopniu o moralną za to, co nie jest zawarte w przepisach prawnych. Przecież wszystkiego nie sposób skodyfikować.
Lekarze bardzo często stoją wobec różnych dylematów i muszą podejmować natychmiastowe decyzje w sytuacjach awaryjnych, np. zagrożenia życia. Tego trudno się nauczyć, ale można i trzeba w większym stopniu wymagać od kandydatów na studia lekarskie umiejętności dokonywania szybkich wyborów.
Podsumowanie
Na przedmiotowe odnoszenie się do pacjentów wpływają czynniki subiektywne, które grają decydującą rolę u lekarzy nie tyle „z powołania”, co z innych powodów - tradycji rodzinnych, dobrych zarobków, szybkiego bogacenia się, prestiżu itp. Jednak bardziej wpływają następujące czynniki obiektywne:
a) Studia medyczne
Przedmiotowe traktowanie pacjenta narasta w trakcie studiów medycznych i pracy zawodowej lekarzy. Korzystanie z pomocy naukowych w postaci symulatorów człowieka i jego narządów implikuje podejście do żywych ludzi i ich narządów, jak do przedmiotów martwych. Podobnie traktuje się pacjentów znajdujących się w stanie pełnego znieczulenia, śpiączce farmakologicznej, albo w innych sytuacjach, kiedy prawie całkowicie pozbawieni są świadomości.
O ile u studentów pierwszych lat studiów przeważają jeszcze postawy altruizmu i empatii, to później ulegają one postępującej atrofii, gdyż okazują się przeszkodą na drodze do kariery zawodowej i bogacenia się.
Badania kandydatów na Akademię Medyczną we Wrocławiu w 2012 r. dotyczące motywacji do podjęcia studiów lekarskich pokazały, że studenci bardziej cenią sobie altruizm i empatię (pomoc innym) niż pragmatyzm (sytuację ekonomiczna, gwarancję zatrudnienia) tylko u progu studiów. (Najwięcej osób kierowało się chęcią niesienia pomocy innym (39%), a następnie gwarancją zatrudnienia po studiach (21%), wysokim prestiżem zawodu lekarskiego (13%), dobrą sytuacją ekonomiczną lekarzy (9%) oraz tradycją rodzinną (7%). Zob. L. Waszkiewicz, K. Zatońska, J. Einhorn, K. Połtyn-Zaradna, D. Gaweł-Dąbrowska, Motywacje wyboru studiów medycznych na przykładzie studentów Akademii Medycznej we Wrocławiu, w: Hygeia Public Health, t.247, Nr 2, 2012).
Winny temu jest cały kompleks uwarunkowań społecznych, system kształcenia lekarzy i sposób ich awansowania.
W wyniku amerykanizacji uczelni wyższych - zjawiska obcego tradycyjnej europejskiej kulturze akademickiej - i przekształcania ich w organizacje ekonomiczne (przedsiębiorstwa samofinansujące się lub przynoszące zysk), kryteria ilościowe kształcenia przeważają nad jakościowymi. Wykładowcy zabiegają o punkty bolońskie (im więcej mają wysoko punktowanych publikacji, tym uchodzą za lepszych), a studenci o punkty ECTS. Niestety, w epoce człowieka cyfrowego coraz ważniejsze są liczby i statystyki.
b) Postęp techniczny
Z jednej strony, pacjent poddawany działaniom urządzeń technicznych, pomiarom, prześwietleniom (rezonansowi, tomografii) i innym zabiegom wspomaganym przez technikę staje się siłą rzeczy przedmiotem. Im bardziej lekarz poddaje go takim zabiegom, tym bardziej musi go traktować przedmiotowo. Również na skutek wymiany uszkodzonych narządów przez sztuczne (twory techniki) przypomina on przedmiot i to tym więcej, im więcej substytutów, czujników chipów itp. ma w swoim ciele. (Rodzi się pytanie: „Z ilu elementów naturalnych składa się jeszcze człowiek?”, czyli „ile człowieka w człowieku”?)
Z drugiej strony, lekarze stopniowo upodabniają się do automatów w wyniku postępowania rutynowego, zgodnie z wyuczonymi procedurami, algorytmami i stereotypami. Do tego zmusza ich dodatkowo ekonomizacja usług lekarskich i służby zdrowia. Jeśli zgodnie z przepisami lekarz ma przyjąć 20 pacjentów w ciągu 3 godzin, to dla jednego może poświęcić 9 minut. W tym czasie musi wypełniać różne formularze i wypisywać recepty. Ile czasu pozostaje mu na badanie i rozmowę z pacjentem? Czy wobec tego może działać inaczej niż automat?
Przedmiotowe traktowanie pacjenta nasila się wraz z zanikiem empatii u lekarzy proporcjonalnie do implementacji ideologii konsumpcjonizmu, zaostrzającej się walki konkurencyjnej i postępującej przewagi czynników ekonomicznych w ich postępowaniu. Jej miejsce zajmują indywidualizm i egoizm.
Efektem komercjalizacji i komodyfikacji usług medycznych jest dominacja myślenia pragmatycznego i utylitarystycznego oraz postaw roszczeniowych lekarzy z jednoczesnym zanikaniem współczucia w relacjach z pacjentami. Wkrótce postęp techniczny w medycynie doprowadzi do tego, że niektórzy lekarze okażą się zbyteczni. Zastąpią ich z powodzeniem „mądre" automaty lecznicze (lekomaty) umieszczane w dostępnych miejscach (jak bankomaty czy automaty z napojami), nawet w domach. Na podstawie pomiaru różnych parametrów (temperatury, ciśnienia tętniczego, poziomu cukru itp.) i porównaniu wyników z normami WHO zdiagnozują one chorobę, podpowiedzą, czym i jak się leczyć, wydrukują odpowiednie recepty, skierowanie do specjalisty, a nawet zwolnienie z pracy. Będą robić prawie to wszystko, co lekarze rodzinni. Wtedy pacjent będzie już w stu procentach traktowany przedmiotowo. Dzięki temu, być może, nastąpi likwidacja kolejek do lekarzy.
c) Zanik poczucia odpowiedzialności
Jest to zjawisko charakterystyczne dla naszych czasów, które obserwuje się również u lekarzy. Towarzyszy mu zanik obowiązkowości i sumienności. Tych cech niezbędnych do poprawnego odnoszenia się do pacjentów najlepiej uczy się w bezpośrednich kontaktach „mistrz-uczeń" (wykładowca-student) pod warunkiem, że mistrz cieszy się niepodważalnym autorytetem i jest wzorem osobowym godnym naśladowania. Niestety, o takie autorytety i kontakty charakterystyczne dla dawniejszych uczelni u nas i szkół medycznych w innych krajach jest coraz trudniej w efekcie permanentnego niedofinansowania publicznej służby zdrowia w naszym kraju.
d) Niezadowalająca humanizacja studiów medycznych
Uczelnie medyczne muszą być przede wszystkim szkołami zawodowymi i kształcić biegłych i efektywnych profesjonalistów w swym rzemiośle. Ale w przypadku lekarza-profesjonalisty jego wiedza i horyzont myślowy nie powinny być tak ciasne, żeby redukowały go do fachidioty. (Fachidiot jest obraźliwą nazwą specjalisty - eksperta w swojej dziedzinie, który złożone problemy postrzega tak, jakby miał klapki na oczach). Powinien mieć szerszą wiedzę ogólną i rozleglejszy horyzont myślowy, co pozwalałoby mu wieloaspektowo widzieć pacjenta, również w jego związkach z otoczeniem. Wprawdzie w skład bloku kształcenia ogólnego w akademiach medycznych wchodzą przedmioty humanistyczne, ale nie w takim zakresie, jak powinny. Im jest ich więcej, tym lepiej, im większą posiada się wiedzę humanistyczną, tym bardziej jest się człowiekiem.
Tę wiedzę można przekazywać nie tylko na przedmiotach obowiązkowych, ale na fakultatywnych i monograficznych. Uczelnie powinny oferować studentom do wyboru szerszy wachlarz przedmiotów humanistycznych - jednych obowiązkowych, innych nie. Ale to napotyka na trudności natury obiektywnej ze strony władz uczelni (ze względu na wzrost kosztów nauczania) i subiektywnej ze strony studentów, którzy nie doceniają znaczenia tych przedmiotów w pracy lekarza, nie wykazują większego zainteresowania nimi, albo są leniwi i tłumaczą się przeciążeniem nauką. Nie ulega wątpliwości, że muszą być zachowane odpowiednie proporcje między przedmiotami zawodowymi i humanistycznymi na korzyść tych pierwszych, gdyż skuteczniejszy jest lekarz, u którego profesjonalizm przeważa nad humanitaryzmem. Jednak błędne jest mniemanie, jakoby tylko rzetelna wiedza humanistyczna zapewniała podmiotowe traktowania pacjentów.
e) Rezygnacja z przysięgi Hipokratesa
W dzisiejszym świecie, w wyniku rozwoju cywilizacji zachodniej, coraz trudniej jest dotrzymywać przysięgi Hipokratesa w jej oryginalnym brzmieniu. Z tego względu odnosi się do niej jak do anachronizmu, którego nie warto wskrzeszać. Toteż od pewnego czasu nie wymaga się składania jej przez lekarzy. To nie jest dobre, gdyż niektóre powinności lekarza wobec pacjenta w niej zawarte są ponadczasowe, a ponadto, jako imperatyw moralny, wzmacnia ona nakazy zawarte w aktach prawnych i uzupełnia je w kwestii interpretacji. Dlatego lekarze powinni przysięgać, że będą bezwzględnie przestrzegać tych ogólnoludzkich i ponadhistorycznych powinności w relacjach z pacjentami.
Konkluzja
Optymalnym rozwiązaniem dylematu lekarza „Empatia, podmiotowość i dobro pacjenta czy pragmatyzm, konformizm i własny interes?" byłoby takie: empatią, podmiotowością i dobrem pacjenta kierować się, na ile to pożądane i możliwe, a pragmatyzmem i konformizmem - na ile to konieczne i skuteczne.
Wiesław Sztumski
Jest to trzecia, ostatnia część eseju poświęconego zagadnieniom etycznym w relacjach pacjent - lekarz. Pierwszą – Hipokrates nie przewidział – zamieściliśmy w SN Nr 5/19. Drugą - Lekarz - pragmatyk i konformista – w SN Nr 6-7/19.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2777
Temat istnienia jest odwiecznym przedmiotem dyskusji i sporów w filozofii, głównie o pojęcie (rozumienie) istnienia i kryterium (potwierdzenie) istnienia. Przedstawiano wiele pomysłów, ale nie udało się znaleźć kompromisu, ani konsensusu w tej sprawie. Wciąż pojecie istnienia jest wieloznaczne, różnie pojmowane i interpretowane.
Kiedy pyta się o istnienie czegoś, to chodzi o istnienie naprawdę, tzn.
- potwierdzone lub udowodnione w zadowalający sposób, przede wszystkim naukowo.
- tak namacalnie (sensorycznie) potwierdzone, że nie budzi żadnych wątpliwości.
Jednak elementy wiedzy naukowej ulegają falsyfikacji wskutek jej rozwoju, a zmysły często zwodzą. Wskutek fascynacji nauką i jej postępem nie docenia się pozanaukowych i pozazmysłowych dowodów na istnienie. Tymczasem ludzie, nawet naukowcy, często odwołują się do nich w życiu codziennym.
Począwszy od Arystotelesa, pojęcie istnienia wiąże się ściśle z pojęciem rzeczywistości. Wszak „istnieć” to tyle, co mieć miejsce, znajdować się, występować, przebywać, działać albo po prostu być wśród innych rzeczy, czyli w „rzeczywistości”.
Problem w tym, że nie ma jednej „rzeczywistości w ogóle”, lecz jest wiele jej kategorii, rodzajów i gatunków. (Zob. W.S., Tyle prawd, ile rzeczywistości, SN 5, 2009)
Teoretycznie możliwych jest ich tyle, ilu ludzi. Każdy człowiek kreuje jakąś rzeczywistość i istnieje jednocześnie w kilku rodzajach rzeczywistości - zmysłowej, pojęciowej, przyrodniczej, sztucznej, wirtualnej, religijnej itd., a faktycznie, jest ich tyle, ile jest grup kulturowych. Mało prawdopodobna jest redukcja do jednej rzeczywistości „fundamentalnej” ani superpozycja (synteza, suma, złożenie) w jedną „uniwersalną”.
Nie ma też rzeczywistości raz na zawsze danej, która nie zmieniałaby się - i to coraz szybciej - wskutek ewolucji w przyrodzie i postępu cywilizacyjnego (społecznego). W zależności od kategorii (rodzaju, gatunku) rzeczywistości i ich elementów (obiektów) można je podzielić na:
- materialną i idealną (pomyślaną),
- zmysłową i pozazmysłową,
- obiektywną i subiektywną,
- doświadczaną (sensorycznie) i przeżywaną (duchowo),
- faktyczną i fikcyjną,
- realną i wirtualną,
- postrzeganą i wyobrażoną,
- naturalną i sztuczną.
A ze względu na obszary występowania można wyróżnić jeszcze:
- przyrodniczą,
- społeczną,
- historyczną,
- aksjologiczną,
- medialną,
- artystyczną,
- religijną,
- duchową,
- gospodarczą,
- polityczną, itd.
Nie ma ostrych granic między nimi; mogą częściowo się pokrywać, przenikać i interferować ze sobą. Tylko incydentalnie może coś istnieć w jednej rzeczywistości, a o wiele częściej istnieje w wielu naraz.
Jeśli nie ma „rzeczywistości w ogóle”, to nie ma też „istnienia w ogóle”, czyli we wszystkich kategoriach rzeczywistości równocześnie. Pojęcie istnienia i fakt istnienia mają sens w odniesieniu do rzeczywistości synchronicznych (współwystępujących) oraz diachronicznych (zmieniających się z upływem czasu). A zatem, jest ono podwójnie zrelatywizowane - ze względu na kategorię rzeczywistości i czas jej występowania.
Odpowiedź na pytanie, co znaczy, że jakiś obiekt istnieje „naprawdę”, albo realnie, zależy od kryterium istnienia, które uznaje się za najbardziej wiarygodne. A o tym decydują bardziej czynniki subiektywne niż obiektywne. Trudno powiedzieć, dlaczego jest tak, że bardziej wierzy się sobie aniżeli innym ludziom, choćby ich racje były jak najbardziej obiektywne (intersubiektywne), naukowo dowiedzione i najsłuszniejsze z różnych względów. Być może dlatego, że czynniki świadomościowe, psychiczne i duchowe grają większą rolę w procesach ewaluacji alternatywnych wyborów i podejmowania decyzji niż cielesne, fizjologiczne i materialne. Wszak zazwyczaj ludzie uznają za prawdziwsze od prawd naukowych to:
- co jest dla nich najważniejsze,
- w co święcie wierzą,
- czego istnienie przyjmują apriorycznie,
- co odpowiada ich światopoglądowi,
- co głosi jakiś guru, kaznodzieja, polityk, przywódca grupy, idol, celebryta, itp.
- co zawarte jest w świętych księgach, dogmatach lub objawieniu,
- co stanowi sacrum, a więc jest niepodważalne i niepodlegające dyskusji,
- co jest „słowem bożym”,
- co uznają za najwartościowsze,
- co jest zgodne z ich oczekiwaniami,
- co odpowiada ich interesom,
- co jest ich ideałem lub celem życia,
- co determinuje ich sens życia,
- co jest źródłem ich ekstremalnych emocji lub przeżyć duchowych,
- co, dzięki tradycji, od wielu pokoleń uznają za prawdziwe.
Z wyżej wymienionych powodów wielu ludzi jest w pełni przekonanych o tym, że coś istnieje naprawdę i nikt ani nic nie jest w stanie przekonać ich o tym, że się mylą, że to coś istnieje tylko dla nich lub w nich, tzn. - parafrazując wyrażenie Kanta „rzecz da nas” (Ding an uns) - jako „istnienie dla nich” (Existenz an ihnen). To są osoby niereformowalne, o wybujałym poczuciu własnego ego, uważający się za wszystkowiedzących, fanatycy religijni, polityczni, ideologiczni itp. Dyskusje z nimi są bezcelowe i nie mają sensu, ponieważ do nich nie docierają żadne obiektywne i rzeczowe argumenty. Trzeba im albo przytakiwać, albo nie wdawać się w dysputy, czyli traktować ich tak samo, jak ludzi głupich.
Jeśli w świecie nie ma jednej „uniwersalnej rzeczywistości”, to nie ma też jednego „uniwersalnego kryterium istnienia”, uznawanego przez wszystkich i ważnego dla każdej kategorii rzeczywistości w dowolnym czasie. Inaczej mówiąc, nie da się zweryfikować istnienia czegoś „w sobie” (Existenz an sich).
Dla każdego rodzaju rzeczywistości trzeba stosować właściwe jej kryterium istnienia. Metodologicznie niedopuszczalne jest posługiwanie się kryterium istnienia ważnego tylko dla jednej kategorii rzeczywistości, w celu udowodnienia istnienia w innych jej kategoriach. Niestety, nagminnie nie przestrzega się tego zakazu; jeśli udowodni się istnienie czegoś w jednej kategorii rzeczywistości, to twierdzi się, że istnieje również w wielu innych lub we wszystkich. Inna zasada metodologiczna nakazuje przestrzegać zgodność rodzaju obiektu z rodzajem rzeczywistości. Tak więc, obiekty idealne istnieją tylko w rzeczywistościach idealnych, wirtualne - w wirtualnej itd.
Nierespektowanie reguł metodologicznych dotyczących istnienia
Przykład 1: Istnienie obiektów idealnych
Najwięcej błędów wynikających z pogwałcenia wspominanych zasad metodologicznych popełnia się przy próbach weryfikacji istnienia obiektów idealnych - wirtualnych, wyobrażonych, medialnych i historycznych. W sposób stosunkowo prosty i niezawodny można udowodnić istnienie jakiegoś obiektu (bytu) idealnego na podstawie kryteriów istnienia obowiązujących dla rzeczywistości idealnych. Zazwyczaj odwołują się one do wnioskowania logicznego (głównie dedukcyjnego i per analogiam), oraz do technik stosowanych w dowodzeniu twierdzeń matematycznych.
Bezbłędne rozumowanie, albo operacje rachunkowe gwarantują udowodnienie hipotezy o istnieniu takiego obiektu tylko w tych rzeczywistościach, a nie w innych. Niestety, najczęściej z pobudek intencjonalnych i w zależności od potrzeb, twierdzi się w sposób zupełnie nieuprawniony, jakoby obiekt idealny istniał również w innych rodzajach rzeczywistości niż idealna, nawet w materialnej, co jest jawną bzdurą jak długo istnieje ostra granica między tym, co idealne i materialne.
Przykład 2: Istnienie boga
Błędnie twierdzi się, jakoby bóg istniał w naszym świecie i kosmosie zawsze i wszędzie w rzeczywistości materialnej i przyrodniczej (panteizm i panenteizm) na podstawie tego, że udowodniło się jego istnienie w rzeczywistości duchowej, religijnej lub wyobrażonej.
Znane są dowody formalne lub na podstawie spekulacji, prezentowane przez filozofów w różnych epokach. Budowano je na skrytym założeniu apriorycznym, że bóg istnieje. Tak np. w dowodach Akwinaty bóg istnieje a priori w myśli ludzkiej jako ostateczny cel lub ostateczna granica, pierwsza przyczyna, pierwszy motor, największa doskonałość i najwyższy byt.
W gruncie rzeczy są to pseudodowody, gdyż dowodzi się tego, co zawierała przesłanka wyjściowa. W ten sposób faktycznie udowadnia się istnienie boga jedynie w myśli ludzkiej, a więc w rzeczywistości pomyślanej (mentalnej, wyobrażonej, idealnej). Stąd można dojść do wniosku, że bóg jest tworem mózgu ludzkiego i poszukiwać tam jakichś obszarów stymulujących wiarę religijną, co przeczy dogmatom.
Współczesnych neotomistów nie zadowalają te formalne dowody na istnienie boga w rzeczywistości idealnej. Chcą jeszcze dowodów na istnienie boga w rzeczywistości materialnej (przyrodniczej), by można było uznać go za wszechobecnego w przestrzeni i czasie. W tym celu próbują wykorzystać osiągnięcia fizyki, kosmologii oraz biologii. Kłopot w tym, że w tych naukach o ostatecznej weryfikacji hipotezy o istnieniu czegoś decyduje doświadczenie. Ale nie myślowe (Gedankexperiment), religijne (objawienie) ani psychologiczne (emocjonalne i duchowe), lecz stricte fizyczne.
Dotychczas nikomu nie udało się udowodnić istnienia boga za pomocą takiego doświadczenia wykonywanego zgodnie z zasadami metodologii naukowej. W związku z tym doświadczenie fizyczne zastąpiono doświadczeniem sensorycznym. Jednak na podstawie doświadczenia sensorycznego można, co najwyżej, potwierdzić w jakimś sensie obecność śladów (znaków) boga w przyrodzie, ale nie jego istnienie. Zresztą dla fizyka istnieje tylko to, co bezpośrednio oddziałuje z obiektami swego otoczenia za pomocą znanych rodzajów oddziaływań fizycznych. Bóg, będąc bytem idealnym, nie może w ten sposób interagować.
Tak więc udowodnienie istnienia boga za pomocą doświadczenia fizycznego jest z góry skazane na niepowodzenie. Zresztą, w odróżnieniu od ludzi, bóg nie domaga się potwierdzenia swego istnienia, gdyż on „jest, bo jest”. Dlatego sam, kiedy chce i gdzie chce, zaznacza ślady swojej obecności w świecie sensorycznym i ukazuje je komu chce. Bez jego przyzwolenia żaden fizyk, ani ktokolwiek inny na drodze doświadczenia naukowego nie jest w stanie udowodnić jego istnienia, żeby nie wiadomo, co. A objawia się zazwyczaj tym, którzy nie uwierzyli apriorycznie w jego istnienie na gruncie swej wiary lub dociekań filozoficznych a więc ludziom słabej wiary, domagającym się dowodu namacalnego, jak „niewierny Tomasz”.
Przykład 3: Istnienie obiektów wirtualnych
Obszar rzeczywistości wirtualnej rozrasta się w niebywałym tempie wraz z postępem informatyki i cyfryzacji. Gwałtownie wzrasta liczba bytów wirtualnych. W związku z tym pojawiło się wiele problemów i pytań, na które trudno udzielić zadowalających odpowiedzi. Między innymi, pytanie o status ontologiczny obiektów wirtualnych i o ich istnienie. (Zob. W. Sztumski, Filozoficzny aspekt wirtualizacji i kwestia cyberontologii, w: L. Zacher (red.), Wirtualizacja. Problemy, wyzwania, skutki, 2013.)
Jedno jest pewne - one istnieją przede wszystkim, a może tylko, w rzeczywistości wirtualnej. Jednak z potwierdzenia ich istnienia w tej kategorii rzeczywistości („wirtualu”), nie wynika, że istnieją w rzeczywistości materialnej („realu”). Niemniej jednak wielu ludzi, przede wszystkim młodych i bezkrytycznych, twierdzi, że tak jest i traktuje obiekty wirtualne tak samo jak realne. Reflektują się dopiero wtedy, gdy doznają przykrego rozczarowania w konsekwencji takiego błędnego utożsamiania. Nie inaczej jest w przypadku weryfikacji istnienia bytów wyobrażonych.
Przykład 4: Istnienie obiektów medialnych
Obiektami rzeczywistości medialnej są wiadomości (komunikaty) kreowane przez ludzi. Nie są one powoływane do istnienia przez procesy dziejowe ani przyrodnicze. Z chwilą ich ogłoszenia stają się faktami medialnymi. Ich istnienie w tej rzeczywistości jest oczywiste i w zasadzie nie wymaga dowodu. Fakt medialny rozumiem jako zdarzenie lub stan rzeczy zawarty w treści komunikatu podawanego do publicznej wiadomości. W takim razie weryfikacja faktu medialnego sprowadza się tylko do udowodnienia prawdziwości treści komunikatu będącego bazą bytową danego faktu.
Z różnych względów - przede wszystkim politycznych - udowodnienie tego jest ogromnie ważne i zarazem trudne w takim samym stopniu. Stopień trudności zależy od czynników obiektywnych i subiektywnych. Zmniejsza się proporcjonalnie do liczby odbiorców, do których dociera dany komunikat, do częstotliwości powtarzania go, wizualnej i akustycznej mocy jego przekazu (sposobu ekspresji), jakości i wiarygodności mediów, autorytetu (prestiżu) i pozycji społecznej nadawcy itp. Natomiast rośnie proporcjonalnie do wzrostu poziomu świadomości adresatów i ich zasobu wiedzy, zdolności do krytycznego myślenia, stopnia nieufności i odporności na głoszone nowinki, stabilności poglądów i przekonań itd.
Od niedawna rzeczywistość medialną napełnia się lawinowo rosnącą liczbą fałszywych faktów medialnych za pomocą fake newsów. Można je zamieszczać anonimowo i bezkarnie na społecznych portalach internetowych (facebooku, instagramie i twitterze).
Okazało się, że nieprawdziwy fakt medialny jest skutecznym narzędziem w walce konkurencyjnej w różnych obszarach życia społecznego. Oczernianie ludzi, organizacji i instytucji jest zjawiskiem masowym, a dla trolli internetowych nawet intratnym. Postęp w dziedzinach technik szpiegowskich i hakerskich dostarcza coraz szerszych możliwości dla rozwoju tego procederu.
Fake newsy tworzy się nie tylko w formie werbalnej, ale także ikonicznej - w postaci autentycznych zdjęć osób lub sytuacji, ale specjalnie preparowanych i fałszowanych.
We współczesnej cywilizacji obrazkowej ikoniczne fake newsy są o wiele lepsze i efektywniejsze od werbalnych, ponieważ nie zmuszają do czytania komunikatu ze zrozumieniem i bardziej rzucają się w oczy odbiorcom, zwłaszcza gdy są realistyczne i odpowiednio przekoloryzowane.
Kreowanie fałszywych faktów medialnych postępuje coraz szybciej w sferze polityki. Pomagają one wygrywać wybory parlamentarne i prezydenckie oraz skutecznie zwalczać opozycję dzięki ośmieszaniu lub obrzydzaniu jej liderów. Im więcej fake faktów propaguje się, im większe jest natężenie i zasięg (odbiór) fake newsów, tym skuteczniej można zwalczać przeciwników. Dlatego rządy dążą do zawłaszczenia rzeczywistości medialnej, by mieć monopol na kreowanie, rozpowszechnianie i nagłaśnianie nieprawdziwych faktów medialnych, które służą ich interesom. Falsyfikacja fake faktów i fake newsów lub dementowanie ich jest przedsięwzięciem niezwykle trudnym, niekiedy wręcz niewykonalnym. Niech ktoś spróbuje - jak kiedyś Kazio w znanym kabarecie - udowodnić, że nie jest kaczorem! Łatwiej jest przykleić łatkę komu niż ją odkleić. A ludzie nagminnie nie czytają przeprosin ani sprostowań, tym bardziej, że zazwyczaj są one opóźnione (już nieaktualne) i słabo rozpoznawalne.
Przykład 5: Istnienie faktów historycznych
Nie ma chyba bardziej zakłamanej nauki niż historia w ogóle, a w szczególności, historia polityczna. Tutaj od dawna można wyżywać się w tworzeniu fałszywych faktów historycznych dotyczących wydarzeń dziejowych i biografii postaci historycznych. Wydawałoby się, że obecnie coraz trudniej można fałszować historię, ponieważ wciąż więcej ludzi rejestruje coraz więcej faktów, a ich dokumentacja jest coraz dokładniejsza, trwalsza i bardziej obiektywna, dzięki postępowi techniki zapisów dźwiękowych, fotograficznych, cyfrowych itp. To jednak złudzenie.
Po pierwsze dlatego, że prawdziwe dokumenty historyczne, znajdujące się w archiwach państwowych, są coraz bardziej utajniane i to na wiele dziesięcioleci, by osoby wścibskie (dziennikarze śledczy) i niepożądane, tj. niemiłe władcom, nie miały wglądu do nich.
Po drugie, funkcjonariusze różnych służb specjalnych (wywiadowczych), mający dostęp do tajnych dokumentów, celowo niszczą, albo fałszują niektóre z nich. Wszak „prawda w oczy kole” i jest niewygodna, albo politycznie niewskazana. A jeśli w dziejach brakuje jakiegoś faktu rzetelnego (prawdziwego), to w jego miejsce tworzy się wiele faktów domyślnych, zmyślonych lub kłamliwych na zamówienie określonych osób lub organizacji. Na dodatek, podaje się różne interpretacje prawdziwych, domniemanych lub fałszywych faktów historycznych.
Wskutek tego w rzeczywistości historycznej jest tyle różnych nieprawdziwych faktów w biografiach postaci historycznych oraz opisów faktów dziejowych i ich interpretacji, ile osób - profesjonalistów i amatorów - zajmuje się tym i ile potrzeba, a nawet w nadmiarze.
W konsekwencji historia staje się coraz bardziej nafaszerowana fake faktami po to, by w ich gąszczu było coraz trudniej poznać prawdę. Prawdziwe fakty znają tylko nieliczni dociekliwi badacze i świadkowie wydarzeń, chociaż oni też w jakimś stopniu deformują je nieumyślnie, np. z powodu luk w pamięci, albo niepełnego dostępu do dokumentów.
Co gorsze, tworzy się specjalne pseudonaukowe instytuty badawcze, w których naukowcy sprzedający się władcom (zjawisko „prostytucji naukowej”) naginają historię do panującej ideologii. Prześcigają się oni w tworzeniu fake faktów i propagowaniu ich na skalę masową. Po raz pierwszy w historii znaleźli się sprzedajni naukowcy, których misją nie jest dociekanie prawdy, tylko kreowanie fałszu.
Tacy pseudonaukowcy byli wcześniej w III Rzeszy Niemieckiej i w ZSRR w czasach stalinowskich, ale oni robili to dla idei. (Zob W. Sztumski, Fizyka i światopogląd, SN 12, 2007). Cel jest jasny.
Z jednej strony, chodzi o wybielanie postaci nikczemnych, ale gloryfikowanych przez władców, i czynienie z nich bohaterów narodowych i jednostki kultu, a z drugiej - o oczernianie, wymazanie z pamięci i pozbawianie czci postaci uczciwych, lecz nieuznawanych przez panujące aktualnie elity.
Tak było na przykład w naszym kraju w czasach tzw. komuny i jest obecnie, jak również na Ukrainie w czasach sowieckich i teraźniejszych i - być może - w innych jeszcze krajach. Odpowiednie instytucje i mass media podlegle władzy politycznej zasypują społeczeństwo odkryciami historycznymi, z których większość stanowią szokujące fake newsy propagujące fake fakty.
Strach pomyśleć, co stanie się z historią w przyszłości, jeśli kolejni władcy będą ją zmieniać według swojego widzimisię. Czy historia będzie jeszcze nauką o dziejach, czy zbiorem baśni z tysiąca i jednej nocy, wyssanych z palców polityków i przekształci się w subdziedzinę ideologii.
Historyczne fake fakty przeniknęły również do programów nauczania i podręczników historii, a bezkrytyczni lub zastraszani edukatorzy uczą o nich w szkołach. A potem dziwimy się, że raptownie pomniejsza się zasób rzetelnej wiedzy z historii i świadomość historyczna kolejnych pokoleń.
Rekapitulacja
Ludzie zawsze poszukiwali czegoś, na czym mogliby się wesprzeć, by czuć się pewnie i bezpiecznie. Dlatego wierzyli w realne istnienie jakiegoś punktu wyjścia i celu, jakiegoś prawdziwego bóstwa, jakiejś zasady porządkującej świat, jakiegoś niezawodnego człowieka lub obiektu urojonego itp. Wierzyli w ich istnienie i uporczywie dążyli do znalezienia ich.
W tych poszukiwaniach pomagali im w dobrej wierze filozofowie, teologowie, kapłani, prorocy, ideologowie, ale też ludzie podli - oszuści i spryciarze, którzy intencjonalnie mamili ludzi o ich istnieniu dla osiągania własnych korzyści.
Niestety, tych drugich jest coraz więcej. Możliwości pierwszych były i są ograniczone w przeciwieństwie do możliwości drugich. Wszak więcej można kreować kłamstw niż odkrywać prawd.
Możliwości tworzenia oraz upowszechniania fałszu znacznie powiększają się dzięki wspomaganemu przez postęp techniki rozwojowi współczesnej cywilizacji. Nigdy wcześniej nie było tylu fałszywych proroków, którzy wmawiali ludziom prawdziwe istnienie tylu złudnych punktów oparcia w postaci fake newsów, fake faktów i fake bytów, co teraz. Obecnie jest ich już wystarczająco dużo, by przesłoniły prawdziwe fakty i byty, by prawdziwe istnienie nie dało się odróżnić od fałszywego. Opieranie się na fałszywych bytach i faktach, poszukiwanie bezpieczeństwa w nich, upatrywanie w nich ideałów, punktów wyjścia oraz celów grozi nie tylko gorzkim rozczarowaniem, ale katastrofą życiową. Mając to na uwadze, warto przemyśleć kwestię istnienia ze względu na konsekwencje praktyczne.
Wiesław Sztumski
Wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 182
W czasach rozwoju kapitalizmu, któremu towarzyszyły epoki racjonalizmu, oświecenia, pozytywizmu, logicyzmu, neopozytywizmu, scjentyzmu i pragmatyzmu, dominowało myślenie logiczne ograniczone do logiki klasycznej oraz myślenie utylitarne. Dzięki temu dokonano wielu rewolucyjnych odkryć naukowych, wynalazków technicznych i stworzono nowe technologie, które przyczyniły się do niesamowitego postępu cywilizacyjnego, coraz większej efektywności pracy, oszczędności surowców i materiałów, wzrostu gospodarczego i pomnażania bogactwa kapitalistów.
Nic dziwnego, że ten sposób myślenia był i jest szczególnie ważny i uprzywilejowany. (1)
Z tego względu szkoły koncentrowały się głównie na uczeniu tych sposobów myślenia i nadal to robią. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby te sposoby myślenia wystarczyły absolwentom w ich przyszłym życiu w ogóle, a w szczególności w pracy zawodowej, kształtowaniu właściwych postaw, tworzeniu adekwatnego wizerunku świata i sprawiedliwej ewaluacji ludzi i zjawisk. Niestety, nie wystarczają. Tego dowodzi praktyka.
Dlaczego? Z tej prostej przyczyny, że te sposoby myślenia niejako zmuszają do wąskiego, w istocie dwuwymiarowego postrzegania świata, który staje się coraz bardziej skomplikowany i wielowymiarowy. Kto nie postrzega go holistycznie - szerzej, głębiej, wielowymiarowo, wieloaspektowo i z różnych punktów widzenia - łatwo może zagubić się w nim. Dlatego w nowoczesnych szkołach powinno się nauczać także innych sposobów myślenia, które pomagają widzieć świat w całej jego złożoności i krasie, i tym samym ułatwiać człowiekowi przetrwanie w różnych sytuacjach życiowych, zwłaszcza krytycznych.
Wszystkie sposoby myślenia należy traktować jako w przybliżeniu jednakowo wartościowe. Zanim ten postulat zostanie wdrożony, ludzie mogą i powinni sami zadbać o to, by nie poprzestać tylko na myśleniu logicznym i pragmatycznym. Chyba, że nie są zdolni do tego, albo są tak leniwi i ogłupieni, że im się nie chce. Mówiąc o innych sposobach myślenia, mam na uwadze myślenie systemowe i inne sposoby myślenia oparte na emocjach, empatii, wierze, tradycji, doświadczeniu życiowym i rozsądku, a więc te, które składają się na myślenie holistyczne. Nigdy bowiem nie wiadomo, które z nich okaże się najskuteczniejsze w trudnej sytuacji, których jest coraz więcej.
Czym jest mądrość?
Jest kilka rodzajów definicji mądrości w zależności od tego, czy tworzy się je na gruncie filozofii, socjologii, psychologii, religii i rozumienia potocznego, a w każdym z nich znajduje się dużo różnych jej definicji. Ja rozumiem przez mądrość taki atrybut gatunkowy ludzi, który zawiera wiedzę naukową i pozanaukową nabywaną przede wszystkim z doświadczenia życiowego oraz umiejętność stosowania tej wiedzy w życiu codziennym jak i zdolność do wyciągania racjonalnych wniosków.
Mądrość pojmuję jako system wzajemnie powiązanych elementów, takich jak wiedza, doświadczenie, wartości, intuicja, umiejętności itd. Jest to system złożony, dynamiczny i otwarty, który ewoluuje. Sens mądrości i jej modele systemowe zmieniają się w zależności od kontekstu historycznego oraz w wyniku interakcji z środowiskiem społecznym i kulturowym, a w szczególności dzięki wymianie myśli między ludźmi.(2)
Efektem ewolucji mądrości może być rozwój, gdy zmiany ukierunkowane są na przyrost parametrów określających ją, albo regres, gdy zmiany powodują ubytek tych parametrów, albo postęp, jeśli z jakiegoś względu zmiany ocenia się jasko korzystne czy pożądane. Do rozwoju mądrości przyczynia się najbardziej postęp wiedzy i techniki.
Dzięki mądrości dokonuje się wyborów w sposób przemyślany, podejmuje się optymalne decyzje, rozwiązuje się rozsądnie problemy życiowe oraz rozumie się głębiej prawidłowości rządzące przyrodą, społeczeństwem, człowiekiem i relacjami międzyludzkimi.
Nikt nie rodzi się mądrym; nie potwierdzono dotychczas jakiegoś „genu mądrości”. Człowiek mądrzeje stopniowo z wiekiem. Jednak stąd nie wynika, że każdy staje się mądrzejszy w miarę starzenia się. Również młode osoby bywają bardzo mądre. Przecież mądrość nie bierze się z samej wiedzy i doświadczenia nabywanego w życiu, ale, też z samodoskonalenia się, głębokiej intuicji, empatii i rozumienia siebie oraz świata.
Mądrość jest systemem, którego struktura składa się z wielu cech, sposobów myślenia, relacji między nimi oraz interakcji. Wziąwszy to pod uwagę można zdefiniować mądrość po pierwsze, jako zbiór cech charakterystycznych i po drugie, jako zbiór sposobów myślenia.(3)
Im bogatsze są te zbiory, tym dokładniejsza jest definicja mądrości. Tak zbudowane definicje mają tę wadę, że żadna z nich nie odzwierciedla w pełni mądrości.
W skład struktury systemu „mądrość” wchodzą następujące sposoby myślenia: logiczne, racjonalne, krytyczne, kreatywne, systemowe, analityczne, projektowe, przedsiębiorcze, naukowe, refleksyjne, tradycyjne, „inaczej”, logiczne, retoryczne, aksjologiczne, intuicyjne, krytyczne, prospektywne, empatyczne, dialektyczne, potoczne. Ta lista sposobów myślenia nie jest kompletna. Jest ich więcej, a z czasem będzie ich przybywać.
Przedstawiony podział sposobów myślenia nie jest dysjunktywny. W wielu z nich występują powtórzenia i wzajemne przenikanie się. Jednak w każdym występuje co najmniej jedna cecha dominująca, która zawiera się w nazwie danego sposobu myślenia. Ze względu na nią odróżnia się sposoby myślenia od siebie. W konkretnych sytuacjach korzysta się tylko z jednego, albo kilku sposobów myślenia - z takich, dzięki którym najlepiej poznaje się świat i rozwiązuje swoje problemy.
Czy z daną osobą można wiązać jeden sposób myślenia? Tak, mimo że zna i korzysta z wielu, ponieważ tylko jeden dominuje w jego życiu, a mianowicie ten, który najczęściej stosuje.
Cechy człowieka mądrego
Następujące cechy przypisuje się mądrym ludziom:
• Głębokie rozumienie. Człowiek mądry nie tylko zna fakty, ale rozumie ich znaczenie i powiązania wzajemne. Potrafi spojrzeć na problem z różnych perspektyw i dostrzegać subtelności, które umykają uwadze innych osób.
• Refleksyjność i samopoznanie. Mądrość zazwyczaj wiąże się z umiejętnością analizowania własnych przeżyć, wyciągania wniosków z błędów oraz z autorefleksją. Mądry człowiek rozumie swoje braki; wie, czego jeszcze nie wie, i potrafi pracować nad sobą, by być coraz lepszym.
• Empatia i zrozumienie innych. Mądrość jest również umiejętnością spojrzenia z perspektywy drugiej osoby, odczuwania empatii i zdawania sobie sprawy z tego, że każdy ma swoją unikalną historię i indywidualne motywacje.
• Skromność i umiar. Mądrzy ludzie często przejawiają pokorę. Są świadomi złożoności świata i swoich ograniczoności poznawczych. Dlatego nie są przekonani o swej nieomylności.
• Umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Mądrość jest szczególnie przydatna w chwilach kryzysu, gdy emocje utrudniają myślenie racjonalne. Mądre osoby potrafią zachować spokój, dystansować się od zaistniałej sytuacji i obiektywnie spojrzeć na nią.
• Moralność i zasady etyczne. Mądrość nie polega jedynie na skuteczności decyzji, ale także na podejmowaniu ich w zgodzie z własnym sumieniem i zasadami moralnymi obwiązującymi w danej społeczności.
Uwaga końcowa
Przedstawiłem próbę zdefiniowania mądrości w ujęciu systemowym i holistycznym za pomocą sposobów myślenia, które są elementami struktury mądrości. Omówiłem je pokrótce, gdyż szersza charakterystyka spowodowałaby przekroczenie zwyczajowej objętości artykułu. Wskazałem też na zagrożenia implikowane przez cywilizację kłamstwa z charakterystycznym imperatywem „kłam, by przetrwać”, w której coraz szybszy jest regres mądrości. A przecież w społeczeństwie wiedzy, w epoce robotyzacji, digitalizacji, sztucznej inteligencji oraz wielu „mądrych urządzeń”, ludzie mądrych powinno być znacznie więcej niż głupich. Tymczasem jest na odwrót.
Można upatrywać wielu przyczyn tego zjawiska, głównie w sferach ekonomii, polityki, ideologii i edukacji. Ja dostrzegłem jeszcze jedną z nich w nieharmonijnym rozwoju i nauczaniu sposobów myślenia. To nie jest tak, że w naszych czasach, mądrość nie rozwija się. Świadczy o tym duża liczba doniosłych odkryć naukowych i wynalazków technicznych. (4)
A mimo to, postępuje masowe ogłupianie społeczeństw we wszystkich krajach*. Coraz więcej ludzi głupieje i coraz mniej mądrzeje za sprawą globalnego upowszechniania się ideologii konsumpcjonizmu i nieposkromionej pogoni z zyskiem. Do realizacji tych celów wystarczy mądrość pragmatyczna, biznesowa i menadżerska.
Wystarczy coraz mniejsza ilość osób mądrych korzystających z najnowszych urządzeń technicznych i technologii – ekspertów szczodrze opłacanych i zniewolonych przez oligarchów i właścicieli megakoncernów. Te elity nieformalnej władzy nad światem są krótkowidzami temporalnymi. Ich horyzont myślenia nie przekracza ram teraźniejszości. Dla nich nie ma znaczenia ani przyszłość świata, ani dobro kolejnych generacji. A, co gorsze, nie wiedzą o tym, albo ignorują to, że myślenie pragmatyczne musi być wspomagane przez inne sposoby myślenia, by było bardziej efektywne i przyczyniało się do większych zysków. Szkoły opłacane przez nich też nauczają bardziej sposobów myślenia pragmatycznego, aniżeli pozostałych systemów myślenia, które służy interesom garstki najbogatszych ludzi świata, a nie miliardom innych. (5)
Elementy struktury systemu „mądrość” sprzężone są ze sobą, jak naczynia połączone. Awaria jednego implikuje nierównowagę systemu, która prowadzi do rozpadu jego struktury. Dlatego postuluję, by wszystkie sposoby myślenia rozwijać i nauczać ich w takim samym stopniu, czyli w sposób harmonijny. Ale warunkiem koniecznym do realizacji tego postulatu jest porzucenie ideologii konsumpcjonizmu i chęci bogacenia się za wszelką cenę. Na to raczej nie zanosi się. Wiele osób wie o tym, ale zachowuje się obojętnie. Brakuje kogoś, kto zorganizowałby masy i porwał je do walki o wprowadzenie innej hierarchii wartości, gdzie priorytetowym imperatywem byłoby „być”, a nie „mieć”.
Wiesław Sztumski
Przypisy:
1. Sternberg, Robert J, Theory of Mental Self-Government: Thinking Styles, Cambridge University Press, 1997
2. Modele systemowe mądrości:
1) Berliński model mądrości, gdzie mądrość rozumiana jest jako forma wiedzy eksperckiej dotyczącej sensu życia i radzenia sobie z trudnościami. (Baltes, P. B., & Smith, J. (2008). The Fascination of Wisdom: Its Nature, Ontogeny, and Function. „Perspectives on Psychological Science”,3(1)
2) Model mądrości praktycznej rozumianej jak zdolność do podejmowania trafnych decyzji w konkretnych, często niejednoznacznych sytuacjach. Wymaga ona połączenia wiedzy teoretycznej z praktyczną oraz wrażliwości moralnej. (Schwartz, B., & Sharpe, K. Practical Wisdom: The Right Way to Do the Right Thing. Riverhead Books, 2010).
3) Model mądrości transcendentnej. Mądrość jest postrzegana jako integracja trzech wymiarów: poznawczego (wiedza i zrozumienie), refleksyjnego (zdolność do introspekcji i analizowania własnych myśli), afektywnego (wrażliwość na potrzeby innych). (Ardelt, Monika. Wisdom as Expert Knowledge System: A Critical Review of a Contemporary Operationalization of an Ancient Concept", Human Development”, 47(5), 2004).
4) Model mądrości duchowej. Mądrość duchowa jest zdolnością do poszukiwania sensu życia i wartości transcendentnych. Obejmuje zarówno rozwój osobisty, jak i oświecenie duchowe. (Vervaeke, John., Ferraro, Leonardo, "Relevance, Meaning and the Cognitive Science of Wisdom, "Phenomenology and the Cognitive Sciences”, 12(1), 2013.),
5) Model mądrości wspólnotowej. Model ten kładzie nacisk na kolektywną mądrość grup i społeczności, które wspólnie podejmują decyzje korzystne dla dobra wspólnego. (McCall, Michael W., Leadership and Wisdom: Reflections from Experience. CCL Press, 2002.)
Każdy z tych modeli oferuje inną perspektywę na mądrość jako zjawisko systemowe i dynamiczne, uwzględniające różne poziomy – od indywidualnego po wspólnotowy.
3. Styl lub sposób myślenia to preferencja dla reprezentacji i przetwarzania informacji w umyśle, co jest spójnym sposobem interakcji ze środowiskiem i adaptacji do nowych informacji. (Sternberg, R. J., Thinking styles. New York, NY, Cambridge University Press, 1997)
4. Oto lista najważniejszych odkryć naukowych i wynalazków technicznych w Polsce w XXI wieku: grafen o wysokiej jakości, satelita naukowy Lem, drukarka 3D Zortrax, łazik marsjański, robot chirurgiczny Robin Heart, perowskity, biodegradowalne naczynia i opakowania, mechanizmy transportu leków bezpośrednio do komórek nowotworowych, sztuczna skóra stosowana w leczeniu oparzeń i ran, oraz nowe materiały luminescencyjne. Uniwersytet Warszawski odgrywa istotną rolę w rozwoju algorytmiki i kryptografii w Polsce i na świecie. Oto najważniejsze osiągnięcia w tych dziedzinach: badania nad kwantową kryptografią, algorytmami losowymi i dynamicznymi oraz kryptografią opartą na krzywych eliptycznych.
5. Raporty Ministerstwa Edukacji Narodowej pokazują, że w Polsce rozwija się przede wszystkim myślenie analityczne (głównie na matematyce) i odtwórcze (pamięciowe), a kreatywne, praktyczne i systemowe są niedoceniane lub zaniedbywane; inne sposoby myślenia rozwijają się w stopniu ograniczonym.
*p. Jesteśmy coraz głupsi SN Nr 1/25
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1736
Sposób, w jaki myślimy, rozumujemy i zachowujemy się indywidualnie, w grupach i w społeczeństwie, ciągle zmienia się i jest przedmiotem społecznej dyskusji i sporów. Jedynym inwariantem w rzeczywistości społecznej (również w przyrodniczej) jest sama zmiana, czyli fakt, że wszystko się zmienia, jak to około 2500 lat temu wyraził Heraklit.
Sama zmiana nie jest więc czymś nowym dla ludzi żyjących teraz. Nowe i zaskakujące są rozmiary zmian oraz tempo dokonywania się ich, czemu musi sprostać teraźniejsze pokolenie.
To tempo narastało permanentnie z biegiem lat proporcjonalnie do kształtowania się cywilizacji pod wpływem postępu techniki i wiedzy. Ale nigdy zmiany nie dokonywały się tak szybko, jak w ciągu XX wieku. A jeszcze szybszy wzrost ich tempa notuje się w XXI wieku wskutek postępu nanotechniki, sztucznej inteligencji i robotyzacji. Dziś zmiany w świecie zachodzą coraz szybciej, coraz bardziej i na coraz większą skalę. W związku z tym faktycznie jedynym inwariantem jest sama zmiana.
O wiele szybciej od przyrodniczej zmienia się rzeczywistość społeczna. Tylko w ciągu ostatniego stulecia zdążyło zmienić się wiele paradygmatów obowiązujących w kulturze, nauce, polityce, sztuce, myśleniu, obyczajowości itd., które wcześniej zmieniały się raz na kilkaset lub kilkadziesiąt lat.
Niemal z dnia na dzień żyjemy w innym świecie, gdzie warunkiem przeżycia jest nieustanny pośpiech. Zanim zdążymy przyzwyczaić się do teraźniejszego świata, on już przemija. Dlatego coraz częściej i wciąż na nowo trzeba adaptować się do każdorazowo aktualnych warunków życia.
Coraz szybciej
Jeszcze w XVIII wieku środki transportu, wprawiane w ruch przez ludzi lub zwierzęta (np. zaprzęgi konne), osiągały maksymalną szybkość 15 km/h, a w połowie dziewiętnastego wieku pociągi parowe poruszały się z szybkością 45 km/h. Wówczas zdawało się, że człowiek przekroczył już granicę swoich naturalnych (biologicznych) możliwości przemieszczania się. Obecnie, po około 150 latach, szybkość pociągów wzrosła do 570 km/h (12-krotnie), samochodów - około 250 km/h, samolotów - 1225 km/h, a statków kosmicznych - ok. 2900 km/h. Gwałtownie zmieniła się prędkość przekazywania informacji (komunikatów), które przesyła się za pomocą fal elektromagnetycznych z prędkością światła 300 000 km/h. Szybciej już się nie da.
W wyniku postępu technologicznego - mechanizacji, automatyzacji i komputeryzacji - pokaźnie skrócił się czas pracy urządzeń technicznych i przebieg procesów technologicznych. Co jeszcze nie tak dawno temu robiono w czasie godzin, teraz robi się w ciągu sekund.
Znacznie wzrosła szybkość podejmowania decyzji i wyborów. Nie tylko dlatego, że proces decyzyjny jest wspomagany techniką, ale że w szybko zmieniających się sytuacjach, kiedy nie ma się czasu na zastanawianie się, decyzje muszą być podejmowane natychmiast. Wciąż szybciej zmienia się moda, uczy się i naucza, leczy się, konsumuje i relaksuje, mówi się i pisze itd.
Zawrotnie rośnie tempo pracy urządzeń technicznych i pracowników. Przyspiesza się je przede wszystkim ze względów ekonomicznych, żeby jak najwięcej produktów wytwarzać w ciągu dniówki i osiągać z tego jak największy zysk.
Przełomem było wprowadzenie w pierwszej połowie ubiegłego stulecia systemu pracy akordowej przez Federico W. Taylora i Henryka Forda. Z grubsza polegał on na skrupulatnym pomiarze czasu poszczególnych czynności wykonywanych przez pracowników w ciągu produkcyjnym, na stosownym podziale między pracowników czynności cząstkowych wykonywanych na taśmach produkcyjnych oraz na powiązaniu z płacą liczby wykonywanych operacji technologicznych w procesie wytwórczym. Ten system szybko upowszechnił się, ponieważ dyscyplinował pracowników, wpływał na rentowność przedsiębiorstw, zwielokrotniał zyski fabrykantów i gwarantował wysokie zarobki pracownikom szybko pracującym. Jednocześnie eliminował pracowników nienadążających za narzucanym i stale rosnącym tempem pracy aż do kresu wytrzymałości fizycznej i psychicznej.
Tym systemem pracy objęto później sferę działań nieprodukcyjnych i usług. Kilka lat temu, w USA podjęto próbę implementowania systemu akordowego w szpitalach. W 2014 r. Wydział Zdrowia Publicznego w San Francisco przeznaczył 1,3 mln dolarów na wdrożenie w szpitalu „San Francisco General Hospital” systemu zarządzania stosowanego w automatycznej produkcji samochodów „Toyota”. Zaczęto dokładnie mierzyć czas poszczególnych czynności, jakie wykonują chirurdzy pracujący tam, żeby maksymalnie skrócić czas zabiegów (operacji) i tym samym zwiększyć przepustowość oddziałów chirurgicznych po to, by ta sama liczba chirurgów obsługiwała coraz więcej pacjentów i by w efekcie powiększać zyski tego szpitala.
Zabójczy złoty cielec
Wzrost tempa pracy i ilości produktów napędza ideologia konsumpcjonizmu. Jej celem jest wprzęganie ludzi w obłąkańczy bieg do zaspokajania coraz większej liczby sztucznie kreowanych i w większości zbytecznych potrzeb, zmuszanie do kupna coraz większej liczby towarów i stałego bogacenia się. Biblijny „złoty cielec” stał się wszechwładnym panem, ostatecznym celem, marzeniem i siłą napędzającą aktywność ludzi.
Jak słusznie twierdzi Jerzy A. Wojciechowski (The Present Moment, Ottawa 2002), główną przyczyną przyspieszania tempa życia i pracy jest „eksplozja wiedzy”, do której musiało dojść w XX wieku na określonym etapie jej rozwoju, oraz maksymalistyczne dążenie do tego, by jak najwięcej wiedzieć, jak najwięcej czynić, jak najwięcej mieć i jak najbardziej być.
Z jednej strony, akceleracja tempa zmian cieszy ludzi, ponieważ coraz szybciej cywilizują się. Jednak z drugiej strony, budzi uzasadniony niepokój, wynikający nie tylko z lęku przed nieznanym. Dlaczego? Jednym z jego powodów jest trudność adaptowania się człowieka do tempa i rozmiarów zmian jego otoczenia. Drugim jest niewiedza o tym, do czego mogą doprowadzić tak szybkie i rozległe zmiany, zwłaszcza, gdy wymkną się spod kontroli.
Możliwości przystosowawcze człowieka do środowiska są bardzo ograniczone i tylko w niewielkim stopniu udaje się je powiększyć dzięki technice. Organizm jest wprawdzie elastyczny i odporny na zmiany, ale w ramach niewielkich przedziałów temperatury, wilgotności, ciśnienia atmosferycznego, zanieczyszczeń itp. parametrów określających stan środowiska.
Już teraz coraz więcej ludzi nie daje sobie rady z dopasowaniem się do przyspieszanego tempa zmian, a w szczególności do tempa pracy i życia. W przyszłości będzie jeszcze trudniej.
Na razie niewiele pomaga wspomaganie organizmu za pomocą różnych środków i urządzeń technicznych oraz leków, przede wszystkim psychotropowych. Ci ludzie żyją permanentnie w pogłębiającym się stresie i zapadają na różne choroby, zwane cywilizacyjnymi. Ostatnio notuje się znaczny wzrost zapadalności na nie. Szybko zwiększa się liczba osób cierpiących na zaburzenia psychiczne (nerwice i depresje) i emocjonalne*. Towarzyszy temu wzrost liczby samobójstw, także wśród młodocianych. (Według najnowszych danych ponad milion Polaków sięga codziennie po leki na depresję – podaje Gazeta Wyborcza-Nauka, wyd. Internet., 22.2.12).
Szuka się ratunku w dopalaczach i narkotykach. Stres rozładowuje się najłatwiej i najczęściej poprzez agresję. Dlatego wzrasta liczba postaw i zachowań agresywnych nawet wśród dzieci, o czym świadczą m. in. coraz częstsze ataki terrorystyczne, strzelaniny w miejscach publicznych i szkołach oraz różnorakie przejawy aktów przemocy. Skutkiem tego jest wzrost represji oraz lekomanii i narkomanii.
Wskutek przyspieszania zmian życie we współczesnym świecie przypomina chodzenie po ruchomym chodniku, poruszającym się ruchem przyspieszonym. Gdy wejdzie się na niego i chce się przechodzić coraz dalej, trzeba cały czas iść szybciej niż porusza się chodnik. Jednak w pewnym momencie z różnych względów nie jest się już w stanie dorównać jego wzrastającej szybkości. Wtedy coraz bardziej pozostaje się w tyle, a w końcu wypada się z niego, co zwykle kończy się niemiło.
Mimo najlepszych chęci, wielu ludzi nie jest w stanie nadążyć za wzrastającym tempem życia i zmian w szybko zmieniającym się świecie. Kto nie daje rady uczestniczyć w obłąkańczym biegu po „ruchomej bieżni życia”, albo z niej spada i wyklucza się ze współczesnego „społeczeństwa galopującego”, powiększa margines społeczny i stopniowo traci możliwość prosperowania i przetrwania.
Potencjał adaptacji człowieka do narastającego tempa jest ograniczony przede wszystkim przez czynniki anatomiczne i fizjologiczne, ale też przez psychiczne i osobowościowe. Charakter człowieka, jego psychika i osobowość wykazują dużą bezwładność. Dlatego często nie zmieniają się w ciągu całego życia. Wszystko wskazuje na to, że ten potencjał bardzo szybko wyczerpuje się i równie szybko ulega minimalizacji zdolność przystosowawcza. W związku z tym coraz trudniejsza będzie adaptacja do narastającego tempa życia dzięki przyspieszaniu swych czynności cielesnych i intelektualnych za pomocą środków dopingujących.
Nadzieją - sozologia czasu
Być może, uda się znaleźć jakieś sensowne wyjście z pułapki przyspieszenia dzięki sozologii czasu - nowo powstałej subdomeny sozologii społecznej, która postuluje odśpieszanie tempa życia i dostosowanie go do zegara biologicznego człowieka.
Chodzi o znalezienie właściwej miary czasu i stopniowe odśpieszanie procesów społecznych, o zaprzestanie wyścigu ludzi z coraz szybciej pracującymi urządzeniami technicznymi i o powrót do rytmów naturalnych.
Tego nie da się łatwo zrobić, o ile w ogóle będzie to wykonalne. Ekstensja potencjału adaptacji człowieka do przyspieszanego tempa życia mogłaby nastąpić w wyniku wszczepiania mu nanorobotów i innych „mądrych urządzeń” (sensorów, stymulatorów itp.), będących produktami sztucznej inteligencji. Jednak dzisiaj nie wiadomo, w jakim stopniu będzie to możliwe, jakie wynikną z tego negatywne skutki uboczne i czy napełnianie człowieka coraz większą liczbą nanorobotów oraz „inteligentnych implantów” nie skończy się przekształceniem go w cyborga i w końcu nie doprowadzi do zagłady ludzkości.
Przecież gatunek ludzki nie jest wieczny i kiedyś musi coś spowodować jego wyginięcie. Nie musi to nastąpić z przyczyn zewnętrznych, np. jakiejś globalnej katastrofy ekologicznej, kataklizmu (potopu wynikającego z ocieplenia klimatu albo zderzenia z ciałem niebieskim, ani za sprawą sił nadprzyrodzonych, lecz z przyczyn wewnętrznych, np. z niemądrego postępowania ludzi.
Przyspieszenie fazy obumierania naszego gatunku - wiele symptomów wskazuje na to, że ludzkość wkroczyła już w taką fazę rozwoju - może być spowodowane dalszym nieodpowiedzialnym przyspieszaniem tempa życia i zmian środowiska. Wygląda na to, że ludzie coraz szybciej zmierzają do autodestrukcji na własne życzenie. Jeżeli w porę nie zmądrzeją, na co się raczej nie zanosi, ponieważ głupieją tym bardziej, im więcej korzystają z „inteligentnych urządzeń”, to coraz trudniej będą w stanie prosperować i przetrwać.
Wiesław Sztumski
* Co trzeci Europejczyk cierpi na zaburzenia psychiczne. Najczęściej z powodu stanów lękowych (14 %), bezsenności (7 proc.), depresji (6,9 %.) i chorób psychosomatycznych (6,3%). Wśród dzieci między 2. a 17. rokiem życia najwięcej (około 5% ma zdiagnozowaną nadpobudliwość psychoruchową (ADHD). Z kolei seniorów dotyka głównie demencja. Choruje na nią tylko 1% osób w wieku 60-65 lat, ale już jedna trzecia tych, którzy przekraczają 85. rok życia. Badania wykazały, że każdego roku aż 38,5 % z analizowanych osób cierpi na jakieś zaburzenie psychiczne. Spośród nich tylko jedna trzecia może liczyć na prawidłową diagnozę i odpowiednie leczenie. Te dane to wyniki badań przeprowadzonych w 2010 r. pod kierownictwem prof. Hansa Ulricha Wittchena z Uniwersytetu Technicznego w Dreźnie w 30 krajach europejskich. (Zob. H. U. Wittchen, The size and burden of mental disorders and other disorders of the brain in Europe, w:„European Neuropsychopharmacology” Nr 21,2011)