Politologia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 4069
Z prof. Józefem Rotblatem, laureatem pokojowej nagrody Nobla, rozmawia Anna Leszkowska.
Jest pan założycielem Ruchu Pugwash, którego celem - w chwili jego tworzenia - było zapobieżenie wojnie atomowej. Groźba takiej wojny obecnie wydaje się już mało realna, niemniej twierdzi pan, że świat jest nadal zagrożony. Czym?
Niestety, wojna jądrowa nadal jest groźbą dla świata, chociaż liczba głowic jądrowych zmniejsza się. chodzi jednak o zasady - ludzkości nie jest potrzebna broń jądrowa i należy ja zlikwidować. Nawet jeśli wszystkie głowice jądrowe zostałyby zniszczone - ten dżinn w postaci użycia broni jądrowej został już uwolniony z butelki i jest wszechobecny. Kraje, które oficjalnie przyznają się do posiadania takiej broni tłumaczą, że jest im ona potrzebna bo nie tylko chroni przed atakiem bronią jądrowa, ale i chemiczną, biologiczna, a nawet konwencjonalną. I póki rządy tak będą rozumować, póty ruch Pugwash będzie potrzebny. Skoro tak potężny kraj jak USA uważa, że musi mięć bombę jądrową dla swojego bezpieczeństwa, to tym bardziej takie uzasadnienie w przypadku innych, mniejszych krajów staje się zrozumiałe.
Czy nie sądzi pan, że po Hiroszimie i Nagasaki politycy są świadomi skali zagrożenia, jakie niesie ten rodzaj broni?
Gdyby istotnie ludzie myśleli rozsądnie, nie mielibyśmy już na świecie tej broni. Niestety, sposób myślenia ludzi nie zmienił się od czasów II wojny światowej.
Uważałem i uważam, że taka polityka, jaką prowadza stany Zjednoczone prowadzi do rozprzestrzenienia się broni jądrowej na wiele krajów. I okazuje się, że miałem i mam tu racje - o czym świadczy przykład Indii i Pakistanu, wkrótce pewnie i Iranu, itd. Na tym polega niebezpieczeństwo.
Czyli mimo doświadczeń ludzkości ono się nie zmienia?
Jest postęp, ale zbyt mały. Redukcja zbrojeń dotyczy przecież tylko zmniejszenia zapasów broni, nie jej całkowitego zlikwidowania. Bo wciąż obowiązuje doktryna obrony sprzed kilkudziesięciu lat.
A wydawałoby się, że przy tak szybkich przemianach cywilizacyjnych i nowych zagrożeniach, jakie one niosą - takie doktryny nie przystają do rzeczywistości...
Czyli cele Pugwash także pozostają te same?
Cele Pugwash rozszerzyły się. Mamy projekty dotyczące powszechnego rozbrojenia, ale ich zrealizowanie to jeszcze długa droga. Najważniejsze, że jest to możliwe, o czym świadczą umowy międzynarodowe dotyczące zakazu używania broni biologicznej, chemicznej. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby dotyczyły także broni jądrowej. W tej chwili ludzkość jest zagrożona bronią jądrową, w mniejszym stopniu biologiczna i chemiczną. Tymczasem postęp naukowy może nam przynieść nowe zagrożenia w skali globu i musimy być przygotowani na ich zwalczanie, ostrzegać ludzi przed grożącym im niebezpieczeństwem. Naszym celem jest zapobieżenie jakiejkolwiek wojnie, stworzenie świata bez wojny. Cecha naszej cywilizacji winien być świat bez jakiejkolwiek broni, nawet konwencjonalnej.
Czy to nie nazbyt optymistyczne?
To się wydaje zupełna utopią, ale uważam, że tak nie jest. Otóż 9 lat temu, z końcem zimnej wojny, wystąpiłem z projektem stworzenia świata bez broni jądrowej. Moi koledzy z Pugwash mówili mi wówczas, że to utopia, że nigdy się nie zdarzy. Tymczasem ta idea tak dalece rozprzestrzeniła się na całym świecie, że obecnie staje się możliwa do wprowadzenia w życie i to dość szybko. Czyli wczorajsza utopia dzisiaj jest traktowana poważnie, a jutro - możliwa do zrealizowania.
Zresztą powoli już widać oznaki tego. Uczymy się lekcji historii. Przeżyłem obie wojny światowe, w których Francja i Niemcy były śmiertelnymi wrogami, tymczasem obecnie żyją w wielkiej zgodzie. To jest ogromna rewolucja w tym wieku. Patrzmy dalej: cała Europa się integruje, państwa mogą mięć zatargi, ale współpracują ze sobą. Na innych kontynentach jest podobnie.
Tak różowo nie jest, mamy przecież bogata północ i biedne południe...
Tutaj tez są zmiany. Weźmy np. Amerykę Południową. Do niedawna jeszcze prawie każdy kraj na tym kontynencie miał reżim wojskowy. Teraz tego nie ma, jest demokracja. Niekoniecznie w takiej formie jak u nas, ale jednak demokracja. to są ogromne zmiany, o jakich 10 lat temu nie myśleliśmy nawet. Oczywiście, są zatargi, ale w tej chwili nie ma ani jednej międzynarodowej wojny na świecie. Czyli widać, że jesteśmy na drodze do osiągnięcia celu - świata bez wojen i broni. do tego potrzebna jest jednak zmiana kierunku edukacji. Tutaj wciąż tkwimy w kulturze gwałtownych
zmian, a nie w kulturze pokoju. Od czasów Rzymu, 2000 lat obowiązuje zasada:
si vis pacem, para bellum - jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny. Taka jest nasza kultura, nawet o pokój musimy walczyć. Uważam, że czas zmienić to hasło na “si vis
pacem, para pacem” - jeśli chcesz mięć pokój - przygotuj się do pokoju.
Ale skoro 2000 lat obowiązywała taka zasada, czy możliwe jest zmienić ja w trakcie życia jednego pokolenia?
Sądzę, że wystarczy jedno pokolenie, już jesteśmy przecież na tej drodze.
Zajmuje się pan pograniczem nauki i polityki. w jakiej mierze oba te środowiska: naukowców i polityków są od siebie niezależne? Gdzie leżą granice ich kompetencji?
Wszystkich nas łączy przekonanie, że ludzkość nie może zginąć, musi się rozwijać. Nie wolno nam więc doprowadzić do zniszczenia rodu ludzkiego. Wszystkich nas łączy to samo: jesteśmy przede wszystkim ludźmi. Łączy nas dziedzictwo kulturowe i naszym zadaniem jest je chronić i rozwijać, przekazać następnemu pokoleniu.
Przemawia przez pana wielki humanista, tymczasem człowiek jest ułomny...
Często stosuje zasadę oko za oko, ząb za ząb.
Dawniej człowiek musiał walczyć o środki do życia, nauka jednak potrafiła zapewnić mu lepsze warunki bytowania i teraz nie ma już potrzeby zabijać. nie wierze, że natura ludzka jest agresywna, że jesteśmy biologicznie tak zaprogramowani. Nie ma dowodów, że taki jest człowiek współczesny. Uważam, że nikt nie chce zabijać bez potrzeby. Dzięki nauce i technice coraz łatwiej jest nam żyć. Daleko jesteśmy jeszcze od tego, żeby to dobrodziejstwo dotyczyło wszystkich, ale stopniowo podnosi się poziom ogólny życia człowieka.
Podczas swojego jesiennego pobytu w Warszawie wygłosił Pan referat na temat badań naukowych a społecznej i etycznej odpowiedzialności uczonych. Czy uczeni, których główna motywacja prowadzenia badań jest przekraczanie barier niewiedzy są w stanie zaprzestać poszukiwań prawdy - nawet jeśli by wyniki tych badań mogły być wykorzystane przeciwko ludzkości?
Przez wiele setek lat nauka nie miała istotnego wpływu na stosunki międzyludzkie. Można przyjąć, że obowiązywały wówczas prawa natury, niezależne
od emocji ludzkich, stosunków między ludźmi. Teraz - szczególnie po drugiej wojnie - nauka dyktuje kierunki rozwoju ludzkości. I skoro ma tak ogromny wpływ na nasze życie, uczeni musza uważać na to, co robią. Czy to jest dla dobra ludzkości, czy nie. Uważam, że należy ograniczyć w jakimś stopniu pewne kierunki badań - i na to są sposoby. skoro lekarze maja przysięgę Hipokratesa :”przede wszystkim nie szkodzić” - podobna winna obowiązywać uczonych. Życie pacjenta - człowieka leży przecież w ręku lekarza, uczonego. Tu chodzi o moralna odpowiedzialność ludzi, którzy maja wiedzę.
Czy uczeni, specjaliści w wąskich dziedzinach maja prawo moralne do wyrokowania co jest dobre, a co złe?
Wiadomo, co jest dobre, a co złe. Uważam, że praca uczonego winna być taka, aby nie szkodziła ludziom. Dlatego uczeni winni mieć kodeks moralny, o co się staramy.
Nauka jednak dzisiaj przestaje być własnością wspólna ludzkości, staje się towarem. Jak można pogodzić prawa rynku z etosem uczonego?
Z tym staramy się walczyć, widzimy całe zło tej sytuacji. Staramy się uświadamiać ludzi w tej materii, chcielibyśmy, aby rządy - nie gospodarka - finansowały naukę. Zlikwidowałoby to pęd do handlu wiedza.
Ale to jest chyba tak trudne, że aż niemożliwe.
Wszystko jest trudne. Gdyby było łatwe, dawno byłoby rozwiązane. Nie oznacza to, ze nie można tego rozwiązać. Bo brak optymizmu nie jest wyjściem z sytuacji.
W jakim stopniu uczeni maja prawo do decydowania o kierunku rozwoju?
Prawo takie ma cała ludzkość, nie uczeni. Uczeni są częścią całej społeczności, dlatego muszą się ograniczyć w swoich badaniach, o ile mogłyby one stać się niebezpieczne dla ludzi.
Dziękuję za rozmowę.
(19.11.1989)
- Autor: Elżbieta Drążkiewicz
- Odsłon: 2210
Od kilku lat można w Polsce zaobserwować dynamiczne zmiany rynku pomocy rozwojowej. Zarówno wśród organizacji pozarządowych podejmujących tę działalność, jak i wśród decydentów rządowych, tworzących strategie polskiej współpracy rozwojowej, wyraźna jest tendencja do kierowania wysiłków pomocowych na wschód od Polski.
Proponuję zastanowić się, jakie znaczenia przypisywane są tym praktykom, zwłaszcza w kontekście reorganizacji światowego systemu geopolitycznego po roku 1989 i zachodzącej od tamtego czasu stałej redefinicji pozycji Polski na mapie świata, jak również ściśle z nią związanych bieżących rekonstrukcji tożsamości przestrzennych. Jak wskazuje Maria Janion w „Niesamowitej Słowiańszczyźnie”, jedną z cech charakteryzujących procesy identyfikacyjne w Polsce jest poczucie podwójnej przynależności: bycia równocześnie na wschód od Zachodu i na zachód od Wschodu. Sądzę, że kondycja ta, typowa dla społeczności granicznych, jest jedną z dominujących cech wpływających na samopostrzeganie miejsca Polski i Polaków w świecie. Wywołuje ona wrażenie asymetrii, ale też skłania do ciągłej redefinicji tożsamości i rekategoryzacji zajmowanej pozycji na globalnej mapie władzy.
Śledząc polskie wyzwania rozwojowe, pragnę przyjrzeć się, w jaki sposób zachodzi owo pozycjonowanie, jak różne kategorie przestrzeni i miejsca są generowane, wiązane z tożsamością, ustanawiane i akceptowane, ale również kontestowane.
Centralne znaczenie mają tu pojęcia „Wschodu” i „Zachodu”. Są one niezwykle trudne do uchwycenia – są relacyjne, a więc możliwe do wskazania tylko względem jakiegoś wcześniej arbitralnie dobranego miejsca. Równocześnie jednak, jako kategorie hegemoniczne, stają się przedmiotem prób stabilizacji i lokalizacji w określonych miejscach na mapie świata – dzieląc go na „wschodni” i „zachodni”.
Społeczne znaczenia i waga takiego podziału są nie do przecenienia, będąc jednym z głównych czynników determinujących globalną hierarchię wartości. Znalezienie odpowiedzi na pytanie, w którą z tych kategorii wpisuje się Polska i jakie miejsce zajmuje ona w światowym systemie, dla samych Polaków jest ważne, ale i bardzo trudne.
Warto zwrócić uwagę, że kategorie „Wschodu” i „Zachodu”, do których niezwykle często odnoszą się Polacy, współgrają z takimi klasyfikacjami jak „centra” i „peryferie”, „Pierwszy” i „Trzeci Świat”, „rozwinięte” i „nierozwinięte” kraje, „nowoczesne” i „zacofane” społeczności.
Gdzie w tej układance jest miejsce dla Polski i poszczególnych Polaków? Jak polityki identyfikacji są negocjowane przy pomocy praktyk odnoszących się do lokalizacji przestrzennej i wysiłków nad określeniem ich znaczeń kulturowych?
Kompleks „Drugiego Świata”
Jedną z kluczowych strategii mających na celu usunięcie stygmatu Drugiego Świata i „awans” do „Klubu Zachodniego” były działania rozwojowe realizujące metaprojekt nowoczesności, podjęte po 1989 roku. Obietnica wydawała się prosta. Przy wsparciu Zachodu, dzięki własnym nakładom i ofiarom, Polska w niedługim czasie miała stać się częścią Zachodu. Środkiem do celu miały być różnego rodzaju reformy państwowe, projekty realizowane przez organizacje pozarządowe oraz indywidualne działania mieszkańców kraju, dążących do osiągnięcia standardu nowoczesności.
Wysiłki modernizacji, jakie zostały podjęte pod przewodnictwem Zachodu, nie przyniosły jednak jak dotąd obiecanych efektów. Choć Polska stała się członkiem UE, podział na „starą” i „młodą” Europę jest wciąż wyraźny. Zmagania Polski przypominają niekończącą się opowieść, gdzie Polska stale stara się nadrobić stracony czas i dopasować się do ideału – który wyznaczany jest z zewnątrz, ale który sami Polacy akceptują. Zachód zawsze wydaje się być o krok do przodu i zawsze gdzieś obok, na wyciągnięcie ręki, ale nie tu – nie w Polsce, tylko gdzieś indziej. Choć lata bezpośredniej pomocy dla Polski się skończyły, kraj wciąż jednak jest adresatem pomocy strukturalnej, teraz ukrytej pod nazwami przeróżnych funduszy unijnych.
To z pewnością nie koniec wyzwań stawianych rozwojowi. Kolejną ich odsłoną, jak sądzę, są próby eksportu polskich doświadczeń transformacyjnych i rozwojowych do społeczeństw zlokalizowanych na wschód od Bugu. Wypowiedzi polskich liderów społecznych oraz czołowych polityków wskazują, że obie grupy zgodnie określają swe cele oraz podobnie legitymizują interwencje rozwojowe podejmowane poza granicami kraju.
Choć formy ekspresji własnych motywacji oraz strategie działania są różne, to wyraźne są pewne wspólne, powtarzające się poglądy na temat praktyk pomocowych. Jednym z kluczowych czynników organizujących i kształtujących zaangażowanie pomocowe na Wschodzie są relacje polsko-rosyjskie.
Zebrany materiał wskazuje, że własne, negatywne doświadczenia opresyjnej kolonizacji są jednym z głównych motorów uwrażliwiających na sytuację społeczeństw funkcjonujących w podobnych rzeczywistościach społecznych. Polskie zaangażowanie w Europie Wschodniej i Azji Centralnej nie jest jedynie wkładem lepiej sytuowanego społeczeństwa w rozwój innego państwa. Działania podejmowane w Czeczenii, Gruzji, na Ukrainie czy Białorusi są często znakiem solidarności przeciwko konkretnej sile kolonialnej – Rosji.
Własny dyskurs rozwojowy
Równocześnie, tak jak ma to miejsce w przypadkach opisanych przez Arturo Escobara („Encountering Development: the Making and Unmaking of the Third World”) i Jamesa Fergusona („The Anti-Politics Machine: „Development”, Depoliticization, and Bureaucratic Power in Lesotho”), kreowany jest własny dyskurs rozwojowy. Dystansując się od innych wschodnich społeczeństw i przedstawiając je jako potrzebujące modernizacji, polscy agenci rozwoju podkreślają swoją własną postępowość i status Polski jako państwa rozwiniętego.
Plasując społeczeństwo polskie i swoich wschodnich „partnerów” po dwóch stronach łańcucha pomocowego, bardzo skutecznie tworzona jest przepaść między Polską a Wschodem. Na poziomie politycznym, kierowanie pomocy do Wschodniej i Centralnej Azji, polegającej przede wszystkim (choć nie tylko) na wdrażaniu programów demokratyzacyjnych, służy jako środek do budowania relacji z Rosją. Orientalizacja Rosji, przedstawianie jej jako niebezpiecznej, despotycznej, skorumpowanej, agresywnej i tkwiącej w socjalizmie (czytaj: nienowoczesnej, niecywilizowanej, reżimowej), pełni funkcję kontrapunktu dla Polski, która wciąż walczy o deorientalizację własnego wizerunku w oczach swoich, ale przede wszystkim Zachodu.
Równocześnie jednak, choć agenci rozwojowi z pewnością dystansują się od Wschodu i podkreślają swoją odmienność oraz własną nowoczesność, to legitymizując swoje zaangażowanie, powołują się także na bliskość i podobieństwo doświadczeń. Przywoływane są ideały braterstwa Słowian, podobieństwa kultury i języka, ale również wątki „wspólnych” doświadczeń systemowych opresji lub też walki przeciwko dominującej władzy. Jak widać na przykładzie polskiego zaangażowania w pomoc rozwojową, podejmowane strategie są formą zmagań, by połączyć ze sobą różne, często sprzeczne identyfikacje wewnątrz jednego systemu. Jest to specyficzne doświadczenie jedności i łączności (bycia jak inni wschodni Europejczycy, bycia częścią wspólnoty słowiańskiej, pokrewieństwa dusz), przy równoczesnym ostrym oddzieleniu i separacji (vide- promocja polityczno-ideologicznego konceptu Europy Centralnej przeciwstawionego idei Europy Wschodniej).
Zawsze wyraźne jest jednak poczucie zależności między kulturową tożsamością a przestrzenią i miejscem. W takich sytuacjach podziały i wybory kategorii identyfikacyjnych nigdy nie są stałe, a raczej zależne od układów i zmiennych punktów odniesienia. Są one zarówno kontestowane jak i wzmacniane, regenerowane i na nowo wynajdywane.
Przez takie właśnie praktyki fragmentacja (bycie zbyt wieloma bytami na raz, a równocześnie nie bycie ani Zachodem, ani Wschodem) powiększa się, a same fragmenty są stale przetasowywane. Wbrew paradygmatowi nowoczesności, nie ma tu miejsca na jasne podziały i ostre kategoryzacje.
Strategie tożsamości w świecie buforów są niezwykle skomplikowane i zmienne. Na granicach pytanie nie brzmi: „jaką strategię wybrać”, ale raczej: „jak połączyć dostępne strategie, nawet jeśli pozornie wydają się one ze sobą sprzeczne”.
Opisane podejście do rozwoju jest metodą redefinicji własnej pozycji w świecie, ale również propozycją szczególnej zmiany dominującego dyskursu rozwojowego. Jako społeczeństwo, któremu brakuje historycznej i kulturowej łączności z potencjalnymi odbiorcami pomocy w Afryce czy Azji, Polska poszukuje swoich własnych, bardziej relewantnych przestrzeni dla zaangażowania. Wymaga to jednak redefinicji dominującego dyskursu rozwojowego, bo ten proponowany przez Zachód, promujący działania w Afryce czy Azji Południowej oraz przyznający mandat ekspercki zachodnim agentom, z trudem sprawdza się w polskich realiach.
Co jednak szczególnie ważne, jak zauważył Escobar, zmiana dyskursu jest zawsze działaniem politycznym, wymagającym zbiorowego zaangażowania aktorów społecznych oraz przemodelowania istniejących ekonomii prawdy. Dzięki wysiłkom polskich organizacji pozarządowych, pracowników administracji publicznej, polityków, aktywistów społecznych, dziennikarzy czy biznesmenów wspierających różne inicjatywy na Wschodzie, wysiłek, by Polska stała się rozpoznawalna jako potencjalny donor, a co ważniejsze - silny aktor z możliwością wpływania na zmiany trajektorii innych społeczeństw, wciąż jest podejmowany i nabiera coraz większego tempa. Wspomniani agenci rozwoju już nie tylko sami wizualizują siebie i swoje państwo jako wpływową nowoczesną społeczność – jako Zachód! – ale przede wszystkim zależy im, by wizja ta stała się powszechnie podzielaną na świecie formą konceptualizacji Polski i Polaków.
Szczególny rodzaj solidarności
Praktycy rozwojowi w Polsce stworzyli szczególny typ dyskursu. Jedną z jego kluczowych figur jest „solidarność”. Wiele mówi się o wspólnocie doświadczeń, bliskości, jedności etc. Solidarność jest przywoływana zarówno jako element motywacyjny, jak i cel sam w sobie. Równocześnie jednak inicjatywy rozwojowe działają przeciwko temu samemu ideałowi. Jak starałam się wykazać, polityki miejsca społeczeństw marginalnych nie tyle kwestionują i poddają krytyce geopolityczne oraz społeczne podziały, co działają na korzyść ich utrzymania, a nawet wzmacniają je.
Polskie wysiłki, by zmienić swą pozycję w świecie, wymagają nie tylko transformacji własnej kondycji i wizerunku, ale także zmiany wizerunku innych – tych, do których Polska kieruje swoje programy pomocowe. I tu solidarność się kończy.
Deklaracje o końcu Drugiego Świata, tak chętnie ogłoszone nawet przez Escobara, wydają się być przedwczesne. Jak pokazują polskie przykłady, by pozbyć się etykietki Drugiego Świata czy Wschodniej Europy, muszą zostać wynalezione nowe kategorie; te istniejące wciąż odzwierciedlają ustaloną hierarchię i działają w ramach światowych relacji władzy. By wyprowadzić się ze Wschodniej Europy, Polska musi znaleźć na swoje miejsce nowego lokatora. Nawet jeśli polscy aktywiści nawołują do jedności i wspierania tych, którym się gorzej powodzi, równocześnie wzmacniają i utrzymują podziały między Wschodem i Zachodem. Między Pierwszym, Drugim a Trzecim Światem. Elżbieta Drążkiewicz Autorka jest antropologiem społecznym, wykładowcą na Maynooth University (Irlandia). Zajmuje się m.in. współpracą rozwojową. Tekst „Na Zachód przez Wschód i z powrotem: polskie wyzwania rozwojowe”- http://pia.org.pl/publikacje/41-na-zachod-przez-wschod-i-z-powrotem-polskie-doswiadczenia-rozwojowe - jest wynikiem projektu prowadzonego przez Polski Instytut Antropologii - www.pia.org.pl - pod nazwą „Spotkania z antropologią - interdyscyplinarne dyskusje".
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 5276
Z prof. Romanem Kuźniarem, politologiem z Instytutu Stosunków Międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim rozmawia Anna Leszkowska
- Autor: Mateusz Piskorski
- Odsłon: 3770
Wśród najbardziej bojowych organizacji odpowiadających za zamieszki ostatnich dni w Kijowie warto zauważyć organizację „Awtomajdan”. Jej przypadek jest znakomitym przykładem charakteru ukraińskich protestów, obrazując jednocześnie stopień zaangażowania państw trzecich w działania na rzecz destabilizacji Ukrainy i przeprowadzenia w tym kraju tzw. kolorowej rewolucji.
Założyciele i ojcowie chrzestni
Ruch protestujących kierowców założył Aleksiej Gricenko, postać już wcześniej w życiu publicznym dość znana, menedżer jednej z firm branży IT w Kijowie. Był on niegdyś wiceszefem organizacji młodzieżowej partii byłego prezydenta Wiktora Juszczenki „Nasza Ukraina”. W czasach, gdy jego ojciec Anatolij Gricenko pełnił funkcję ministra obrony, gorliwie wzywającego do przystąpienia Ukrainy do NATO, przetarg na informatyzację administracji ukraińskich sił zbrojnych warty około 100 mln hrywien wygrała firma Enran Telecom, w której syn ministra pracował. Jak twierdził A. Gricenko, idea „Awtomajdanu” pojawiła się podczas jego spotkania z grupą przyjaciół w jednym z kijowskich pubów. Byli wśród nich, a także tych, którzy dołączyli nieco później, m.in. Siergiej Chadżinow, dyrektor generalny przedstawicielstwa jednej z austriackich firm w Kijowie; biznesmen Dmitrij Bułatow, który wkrótce zdominował strukturę w sferze wystąpień publicznych i medialnych, będąc jej nieformalnym rzecznikiem; Siergiej Koba, niegdyś zwolennik tzw. pomarańczowej rewolucji 2004 roku; Siergiej Pojarkow, najbardziej chyba rozpoznawalny z liderów organizacji, artysta-grafik, były asystent posła Bloku Julii Tymoszenko i dziennikarz telewizyjny.
Sposoby znane bardziej i mniej
Interesujące były metody działania „Awtomajdanu”, będącego specyficzną strukturą skupiającą posiadaczy samochodów, popierających antyrządowe protesty. Jak wspominał A. Gricenko, zrozumieliśmy, że potencjał 50 samochodów i 50 ludzi to niebo i ziemia z punktu widzenia możliwości przeszkadzania władzom. Łatwo jest rozprawić się z 50 ludźmi, ale spróbujcie to zrobić z 50 samochodami.
Komunikacja w organizacji odbywa się głównie za pomocą urządzeń mobilnych z zainstalowaną aplikacją Zello i sieci społecznościowych; jak deklarował S. Chadżinow: naszym przywódcą jest Mark Zuckerberg. Jeśli coś się ze mną stanie, na moim miejscu pojawi się następny. Mamy już grupę z ponad 5000 fanów. Każdy z nich może utworzyć wydarzenie, a potem nim pokierować. To bardzo proste.
Innym sposobem porozumiewania się były zainstalowane w samochodach radia CB, choć z tej formy nieco zrezygnowano po pierwszych przypadkach zakłócania kanału łączności „Awtomajdanu”. Wśród działaczy „Awtomajdanu” prym wiodą mieszkańcy ukraińskiej stolicy, w wieku od 30 do 40 lat, najczęściej – jak przyznaje D. Bułatow – stosunkowo dobrze usytuowani materialnie. Według lidera tej struktury D. Bułatowa, jednym z podstawowych sposobów działania było pełnienie straży na rogatkach stolicy, wczesne ostrzeganie uczestników zamieszek przed zbliżającymi się jednostkami sił porządkowych, śledzenie autobusów i pojazdów policyjnych, utrwalanie w postaci zapisów video interwencji podejmowanych na wjeździe do stolicy przez policję drogową blokującą autobusy z demonstrantami z innych miast.
W początkowej fazie działalności organizacji popularnym sposobem działania były ponadto kawalkady samochodowe, stanowiące swoiste demonstracje na kołach, w których brały udział dziesiątki odpowiednio oflagowanych pojazdów. Przeprowadzano również blokady dróg, mające nie dopuścić lub spowolnić dotarcie do celu kolumn transportu policyjnego, oraz prowadzono akcję „Nocny Patrol”, której celem było m.in. śledzenie i lokalizowanie miejsc zamieszkania osób związanych z władzami lub z innych powodów budzących niechęć organizatorów zamieszek (niektóre dane adresowe publikowano następnie w sieciach społecznościowych z wezwaniami do stosowania przemocy). Poza tym, szef „Awtomajdanu”, publicznie przyznawał, że jego organizacja odpowiadała za cały szereg aktów wandalizmu i pogróżek skierowanych pod adresem przedstawicieli władz, a także reprezentujących opcję eurazjatycką polityków takich, jak Wiktor Miedwiedczuk. Jeden z działaczy „Awtomajdanu” S. Koba, prawdopodobnie spodziewając się odpowiedzialności karnej za swój udział w zamieszkach, 22 stycznia oznajmił w sieciach społecznościowych, że znajduje się na terytorium Polski, natomiast już dzień później donosił, że jest w Niemczech. Zaledwie dwie doby wcześniej S. Koba nawoływał publicznie do zdobycia szturmem budynku ukraińskiego parlamentu – Rady Najwyższej. Co ciekawe, od jego radykalizmu odciął się profilaktycznie D. Bułatow i dwóch innych koordynatorów organizacji. Z profilów S. Koby na portalach społecznościowych wynika, że ten miłośnik nielegalnych wyścigów samochodowych – podobnie jak wielu innych członków jego organizacji – sympatyzuje on z neonazistowskim stowarzyszeniem „Patrioci Ukrainy”.
Koordynatorzy „Awtomajdanu” spotykali się z dyplomatami szeregu państw Unii Europejskiej, co zostało odczytane za uznanie przez zagranicę ich dużego znaczenia i wpływu na przebieg protestów. Pośród istotnych rozmówców z D. Bułatowem spotkał się również ambasador USA w Kijowie Geoffrey Pyatt, który miał – według niektórych źródeł - przekazać poparcie organizacji w wysokości 1 mln dolarów.
Program w drodze
Trudno mówić o jakimkolwiek spójnym przekazie programowym „Awtomajdanu”. Z jednej strony liderzy organizacji podkreślają swoją apolityczność i chęć niesienia pomocy innym protestującym, bez względu na wyznawane przez nich poglądy. Z drugiej jednak wyjątkowo konsekwentnie idealizują Unię Europejską i – mówiąc o cywilizacyjnym wyborze Ukrainy – poddają krytyce model białoruski i rosyjski.
Od parlamentarnej opozycji różni ich też radykalizm postulatów: domagają się przedterminowych wyborów parlamentarnych i prezydenckich, natychmiastowego wznowienia rozmów z UE na temat umowy stowarzyszeniowej oraz odpowiedzialności karnej funkcjonariuszy i dowódców służb konfrontujących się z uczestnikami zamieszek. Liderzy „Awtomajdanu” coraz częściej kwestionują ponadto legitymację liderów trzech ugrupowań parlamentarnych („Batkiwszcziny”, „UDARu” i „Swobody”) do reprezentowania antyrządowej opozycji. Działalność „Awtomajdanu” podczas najbardziej brutalnej do tej pory fazy protestów ukraińskich, pozwala na sformułowanie kilku wniosków dotyczących tej określonej części radykalnej opozycji: – metody działania i bezpośrednie wsparcie USA sugerują, iż „Awtomajdan” może stanowić projekt technologów tzw. kolorowych rewolucji; – USA i niektóre kraje UE poprzez spotkania z liderami grupy prowadzącej działania sprzeczne z obowiązującym na Ukrainie prawem, odrzucając tym samym zasady protokołu dyplomatycznego, wyraźnie liczą na dalsze zaostrzenie sytuacji w Kijowie i eskalację konfliktu w państwie; – przykład S. Koby pokazuje, że ewentualne konsekwencje prawne wobec działaczy radykalnych w Kijowie mogą doprowadzić do dużego zwiększenia liczby imigrantów z Ukrainy, szczególnie na terytorium Polski, traktowanej jednak najprawdopodobniej jako punkt transferowy, a nie miejsce docelowe poszukiwania azylu; – trzon protestujących stanowią osoby zabezpieczone materialnie, aktywne i nie obawiające się strat, które mogą przynieść ich działania. Ewentualne rekomendacje dla władz polskich i ukraińskich wynikające z krótkiego przeanalizowania działalności „Awtomajdanu” mogłyby wyglądać następująco: – dla władz polskich – wzmocnić kontrolę paszportową i graniczną, nie dopuszczając przede wszystkim do wjazdu emigrantów ukraińskich, niejednokrotnie powiązanych ze światem przestępczym i brutalnymi metodami działania; – dla władz ukraińskich – działać na rzecz skonfliktowania „Awtomajdanu” z innymi strukturami radykalnej opozycji oraz parlamentarzystami opozycyjnymi.
Mateusz Piskorski
Dr Mateusz Piskorski jest politologiem, sekretarzem generalnym i ekspertem Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych.
Powyższy tekst ukazał się na portalu Geopolityka.org pod adresem - http://geopolityka.org/analizy/2651-mateusz-piskorski-awtomajdan-nowa-forma-protestu
Tytuł i śródtytuły pochodzą od Redakcji SN

