Politologia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 549
Problemem Polski od wieków było utrzymanie lojalności rządzących wobec własnego państwa. Brak instynktu państwowego i kierowanie się prywatą doprowadzały wielokrotnie w historii do sytuacji skrajnych, wręcz tragicznych, kiedy państwo przechodziło w obce ręce. W celu ukrycia nieudolności panujących uciekano w metafizykę, powierzano losy państwa i narodu siłom wyższym, opatrznościowym, maryjnym. Korzystne koincydencje zdarzeń nazywano „cudami”. Sobie przypisywano udział w kreowaniu wyłącznie ich korzystnych skutków. Błędami zawsze obciążano innych. Nieufność sąsiedzka kazała szukać „przyjaciół daleko, a wrogów blisko”.
Z doświadczeń wynika, że rządzący państwem polskim, od początku jego dziejów, mieli problem z uzasadnieniem swojego wyłącznego prawa do sprawowania władzy nad zasiedlonym przez przodków terytorium. Wynikało to w dużej mierze z asymetrii sił i ograniczonych możliwości, a także dystansów cywilizacyjnych. Często odwoływano się do protekcji zewnętrznej, gdyż bez niej niemożliwe było sprawowanie jakiejkolwiek realnej władzy. Obecnie pojawia się także wiele pytań w przestrzeni publicznej, kim są ludzie tworzący w Polsce kolejne rządy. Czy reprezentują oni interesy polskie, czy też są przedstawicielami obcej agentury?
Koncentracja bogactwa społecznego w rękach nielicznych, co stało się nieuchronnym produktem neoliberalnego modelu globalizacji, stworzyła nową jakość międzynarodowych zależności. Obecnie to już nie same mocarstwa pretendują do uzależniania państw mniejszych i słabszych. To potęga globalnych koncernów ogranicza realną władzę rządzących. Stają się oni marionetkami w grze interesów wielkiej oligarchii, w której prym wiodą multimiliarderzy, często przyznający się nie do narodowej, lecz do kosmopolitycznej proweniencji. Skorumpowane i wystraszone elity państw podrzędnych, przede wszystkim niekompetentne i nieprzygotowane fachowo do obrony swoich racji, ulegają zjawisku znanemu od starożytności.
Jest to klientelizm, który oznacza trwałą tendencję do kształtowania układów zależności hierarchicznych, występujących w różnych epokach, od niewolnictwa, poprzez feudalizm po kapitalizm oraz w różnych odmianach ustrojowych. W procesie historycznym zmieniały się formy i środki oddziaływań patronów na klientów, hegemonów na satelitów, opiekunów na podopiecznych, ale istota patronażu czyli powiązań personalnych, biurokratycznych, wojskowych i gospodarczych pozostawała niezmienna. Klientelistyczne praktyki zawsze pociągały za sobą budowanie zależności decyzyjnych, co w przypadku relacji międzypaństwowych, a także międzybiznesowych skutkuje wpływem i kontrolą silniejszego nad słabszym, a w skrajnych przypadkach stosowaniem ukrytych i jawnych form przymusu.
Istotą klientelistycznych zależności jest podporządkowanie instytucji i działań państwa partykularnym celom ekonomicznym, wojskowym i politycznym potężnych grup interesu. Państwo rezygnuje ze swoich funkcji regulacyjnych na rzecz ochrony interesu prywatnych korporacji. Demokracja liberalna zamiast chronić przed taką patologią, sprzyja degeneracji polityki. Widać to najlepiej na przykładzie Stanów Zjednoczonych, które pozostają dla wielu naiwnych Polaków ciągle nieomylnym i niedoścignionym wzorem.
Między subordynacją a koordynacją
Tragedia polskich rządów ostatnich trzech dekad sprowadza się do tego, że nie były one w stanie określić wyraźnej granicy między subordynacją a koordynacją w stosunkach Polski z USA. Amerykański patron stał się wyrocznią we wszystkich sprawach związanych z transformacją ustrojową. Jak przystało na hegemona, jego wpływ szczególnie zaważył na usytuowaniu Polski w układzie geopolitycznym Zachodu i Rosji.
Z wdzięczności za „opiekę” warszawskie kręgi władzy, niezależnie od ideowej proweniencji, dokonały „samozhołdowania” wobec Ameryki. Wyraża się to nie tylko w hołubieniu kolejnych amerykańskich ambasadorów nad Wisłą, ale przede wszystkim w bezgranicznym zaspokajaniu żądań amerykańskich koncernów zbrojeniowych. Zawieranie kontraktów na wielomiliardowe zobowiązania idzie w parze z nagminnym lekceważeniem procedur przetargowych. Jeśli jest inaczej, to opinia publiczna powinna o tym wiedzieć. Jawność informacji jest przymiotem rządów demokratycznych. Jeśli informacje są niedostępne lub świadomie ukrywane, mamy do czynienia z państwem mafijnym.
Żenująca i straceńcza nadgorliwość polskich polityków wobec Kijowa także była motywowana chęcią przypodobania się kręgom amerykańskich opiekunów. Windowanie wydatków zbrojeniowych do niebotycznych rozmiarów, na pewno nadmiernych w stosunku do możliwości i wyrzeczeń społecznych, to wynik pogardy dla potrzeb obywateli, wbrew patriotycznej tromtadracji i faktom. Utopiona w zależnościach atlantyckich Polska nigdy nie wydostanie się na pozycję samodzielnego i asertywnego gracza. Kompradorskie elity, żyjące złudzeniem trafności i skuteczności swoich działań, z pewnością do tego nie dopuszczą. Zawsze przecież mogą sięgać do wsparcia stacjonujących w Polsce sojuszniczych „legionów”.
Trzeba tu zauważyć, że klientelizacja ma także drugą stronę. Oprócz dewastowania autonomii decyzyjnej oznacza szansę na zdobycie przy pomocy możnego protektora wyższej pozycji w rankingu reputacji państw, podbudowania prestiżu czy zdobycia dostępu do określonych dóbr. W kalkulacjach polskich elit politycznych, i tych o pochodzeniu posolidarnościowym, i tych o proweniencji pokomunistycznej, chodziło właśnie o uwiarygodnienie się w oczach nowego protektora, zdobycie jego zaufania, a przede wszystkim roztoczenia opieki, która okazała się niezwykle kosztowna. Odnosi się wrażenie, że dzisiejsza Polska jest mniej suwerenna i niezależna niż w czasach „realnego socjalizmu”.
Służalczość - cecha akceptowalna?
Rządzący Polską wywodzą się z dwu głównych rodowodów – posolidarnościowego i pokomunistycznego - choć dominujący POPiS zmarginalizował środowiska poperelowskie. W obu przypadkach na politykach tych formacji spoczywa grzech pierworodny transformacji ustrojowej. Zamiast bowiem starać się zdiagnozować własny interes narodowy i bronić go w zderzeniu z drapieżnym kapitałem Zachodu, wszyscy gremialnie poszli na łatwiznę, wybierając nowych protektorów i oddając im za bezcen majątek narodowy. Jak pisze Witold Modzelewski, „rękami tych polityków likwidowano kolejne działy gospodarki, bo stanowiłyby konkurencję dla zachodnich koncernów”. Polska stała się „liderem działań na własną szkodę”, wygląda na to, że „tej pozycji nikt nam nie odbierze” (Polska-Rosja. Koniec „naszej wojny”, t. 11, lata 2023-2024, Warszawa 2024).
Ten stan dobrowolnej submisji wobec obcej protekcji trwa nieprzerwanie do dzisiaj. Wyraża się on w bezdyskusyjnej aprobacie zachodnich rozwiązań ustrojowych i ich uzasadnień ideologicznych, w gorliwym popieraniu imperialistycznych „wojen Zachodu”, wysyłaniu swoich żołnierzy do ataku na Afganistan czy Irak. Milczenie i amnezja towarzyszą obecnie tym skompromitowanym „wyprawom”, a ich bilans zysków i strat pozostaje nieznany.
Społeczeństwo, a przynajmniej jego „oświecone” części, nie jest jednak ślepe na błędy i obojętne wobec narastających kosztów, wynikających z klientelizmu i serwilizmu władz. Kolonizowanie przez nie własnego narodu musi się kiedyś skończyć wielkim buntem. Poza tym alienacja elit politycznych, którą obserwujemy w Polsce, nie jest zjawiskiem nowym. Ma też swoje ograniczenia czasowe, wynikające choćby ze społecznej cierpliwości. Gdy zostanie przekroczona granica racjonalności w procesach samosatelizacji, dojdzie do społecznego wrzenia, jak to już nieraz w historii bywało. Taki jest bowiem instynkt samozachowawczy narodu polskiego. Stanie się to zwłaszcza wtedy, gdy załamie się wydolność gospodarcza i nastąpi degradacja pozycji społecznych (materialnych) obywateli. W mediach społecznościowych, które stały się dogodnym kanałem przekazu nastrojów, można odczuć coraz większe niezadowolenie z narastającej relatywizacji wszystkich wartości politycznych, demontażu instytucji publicznych, ogłupiania własnego narodu i prowadzenia polityki przez błaznów z obcego nadania.
Poddawanie się instruktażowi zewnętrznemu i brak odwagi w obronie swojego interesu ze szczególną jaskrawością ujawniły się po wybuchu wojny na Ukrainie. W odruchu naiwnej solidarności wpuszczono do kraju, poza wszelkimi procedurami kontroli i rejestracji, masy uchodźców wojennych i ludzi o nieznanej proweniencji. Z obserwacji wynika, że z tej okazji skorzystali najbardziej przedsiębiorczy obywatele Ukrainy, dla których Polska stała się przystanią w korzystaniu z dogodnych warunków bogacenia się (wykup mieszkań, zwolnienia z podatków, dotacje i zasiłki, przywileje socjalne, darmowe usługi i preferencje).
W powszechnej opinii kolejne rządy nie miały i nie mają prawa ani żadnej legitymacji moralnej do uruchamiania ogromnej pomocy finansowej i materialnej sąsiedniemu państwu, kosztem własnych obywateli. Zawarte bez parlamentarnej procedury ratyfikacyjnej Porozumienie o współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa z 8 lipca 2024 roku stanowi wyraz samobójczego postępowania władz. Dowodzi bezmyślnego ograniczania swoich kompetencji na rzecz innego państwa. Należy mieć nadzieję, że w przyszłości doczeka się właściwego osądu.
Wyliczenia oficjalne, wzięte choćby ze strony internetowej Prezydenta RP opiewają na kwotę ok. 14 mld zł udzielonej pomocy Ukrainie w sprzęcie, uzbrojeniu, logistyce, gdy fachowe szacunki sięgają 100-200 mld zł. Istnieje podejrzenie, że przy trwającej anomii w państwie, podatnicy nigdy nie doczekają się rzetelnego bilansu. Będą natomiast długo odczuwać skutki szalejącej inflacji, napędzanej niewspółmiernymi do możliwości nakładami na „nie naszą wojnę”.
Zorganizowane kłamstwa
Wszystko to dzieje się w kontekście rozbudowanego lobbingu korporacji zachodnich, które nie tylko korzystają z licznych ulg w kraju, ale stały się także beneficjentami „otwartego rynku” z Ukrainą. Wobec obcych wpływów na decydentów istnieje w Polsce zmowa milczenia. Media masowe są proamerykańskie, proukraińskie i proizraelskie. Pozostają natomiast z zasady antyrosyjskie. Zamiast odrębnej i niezależnej analizy, mamy stronnicze komentarze i jednostronne oceny. W ramach obowiązującej rusofobii jako doktryny politycznej ściga się wszystkich „szpiegów Putina”, dowodzi się kremlowskich spisków i wpływów rosyjskich wśród samych polityków, zwłaszcza opozycji. Ten hałas ma sprzyjać odwracaniu uwagi od rozbudowanego lobbingu innych podmiotów – przede wszystkim z USA, Izraela, Niemiec czy Ukrainy. Zwłaszcza nad lobbingiem ukraińskim nikt się nie chce skrzętnie pochylić, choć jest on najbardziej widoczny, w swojej formie bezczelny, a w skutkach niebezpieczny.
Wiara w kult siły prowadzi do tragicznego opowiadania się za wojną jako jedynym sposobem rozstrzygnięcia konfliktu ukraińskiego. „Pokój przez siłę” stał się polityczną obsesją, a powoływanie się na konieczność zapewnienia w ten sposób bezpieczeństwa jest niczym innym jak zorganizowanym kłamstwem. Przywódcy polityczni „instytucjonalnego” Zachodu ponad rozum postawili swoje emocje i namiętności. Kierowanie się nienawiścią do oponentów stało się jedną z cech „geopolityki emocji”. Szkoda, że roztropność i rozwaga w wielu przypadkach ustąpiły rusofobicznej narracji, narzucanej przez „lilipucie” państwa Europy bałtyckiej i „chorą na Rosję” Polskę (Bronisław Łagowski).
Propaganda wojny - ogłupianie społeczeństw
Polscy politycy mają obsesję na tle ponownego popadnięcia w rosyjską strefę wpływów, mimo że instytucjonalnie państwo przynależy do struktur Zachodu. Wygląda to tak, jakby podejrzewali, że ów Zachód może kolejny raz Polskę zdradzić (nagminne jest przywoływanie analogii do Jałty). Ulegają „geopolityce strachu”, którą sojusznicy zachodni skutecznie podsycają. „Straszenie i ogłupianie od wieków było, jest i będzie najlepszym biznesem: przestraszony – pisze W. Modzelewski – nie będzie się targować i zapłaci dużo za swoje bezpieczeństwo”.
W wyniku licznych deficytów koncepcyjnych w ramach zintegrowanego Zachodu jego elity postawiły na „mobilizację poprzez wojnę”. Zaangażowanie na rzecz Ukrainy przeciw Rosji oznacza z jednej strony odwracanie uwagi od problemów społecznych i gospodarczych na własnym podwórku. Z drugiej strony jest pretekstem do konsolidacji Unii Europejskiej w rywalizacji transatlantyckiej. Tyle, że ta konsolidacja nie jest możliwa i skuteczna bez dostępu do tanich surowców energetycznych, zasobów naturalnych, chłonnego rynku rosyjskiego, a także bogactwa oligarchów, płacących na Zachodzie podatki od transakcji i nieruchomości.
Społeczeństwa Niemiec, Francji czy Austrii coraz mniej godzą się na wyrzeczenia, ale rządzący w państwach Unii Europejskiej czekają, jak nowe „światowe przywództwo” zdecyduje. Jeśli administracja Donalda Trumpa postanowi porozumieć się z Rosją i zakończyć wojnę na Ukrainie, albo ją przynajmniej zamrozić, to kolejny raz okaże się, że europejscy politycy są jedynie wykonawcami woli atlantydów.
Podobnie głos polskiej dyplomacji będzie bez znaczenia. Mizeria argumentacyjna na rzecz utrzymywania stanu wojny jak najdłużej, do „ostatniego Ukraińca”, pokazuje „wąskotunelowe” myślenie i paraliż koncepcyjny obu obozów politycznych i ich liderów. Widać wyraźnie, że Polska nie dysponuje ani pokojową inicjatywnością, ani żadnym potencjałem negocjacyjnym, a obniżenie rangi kilkudziesięciu szefów placówek dyplomatycznych, w tym w stolicach strategicznych graczy, oznacza wykluczenie się na własne życzenie z rozmów kuluarowych i konsultacji poufnych.
Mizeria polskiej dyplomacji
Elity polityczne Polski znalazły się w niewoli ładu hierarchicznego i hegemonicznego, dyktowanego przez obce interesy, przede wszystkim zza Atlantyku. Mimo demonstrowania woli przewodzenia różnym gremiom (Trójkąt Lubelski, Inicjatywa Międzymorza, Grupa Wyszehradzka, Trójkąt Weimarski), skuteczność i sprawczość polskiej dyplomacji jest znikoma. Minister spraw zagranicznych braki nadrabia napuszoną retoryką i nadętą miną, a jego polemiki, czy raczej pyskówki z rosyjskimi dyplomatami czy demonstracje niechęci świadczą o infantylizmie i marnej kompetencji, a nie o rozumieniu użyteczności dyplomacji w rozwiązywaniu krwawych dramatów.
Przede wszystkim Polska nie liczy się w „wielkiej wojnie” o energię i władzę między Rosją i Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Mimo, że te ostatnie dzięki „rewolucji łupkowej” narzuciły Europie swoje dostawy LNG, to jednak okazuje się, iż nadal nie może ona osiągnąć należytego poziomu bezpieczeństwa energetycznego bez Rosji. Wszystko wskazuje na to, że wielu polityków zachodnich jest skłonnych uznać determinację Kremla i zgodzić się na ustępstwa kosztem Ukrainy. Na naszych oczach rodzi się więc źródło głębokich rozczarowań i zawiedzionych nadziei. I utrzymuje się brak jakiejkolwiek refleksji na rzecz przewartościowań geopolitycznych.
Polska, a zwłaszcza jej władze – rządzący i opozycja – wpadła w pułapkę „wojny narracyjnej”. Mimo, że zmienia się sytuacja geopolityczna, państwo polskie poprzez swoich przedstawicieli jawi się bezbronne, nieporadne i podatne na wskazówki płynące tylko z jednego źródła. Wielkie potęgi prowadzą natomiast grę pozorów, blefują, a przede wszystkim dbają o interes geopolityczny swoich państw.
Z tych względów czas najwyższy zmienić narrację z wojennej na pokojową. W interesie Ukrainy leży jak najszybsze zawieszenie działań zbrojnych, choćby ze względu na ofiary i cierpienia ludności cywilnej, odciętej od zaopatrzenia w energię. Polska powinna popierać postulaty zagwarantowania Ukrainie przez Zachód bezpieczeństwa, ale nie swoim kosztem. Dotychczasowe kwoty i różnorodność udzielonej pomocy trzeba wykorzystać jako atut w redukcji dalszych obciążeń. Rozejm między wojującymi stronami zmniejszy ryzyko eskalacyjne, choćby przez prowokacje czy błędy, mające na celu wciągnięcie stron trzecich do wojny. Oby jednak decyzje ustępującego prezydenta Ameryki, upoważniające Ukrainę do użycia broni dalekiego zasięgu na terytorium Rosji nie przekreśliły wszystkich powyższych dywagacji.
Polskich elit politycznych w obecnym kształcie nie stać na takie zdiagnozowanie naszego miejsca w międzynarodowym układzie sił, aby wyzwolić się z psychologii wrogości wobec Rosji i ślepego zafascynowania wzorcami płynącymi z Zachodu. Nie ma nikogo odważnego pośród polityków, aby stwierdzić, że globalistyczna standaryzacja na modłę unijną lub amerykańską prowadzi do utraty najważniejszych atrybutów wewnątrzsterowności i tożsamości narodowej. O przywróceniu jakiejś dozy realnej suwerenności państwa nie ma nawet co marzyć, gdyż uzależnienia zewnętrzne we wszystkich sferach życia społecznego są nieodwracalne. Wystarczy spojrzeć na mapę baz i rozmaitych stanowisk wojskowych NATO i USA na obszarze Polski. Tam, gdzie wchodzą obce wojska, zawsze przecież – a jakże - pod szyldem sojuszniczym, tam płaci się wysoką cenę wolności i autonomii wewnętrznej w zamian za gwarancje mitycznego bezpieczeństwa.
Odwrót od klientelizmu jest raczej niemożliwy. To, co udałoby się być może uratować, to zmianę narracji na temat aktualnej rzeczywistości. Rządzący muszą uświadomić sobie, jak negatywne skutki dla cywilizacji zachodniej przyniosła turbokapitalistyczna globalizacja, degradując państwa i narody do pozycji petentów i klientów. W przypadku Polski przydałaby się refleksja nad wykorzystywaniem naszej złożonej historii do rozgrywania Polaków w stosunkach z największymi sąsiadami. Obrona różnorodności cywilizacyjnej świata, a nie urządzanie go na jedną „nihilistyczną” modłę może stać się doprawdy w sprzyjających okolicznościach ziarnem nowej narracji przyczynowo-skutkowej.
Stanisław Bieleń
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 6802
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1616
Polityka wschodnia polskich rządów zwących się „niepodległościowymi”, ostatecznie służyła i służy interesom niemieckim.
Schemat polityki wschodniej polskich rządów, które w tradycyjnej historiografii nazywamy „niepodległościowymi”, jest od ponad dwustu lat prawie ten sam:
• rządzący deklarują „wyzwolenie się z zależności” od Rosji (Związku Radzieckiego) i przyjmują antyrosyjską, albo antykomunistyczną retorykę;
• wyzwolenie to nazywane jest „niepodległością”, którą tym samym „odzyskano”;
• następuje seria wrogich działań wobec nowego przeciwnika, również bardzo kosztownych ekonomicznie dla polskiej strony, bo w obronie niepodległości, która jest „bezcenna”, jesteśmy gotowi zapłacić każdą cenę;
• strategicznym celem tej polityki jest „wypchnięcie Rosji z Europy”, odłączenie od jej terytoriów możliwie największej liczby „niepodległych państw”: czym bardziej są sztucznym tworem, tym lepiej, bo są słabsze i mają z nami „wspólnego wroga”.
Jawnym lub niejawnym patronem tejże polityki były początkowo Prusy, a następnie zjednoczone Niemcy, będące prawdopodobnie twórcą tej koncepcji.
Taktycznym celem tej polityki są możliwie najgorsze stosunki polsko-rosyjskie, w płaszczyźnie zarówno politycznej, jak i gospodarczej, likwidacja wszelkich wzajemnych kontaktów, bo każdy z nich jest oczywistą „zdradą”.
Strategiczny cel jest znany i kilkukrotnie skutecznie osiągnięty: Berlin ponad Polską podaje rękę Rosji i dystansuje się do naszej „bezzasadnej” wrogości, przez co zyskuje w Petersburgu (Moskwie) wdzięcznego sojusznika, z którym wspólnie rozwiązuje trudne problemy, a przede wszystkim „problem Polski”.
Obecnie scenariusz ten jest na etapie trzecim, czyli narastającej wrogości obu stron. My oczywiście mamy ku temu również nasze powody, bo tragedia smoleńska ma bezprecedensowy charakter i nie mieści się w dotychczasowych scenariuszach. Od 2010 roku urosła do rangi nierozwiązywalnego problemu, także z naszej, polskiej winy, bo całość śledztwa związanego z wyjaśnieniem przyczyn tej katastrofy (zamachu?) powinna być od początku w polskich rękach, względnie należało powołać też międzynarodową komisję nadzorującą te działania. Teraz już nie cofnie się straconych lat i żadna ze stron sporu nie ma racjonalnego i wiarygodnego wyjścia z powstałej sytuacji.
Drugim nie mieszczącym się w powyższym scenariuszu faktem jest obecnie chęć wyzwolenia się obecnego rządu polskiego z zależności od Berlina, co jest całkowicie sprzeczne z poprawnością III RP. Mamy więc teraz „dwóch wrogów”, czyli jest powtórka sytuacji z lat międzywojnia, gdy wywodzący się z proniemieckiej orientacji politycy sanacyjni chcieli również uniezależnić się od poprzednich protektorów.
Bezceremonialna sugestia, że Berlin może dziś doprowadzić do odbudowy swoich wpływów w Warszawie i zorganizuje powrót byłego szefa rządu „na białym koniu”, była kolejnym sygnałem o wyjątkowym znaczeniu. Na reakcję Warszawy nie trzeba było długo czekać – podniesiono sprawę reparacji wojennych, która na wiele lat stanie się osią stosunków polsko-niemieckich. Nikt, kto będzie chciał zdobyć władzę w Warszawie lub u tej władzy się utrzymać, nie odstąpi od tych żądań.
Nie po raz pierwszy berlińscy politycy, tak jak w 1917 roku, udowadniają swoją tępotę lub całkowity brak wyobraźni, a historycznych analogii jest wiele. Gdyby Ludendorff z Hindenburgiem nie wymyślili bolszewickiej dywersji w Rosji, nie byłoby robotniczej rewolty w Niemczech w 1918 roku i w konsekwencji upadku (rok od przewrotu bolszewickiego) monarchicznych Niemiec, których tak nieudolnie bronili w tej wojnie.
Polskie żądania reparacyjne przyspieszą jednak prorosyjskie działania Berlina, o czym już niedawno mówił Christian Lindner, szef FDP (partii liberalnej), bo wobec polskiej wrogości do obu sąsiadów trzeba przejść do etapu czwartego, czyli „rozwiązania problemu polskiego”.
Rosyjsko-niemieckie zbliżenie utrudnia aneksja Krymu oraz krwawy konflikt we wschodniej Ukrainie, bo Berlin od stu lat wspiera antyrosyjską wersję „samostijnej” Ukrainy. Jaki z tego wniosek? Chyba jest oczywisty: to abecadło polityki.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3
Po II wojnie światowej na Zachodzie uznano, że anomalie pochodzące z blokowego podziału sił dotyczą jedynie strony komunistycznej. Wszelkie nadużycia wobec prawa międzynarodowego i ograniczania suwerenności państw podległych supermocarstwom tłumaczono koniecznością konsolidacji w celu utrzymania równowagi międzyblokowej.
Stany Zjednoczone przy pomocy idei obrony „wolnego świata” dążyły za wszelką cenę do utrzymania przywódczego prymatu w strefie atlantyckiej i w zachodniej hemisferze.Z kolei Związek Radziecki jako mocarstwo ideokratyczne, usiłował pod szyldem „solidarności ideologicznej” narzucać swój model ustrojowy słabszym państwom, przegrywając z czasem konfrontację z silniejszymi państwami kapitalistycznymi.
Po rozpadzie bloku wschodniego, zanim jeszcze Chiny rzuciły wyzwanie Zachodowi, udawano, że mimo naruszeń prawa międzynarodowego przez USA, pozostają one ciągle „dobrotliwym hegemonem”, pod przywództwem którego wspólnota atlantycka skutecznie broni interesów zachodniej oligarchii. Z czasem okazało się, że przekonanie o istnieniu demokratycznego ładu międzynarodowego jest wielkim oszustwem. Coraz jaskrawiej przebijała się prawda, że demokracja w stosunkach międzynarodowych jest fikcją, a porządek międzynarodowy ma charakter hierarchiczny. Z czasem efekty globalizacji i dynamicznej koncentracji sił poza mocarstwami zachodnimi doprowadziły do nowej polaryzacji i wyłonienia się systemu wielobiegunowego.
Zjawisko to pociąga za sobą konieczność głębokich przewartościowań koncepcji i wizji dotychczasowego porządku, a także jego najważniejszych elementów. Supremacja siły nad prawem międzynarodowym powoduje, że suwerenność, która jest przede wszystkim konstruktem prawnym, jako atrybut czy cecha jakościowa państw formalnie równych wobec siebie, ulega całkowitej relatywizacji. Czas najwyższy zrozumieć, że jest to wartość względna i stopniowalna, zależna od rzeczywistego położenia i udziału danego państwa w globalnej dystrybucji sił.
W prawie międzynarodowym nigdy nie było „zasady suwerenności” państw, ani tym bardziej narodów, jak starają się wmawiać ludziom nie tylko media, ale i podręczniki akademickie. Ustanowiono jedynie formalną równość państwowych tworów geopolitycznych na wzór traktowania jednostek w ramach rodzaju ludzkiego. Z czasem prawna równość, nazwana „suwerenną równością” (na II konferencji haskiej w 1907 roku), legła u podstaw systemu norm, skodyfikowanych w 1945 roku w Karcie Narodów Zjednoczonych. Nigdy jednak nie oznaczała rzeczywistej równości, a tym bardziej suwerenności wszystkich państw (w znaczeniu ich samowładności i całowładności).
To oznacza, że państwa ze względu na ogromne zróżnicowanie pod względem atrybutów materialnych i funkcjonalnych nigdy nie traktowały siebie na zasadzie wzajemnej równości. Jako trwałe podmioty geopolityczne, przede wszystkim mocarstwa, kierują się w swoim postępowaniu celami, jakie mają do osiągnięcia i działają z wykorzystaniem zróżnicowanych środków, a stosunki między nimi opierają się naprawdę na radykalnej nierówności i asymetrii.
Zaczadzeni idealistycznym oglądem rzeczywistości i mitologizacją prawa międzynarodowego, studenci nauk politycznych i stosunków międzynarodowych, ba, także utytułowani wykładowcy, skażeni „liberalnym złudzeniem”, nie są w stanie przyjąć do wiadomości, że wzajemne traktowanie państw w rzeczywistości nie zależy od formalnych reguł, od jakiejś wydumanej „suwerennej równości”, ale od tego, jaką każde z nich generuje potęgę w układzie sił i na ile ich wizje porządku międzynarodowego są zbieżne, a na ile konkurencyjne.
Kwestię struktury uczestników komplikuje dynamiczna pluralizacja systemu międzynarodowego, a także ich heterogeniczność. W wyniku procesów globalizacji i internacjonalizacji życia społecznego państwa przestały być jedynymi czynnikami sprawczymi procesów zmian i stabilizacji systemu międzynarodowego. Obok nich wyrosły rozmaite konstelacje graczy niepaństwowych, których powiązania w postaci sieci kapitału, produkcji, komunikacji, przepływów, ruchów, ale i instytucji czy struktur ograniczają kompetencje władcze oraz zdolności decyzyjne państw. Nie od dziś wiadomo, że siła i moc sprawcza wielu gigantów korporacyjnych jest większa niż nic nieznaczące potencjały państw, mających status protektoratów, klientów i wasali wielkich potęg.
Przed degradacją statusu bronią się jedynie wielkie potęgi, które stanowią od najdawniejszych czasów konstrukcję nośną struktury systemu międzynarodowego, opartego na przestrzennych układach sił. Choć są zmienne w czasie, to jednak zawsze dążą do osiągnięcia statusu najwyższej rangi, wchodząc w skład międzynarodowej „elity przywódczej”. Zazwyczaj dysponują siłą woli (i dziedziczoną z pokolenia na pokolenie determinacją) oraz zdolnością skutecznego przekształcania istniejącej rzeczywistości. Nie powinno zatem nikogo dziwić, że ich rywalizacja, konkurencja, walka i współpraca stanowią oś oddziaływań międzynarodowych.
Hierarchia sił
Jak pisał Henry Kissinger, klasyk dyplomacji amerykańskiej, ukształtowana przez mocarstwa hierarchia sił jest jedynym naturalnym regulatorem procesów stabilizacji i równoważenia w systemie międzynarodowym. Historia myśli politycznej Zachodu, zwłaszcza świata anglosaskiego, dostarcza na ten temat wiele źródeł, które w niewielkim stopniu były przyswajane w świecie niezachodnim. Notabene, w Rzeczypospolitej nie powstało nigdy żadne dzieło, które byłoby poświęcone analizie aspiracyjnych, operacyjnych i argumentacyjnych interesów państwa, diagnozie środowiska międzynarodowego polskiej polityki zagranicznej czy strategiom przetrwania wobec wrogich sąsiadów.
Polska od samego początku kształtowania nowożytnych reguł funkcjonowania suwerennych aktorów sceny międzynarodowej znalazła się poza ich zasięgiem. Gdy bowiem w połowie XVII wieku kładziono podwaliny porządku opartego na równości statusu mocarstwowego, ówczesna Rzeczpospolita traciła na znaczeniu, ulegała coraz większej marginalizacji, a elity polityczne, uwikłane w wojny wewnętrzne i zewnętrzne nie miały żadnej siły przebicia, aby wpływać na utrwalanie nowych instytucji dyplomacji i prawa.
Uczestnictwo państwa polskiego w procesach kształtowania kolejnych odsłon porządku międzynarodowego z każdym wiekiem było coraz słabsze. W epoce rozbiorowej Polacy nawet w formie śladowej nie mogli zaznaczyć swojej obecności w procesach legitymizacji „koncertu mocarstw”. W wieku XX, choć odbudowano państwowość, była ona chwiejna i podatna na nowe okupacje. Nieszczęściem było i to, że kolejne formacje ustrojowe (Polska powojenna, PRL i III RP) zaprzeczały i zaprzeczają ciągłości polskiej państwowości, co otwiera drogę do kolejnych uzależnień i relatywizacji suwerenności.
Współczesna Polska nie ma trwałego miejsca w geopolitycznej hierarchii rang. Nadzieje na zbudowanie statusu mocarstwowego nie mają szans na spełnienie w żadnym wymiarze potęgi – ekonomicznej, wojskowej czy motywacyjnej.
W sytuacji, gdy większość bogactwa społecznego znajduje się w obcych rękach (przemysł, banki, transport, handel), nie wystarczy powoływać się na Produkt Krajowy Brutto, gdyż on sam nie zapewnia autonomicznego sprawstwa w inicjowaniu procesów przeciwważących wobec największych mocarstw i gigantów korporacyjnych. Polska sama pozbawiła się inicjatywności i skuteczności, opierając swoje żywotne interesy wyłącznie na kierunku euroatlantyckim, przyjmując dobrowolnie gotowe i niesprawiedliwe reguły gry, dyktowane odgórnie przez najsilniejszych oraz rezygnując z rozwiązań komplementarnych.
Obecnie, gdy nastała faza kryzysu zaufania w stosunkach atlantyckich oraz fala zaskoczeń i rozczarowań w nastawieniach wzajemnych przywódców amerykańskich i europejskich, widać wyraźnie, jak szkodliwe było oparcie myślenia strategicznego na ideologicznych dogmatach o bezinteresownej solidarności sojuszniczej, oderwanych od życia zasadach o partnerstwie, czy podwójnych standardach.
Ponadto nadwiślańskie kręgi polityczne, pogodzone ze statusem kompradorskim, naiwnie uznały, że integracja europejska, dyktowana przez stare mocarstwa i obce grupy interesu, straci swoje egoistyczne oblicze i zapewni wszystkim państwom jednakowe warunki wzrostu gospodarczego i dobrobytu. Tymczasem, jak rozbrajająco przypomniał w Davos 21 stycznia 2026 roku kanadyjski premier Mark Carney, procesy integracyjne są wykorzystywane do budowania nowych zależności, natomiast odwoływanie się do standardów moralnych w całej historii jest tylko narzędziem ideologicznym, maskującym praktyki stosowania siły i podporządkowania pod pozorem obrony cywilizacji Zachodu.
Iluzje o triumfie demokracji
Po zakończeniu „zimnej wojny” stworzono iluzję o triumfie demokracji liberalnej w skali globalnej. Słynna diagnoza Francisa Fukuyamy z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku o „końcu historii” miała utrwalić przekonanie, że po konfrontacji zimnowojennej możliwe jest zbudowanie „liberalnego” porządku międzynarodowego, opartego na pokoju „dla swoich”, „uznaniowym” przestrzeganiu umów i „selektywnej” ochronie praw człowieka. Budzący zadowolenie eksperyment integracyjny w postaci Unii Europejskiej miał dawać nadzieję na jego doskonalenie w coraz szerszej skali.
Z czasem okazało się, że system międzynarodowy coraz mocniej odstaje od reguł ustanowionych między mocarstwami zwycięskimi po II wojnie światowej. Mimo wzrostu potęgi Chin, a także rekonstrukcji statusu mocarstwowego Rosji, mocarstwa zachodnie długo nie przyjmowały do wiadomości, że w sferze instytucjonalnej reguły te, w tym zasady Karty Narodów Zjednoczonych, tracą swoją moc normatywną i funkcjonalną. Struktury stworzone w celu ochrony pokoju i bezpieczeństwa międzynarodowego, zwłaszcza ONZ i wiele organizacji wyspecjalizowanych, stały się agendami służebnymi wobec najpotężniejszych. W swojej inercji biurokratycznej przetrwały dłużej niż idee, które je powołały do życia.
Na tym tle należałoby zastanowić się nie tyle nad skutecznym oporem wobec destrukcyjnych działań i przewartościowań ekipy Donalda Trumpa, ile nad zastosowaniem wobec nich przemyślanej strategii akomodacyjnej, aby jak najwięcej ugrać dla siebie. Stawianie na konfrontację z największymi potęgami – w tym przypadku USA, Rosją i Chinami – nie daje szans nawet takim wspólnotom, jak Unia Europejska, ani na obronę stanu posiadania, ani na zapewnienie trwałości gwarancji bezpieczeństwa. Może jedynie przyspieszyć upadek „zbiorowego” Zachodu i zintensyfikować globalny zamęt.
Paradoksalnie, dekompozycja dotychczasowych układów sił i redefinicja prymatu mocarstw oznacza szansę zrewidowania nastawień prowojennych wśród najbardziej zideologizowanych uczestników stosunków międzynarodowych. Nowe rozdanie ról wielkomocarstwowych może sprzyjać jednocześnie podziałowi odpowiedzialności za utrzymanie pokoju w różnych częściach świata, jak i przywołaniu do porządku wszystkich podżegaczy wojennych, którzy uznali zbrojenia i wojny za koła zamachowe swojego rozwoju.
W wyniku ideologicznej motywacji w poszukiwaniu wroga oraz zacierania granic między różnymi groźbami użycia siły a faktyczną agresją, wojnę od kilku dekad uznaje się za oczywisty środek, wspierający ekspansję zachodnich korporacji, towarzyszący wdrażaniu zaawansowanych technologii, jak i przejmowaniu inicjatywy i funkcji państwa przez konglomeraty korporacji, służb specjalnych i koncernów technologiczno-medialnych. W dopuszczalnej, lecz kontrowersyjnej interpretacji, gdyby nie te motywy, to zdaniem prezydenta Trumpa, nie doszłoby do sprowokowania Rosji do napaści na Ukrainę w 2022 roku.
Wybór Polski
Dramat polskiej polityki polega na tym, że z własnej woli stała się ona zakładnikiem wojny ukraińsko-rosyjskiej. To wciągnęło kolejne rządy nie tylko w ogromną pomoc doraźną, kosztem własnego społeczeństwa, ale także prowadzi do intensyfikacji wyczerpujących zbrojeń na skalę dotąd niespotykaną. Ponieważ decyzji o zakupach broni czy produkcji uzbrojenia nie poddaje się z powodów oczywistych żadnej krytycznej debacie, ograniczając także procedury przetargowe, mamy w istocie do czynienia z unikaniem odpowiedzialności rządzących, którzy pozbawieni nadzoru narażają społeczeństwo na nadużycia i horrendalne zadłużenie. A przecież gdy zmieniają się strategiczne priorytety lidera sojuszu atlantyckiego, jakiekolwiek rojenia o nieuchronności wojny Zachodu z Rosją tracą sens. Trudno zgadnąć, jak europejskie rządy zamierzają wygrać ewentualną wojnę z Rosją bez Amerykanów.
Wojna stała się jednak wygodnym i pożądanym alibi dla faktycznego wprowadzania przez władze „stanów wyjątkowych”, tj. ograniczania praw i wolności obywatelskich. Uderzający jest przykład funkcjonowania prezydenta Ukrainy, który pozbawiony legitymizacji wyborczej może trwać u władzy tak długo, jak długo trwa wojna. Wątpliwości co do prawowitości podejmowanych przez niego decyzji politycznych są lekceważone, gdyż powszechnie przyjęto makiawelistyczną zasadę, że „cel uświęca środki”. Przywrócenie pokoju mogłoby przecież oznaczać nie tylko koniec przyzwolenia na autorytarne praktyki samowładcze, ale i odrzucenie nakazowego systemu gospodarowania, w którym wydatki państwa znajdują się pod wyłączną kontrolą skorumpowanych rządów.
Nadchodzi czas, gdy polscy politycy będą musieli zrozumieć negatywne konsekwencje ubożenia społeczeństwa w wyniku rosnących kosztów zbrojeń i pomocy wojennej, co może skutkować wybuchem protestów społecznych i delegitymizacją dotychczasowych władz. Taka sytuacja zmusi rządzących do zrewidowania doktryny suwerenności i bezpieczeństwa. Zamiast powtarzać frazesy o korzystaniu z „pełnej suwerenności”, należy wreszcie przestać się oszukiwać i wyraźnie stwierdzić, iż wyłączna kompetencja państwa jest obecnie bardzo ograniczona ze względu na procesy wzajemnych uzależnień, wynikających z zobowiązań negocjowanych i narzucanych przez protektorów indywidualnych i zbiorowych.
Trzeba wreszcie dojrzeć, jak bardzo Polska jest ograniczana przez obcy lobbing, penetrację cudzych sił specjalnych (nie tylko rosyjskich!) oraz perfidne gry dyplomatyczne. Są to tematy godne poważnych raportów strategicznych, a nie ciągłego manipulowania ludźmi i „zamiatania ewidentnych zagrożeń pod dywan”.
Bezpieczeństwo narodowe (w wymiarze wewnętrznym i zewnętrznym) jest niewątpliwie korelatem suwerenności państwa, a ściślej autonomii decyzyjnej rządzących oraz dwustronnych i wielostronnych gwarancji sojuszniczych. Jeśli jednak owa autonomia jest ograniczana służebnością wobec interesów strategicznych Stanów Zjednoczonych czy Unii Europejskiej, to gwarancje przetrwania, obrony integralności i ochrony tożsamości są chwiejne i abstrakcyjne. Przewartościowania strategii amerykańskiej wskazują, że wiarygodność zobowiązań sojuszniczych jest dynamiczna i zmienna. Stara to prawda zachodnich potęg, że państwa nie mają stałych wrogów, ani stałych przyjaciół, mają jedynie wieczne interesy.
W tworzeniu nowej doktryny suwerenności i bezpieczeństwa warto więc sięgnąć do obrzydzanego wszelkimi sposobami przez mainstreamowy komentariat realizmu politycznego, ale także wykazać się pragmatyzmem i racjonalizmem w ocenie własnej pozycji międzynarodowej i złożoności uwarunkowań geopolitycznych. Mimo pokrzykiwań zblazowanych liberałów na wszystkich krytyków jednostronnego uzależniania Polski od protektorów zachodnich, należy przełamać opory psychologiczne i moralne, aby dostrzec liczne atuty i wartości własnego położenia, jako państwa „średniej” rangi w grze międzynarodowej.
Polska w sferze gospodarczej i politycznej może zdefiniować się jako ważny, bo naturalnie „uposażony” i infrastrukturalnie przygotowany „łącznik” między Wschodem a Zachodem, pożądany uczestnik wspólnot regionalnych, w ramach których swoim potencjałem gospodarczym i handlowym może wpływać na równoważenie i bilansowanie interesów. Szkoda, że z powodów ideologicznego zaślepienia rusofobią i bezkrytycznego lojalizmu wobec atlantyckich graczy całkowicie zrezygnowano z benefitów, jakie mogła przynosić współpraca tranzytowa do Europy Zachodniej z Chinami, Indiami czy Azją Środkową.
W tym kontekście trzeba zrewidować stosunek Polski jako „poważnego państwa”, a nielicznych koterii wiecznych insurgentów i zagończyków, do Rosji i Białorusi. Postrzeganie tych państw jako „nieobecnych” i „niepożądanych” w przestrzeni środowiska międzynarodowego polskiej polityki zagranicznej przynosi jedynie marną satysfakcję moralną kolejnym zwasalizowanym wobec Zachodu rządom. Szkodzi wszak w długiej perspektywie zarówno interesom suwerenności, jak i bezpieczeństwa. Polska sama bowiem pozbawia się przeciwwagi w sytuacjach presji ze strony swoich rzekomo „niezawodnych” protektorów i sojuszników.
Aspekty odradzającej się niemieckiej Machtpolitik czy rewizjonizmu ukraińskiego nie są tu bez znaczenia i trzeba perspektywicznie brać je pod uwagę. Mimo „odwiecznego chłodu” w stosunkach z Rosją już teraz trzeba zaryzykować realistyczne spojrzenie na potencjały współpracy w wybranych sektorach, które przyniosą większe korzyści interesom własnym niż chwały moralnej pośród „fałszywych” przyjaciół. Alternatywą jest jedynie działanie na własną szkodę, brnięcie w przepaść wzajemnej nienawiści i niszczenia.
Obecnie w Polsce modne jest obrzydzanie postawy transakcjonizmu Donalda Trumpa. Gubi to z pola widzenia istotę współczesnych relacji międzynarodowych. Transakcyjność jest naturalna dla wymiany jednych wartości na inne na zasadach komercyjnych. I wcale nie jest odległa od żerowania na słabości kontrahenta, w tym wrogich przejęć jego atutów. Żadne gwarancje czy profity nie wynikają z altruizmu, patetycznie werbalizowanych przyjaźni, partnerstwa czy sojuszniczej lub bratniej solidarności. Przeciwnie, są rezultatem egoistycznych kalkulacji, wyrachowania, przebiegłości i cynizmu.
Gorliwi obrońcy przywództwa transformacyjnego Ameryki, jakie kojarzą z administracjami poprzednich prezydentów zapominają, że poza zyskiem miały one zawsze na uwadze inne motywy, równie niebezpieczne, choć często zakamuflowane. Przy pomocy rozmaitych środków i zabiegów dążono do trwałych uzależnień w sferze ideologicznej i praktycznej, wywołując zmiany w systemach wartości i zachowaniach państw, zgodnie z oczekiwaniami hegemona. Powszechne były formy wasalizującego poddaństwa i jednokierunkowe przepływy woli politycznej. Wydaje się, że największą zasługą Trumpa jest w tym aspekcie nazwanie rzeczy po imieniu i zerwanie z iluzją „sprawiedliwego i pokojowego porządku światowego” oraz bezinteresownej przyjaźni i partnerstwa.
Stanisław Bieleń

