Historia el.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 701
W XI w. p.n.e. powstała monarchia izraelska, a pierwszym królem został Saul (do ok. 1010 r. p.n.e.). Jego następcą był Dawid (1010–970 p.n.e.), który uczynił Jerozolimę stolicą królestwa oraz zorganizował podstawy administracji centralnej. Największy rozkwit monarchii izraelskiej nastąpił w okresie panowania syna Dawida Salomona (970–931/930 p.n.e.), kiedy państwo izraelskie zajmowało niemal całą Palestynę (oprócz filistyńskich i fenickich miast-państw), część Syrii oraz tereny Zajordanii.
Salomon podzielił państwo na okręgi administracyjne i prowadził ożywioną wymianę handlową, wzniósł też w Jerozolimie świątynię ku czci Jahwe, zwaną Pierwszą Świątynią. I to był jedyny okres w Starożytności, kiedy istniało jednolite, zjednoczone państwo żydowskie - o ile wtedy można było mówić o wspólnocie narodowej w dzisiejszym tego słowa rozumieniu. Była to raczej wspólnota religijna, choć targana różnymi formami rozumienia zasad religii mojżeszowej. Do tego dochodziły, widoczne cały czas do chwili ostatecznego podboju Palestyny przez Rzymian, regionalne różnice nie tylko religijne, ale i kulturowe, a nawet rasowe. Judea, Izrael i Samaria zawsze stanowiły jakby oddzielne fragmenty tego królestwa.
Potomkowie Żydów nigdy nie posiadali jednego języka i wspólnej kultury. Do dyspozycji [….] ustawodawców pozostawały zatem jedynie kryteria religijne.
(Shlomo Sand, Dlaczego przestałem być Żydem)
Po śmierci Salomona na przełomie 931 i 930 r. p.n.e. królestwo Izraela rozpadło się na dwa państwa: północne - zwane Izraelem i południowe - Judę, gdzie rządzili nadal potomkowie Salomona i Dawida i gdzie znalazło się religijne centrum w Jerozolimie, świątynia Jahwe oraz obsługująca ją kasta kapłańska. Stąd czerpać chciała swą supremację wobec sąsiada z północy. A z czasem wobec wszystkich konwertytów, jakich zdobywał judaizm na Bliskim Wschodzie, a potem na terytorium Imperium Romanum.
Losy królestwa północnego wiązały się bezpośrednio z tym, co działo się na terenach dzisiejszej Syrii i Iraku. Po początkowej zależności (i uleganiu cywilizacyjno-kulturowym wpływom) od Damaszku w 722 p.n.e. król asyryjski Salmanasar V (początek potęgi nowo-asyryjskiego państwa pod rządami dynastii Sargonitów) kładzie kres istnieniu Izraela, burząc doszczętnie stolicę w Samarii. Izrael staje się prowincją Asyrii. Po raz pierwszy następują masowe, zorganizowane wysiedlenia ludności izraelskiej w głąb imperium asyryjskiego. Judea staje się wasalem Asyrii.
W tym czasie król Jozjasz (640/639–609 p.n.e.) przeprowadzić mógł - bo na więcej nie pozwalał mu namiestnik asyryjski - reformę religijną, polegającą na ostatecznej centralizacji kultu Jahwe. Od tego czasu można mówić o początkach absolutnej i jednoznacznej hegemonii świątyni jerozolimskiej w przestrzeni interpretacji kanonów wiary przez kastę kapłańską pozostającą wokół tego przybytku. Rozpoczyna się też mityczny, pogłębiony przez tysiącletni pobyt wyznawców judaizmu w diasporze, proces rozumienia tożsamości Żydów, głównie poprzez religię. I musiało to wywrzeć określony, widoczny dziś, rys w ich mentalności. Zwłaszcza przez element narodu wybranego przez Boga, ciągle podnoszony w świętych pismach judaizmu.
W latach 587-586 p.n.e. nowe imperium, które powstało na gruzach Asyrii – Babilon – po podboju Judei przez Nabuchodonozora II i splądrowaniu Jerozolimy, wysiedla kilkadziesiąt tysięcy miejscowej ludności w głąb swego państwa. Rozpoczął się okres zwany niewolą babilońską. W Babilonie, multikulturowym olbrzymim mieście, żydowskie wspólnoty kultywowały religię, prowadząc ożywioną działalność literacko-intelektualną, różną od tego, co miało miejsce w prowincjonalnej Jerozolimie. Po podboju Babilonu przez imperatora perskiego Cyrusa II Starszego w 538 r. p.n.e. stosowny edykt pozwala przesiedleńcom z Judei powrót (z czego nie wszyscy skorzystali i w Babilonie pozostała spora wspólnota wyznawców judaizmu, mająca z czasem coraz luźniejsze związki z Jerozolimą). Zarówno w prowincji perskiej, jaką stała się wówczas Judea, jak i w Babilonie, prowadzone były intensywne prace nad Pismami Świętymi, ich interpretacją i prawnymi kanonami z nimi związanymi. Odbudowana zostaje też świątynia jerozolimska. Rozpoczyna się okres dający też początek znaczeniu synagogi w życiu każdej podstawowej wspólnoty.
W okresie Imperium Aleksandra Wielkiego i jego następców – władza diadochów (Palestyna pozostawała cały czas w politycznej zależności od panujących w na Bliskim Wschodzie Seleucydów) – ludność Judei i Izraela ulegała stopniowej hellenizacji. Język, obyczaje, wyznanie i kulty obce monoteizmowi Hebrajczyków prowadziły do określonych napięć społecznych i kulturowego pluralizmu. Słabła tym samym władza Świątyni (a z tym wiążą się określone dochody) i kasty kapłanów, którzy poprzez powolnych im władców mogli sterować ludem i opinią publiczną. Ortodoksja religijna poczęła – jak zawsze, gdy postępująca pluralizacja podkopuje jej znaczenie i prestiż – zdobywać coraz szersze znaczenie i poparcie. W tym okresie Świątynia Jerozolimska podczas panowania Antiocha IV Epifanesa stała się przybytkiem Zeusa.
W 165 r. p.n.e. po powstaniu Machabeuszy organizuje się w miarę suwerenne państwo rządzone przez dynastię hasmonejską. Wraca ortodoksyjny kult Jahwe w Świątyni Jerozolimskiej ze wszystkimi związanymi z judaizmem obrzędami i prawodawstwem. Nie na długo. W 63 r. p.n.e. Pompejusz Wielki podbija Palestynę, tworząc prowincję w której rządzić będą wasale zależni od Rzymu. W skład tego quasi-suwerennego państwa wchodziły: Juda, Idumea, Filistea, Samaria, Galilea, płaskowyż Golan, Zajordania oraz Moab.
Dochodzimy do czasów przełomu tysiącleci, działalności mesjaszów i proroków oraz rządów mniej lub bardziej krwawych satrapów m.in. Heroda Wielkiego, potężnego władcy i mecenasa sztuki antycznej (wiekopomny budowniczy i organizator państwa, choć zależnego od Imperium Romanum). To wtedy prowadzą działalność religijno-polityczną postacie w rodzaju Jana Chrzciciela czy Jezusa z Nazaretu, uaktywniają się sykariusze i różnego rodzaju zeloci, zaś część wyznawców alienuje się od panującego chaosu i niepokojów, idąc na pustynię Judzką uprawiać ascezę (tzw. esseńczycy).
Kolejne bunty i niepokoje kładą ostateczny kres jakiejkolwiek państwowości żydowskiej w Palestynie. Dzieje się tak po ekspedycjach karnych Rzymian w czasach imperatorów: Wespazjana (zdobycie Jerozolimy przez Tytusa w 66 r. n.e.) i Hadriana. Tytus - jak podają rzymskie źródła (np. Sulpicjusz Sewer czy Tacyt) - był zwolennikiem całkowitego zniszczenia świątyni, stanowiącej jego zdaniem genezę oporu miejscowej ludności przeciwko Rzymowi. Dokonali tego legioniści rzymscy ze znaną sobie skrupulatnością i bezwzględnością. Rozpoczęła się też planowa deportacja autochtonów. Towarzyszyła jej też emigracja z podupadającej prowincji (podlegającej peryferyzacji) do innych, bardziej kulturowo rozwiniętych centrów Imperium. Przede wszystkim do Aleksandrii, Antiochii czy do Rzymu.
W 132 roku cesarz Hadrian postanowił odbudować Jerozolimę jako miasto hellenistyczne ze świątynią Jowisza i nazwą Colonia Aelia Capitolina. Wywołało to wybuch powstania ortodoksów religijnych pod wodzą Bar-Kochby (lata 132–135). Odzyskali oni przejściowo Jerozolimę, jednak w 135 r. ich opór został złamany. Jerozolima została doszczętnie zniszczona, a na jej miejscu założono rzymskie miasto zgodnie z planem Hadriana. Plac, na którym stała świątynia oraz jej otoczenie, zostały zaorane i posypane solą. Rzymianie zmienili nazwę kraju z Judei na Syria-Palestina, zakazując Żydom wstępu do miasta.
Rozpoczyna sie na dobre życie wyznawców judaizmu, w diasporze na terytorium olbrzymiego Imperium Romanum, a także poza jego granicami: Persja, Środkowa Azja czy nawet Indie, gdzie dotarli oni na tereny dzisiejszego stanu Kerala w południowo-zachodniej części tego subkontynentu. Tym samym tożsamości poszczególnych, żyjących w rozproszeniu wspólnot, jednoczy wyłącznie coraz słabiej rozumiany monoteizm judaistyczny – zachodzą naturalne w takich przypadkach procesy synkretyzacji oraz legendarne i mistyczne pojmowanie Świątyni Jerozolimskiej. To jest kontynuacja tego, z czym mieliśmy do czynienia w przypadku antycznych królestw Izraela i Judy. Choć wyrastały z tego samego pnia, rozwijały się oddzielnie i w innych kierunkach. Z różnych powodów i racji, przede wszystkim kulturowo-społecznych. Teraz ten trend musiał przybrać na sile i być po prostu zwielokrotniony.
Społeczeństwo Izraela – celowo nie piszę żydowskie, gdyż jest to błąd zawężający właśnie wyłącznie do tożsamości opartej na przesłankach religijnych (co jest m.in. oprócz pobudek politycznych toksycznym lepiszczem każdego społeczeństwa) - było jeszcze przed wojną w Gazie i agresją Izraela na ten skrawek palestyńskiego państwa głęboko podzielone. Z różnych racji i przyczyn. Emanacją tego było również to, co działo się wokół tzw. reformy sądownictwa forsowanej przez rząd „Bibi” Netanjahu.
A podziały, jak pokazywały nieliczne relacje (bo większość mainstreamu medialnego zakodowało się na modnej i chwytliwej polaryzacji według schematu: liberałowie i demokraci kontra konserwa i faszyzm), przebiegają w formie bardziej skomplikowanej i w niejednoznacznym wymiarze jak to pokazują media. Świadczy choćby o tym opisany przez nieliczne środki masowej komunikacji, a wywołujący w samym Izraelu szok i niedowierzanie wśród przedstawicieli demokratyczno-liberalno-tęczowej części społeczeństwa, okrzyk prowincjonalnego działacza Likudu (partii premiera Netanjahu) zapowiadający protestującym coś na kształt Holocaustu uczynionego europejskim Żydom przez nazistów.
Ta szokująca zapowiedź - Żyda wobec innych Żydów, łamiąca wewnątrzżydowskie tabu dotyczące Zagłady – ukazała, iż społeczeństwo izraelskie dzielą nie tylko polityczne i aktualne zagadnienia. Ta polaryzacja jest głęboka i ma przede wszystkim podłoże klasowe, kulturowe, a nawet rasowe.
Podziały na Aszkenazich i Sefardów, niewidoczne i sztucznie zasłonięte niby-demokratyczną woalką wyborów, ograniczoną, (ale zawsze podnoszoną) wolnością słowa, wspólnotą religijnych symboli i przywiązania (choć to pozory) do pryncypiów judaizmu są jednak rzeczywiste i odgrywają znaczącą rolę. Ot, choćby argument, jaki podnoszą Sefadzi, a który jest m.in. jednym ze źródeł próby reform sądownictwa przez rząd Netanjahu: otóż 90-95% przedstawicieli władzy sądowniczej i kasty prawniczej to potomkowie Żydów Aszkenazyjskich wywodzących się z Europy Zachodniej, Środkowej i Ameryki. Od samego początku zajęli oni uprzywilejowane pozycje w strukturze państwa izraelskiego. I taka sytuacja, niewidoczna na co pierwszy rzut oka, trwa po dziś dzień.
O relacjach szokujących dla wszystkich, którzy uważają, iż Żydzi są zbiorowością niesłychanie spójną i odnoszącą się do siebie z atencją immanentną „szlachetnej wspólnocie religijnej i etnicznej” (Sh. Sand, Kiedy i jak wynaleziono naród żydowski), niech świadczy określenie emigrantów z Afryki północnej do Izraela od samego początku jako tzw. Marokańczyków, nie Żydów (w odróżnieniu od tych, co przyjeżdżali z Europy i Ameryki). To pojęcie zachowało przez długie lata swe pejoratywne znaczenie, niosące niepełnocenność żydostwa przez owych emigrantów.
Jurysprudencję i praktykę państwa Izrael w tym i podobnych przypadkach doskonale opisuje Uri Huppert, izraelski prawnik i wykładowca akademicki, także działacz społeczny (U. Huppert, Izrael w cieniu fundamentalizmów). Przedstawia, jak oba fundamentalizmy religijne, wywiedzione z tego samego źródła i posługujące się analogicznymi uzasadnieniami – islamizm jako huba religii Mahometa i polityczny judaizm z agresywnym nacjonalizmem – krępują demokratyczne i liberalne prawodawstwo, myślenie i społeczne działania na rzecz modernizacji państwa. Gdy w dodatku dochodzi do rasistowskich praktyk zahaczających często o klasyczny apartheid wobec części obywateli (ponad 600 tys. to Arabowie / Palestyńczycy różnych denominacji , ponadto potomkowie Samarytan, Maronici, Druzowie), trudno nie dziwić się kwitnącemu od dekad na tych terenach terroryzmowi. Okupacja Palestyny i niespełnienie rezolucji ONZ z 29.11.1947 r. dotyczącej powstania Izraela i Palestyny po dekolonizacji tzw. Ziemi Świętej zbierają tragiczne owoce.
I tak dochodzimy do współczesnej sytuacji oraz wojny na tym obszarze, wiążącej się z kolejnymi ofiarami wśród arabskiej ludności cywilnej. Pomijając niejasne przesłanki i okoliczności, w jakich zaistniał atak terrorystyczny Hamasu na terytorium Izraela – koła rządzące w tym kraju były z różnych stron i od dawna informowane o mającej nastąpić akcji z terytorium Gazy.(Trzeba stwierdzić, iż z polityczno-wewnętrznego punktu widzenia ów akt był korzystny dla kół rządzących w Izraelu: wprowadzono stan wojenny, zarządzono mobilizację, ustały protesty i niepokoje. Społeczeństwo jest znów jednością, zjednoczone wokół lidera walczącego z opresją, a narracja może być pełna patriotyzmu, uniesienia i narodowego wzmożenia).
Gdy mówimy o religijnym fundamentalizmie, od razu zapala się światełko „islamskie” i wybuchają islamofobiczne emocje (Vincent Geisser, Nowa islamofobia) powtarzające stare, europejskie obsesje antyjudaizmu i antysemityzmu. Także cywilizacyjny paternalizm i cywilizacyjne poczucie wyższości wobec innych kultur, które dało o sobie wielokrotnie znać m.in. w czasach krucjat krzyżowych i kolonialnych podbojów. A fundamentalizm – widoczny w tzw. religiach abrahamowych – jest immanencją wyznań i kultów religijnych, zwłaszcza gdy doktryna uzurpuje sobie: wybranie i jedyną prawdziwość (Radosław Czarnecki, „Kiedy nasze zasady wykluczają inne racje” Sprawy Nauki nr 2/2020, „Esencjalizm – wrota fundamentalizmu religijnego” ,Sprawy Nauki nr 8-9/2020). Gdy do tego dochodzi mityczność i rozbujała religijna retoryka dominująca w przestrzeni publicznej, nie mająca zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością, efekty muszą owocować podziałami, polaryzacją, konfliktami.
Religie niosą sobą emocje, a one są zawsze złym doradcą i złym drogowskazem w jakiejkolwiek działalności publicznej. Tym samym przedstawianie przez publiczną narrację fikcyjnej – jak pisze wspominany Shlomo Sand – wspólnoty etnicznej (a de facto religijnej) jako klubu wybranych przez Boga, opartego na mitycznych, starotestamentowych przekazach jest głęboko sprzeczna z podstawowymi zasadami demokracji i pluralizmu. Nie mówiąc o wolnościach słowa i swobodach obywatelskich do wyrażania odmiennych poglądów.
Opieranie swej tożsamości wyłącznie na religijnych, mocno wątpliwych z racji swej mityczności i minionego czasu (czasem nawet kilku tysiącleci, gdy sięgamy epoki państw Salomona i Dawida) prowadzić musi na manowce. Stąd wziął się magiczny, mający charakter religijny „rytuał wokół Zagłady ustanawiający tożsamość żydowską jako odrębną i wyłączną” (Sh.Sand, Dlaczego przestałem być Żydem). Tragedii, będącej wynikiem i podsumowaniem określonej kultury oraz dróg, jakimi postępowała przez wieki cywilizacja zachodnioeuropejska, nie mogą towarzyszyć obrzędy i liturgia rodem z jakiejkolwiek świątyni, jakiegokolwiek wyznania religijnego. Tej tragedii winna towarzyszyć zaduma, refleksja i cisza.
Wspominając w skrócie o podziałach państwa (i w państwie) Żydów jeszcze w czasach Antyku – a faktycznie o społecznościach zamieszkujących od zawsze Palestynę, o różnych tożsamościach, o przeciwstawnych kulturowych korzeniach – pragnę podkreślić, iż niezwykle realnym jest podział współczesnej Palestyny nie tylko na państwo żydowskie i palestyńskie, ale też na dwa państwa żydowskie. Może wyjściem byłaby jedna struktura w formie bardzo luźnej konfederacji, na kształt Belgii czy Szwajcarii? Te rozwiązania miały w historii miejsce wielokrotnie. I dziś to jest także widoczne. Zresztą taka tendencja odpowiada zjawiskom na świecie. Dziś struktury większe rozpadają się, rozluźniają wzajemne związki na wzór rozproszonej przestrzeni wirtualnej. Tym samym poczynają przedstawiać coś na wzór galaktyki, gdzie różne gwiazdy, planety krążące wokół nich, asteroidy i pył kosmiczny tworzą formę mgławicy, czyli czegoś zupełnie przeciwstawnego do formuły narodowego, scentralizowanego państwa. Te siły rozrywające państwa narodowe to zlepek różnych systemów i interesów, głównie rynkowych i związanych z nimi korporacji. „Wszystko to tworzy wokół obumierających państw narodowych atmosferę klęski”. To steruje ku wizji wielkiego, światowego nieporządku i bezwładu. Na kształt rynku i jego niewidzialnej ręki (Z.Bauman, Globalizacja).
Współczesny Izrael rozpada się na naszych oczach, Palestyńczycy doświadczają bezprecedensowych cierpień, będących m.in. efektem tego rozpadu, który rządzące elity starają się powstrzymać, eksportując swe zamiary w obszary konfrontacji z Palestyńczykami czy z islamem w ogóle. Społeczeństwo izraelskie było od początku mozaiką grup imigrantów, które w większości były od siebie odległe niczym w Antyku plemiona zamieszkujące dawny Kanaan. Pierwotna fascynacja państwem narodowym Żydów, po doświadczeniach II wojny światowej, wyparowała. Do głosu doszły elementy kultury przodków i ugruntowanych wielowiekowo tożsamości. A także konflikty klasowe.
Podobnie ma się rzecz z emigrantami tureckimi w Niemczech, gdzie trzecie i kolejne pokolenia tam mieszkających Turków są coraz bardziej „tureckie”. A na dodatek rozwarstwienie społeczne, wzrost nierówności – co ma miejsce w całym świecie wskutek neoliberalnych porządków i bałwochwalczego kultu rynku – powodują w społeczeństwie izraelskim te same niepokoje i konflikty jak w Europie.
Narracja o jedności narodu i spajanie go wyłącznie na bazie mitów religijnych sięgających 1000 lat p.n.e. oraz traumą Zagłady ulega erozji. Na takiej podstawie można prorokować, iż Izrael czekają olbrzymie zmiany. We wszystkich obszarach i sferach. Historia jest tu właściwym drogowskazem i zapowiedzią.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 600
Przedstawiamy fragment drugiego tomu książki prof. Andrzeja Werblana – Prawda i realizm. Gomułka, Gierek, Jaruzelski i …Wałęsa, którą recenzujemy w tym numerze. Tom pierwszy tego ogromnego dzieła opisującego PRL ukazał się w końcu 2023 (SN 12/23 - Prostowanie IPN-owskiej wersji historii) i dotyczył okresu powojennego. Tom drugi pokazuje to, co się działo w Polsce po 1956 roku, wydarzenia polityczne, których Autor był świadkiem „od wewnątrz” (jako poseł, członek i sekretarz KC PZPR, członek Biura Politycznego KC PZPR, kierownik wydziałów propagandy oraz nauki i oświaty KC PZPR). Zawiera też dokumenty mało znane, bądź zupełnie nieznane.
Refleksje zawarte w tym tomie dotyczą m.in. oceny decyzji politycznych, wyborów ideowych, jakich dokonywali ówcześni politycy. O tym też traktuje poniższy fragment książki.(red.)
[…] Chcę rozważyć zagadnienie: do jakich wartości i tradycji ideowych, ściślej, z obszaru myśli i praktyki politycznej PRL można i warto wciąż nawiązywać i ich bronić. Sprowadzę sprawę do czterech zagadnień.
I.
Realizm polityczny wydaje mi się najbardziej istotną wartością w spuściźnie Polski Ludowej. Rodowód tego państwa wiąże się z II wojną światową, a jego 45-letnie istnienie z formułą ładu pokojowego po tej wojnie i z zimną wojną. W całym tym okresie zaznacza się wyjątkowo silna dominacja mocarstw na scenie światowej oraz degradacja roli państw średnich i mniejszych.
II wojna światowa była starciem mocarstw, ich potężnych gospodarek oraz wielomilionowych armii. Praktycznie nikt inny się nie liczył, po obu stronach. Państwa, które swoją „własną” wojnę przegrały i jak Polska straciły suwerenną władzę na własnym terytorium, okazały się w większym lub mniejszym stopniu zdane na łaskę mocarstw i skazane na ten lub inny stopień uzależnienia czy ubezwłasnowolnienia. W przypadku Polski – wskutek tego, że sprawa polska stała się przedmiotem sporu między mocarstwami koalicji – to ubezwłasnowolnienie osiągnęło dramatyczny wymiar. Decyzje o terytorium państwa, o składzie rządu, w konsekwencji o ustroju, znalazły się w ręku mocarstw.
Możliwe w tej sytuacji były dwie strategie narodowe. Pierwsza – realistyczne dostosowanie, czyli pogodzenie się z niedającymi się uniknąć konsekwencjami geopolityki w celu zachowania państwa oraz minimalizacji strat i maksymalizacji pożytków. Druga zaś strategia to romantyczny sprzeciw i – jak się okazało, ale było też do przewidzenia – pozbawiona szans sukcesu walka obarczona daremnymi stratami. Pierwszą strategię – w ostatecznym rachunku – realizowali komuniści, wybrała ją też spora część socjalistów, po pewnym czasie również ludowców i pojedynczy politycy prawicy. Drugą strategię realizowały czynniki oficjalne, rząd emigracyjny i kierownictwo Państwa Podziemnego. Wybór realistyczny był niepopularny, romantyczny odwrotnie, cieszył się większym uznaniem, przynajmniej początkowo. Jednak w skali dwu pokoleń tylko wybór realistyczny w granicach osiągalnych polepszał sytuację narodu, romantyczny potęgował straty i sytuację pogarszał.
Rezultat znany: Polska w radzieckiej sferze wpływów, ograniczenia suwerenności, importy ustrojowe, dyktatorska forma rządzenia. Jednak wpływ realistycznego nurtu politycznego i jego względna, stopniowo rosnąca siła miały swoje trwałe historyczne konsekwencje, co najmniej w kilku istotnych dla bytu narodowego wymiarach.
Polska uzyskała kształt terytorialny znacznie korzystniejszy, niż się zanosiło. Na konferencji w Teheranie cała Wielka Trójka dość zgodnie akceptowała znaczne okrojenie terytorium Polski na wschodzie przy bardzo skromnej rekompensacie na zachodzie. Churchill ujął to tak: „Polska weszłaby nieznacznie na terytorium Niemiec”, a propozycje memoriału Iwana Majskiego dla Mołotowa i Stalina (11 stycznia 1944) są podobne. W ciągu roku (do Jałty) stanowisko radzieckie zmieniło się w stronę forsowania znacznego przesunięcia na zachód granic Polski kosztem Niemiec. Nie wchodzę w analizę motywów radzieckiej polityki, dostrzegam jednakże jej niewątpliwy związek ze sformowaniem się w Polsce nurtu politycznego gotowego akceptować realia geopolityczne. Dzięki temu
stała się możliwa wielka przemiana w sytuacji narodu polskiego, sformowało się państwo znacznie przesunięte ku zachodowi Europy i na domiar prawie jednolite etnicznie. Warto zauważyć, że w chwili jego stawania się znaczna część Polaków przemiany tej nie akceptowała, a dziś mało kto byłby gotów z niej zrezygnować.
Z realistycznym nurtem polityki polskiej wiążę również osiągnięcie znacznego zakresu autonomii i odrębności w ramach „obozu” radzieckiego, największego poza Chinami. Nawet w okresie stalinowskim było to zauważalne. Węgry w tym czasie były rządzone prawie powierniczo, na posiedzeniach KC rządzącej partii referaty wygłaszali i wnioski personalne przedstawiali przedstawiciele radzieckiego politbiura, decyzje o zmianach rządu zapadały na posiedzeniach zwoływanych do Moskwy (tak powołano gabinet Imrego Nagya w kwietniu 1953 r.). W przypadku Polski było to nie do pomyślenia. Kiedy jedyny raz, w marcu 1956 r., Chruszczow pojawił się na plenum KC PZPR, skończyło się to awanturą.Polska Ludowa skuteczniej i szybciej „wybiła się” na niezależność w 1956 r. dzięki polityce Gomułki. Temu celowi służyła też na inną modłę polityka Gierka i jeszcze na inną Jaruzelskiego.
Realistyczne wyczucie szans realizacji interesu narodowego pozwoliło uniknąć konfrontacji z ZSRR w 1956 oraz interwencji w 1981 r. W tym miejscu warto przypomnieć słowa Charlesa Gatiego o powstaniu węgierskim 1956 r.: „kraj mógłby ewoluować w tę stroną co gomułkowska Polska… Węgry jednak nie chciały być drugą Polską… Imre Nagy nie był Gomułką, kardynał Mindszenty nie był Wyszyńskim, a Redakcją Węgierską RWE nie kierował Nowak… komuniści węgierscy w odróżnieniu od polskich nie rządzili swoim państwem…”. Uwieńczeniem tej realistycznej polityki stał się w 1989 r. Okrągły Stół.
Praktyczne fundamenty polskiej powojennej Realpolitik założył Władysław Gomułka, ale w słowach ją wyartykułował socjalista Julian Hochfeld. 18 września 1946 r. w dramatycznej rozmowie z niewielkim gronem młodych socjalistów zebranych przez Jana Strzeleckiego tak to sformułował:
„[…] my socjaliści czy my realiści polityczni nie możemy się dziś zastanawiać, czy polityka Związku Radzieckiego była i jest w stosunku do Polski moralna i dobra. Musimy ją przyjąć taką, jaka ona jest.
Możemy przy innej sposobności próbować sobie tłumaczyć dlaczego, z jakich powodów geograficznych, ekonomicznych czy psychicznych jest ona taka czy inna. Musimy umieć przystosować naszą politykę państwa, narodu mniejszego, słabszego do tej polityki, tak ażeby osiągnąć dla siebie rozsądnie pojęte największe korzyści. Musimy sobie powiedzieć, że polityka to jest sztuka rzeczy możliwych, a nie walka o zasady, o frymarczenie”.
Tę pochwałę Realpolitik Polski Ludowej należy opatrzyć dwiema uwagami. Po pierwsze, nie wolno mylić realizmu politycznego z oportunizmem i koniunkturalizmem, z przystosowaniem się do każdych okoliczności za wszelką cenę. Realizm, który ma w historii wielkich mistrzów, zakłada jasną świadomość narodowych celów i interesów oraz gotowość zabiegania o ich realizację, jednak z równie jasną oceną szans i możliwości. Chodzi o mierzenie zamiarów na siły, a nie sił na zamiary. Realizm sprzeciwia się ryzykanckiemu maksymalizmowi i polityce według zasady „wszystko lub nic”, uczy też historycznej cierpliwości.
I po drugie, realizm polityczny był bardziej wyrazisty w polityce Polski Ludowej niż w jej propagandowej ekspresji. Dawni komuniści, którzy odgrywali przez pierwsze 10–15 lat wiodącą rolę w polityce Polski Ludowej, nawet jeśli uprawiali politykę w istocie realistyczną, to chlubili się rewolucyjnym romantyzmem, pozostawali w konkubinacie z ZSRR z miłości, a nie z rozsądku tylko. Większość chyba tak właśnie myślała. Pragmatyczny sens polityki bardziej wyraziście uświadamiali sobie ich przywódcy, zwłaszcza z kręgu Gomułki. On sam zresztą w rozmowach, udokumentowanych źródłowo, tego nie ukrywał, choć w publicznym dyskursie wolał eksponować bardziej ideologiczne wątki.
Socjalista Hochfeld miał cywilną i polityczną odwagę mówić językiem rzeczywistości, a nie liturgii. Podobnie jak endek Stanisław Grabski, który po Jałcie pisał do przyjaciela: „Polska na 50 lat ugrzęzła w rosyjskim zaprzęgu, wracam do Warszawy, bo tylko tam da się coś dla Polski zrobić”. Szkoda, że język Hochfelda i Grabskiego nie mógł stać się językiem otwartej rozmowy z narodem, byłby bardziej przekonywający. Ale teraz, post mortem Polski Ludowej, możemy i powinniśmy do tego języka prawdy w opisie tamtej rzeczywistości wracać. Nie tylko w imię wierności faktom, lecz ze względu na stan świadomości powszechnej, która jak nigdy wcześniej jest ogłupiana romantycznymi mitami, apologią przegranych powstań i cierpiętnictwa. Jest to dramatyczny regres myśli politycznej, odwrót od dorobku nawet myślicieli prawicowych, choćby Romana Dmowskiego z jego najlepszego okresu.
II.
Ważne miejsce w pozytywnej tradycji Polski Ludowej należy się modernizacji. Realizowano ją na modłę państwowo-socjalistyczną, w trybie etatystycznym i biurokratycznym. Włodzimierz Brus trafnie nazwał ją „konserwatywną”. Ale została przeprowadzona, dokonała się, zmieniła kraj i społeczeństwo, jego strukturę, standardy oświatowe i kulturowe. Do status quo ante w tej dziedzinie nie ma już powrotu i nikt tego chyba by nie chciał. Ze swej strony zwrócę uwagę na ślad, jaki pozostawiły w świadomości
powszechnej owa gwałtowna przebudowa struktury społecznej oraz masowy awans cywilizacyjny, spowodowane urbanizacją i rewolucją oświatową. Ślad ten to z jednej strony zatarcie dawniej bardzo silnych przedziałów warstwowo-stanowych, a z drugiej – wysoki status bezpieczeństwa socjalnego i etosu egalitarnego.
Dziś owo bezpieczeństwo socjalne bywa wyszydzane ze względu na jego niewysoki rzeczowy standard. Przyrównuje się go do michy i wyra więziennego, jakie każdy osadzony ma także zapewnione. Zapomina się o siermiężności tamtych czasów i przykłada się do nich dzisiejsze kryteria. Rzecz jednak w tym, że bezpieczeństwo socjalne, dostęp do pracy, publiczne świadczenia zdrowotne i równość szans oświatowych budowano w świecie przy różnych poziomach dochodu narodowego. Istotą był nie tyle standard – siłą rzeczy zmienny – co sprawiedliwość.
Podobnie rzecz ma się z etosem egalitarnym. Ten z Polski Ludowej był prymitywny. Spłaszczeniu wynagrodzeń towarzyszył rozbudowany system świadczeń pozarynkowych, w naturze, podatny na degenerację w kierunku przywileju i korupcjogenny. Jednak skuteczny wystarczająco, aby wyeliminować lub przynajmniej zmarginalizować zjawisko „wykluczenia”, dać milionom poczucie pewności i pozostawić do dziś pewien rodzaj nostalgii i dobrą pamięć wśród biedniejszych, ale nie tylko.
Partie współczesnej lewicy, zwłaszcza ta zwana postkomunistyczną, ściślej popeerelowska, wyrzekając się nawet tej skromnej tradycji bezpieczeństwa socjalnego i etosu egalitarnego, zerwała więź z najbardziej dla lewicy naturalnym elektoratem, oddała go w ręce populizmu różnej maści, a sama siebie skazała na marginalizację. Tego chyba nie da się odrobić, ale próbować warto. Nie tyle gwoli prawdy o przeszłości, ile w imię przyszłości i odbudowy pozycji polskiej lewicy.
III.
Trzecią sferą spuścizny Polski Ludowej, która – jak sądzę – zasługuje na uwagę, jest nowoczesna świeckość państwa. To w tamtym państwie po raz pierwszy w dziejach Polski ustanowiono rozdział Kościoła i państwa. Poczynając od utworzenia państwowych urzędów stanu cywilnego aż po system pozaszkolnej katechizacji. W okresie międzywojennym urzędami stanu cywilnego na większości terytorium były gminy wyznaniowe. Wytwarza się dziś mylne wrażenie, że laicyzacja w Polsce Ludowej odbywała się w walce z Kościołem i religią. To odpowiada prawdzie jedynie częściowo i w odniesieniu do pewnych okresów, a ponadto owa walka z religią na ogół nie sprzyjała laicyzacji i jej zwyczajnie przeszkadzała. Ale oprócz walki był też silny i ważny nurt współistnienia i współpracy państwa i Kościoła. Przywołam trzy charakterystyczne epizody.
1. Unikatowe, wzorcowe porozumienie państwo-Kościół zawarte zostało w 1950 r. w najtrudniejszym momencie, w czasach stalinizmu. Negocjował je i firmował prymas Wyszyński i zawsze uważał za wielkie swoje osiągnięcie. Zapisane tam zostały podstawowe gwarancje dla religii i Kościoła oraz niebagatelne deklaracje lojalności duchownych wobec ówczesnego państwa. Trzy lata później aberracja dyktatorska i totalitarna mrzonka o rządzie dusz skłoniła władze do zerwania porozumienia właśnie w momencie, kiedy nadciągał zmierzch stalinizmu. Ze słynnego listu Wyszyńskiego z 8 maja 1953 r. zwykle cytuje się zakończenie, owe „non possumus” wobec dekretu o obsadzie stanowisk kościelnych. Zapomina się o początku listu, gdzie prymas pozytywnie ocenia porozumienie: „Aż do czasów ostatnich – pisze – Kościół zachował szereg praw i wartości najbardziej sobie istotnych […] są rzeczywiście zachowane dobra i wygrane już szanse”.
2. Po wielkim odprężeniu i powrocie do porozumienia w 1956, wybucha w latach sześćdziesiątych, też z aberracyjnych raczej powodów i dyktatorskiego kaprysu władzy, wojna o Tysiąclecie, ściganie peregrynującej kopii obrazu częstochowskiego. Kulminacją stał się spór o list pasterski biskupów z okazji 50. rocznicy wojny 1920 r., w którym to sporze rząd prosił o interwencję Watykanu. Zaraz po rezygnacji z odczytywania listu w Kościołach prymas kieruje do Gomułki prywatny list, obszerny, pojednawczy w treści i w tonie pojednawczy, wyjaśnia intencje episkopatu, deklaruje poszanowanie racji państwa. List był bardzo poufny, po raz pierwszy został opublikowany w „Przeglądzie” w październiku 2002 r. Przygotowany przez aparat KC projekt odpowiedzi, dość obcesowej i propagandowej, Gomułka odrzucił. Powiedział: „Czas zakończyć tą wojnę, sam muszę tę odpowiedź napisać!”. Nie zdążył, ale pałeczkę podjęła kolejna ekipa, gierkowska i szybko doprowadziła do unormowania relacji z episkopatem i Watykanem. I tak już pozostało.
3. Prymas Wyszyński w 1978 r. podczas wizyty w RFN – odprawiając w Westfalii mszę dla Polonii – upomniał wiernych, aby refren hymnu kościelnego śpiewali w wersji „Ojczyznę wolną pobłogosław Panie!”, a nie „Racz nam zwrócić Panie!”
Dziś biskupi stroją się w szaty głównego bojownika z komunizmem, lidera antyreżimowej opozycji wobec Polski Ludowej. Jest to fałsz – szkodliwy także dla Kościoła. Przysłużył się on bardziej sprawie narodowej, współpracując z tamtym państwem, niż walcząc. A mitologia walki powoduje, że do duchownych i ich biografii liderzy polityki rozliczeniowej stosują kryteria i wymagania rodem z konspiracji antykomunistycznej, urządzają pościgi lustracyjne, w każdym kontakcie z władzami wietrzą zdradę. W istocie poprzez czystkę zmierzają do ubezwłasnowolnienia hierarchii kościelnej, która, uciekając od prawdy historycznej w mity, sama się rozbraja.
I jeszcze jedna uwaga na koniec. Najbardziej denerwujące w obecnej antykomunistycznej propagandzie historycznej jest fałszowanie motywacji, przypisywanie ludziom Polski Ludowej wyłącznie niskich pobudek, ignorowanie uwarunkowań epoki. Jeśli nawet ta propaganda dostrzega coś obiektywnie pozytywnego, np. zmiany październikowe, opisuje je jako wymuszone ustępstwo w egoistyczno-grupowym celu „umocnienia reżimu”. Tak nie pisano jeszcze żadnej historii. Ludzie, którzy Polskę Ludową tworzyli, często się mylili, nieraz wręcz szkodzili krajowi i sobie, zdarzały się im pomysły niedorzeczne, nawet haniebne i przestępcze. Ale
w większości, oczywiście nie bez wyjątków, usiłowali realizować pewną wizję dobra publicznego. Gomułka w 1956 r., na zebraniu warszawskiego komitetu wojewódzkiego, nawet o ekipie Bieruta powiedział: „Bardzo się mylili, muszą odejść, ale działania w złej wierze nie mogę im zarzucić”. Może przesadził, ale nie tak bardzo.
Andrzej Werblan
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 2817
Józef Klemens Piłsudski i Carl Gustaf Mannerheim byli rówieśnikami, urodzili się w 1867 roku. Obaj zostali marszałkami. Pierwszy nosił do końca życia zaszczytny tytuł Pierwszego Marszałka Polski, drugi był jedynym fińskim oficerem, któremu w całej historii Finlandii przysługiwał ten stopień.
Obaj pokonali Związek Radziecki- pierwszy militarnie, drugi moralnie, co uchroniło w efekcie Finlandię od losu krajów Europy Środkowo-Wschodniej włączonych na mocy porozumień teherańsko-jałtańskich do radzieckiej strefy wpływów i w rezultacie zniewolonych w tak zwanym bloku państw komunistycznych, ściśniętych wojskową klamrą Układu Warszawskiego.
Obaj kochali konie. Piłsudski miał swoją ulubioną klacz Kasztankę, Mannerheim poświęcał cały wolny czas hodowli koni i miał wiele ulubionych zwierząt, w tym ogiera, który nosił jego drugie imię Gustaf.
Podobieństw zresztą miedzy nimi było znacznie więcej. Pierwsze małżeństwa obydwu (Józefa Piłsudskiego z rozwódką Marią Juszkiewicz primo voto Koplewską i Carla Mannerheima z Anastazją Arapową zakończyły się fiaskiem.
Obydwaj, zgodnie z ówczesną modą, umieli dość łatwo zmieniać wyznania religijne i zarówno jeden, jak i drugi przeszli z katolicyzmu na protestantyzm i obaj powrócili do swoich macierzystych religii, przy czym Mannerheim - podczas swojej trzydziestoletniej służby w armii carskiej - flirtował też z prawosławiem.
Środowisko
Obaj pochodzili z rodzin ziemiańskich. Piłsudscy, spokrewnieni ze starą litewską szlachtą (matka Piłsudskiego była z domu Billewicz), mieli duży majątek w Zułowie, w którym przyszedł na świat przyszły Naczelnik Państwa.
Mannerheim natomiast pochodził ze szwedzko-holenderskiej arystokracji, której przedstawiciele nosili tytuły hrabiów i baronów. Sam, jako trzeci syn Carla Mannerheima nosił arystokratyczny tytuł.
W tym miejscu ich życiorysy są do siebie dość podobne. Ojciec Piłsudskiego nie bardzo potrafił się odnaleźć w popowstaniowej rzeczywistości i przystosować do nowych, kapitalistycznych stosunków społecznych. Dość szybko rodowy majątek podupadł i rodzinie zajrzała bieda w oczy.
Ojciec Mannerheima z kolei był nie tylko nieudacznikiem w sprawach interesów, ale i hazardzistą, co doprowadziło go do ruiny już w 1880 roku, kiedy przyszły przywódca Finlandii liczył sobie trzynaście wiosen. Tak więc dość szybko obaj musieli się w jakikolwiek sposób usamodzielnić, chociaż Mannerheima chronił Korpus Kadetów i perspektywa stabilizacji na wojskowym wikcie.
Ludzie nowej epoki
Na tym analogie obydwu biografii, z grubsza rzecz biorąc, się kończą. Obaj byli patriotami, ale manifestowali swoją miłość do ojczyzny w zupełnie inny sposób. Piłsudski był spiskowcem (stał na czele Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej), który nie cofał się przed aktami terroru wobec rosyjskiego zaborcy. Przez pięć lat przebywał na zesłaniu na Syberii (1887-1892), a po ponownym aresztowaniu w 1900 roku wykorzystał badania psychiatryczne w celu orzeczenia obłędu i zbiegł ze szpitala w Petersburgu.
Po brawurowej ucieczce przedostał się do Galicji, w której rozpoczął tworzenie zrębów polskich organizacji niepodległościowych (Związku Strzeleckiego, a w sierpniu 1914 Polskiej Organizacji Wojskowej), które z czasem stały się zalążkiem legionów i wojska polskiego po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku.
Szczerze nienawidził Rosjan przez całe życie. Jego biografowie zgodnie podkreślają, iż dla niego nie było istotne, czy Rosja będzie nadal rządzona przez cara, czy bolszewików. Piłsudski stał na stanowisku, że Moskwa nie wyrzeknie się swoich zaborczych planów i nawet po zwycięstwie rewolucji październikowej, w okresie wojny domowej w Rosji, wstrzymał ofensywę wojsk polskich na Ukrainie w obawie przez zwycięstwem armii „białego” generała Antona Denikina, który był bliski rozbicia bolszewików na dawnych wschodnich kresach Rzeczypospolitej.
Dla Piłsudskiego nie miało znaczenia, który z przeciwników wygra. Denikin postrzegał bowiem Rosję w dawnych imperialnych granicach, w których znalazłoby się Królestwo Polskie (i Wielkie Księstwo Finlandii również), bolszewicy zaś traktowali swoje zwycięstwo jako wstępną fazę eksportu komunizmu do pozostałych krajów europejskich, a w dalszej perspektywie na cały świat.
Mannerheim poszedł zupełnie inną drogą. Najpierw, jako sprawiający duże trudności wychowawcze młody człowiek, został wcielony do fińskiego Korpusu Kadetów, odpowiednika dzisiejszej średniej szkoły wojskowej. Po licznych perypetiach zdobył odpowiednie kwalifikacje zawodowego żołnierza i w wieku 20 lat był już oficerem.
Później, w 1887, wstąpił do armii carskiej, słusznie rozumując, że tylko w niej zdoła zrobić prawdziwą karierę. Jego marzenia się spełniły. Zaczynał skromnie, sumiennie wypełniając obowiązki prostego oficera w 15. Aleksandryjskim Pułku Kawalerii w Kaliszu, następnie w straży przybocznej carowej Marii Fiodorowny, a w czasie wojny rosyjsko-japońskiej dosłużył się stopnia generała lejtnanta za zasługi w bitwie pod Mukdenem. W kilka lat po jej zakończeniu został przeniesiony do Królestwa Polskiego, gdzie m.in. pełnił funkcję dowódcy regimentu ułanów w Mińsku Mazowieckim, regimentu cesarskiej Straży Przybocznej w Warszawie i w końcu korpusu kawalerii w Kaliszu. Żaden dokument nie wskazuje na to, by w tym czasie kiedykolwiek zetknął się z Piłsudskim.
W okresie poprzedzającym wybuch I wojny światowej przyszli marszałkowie dużo podróżowali. Piłsudski nieco wcześniej, bo już 1904 roku odwiedził Japonię, przybywając do niej okrężną drogą przez USA i Hawaje, gdyż nie mógł z oczywistych względów dotrzeć tam przez terytorium Rosji.
Mannerheim jako rosyjski oficer wysokiej rangi nie miał problemów z podróżowaniem przez terytorium carskiego imperium, dzięki czemu zdołał odwiedzić Chiny (był tam szefem misji wojskowej), Tybet (tutaj spotkał się z XIII Dalajlamą), Azję Środkową i nawet do pewnego stopnia opanować dialekt mandaryński, urzędowy język na pekińskim dworze. Zresztą fiński marszałek dość swobodnie posługiwał się siedmioma innymi językami (rosyjskim, szwedzkim, polskim, angielskim, francuskim, niemieckim, portugalskim), co spowodowało u niego pewne zaległości w zakresie znajomości języka ojczystego, które musiał nadrabiać dopiero w wieku dojrzałym, ucząc się od swych dzieci.
Dopiero kolejne podróże marszałka na Daleki Wschód i narastająca niechęć do Rosji spowodowały, że wracał przez Indie, a następnie statkiem z Kalkuty przez Basrę i terytoria przejęte z rąk tureckich przez Brytyjczyków.
Nie ulega wątpliwości, że obaj byli ludźmi nowej epoki, która w momencie wybuchu I wojny światowej miała ostatecznie zamknąć wiek XIX i zmienić polityczne oblicze Europy oraz jej obyczajowy koloryt.
Błyskotliwe kariery
Piłsudski i Mannerheim mieli niebywałą intuicję polityczną. Obaj współpracowali z państwami zaborczymi, chociaż idea niepodległości była dla Piłsudskiego oczywista od samego początku. W 1917 roku towarzysz Wiktor (jak nazywali go niegdyś jego współpracownicy z PPS) ostatecznie zerwał więzi łączące go z Austriakami, co doprowadziło do słynnego kryzysu przysięgowego w legionach polskich i internowania Józefa Piłsudskiego wraz z jego najbliższym współpracownikiem Kazimierzem Sosnkowskim w twierdzy w Magdeburgu.
Lata 1917-18 były przełomowe dla obydwu naszych bohaterów. Piłsudski siedział wprawdzie w Magdeburgu, ale bacznie śledził bieg wydarzeń w na ziemiach polskich, a jego popularność jako męża opatrznościowego, który przewidział klęskę państw centralnych, cesarstw niemieckiego i austrowęgierskiego, urosła do rangi legendy.
Mannerheim zaś w 1917 roku stanął na czele fińskiej armii, której pierwszym zadaniem okazało się zdławienie ruchu bolszewickiego w Finlandii. Dokonał tego przy wsparciu Niemców i w grudniu 1918 roku, kiedy Finlandia formalnie stała się niepodległym państwem, został regentem, zastępującym pretendującego do tronu w Helsinkach Fryderyka Wilhelma, księcia Hesji.
Piłsudski po powrocie do Warszawy otrzymał 11 listopada, a więc w dniu podpisania zawieszenia broni pomiędzy Niemcami a aliantami zachodnimi w lasku Compiegné, pełnię władzy wojskowej, a w trzy dni później cywilnej. Tym samym zastąpił Radę Regencyjną, choć w odróżnieniu od swych fińskich „kolegów” nie myślał poważnie o wskrzeszeniu jakiejkolwiek monarchii w Polsce.
Fiński regent również szybko powstrzymał zakusy miejscowych monarchistów i doprowadził do wprowadzenia ustroju republikańskiego z silną władzą wykonawczą prezydenta. W pierwszych wyborach, w 1919, jednak przegrał i miejsce głowy państwa zajął Kaarlo Juho Ståhlberg. Nadal jednak sprawował funkcję głównodowodzącego armii fińskiej w stopniu generała.
Po klęsce wyborczej usunął się na jakiś czas z życia politycznego i zajął się hodowlą ulubionych rumaków.
W tym samym czasie Józef Piłsudski sprawował funkcję Tymczasowego Naczelnika Państwa, doprowadził do zakończenia wojny z bolszewikami i na mocy traktatu ryskiego z 18 marca 1921 roku do odzyskania części ziem zaboru rosyjskiego przez Polskę oraz do uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej (zwanej także konstytucją marcową). Zapisy konstytucyjne nie odpowiadały jednak jego aspiracjom. Prezydent, w myśl nowej ustawy zasadniczej, miał bardzo ograniczoną władzę i w zasadzie nie mógł nawet zawetować skutecznie jakiejkolwiek ustawy. Toteż Pierwszy Marszałek Polski (stopień ów nadała mu 19 marca 1920 roku Ogólna Komisja Weryfikacyjna powołana w sierpniu 1919 przez Sejm RP i powierzona pieczy ministra spraw wojskowych, którym akurat był zagorzały piłsudczyk gen. Józef Leśniewski) nie zgodził się kandydować na stanowisko prezydenta. Po śmierci pierwszego prezydenta RP Gabriela Narutowicza i przejęciu władzy przez sojusz narodowej demokracji z prawym skrzydłem ruchu ludowego (PSL „Piast”) Piłsudski usunął się z życia politycznego i w swojej willi w Sulejówku poświęcił się pracy publicystycznej oraz porządkowaniu wspomnień.
U szczytu
Biografie obu marszałków zaczynają się wyraźnie różnić w chwili powrotu do władzy. Piłsudski, odsunięty przez kolejnych ministrów od wpływu na sprawy państwowe i rozwój polskiej armii, w maju 1926 roku dokonał zamachu stanu i praktycznie przejął rządy w Polsce, choć oficjalnie piastował tylko urząd ministra spraw wojskowych i Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych (urząd ustanowiony w tymże samym roku).
Mannerheim przeciwnie, w 1931 roku stanął na czele rady obrony państwa, której przewodził od 1919. W międzyczasie, w 1933, został marszałkiem polnym (feldmarszałkiem), a podczas II wojny światowej, w dniu swoich 75. urodzin, Marszałkiem Finlandii.
Zarówno Piłsudskiego, jak i Mannerheima, cechowała daleko posunięta nieufność wobec Związku Radzieckiego, tyle, że polski przywódca nie dożył klęski wrześniowej, bowiem zmarł na raka wątroby 12 maja 1935 roku, w dziewiątą rocznicę przewrotu majowego. Nie pozostawił godnych następców, gdyż kolejny marszałek Polski Edward Rydz-Śmigły nie był ani utalentowanym żołnierzem (ukończył krakowską Akademię Sztuk Pięknych), ani politykiem. Po klęsce wrześniowej w 1939 roku Polska została podzielona przez dwóch agresorów, Niemcy i ZSRR. Podział ów został zaakceptowany przez aliantów zachodnich i stał się jednym z filarów „żelaznej kurtyny”.
Mannerheim miał więcej szczęścia. Jeszcze przed wojną, w obawie przed Rosjanami, wzniósł przemyślną linię umocnień (nazwaną jego imieniem), która skutecznie powstrzymywała radzieckich najeźdźców od połowy listopada 1939 roku do marca 1940. Przy wielokrotnie słabszej liczebnie armii zadał Rosjanom dziesięciokrotnie większe straty (po stronie fińskiej padło ok. 25 tys. zabitych, po stronie radzieckiej odpowiednio 250 tys.). Dzięki temu mógł wynegocjować najlepsze w ówczesnej sytuacji warunki kapitulacji i za cenę znacznych ustępstw terytorialnych (Karelia, Wyborg, jezioro Ładoga) zdołał zachować suwerenność swego państwa.
Po ataku Niemców na ZSRR Finlandia przyłączyła się do Niemiec i również rozpoczęła działania wojenne wymierzone w Armię Czerwoną, jednak Mannerheim nigdy nie zawarł z przywódcą Niemiec, Adolfem Hitlerem, żadnego formalnego sojuszu. Co więcej, kiedy w 1942 roku Hitler niespodziewanie pojawił się na urodzinach marszałka w Finlandii został przyjęty nieopodal lotniska w Immola, a nie jak nakazywał protokół dyplomatyczny w stolicy kraju czy kwaterze głównej.
To również mogło zaważyć na postawie Rosjan, którzy jako alianci państw zachodnich nigdy nie zażądali wydania Mannerheima jako zbrodniarza wojennego i postawienia przed sądem.
Po wojnie w Finlandii ponownie ożyły lewicowe nastroje spotęgowane lękiem przed zajęciem Finlandii przez Armię Czerwoną. Miejsce Mannerheima zajął w 1946 ugodowo nastawiony wobec Rosjan prezydent Juho Kusti Paasikivi, były ambasador fiński w ZSRR, który w ostatnim roku drugiej wojny radziecko-fińskiej (toczonej w latach 1941-44) prowadził tajne rozmowy z przedstawicielami Stalina na temat szybkiego zakończenia walk. To również pomogło Finom ocalić niezależność.
Czas Mannerheima jednak się skończył i musiał ostatecznie zejść ze sceny politycznej. Dręczony reumatyzmem wyemigrował do Szwajcarii. Zmarł pięć lat później, 28 stycznia 1951 roku, w szpitalu w Lozannie.
Leszek Stundis
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 3004
Przez tysiąclecia istnienia cywilizacji w życiu politycznym, społecznym i kulturalnym dominowali mężczyźni. Patriarchat stanowił podstawową formę organizacji rodziny i jego znaczący wpływ jest widoczny w większości społeczeństw po dziś dzień.
W kulturze Zachodu widać jednak idące zmiany. Można powiedzieć, że rewolucyjne, zważywszy że od pierwszych wystąpień feministek minęło zaledwie nieco ponad sto lat.
Prekursorki - godnie i niegodne
Męska dominacja znacznie umniejszyła rolę kobiety w dziejach, ale nie skazała najwybitniejszych przedstawicielek płci pięknej na całkowite zapomnienie. I nie chodzi w tym miejscu o kobiety, kapłanki domowego ogniska, których ucieleśnieniem były rzymskie westalki, ale o te, które miały realny wpływ na bieżące wydarzenia państwowe lub spełniały się jako animatorki życia kulturalnego i wybitne artystki. Wszak greckie muzy były kobietami…
Ale od początku. Zapewne pierwszą znaczącą damą na scenie politycznej była królowa Hatszepsut, matka faraona Totmesa III, który na przełomie XVI i XV wieku p.n.e. zawędrował na czele swoich hufców na północ aż po Eufrat, a na południe po IV kataraktę Nilu, podbijając przy okazji pomniejsze państewka. Zanim jednak zasiadł na tronie imperium, rządy sprawowała jego matka, konsekwentnie odsuwając syna od spraw państwowych. Według źródeł musiała jednak przyprawiać sobie brodę, bowiem nikt z jej poddanych nie zaakceptowałby jako faraona… kobiety manifestującej swoją kobiecość.
Na przełomie VII i VI wieku p.n.e. grecka poetka Safona z Metyleny na Lesbos ponoć zasłynęła Hymnem do Afrodyty, który dał początek tzw. strofie safickiej, często stosowanej w liryce miłosnej. Z jej osobą wiąże się również szkoła dla dziewcząt na wspomnianej wyspie, gdzie dumne panie miały się oddawać…miłości homoseksualnej. Trudno powiedzieć jak było naprawdę, ale po dziś dzień taką miłość określa się mianem safizmu lub jako lesbijską.
Realny wpływ na politykę miała również żona przywódcy Aten Peryklesa Aspazja z Miletu, kobieta nieprzeciętnej urody i inteligencji. Męski establishment nie chciał jej jednak zaakceptować i oskarżył ją o bezbożność i niemoralność, co w owym czasie było dość powszechną praktyką pozbywania się politycznej konkurencji. Oracja jej małżonka i jego szczere łzy ocaliły ją od wyroku surowych sędziów…
I wreszcie Waleria Mesalina, trzecia żona ułomnego cesarza Klaudiusza. Dama, o której erotycznych wybrykach krążyły legendy, chętnie podejmowane nawet przez tak wybitnych biografów cesarzy jak Swetoniusz. Nie wiadomo, ile jest prawdy w tym, iż wyzwała na „maraton erotyczny” jedną z najbardziej znanych prostytutek w Rzymie. Wydaje się raczej, że padła ofiarą męskiej zmowy dwóch zaufanych współpracowników cesarza, wyzwoleńców Narcyza i Pallasa, którzy obawiali się jej wpływu na decyzje władcy. Była zatem kobietą wyzwoloną ambitną, ale czy można nazwać ją matką feminizmu?
Rzecz jasna w dziejach zapisało się znacznie więcej pań mądrych i szlachetnych jak królowe, Elżbieta I czy Wiktoria, lub kobiet z ludu w rodzaju Joanny d’Arc, niemniej ich nieliczna reprezentacja na pewno nie oddaje rzeczywistej roli, jaką odegrały w historii.
Sufrażystki- zapowiedź zmian
Pierwszym zwiastunem emancypacji kobiet była Deklaracja Praw Kobiety i Obywatelki, autorstwa córki rzeźnika i praczki Olimpii de Gouges, z okresu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Czasy były jednak burzliwe i postępowa dama za napisanie 30 pamfletów przeciwko rządom Robespierre’a powędrowała na szafot w gronie jego przeciwników.
Pierwszy krok został jednak poczyniony i w całej Europie Zachodniej oraz Ameryce Północnej zaczęły pojawiać się głosy domagające się dostępu kobiet do edukacji, a także możliwości rozporządzania swoim majątkiem. W II połowie XIX wieku coraz częściej ruchy emancypacyjne zaczęły skupiać się na walce o prawa polityczne. Ponieważ główny postulat dotyczył praw wyborczych, członkinie owego ruchu nazwano sufrażystkami, od łacińskiego słowa suffragium, oznaczającego zarówno wspomniane prawa, jak i tabliczki do głosowania.
Męska solidarność została jednak złamana dopiero po wojnie secesyjnej, być może za sprawą zniesienia niewolnictwa, i w 1869 roku panie po raz pierwszy mogły pójść do urn w stanie Wyoming. Panowie jednak nadal traktowali ich „wyborcze pomysły” niezbyt poważnie, choć duchowym ojcem emancypantek stał się znany filozof John Stuart Mill.
Koniec XIX wieku przyspieszył walkę kobiet o prawa obywatelskie. Już w 1893 roku w ślad za stanem Wyoming poszła Nowa Zelandia, a w niespełna dekadę później - Wielkie Księstwo Finlandii, co było o tyle dziwne, że należało do… carskiej Rosji, której obce były w zasadzie wszelkie idee demokratyczne.
Kolejnym obrońcą praw kobiet stał się znany brytyjski prawnik Richard Pankhurst, który bezskutecznie usiłował przeforsować ustawę o przyznaniu kobietom prawa wyborczego. Nadal więc obowiązywała ustawa z 1866 roku, w myśl której panie są pozbawione zdolności rozumienia arkanów polityki i nie powinny w niej brać udziału.
Nieco lepiej przedstawiał się dostęp pań do edukacji, gdyż już od połowy lat 80. XIX wieku mogły podejmować studia wyższe.
Walka sufrażystek przyjmowała w tym okresie często kuriozalne formy. Damy potrafiły atakować polityków fizycznie, używając szpicrut jako narzędzi wymierzania im kar cielesnych. Ich ofiarami padli nawet tak znamienici mężowie stanu jak premier Herbert Asquith, czy ówczesny minister spraw wewnętrznych, późniejszy premier Winston Churchill. Co ciekawe, wymierzano im za takie działania stosunkowo niskie kary - grzywny z zamianą na kilka tygodni aresztu, zapewne chcąc zdeprecjonować rangę ich protestów. Panie jednak niemal bez wyjątków decydowały się na trudy więziennego życia.
Od 1897 roku walkę o równouprawnienie koordynowała, powołana przez Millicentę Fawcett, Federacja Stowarzyszeń Sufrażystek. Główną rolę w tej organizacji odegrała jednak Emmeline Pankhurst, żona wspomnianego Richarda i jej trzy córki. Jedna z nich, Christabel, ukończyła prawo i zajęła się fachową obsługą emancypantek.
A w Polsce …
Ziemie polskie nie pozostawały w tyle, choć sytuacja tutaj była znacznie trudniejsza ze względu na tradycyjnie restrykcyjną politykę zaborców, którzy w każdym postępowym ruchu dopatrywali się spisków. W 1905 roku udało się przedstawicielkom wszystkich zaborów spotkać w Krakowie i sformułować pierwsze wnioski na temat istnienia różnych zasad etycznych dla mężczyzn kobiet.
W tym czasie sędziwa Eliza Orzeszkowa (zm. 1910) miała już za sobą chrzest bojowy w walce o przełamanie moralnego tabu, gdyż po unieważnieniu swego małżeństwa związała się z żonatym mężczyzną, prawnikiem Stanisławem Nahorskim. Równie zaciekle atakowała istniejące stosunki Zofia Nałkowska, autorka „referatu programowego” na zjeździe kobiet w Warszawie w 1907, oraz Izabela Moszczyńska przeciwniczka doktora Miklaszewskiego, który oceniał rozkosz płciową jako zwierzęcą chuć i wyraźnie przeciwstawiał jej „wzniosłe uczucie miłości”.
Wojna w służbie kobiet
Wybuch I wojny światowej stał się cezurą w rozwoju ruchu emancypacyjnego kobiet. Mężczyźni z pieśnią na ustach dziarsko wyruszyli na front, a biura i fabryki opustoszały. Nikt jednak nie zakładał, że europejski konflikt będzie trwał całe pięć lat, pochłonie dziesięć milionów ofiar, a w jego wyniku upadną trzy największe monarchie, ostoje konserwatyzmu. W czasie działań wojennych coraz większe zapotrzebowanie na rekruta spowodowało konieczność zatrudniania kobiet na tradycyjnie męskich posadach, co w konsekwencji znacznie poprawiło status społeczny płci pięknej.
Po wojnie lawinowo parlamenty europejskie zaczęły przyznawać kobietom prawa wyborcze, a jako jedna z pierwszych, w 1918, uczyniła to Polska. W Wielkiej Brytanii panie musiały poczekać na ten przywilej jeszcze dziewięć lat. Zwycięstwo w walce o pełnię praw politycznych zbiegło się w czasie z pierwszą rewolucją obyczajową, której atmosferę doskonale oddaje obraz Otto Dixa „Szalone lata dwudzieste”, część tryptyku „Les Noctambules”. Roztańczone pary w oparach dymu i alkoholu i wyzywające chłopczyce doskonale ukazują gorączkowy pośpiech i pogoń za uciechami doczesnego świata. Nocne kluby i kabarety, z których słynęły Paryż i Berlin stały się symbolem seksualnego wyzwolenia i nieskrępowanej wolności, a radio - znakiem czasu i pokonania komunikacyjnych barier.
II wojna światowa i jej okropności postawiły znak zapytania nad dotychczasowym porządkiem moralnym, a udział kobiet w działaniach wojennych, a zwłaszcza pracy wywiadowczej na zawsze odmienił ich status jako „męskiej własności”.
Rzecz jasna, zmiany te nie następowały równomiernie w całej Europie czy Ameryce Północnej. Konserwatywne społeczeństwa krajów bałkańskich czy fundamentalistyczne grupy protestanckie za oceanem nie przyjmowały do wiadomości zachodzących przemian.
Równie zachowawczy okazali się Szwajcarzy, którzy dopuścili panie do urn w 1974 roku, a w kantonie Appenzell szesnaście lat później. Ale cóż się dziwić, wciągu ostatnich kilku stuleci w zasadzie nie wojowali, chyba tylko jako najemnicy…
Nawet w krajach socjalistycznych i w samej kolebce rewolucji, ZSRR, w których oficjalnie obchodzono Dzień Kobiet 8 marca, panie rzadko zasiadały w rządowych ławach, nie mówiąc o tym, iż żadnej nie udało się stanąć na czele rządzącej partii, czy nawet wejść do jej ścisłego kierownictwa.
Polska i tym razem okazała się pewnym ewenementem. Tutaj towarzysze, włącznie z pierwszymi sekretarzami, szarmancko całowali kobiety w rękę, a Zofia Grzyb jako pierwsza z nich zasiadła w ławach Biura Politycznego PZPR. Z drugiej strony, silny Kościół katolicki, który akcentował prymat tradycyjnych wartości nad „nowinkami ze świata” mocno przeciwstawiał się tendencjom feministycznym, czego skutki są widoczne do dzisiaj.
Rok 1968 -przełom czy przepaść
Rewolta 1968 roku na zawsze pogrzebała marzenia konserwatystów o harmonijnym społeczeństwie opartym o tradycyjny podział ról na męskie i żeńskie. Studenci, podbudowani książkami Herberta Marcuse’a i Jeana Paula Sartre’a, rozpoczęli własny marsz ku wolności, do którego przyłączały się kolejne grupy społeczne, niezadowolone z mieszczańskiego, konsumpcyjnego modelu życia. „Dzieci-kwiaty”, narkotyki, hard rock, życie w komunach i wolna miłość stały się sztandarowymi hasłami zbuntowanego pokolenia.
Groźnym, ubocznym skutkiem radykalizowania się nastrojów stał się rozkwit ruchów anarchistycznych, z których niektóre, jak Frakcja Czerwonej Armii czy Czerwone Brygady, weszły na drogę terroryzmu, dopuszczając się licznych zbrodni. Na uniwersytetach zaczęło dochodzić do palenia tradycyjnych podręczników, a na transparentach dominowały portrety Che Guevary i Mao Zedonga. Syndrom wietnamski i wzrost napięcia na Bliskim Wschodzie po wojnie sześciodniowej dopełniły obrazu niszczenia.
Także ruch feministyczny znalazł się w trudnej sytuacji, gdyż w ramach retorsji partie konserwatywne i kościoły znów powróciły do dawnej retoryki podważającej celowość i znaczenie zmian.
Quo vadis domina*?
W ostatnich dekadach doszło do znacznej polaryzacji światopoglądowej widocznej zwłaszcza na przykładzie społeczeństwa polskiego. Z jednej strony ruch feministyczny wywalczył sobie parytet na listach wyborczych i zmiany w prawie mające przeciwdziałać przemocy wobec kobiet.
Z drugiej - nagminne łamanie ich praw i wzrost handlu kobietami na całym świecie, którego, według danych La Strady pada także ok.10 000 Polek rocznie, stawia pod znakiem zapytania dotychczasowe działania w zakresie zapobiegania tym zjawiskom jak również aktywność organizacji feministycznych.
Czy ratyfikacja Konwencji Rady Europy o zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, przyjęta w Stambule w 2011 r. naprawdę wpłynie na zmianę mentalności brzydszej połowy ludzkości i poprawi relacje pomiędzy obu płciami? Czas pokaże.
Leszek Stundis
*Domina - łac. pani, władczyni, ale i gospodyni domu czy kochanka