Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1336
Ab alio expectes, alteri quod feceris*
Seneka Młodszy
Prof. Janusz Sztumski, socjolog i myśliciel uważa, że będąc istotą myślącą, zdolną do przekształcania świata wedle swoich zdolności i możliwości, człowiek nie może się obyć bez wartościowania, a tym samym bez pojęcia wartości. Muszą one jednak być skorelowane z cywilizacyjnym rozwojem, co nie jest jednak immanencją kultury Zachodu uzurpującej sobie miano wiodącej i z wielu względów modelowej dla wszystkich pozostałych cywilizacji na Ziemi. Dziś i w przeszłości.
Jednocześnie obserwuje się chęć ludzi Zachodu do ucieczki, do zapomnienia czy zminimalizowania swej tragicznej roli w historii świata. Kolonialnej, krucjatowej, imperialistycznej w epoce rozpoczętej wyprawami krzyżowymi, rekonkwistą i odkryciem Ameryki przez Krzysztofa Kolumba. Także udziału nie tylko intelektualnego, ideowego, kulturowego ale i politycznego w rozwoju faszyzmu i nazizmu. Gdyż to określone praktyki kolonialne na pozaeuropejskich teatrach działań, narracja i głoszone publicznie idee przez cały XIX wiek przygotowywały dramat Holocaustu w Europie.
Problem „ostatecznego rozwiązania” dojrzewał długo w głowach Europejczyków i dopiero najbardziej cywilizowany, rozwinięty technologicznie i kulturowo naród jakim byli (i są) na Starym Kontynencie Niemcy potrafił wdrożyć te metody i formy in situ. I Europejczycy się przerazili mimo, iż od dekad podobne lub tożsame metody stosowano w koloniach wobec tamtejszych, nieeuropejskich autochtonów. Na kanwie ostatnich wydarzeń po śmierci Georga Floyda jakie wstrząsnęły Zachodem widać to doskonale.
To wiąże się z tym, co uczyniono tym Innym, nie zachodnim kulturom, cywilizacjom, a przede wszystkim populacjom je tworzącym. Dlatego – w imię spokoju sumienia, tzw. praw człowieka, które dziś są sztandarem „europejskości” - „Europejczycy chcieliby uciec od własnej historii, owej wielkiej historii pisanej krwią. Jednak inne ludy, liczone w setkach milionów, po raz pierwszy się z własną historią konfrontują, albo do niej wracają” – pisze w książce Brzemię odpowiedzialności amerykańsko-brytyjski historyk, prof. Tony Judt. Te ludy chcą równouprawnienia, choćby symbolicznie, choćby właśnie w imię owych praw człowieka, bo ich współczesna mizeria gospodarcza, gigantyczne problemy społeczne a przede wszystkim – bieda rzesz ich obywateli, są echem wielkiej historii „białego człowieka” euroatlantyckiego chowu.
Kolonializm i rasizm
Kolonializm jest nieodłącznie sprzężony z rasizmem i wszelkimi jego hybrydami. Mówił m.in. na ten temat w swej słynnej mowie w siedzibie UNESCO Claude Levi-Strauss (p. Zeszyty Etnologii Wrocławskiej 2011/1-2). Bez rasizmu nie byłoby kolonializmu. I na odwrót. Kolonializm XIX i XX- wieczny były efektem rozpoczętych procesów społecznych – wraz z I wyprawą krzyżową. Podbojom, eksploatacji, zyskom nadawano tylko różne uzasadnienia: od religijnych, typowo mitycznych, przez rasowe, kulturowe i cywilizacyjne. W dzisiejszych czasach sięga się po uzasadnienia humanitarne – interwencja humanitarna czy uniwersalistyczne (w imię demokracji, wolności, praw człowieka). Efekty są zazwyczaj mizerne - np. interwencja USA i ich koalicjantów w Afganistanie trwa już prawie 20 lat, nie mówiąc o Iraku, Libii, Syrii czy wcześniej Somalii.
Jednak zderzenie rzeczywistości politycznej, rynku wraz z kryjącym się za nim mega kapitałem oraz medialnej klaki na temat profanowanych na różne sposoby praw człowieka jest dramatyczne. Uniwersalność praw człowieka jest w innych kulturach podważana. Właśnie z racji historii i manipulacji z uzasadnianiem współczesnych interwencji, de facto będących nową formą kolonializmu i zniewolenia. „Amerykanie nie mają wyrzutów sumienia, gdy koncerny naftowe wypłacają władcom feudalnym miliony dolarów, wspierając ich nikczemne reżimy, ale czuliby się źle, gdyby ich wpływy, albo ich pieniądze przydały się mieszkańcom Afryki Północnej (frankofonom i muzułmanom) przy tworzeniu wspólnoty formowanej w duchu zachodniej cywilizacji” (Tony Judt).
W całej tej narracji mówiącej o postdemokracji, postprawdzie, postmodernizmie, człowiek staje się postobywatelem, kultura zachodnia – post-Zachodem, a swoboda wyrażania myśli i przekonań - postwolnością. Stempel „post” niweluje wszystko, co do tej pory miało jakiekolwiek znaczenie, jakąkolwiek wartość. Zostają tylko zyski, dochody mega korporacji i rekinów finansjery.
Jak to się stało?
John Pilger, australijski dziennikarz, dokumentalista i pisarz współpracujący z renomowanymi periodykami na różnych kontynentach zauważa (Exignorant's Blog, 11.07.2014), iż „kiedy zaawansowane społeczeństwa stają się odpolitycznione, zmiany są w równej mierze subtelne i spektakularne. W codziennym dyskursie język polityczny zostaje postawiony na głowie, zgodnie z przepowiednią Orwella w Roku 1984. Demokracja uchodzi obecnie za instrument retoryczny. Pokój jest wieczną wojną, globalny oznacza imperialistyczny, a niegdyś pełne nadziei pojęcie reformy teraz jest synonimem regresu - nawet destrukcji. Oszczędności są narzuceniem ekstremalnego kapitalizmu biednym oraz podarowaniem socjalizmu bogatym: pomysłowy system, w którym większość obsługuje zadłużenie mniejszości”.
Zasadniczymi wydarzeniami w historii, które wpłynęły na współczesną kulturę i świadomość ludzi Starego Kontynentu na sposób postrzegania świata i człowieka, były: Renesans, Reformacja, Oświecenie, Rewolucja Francuska i Rewolucja Październikowa. Ten optymizm i wiara w człowieka jako „miary wszechrzeczy” załamały się w XX wieku po dwóch wojnach światowych, toczonych głównie w Europie. Choć gdy patrzymy na dzieje epoki kolonialnej i jej wynaturzenia, możemy zadawać pytania: jak to się stało, jak to się ma do ideałów i kanonów Oświecenia? Osoby Thomasa Jeffersona, Victora Hughesa czy Jacquesa Billaud-Varenne’a są tego najlepszym (a może diabolicznym) przykładem.
W wyniku tych dwóch wojen światowych zostało zabitych dziesiątki milionów ludzi. I to nie faszyzm czy demonizowany dziś komunizm są źródłem tych zawodów, pesymizmu czy kryzysu tzw. wartości europejskich. Bo i faszyzm, i komunizm są produktami na wskroś europejskimi. Masowość ofiar tego stulecia (podobnie jak ofiary epoki kolonialnej o których skwapliwie się milczy lub mówi półgębkiem) jest wpisana w europejskość i jej historię.
Mimo tych traumatycznych doświadczeń, wspartych informacjami o tym, co wyczyniano na terenach podbitych przez europejskie imperia kolonialne i w okresie handlu niewolnikami, „ludzie Zachodu, w tym Europejczycy, są w istocie znacznie bardziej przekonani o swej cywilizacyjnej wyższości, niż dają temu wyraz, zwłaszcza publicznie” (Krzysztof Pomian, Europa i jej narody). W tym mniemaniu wyrastał w latach 20-tych ub. wieku w całej Europie faszyzm, z którego urodziło się potem jego najtrwalsze jądro – niemiecki nazizm. To dziś widać wyraźnie, zwłaszcza po obaleniu Muru Berlińskiego i triumfalizmu, jaki ogarnął po tym fakcie cywilizację i kulturę Zachodu.
Leopold II (w Kongu), von Trotha (w Namibii) i Churchill (pod Omdurmanem czy w Bengalu), krzyżowcy na Bliskim Wschodzie, a także Pizzaro (w Peru) czy Cortez (w Meksyku), koloniści i awanturnicy zdobywający dla Stanów Zjednoczonych Dziki Zachód Ameryki Płn. i dziesiątki, setki miejsc kolonizowanych dla powiększania dobrobytu Starej Europy (i jej klonu, jakim stały się Stany Zjednoczone Ameryki Północnej) przygotowywało na świecie to, co dotknęło Europę dopiero w XX wieku: wojnę, masową śmierć, ludobójstwo, często w przemysłowym wymiarze. Tak jak na taśmie u Forda produkowano popularne samochody, tak i na frontach obu wojen masowo ludzie szli do ataków czy siedzieli w okopach, ginąc od śmiercionośnej broni. A np. rasizm, wpierw zastosowany masowo podczas epoki kolonialnej w Afryce i Azji wobec autochtonów, stał się podglebiem dla zbudowania i zastosowania tego samego przez nazistów wobec Słowian, Żydów, Romów. Po prostu karma zbrodni, przemocy, agresji dokonywanych przez cywilizowanych Europejczyków wobec innych mieszkańców globu przez stulecia wróciła bumerangiem hekatomby obu wojen światowych.
Ofensywa konserwy
Zjawiskiem groźnym, niebezpiecznym, jakie zwraca uwagę w dzisiejszym świecie jest religijny fundamentalizm. Nawrót po dekadach laicyzacji ku religii jest efektem zniszczenia sekularnych, socjalistycznych projektów, jakie wyzwalające się z kolonializmu kraje próbowały wprowadzić do postkolonialnej egzystencji. Dziś jest to głównie islam -najbardziej prężne i rosnące liczbowo wyznanie globalne. Jest to odpowiedź na nowe, już w wersji postkolonialnego bytu państwowego, uzależnienie od dawnych metropolii. Nie ma nadziei, nie ma utopii, wracamy do dawnych wierzeń i kultów.
Jest to jednak problem znacznie szerszy, wykraczający poza ramy metropolia – kolonia (czy półkolonia w rzeczywistości postkolonialnej). On tkwi także w samej kulturze Zachodu, gdzie obserwuje się od kilku dekad, na kanwie zafascynowania ideami neoliberalnymi i konserwatywnymi, powrót do tradycjonalizmu, zachowawczości, imperializmu i protekcjonizmu (mimo haseł o globalizacji i multikulturalizmie). Kryzys imigracyjny czy pandemia koronawirusa (i towarzyszące im zachowania czy postawy społeczne) są kolejnymi elementami potwierdzającymi te tendencje pogłębiające się od lat.
Zachowując się jak rycerze krzyżowi, nietolerancyjnie, wrogo wobec wolności i wybiórczo traktując pojęcie demokracji, mimo woli wywołano wilka z lasu we własnym domu. Teraz dorobek Oświecenia - postęp, rozwój, otwartość są atakowane z dwóch stron – od wewnątrz i z zewnątrz. Ofensywa wszelkiej konserwy jest o tyle niebezpieczna, że elity są wyalienowane ze społeczności lokalnych, narodów czy innych większych grup społecznych. Poczuwają się raczej do ponadnarodowych, ponadklasowych, ponadrasowych czy ponadkonfesyjnych więzi korporacyjnych czy klanowych. To, iż po swej stronie mają media, o niczym jeszcze nie świadczy i nic nie znaczy. Bo przeciwnik też okopał się na tych samych pozycjach.
Dżihad, walcząc z McŚwiatem (p. Benjamin Barber, Dżihad kontra McŚwiat), posługuje się skutecznymi metodami utożsamianymi do tej pory jednoznacznie z nowoczesnością. I dlatego to jest podwójnie niebezpieczne. A krucjata jest jedną (i nieodłączną) z form prozelityzmu czy apostolstwa immanentnych chrześcijaństwu, islamowi czy hinduizmowi. To połączenie walki i wiary religijnej: cnót rycerskich, męskich i sił witalnych z bogobojnością, idealizmem, potrzebą transcendencji i poddaństwem.
Rewitalizacja wierzeń religijnych, wzrost liczby ortodoksyjnych adherentów i fanatycznych wyznawców grozi – przy równoczesnym postponowaniu wszystkiego co nowoczesne, czy neutralne światopoglądowo – powrotem krucjat, ostracyzmu wobec Innego czy aktami przemocy w stosunku do niewiernych, bądź inaczej myślących, wyznających inne idee i wartości. Zwłaszcza, gdy do tego dochodzi wszechobecny uwiąd racji rozumu i deprecjacja empirii w stosunku do mistyki, ezoteryki, okultyzmu, osjanizmu czy zwykłego transcendentalnego szaleństwa. Tak postkolonialnym, imperialnym i paternalistyczno-dogmatycznym postępowaniem Zachód „wywołał” recydywę sił wrogich ideom, które sam chciał eksportować, uznając w swym egocentryzmie i egotyzmie za szczyt, za clou rozwoju ludzkości.
Pomysły kolonizacji świata na nowo
Jednak samo zjawisko fundamentalizmu jest bardziej ideologią niż religijnym fenomenem, a tak go właśnie zakodowano w mentalności przeciętnego Europejczyka w wyniku manipulacji prasowych i medialnych sztuczek: polityki i celów kapitału zachodniego, który dziś w wersji globalistyczno-neoliberalnej realizuje stare, zwietrzałe zdawałoby się, pomysły kolonizacji świata na nowo. Jasno spersonifikowany wróg jest bowiem w takiej opcji najlepszym sojusznikiem w odwróceniu uwagi społecznej od zasadniczych zamiarów i dążeń możnych tego świata, którzy często swymi działaniami w niedalekiej jeszcze przeszłości sami przyczyniali się do rozwoju tak fundamentalizmu o podłożu religijnym jak i związanego na tej bazie islamistycznego terroryzmu. Okazali się uczniami czarnoksiężnika, tak jak mudżahedini z Afganistanu podczas wojny z ZSRR, islamiści od Izetbegovicia w Bośni, UCK w Kosowie czy al-Kaida w Syrii czy Iraku. O Libii i otwarciu masowego, niekontrolowanego eksportu broni do Azawadu i innych afrykańskich krajów leżących na południe od Sahary nie wspominając.
Islam w opcji powszechnej beznadziei, biedy i przeraźliwej nędzy, upodlenia, braku perspektyw dla jednostek i zbiorowości, masowej śmierci z głodu i pragnienia, chorób i braku higieny oraz wszechogarniającej korupcji lokalnych elit „proponuje alternatywny światopogląd, który ma być odpowiedzią na kryzys wartości w cywilizacji Zachodu” (Basam Tibi, Fundamentalizm religijny).
Islam jest w swej doktrynie wobec kolonializmu, sprzęgniętego z nim rasizmu, wyzysku słabszych i wykluczaniu tych Innych (ale nie swoich - to swoista rynkowa i kapitalistyczna plemienność), nie dopuszczonych do koryt postępu, rozwoju i braku kapitału ideą rewolucyjną. W swej ortodoksyjnej wersji proponuje bowiem zniesienie określonych, na zachodnią modłę, stosunków społecznych.
Doskonale ten problem pokazują prace takich teoretyków islamizmu jak Sayyid Qutb, Syed Abul'Ala Maudoodi czy Hasan al-Banna. Dlatego też wzrost znaczenia ilościowego i jakościowego różnych ugrupowań islamistycznych poczynając od lat 70. XX wieku można także wiązać z działaniami specjalnych służb państw Zachodu (oraz Izraela) jako antidotum na ową rewolucyjność islamu w kwestiach społecznych i antykolonialnych. Zwłaszcza, iż gdy przyjrzy się ofiarom terroru islamistycznego, to gros ofiar stanowią właśnie muzułmanie różnych denominacji, w różnych częściach świata.
I jeszcze jeden aspekt domniemanej wyższości Zachodu nad resztą świata i przekonania, iż wszyscy muszą, mają obowiązek, przyjąć rozwiązania uznawane przez Zachód za uniwersalne, będące clou rozwoju kultury i cywilizacji ludzkości. Tylko Zachód, konkretnie europejski klon polityczno-kulturowy – Stany Zjednoczone Ameryki Płn. – użył atomu (Hiroszima i Nagasaki). I abstrahuję tu od militarnej konieczności użycia tej śmiercionośnej broni wobec bezbronnej ludności. Nie na polu walki przeciwko żołnierzom, a wobec cywilów. Chodziło o jawną demonstrację swej siły w poczuciu bezkarności (USA były w tym momencie jedynym posiadaczem bomby atomowej na Ziemi).
I kolejny kwiatek z tego podwórka: Zachód praktykował podczas II wojny światowej dywanowe naloty na niemieckie miasta, burząc je w totalny, metodyczny sposób, zabijając tym samym setki tysięcy ludzi, powodując gigantyczne pożary z racji zrzucania bomb fosforowych (tzw. burza ogniowa niszcząca całe miasta nie tylko jego bombardowaną część) itd. I znów asymetria komentarzy, wybiórczość i selektywność wobec najszerzej pojmowanego Wschodu - obecnie pokazuje się palcem Armię Czerwoną, jednego z członków koalicji antyhitlerowskiej, że wchodząc na tereny dawnej III Rzeszy gwałciła kobiety, niszczyła niemiecką substancję materialną, obracała w perzynę miasta. Bombardowania Drezna, Hamburga, Kolonii czy Bochum są tłumaczone „zemstą” i „zastraszeniem przeciwnika” poprzez dezorganizację społeczeństwa niemieckiego i jego przemysłu. Zaś sytuację z frontu wschodniego się piętnuje, pokazując wschodnie bestialstwo i komunistyczne zezwierzęcenie.
W ostatnich dwóch dekadach Zachód użył, po raz kolejny, broni masowego rażenia podczas swych licznych interwencji w imię demokracji, wolności i absolutystycznie pojmowanych tzw. wartości Zachodu. To zrzucenie bomb ze zubożonym uranem podczas interwencji w Iraku i podczas bombardowań Serbii w czasie konfliktu o Kosowo. Iracka Faludża i serbski Nisz są tego niemymi, tragicznymi świadkami – świadectwem przekonania o wyższości wartości niesionych przez Zachód wobec reszty świata.
Władza w ręce kapitału
Kolejny przykład, tym razem mentalnego imperializmu Zachodu i paternalizmu, (który temu zjawisku zawsze towarzyszy), to współczesna Unia Europejska, rozrośnięta do rozmiarów niesterowalnego i niedookreślonego molocha, lewiatana, mitycznego krakena. Stało się tak po upadku Muru Berlińskiego i rozszerzenia jej na wschód bez jakiejkolwiek refleksji co za tym ma iść w przestrzeni organizacyjno-kulturowej, jak ma ona funkcjonować.
Z wzniosłych haseł o wartościach i kulturze został tylko neoliberalny, bankowo-finansowy łabędzi śpiew o pieniądzach, zyskach, lokatach, dobrostanie banków i agencji finansowych oraz tzw. austerity. Polska weszła do Unii rządzonej już przez zbuntowane pokolenie 1968 r., wnuków ojców założycieli, stosujących taktykę długiego marszu przekształcania UE poprzez tworzenie kolejnych instytucji. Ci ludzie patrzyli na świat przez pryzmat czegoś, co nazywali – błędnie zresztą - filozofią marksizmu kulturowego, terminu zapożyczonego od tzw. nowej lewicy. Czyli tworu neoliberalnego, przykrytego niby-lewicową retoryką i przypudrowanego niby-lewicowymi rozwiązaniami. Najlepszym tego symbolem jest powiedzenie b. kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera, że nie ma ekonomii kapitalistycznej, bądź socjalistycznej. Jest tylko ekonomia dobra lub zła (oczywiście w podtekście brzmi myśl, iż tę dobrą ekonomię utożsamiać można wyłącznie z kapitalistycznymi rozwiązaniami).
Według nowej lewicy klasyczny rewolucyjny marksizm kompletnie się nie sprawdził. Ekonomicznie komunizm zawiódł, także w wymiarze teoretycznym, naukowym. Na Zachodzie kapitalizm stworzył masy nie rewolucyjnych robotników, ale konsumentów, którzy mieli mieć w nosie pomysły obalenia społeczeństwa burżuazyjnego. Lecz liberalizm w klasycznym wydaniu (a w zasadzie neoliberalizm) wtedy właściwie już dogorywał. Nie był co prawda odpowiedzialny za totalitaryzmy i ich zbrodnie XX wieku – te powstały w kontrze do niego – ale do nich dopuścił. Sponsorował. Kopulował z nimi wedle kanonu „zysk przede wszystkim”. To go skompromitowało. Bo faszyzm i komunizm są odpowiedzią, alternatywą na zwyrodnienia immanentne demokracji liberalnej i kryzysy, w jakie ten system periodycznie popada, tworząc zastępy wykluczonych, biednych, zgnojonych i wyrzuconych na śmietnik historii ludzi. „Ludzi na przemiał” – jak ich określał Zygmunt Bauman.
Znana belgijska feministka i myślicielka Chantal Mouffe powiedziała w 1990 r., że po wyzwoleniu z komunizmu mamy teraz do wykonania gigantyczną pracę nad społeczeństwami Europy Środkowo-Wschodniej, które należy wyzwolić z opresji państwa narodowego, religii, rodziny i innych tradycyjnych struktur. Czy więc stać się mamy wyłącznie konsumentami, tylko wybierać w zależności od indywidualnie zdefiniowanych potrzeb, gustów i mniemań? Emancypacja prawa oznacza, że skoro uznaliśmy prawa człowieka, to prędzej czy później relacje międzyludzkie będą się opierały wyłącznie na nich. Także i prawo stanowione.
Konsekwencją – stojącą de facto w sprzeczności z tak rozumianym pojęciem praw człowieka jako universum - postępującej emancypacji jednostki jest to, że nie ma uniwersalnej i obiektywnej moralności, lecz jedynie subiektywne systemy wartości. Bo wszystko sprowadzać się ma do subiektywnego wyboru. Cóż więc pozostaje dla polityki? Jej zadaniem może więc pozostać jedynie administrowanie tymi sferami i balansowanie pomiędzy tymi sprzecznościami. Resztę oddaje się w ręce kapitału i niczym nie ograniczonych sił rynku, będących tak naprawdę jego mackami i narzędziami do pomnażania zysków. Sił autorytarnych, bezwzględnych, egoistycznych, za nic mających empatię, współczucie, dobro wspólne i kolektywną pracę oraz sukcesy uzyskane z jej efektów. Takie spojrzenie na świat, rzeczywistość i człowieka prowadzi do jednowymiarowości oraz zawężenia naszego bytu do jednej sfery i jednego wymiaru. Zarówno w spojrzeniu na doczesność jak i tzw. sferę duchowości, mentalność, świadomość.
Kanonicznie ujął to wpływowy myśliciel ze szkoły frankfurckiej Theodor Adorno, definiując patologiczny system kultury konserwatywnej, związanej zawsze z hierarchicznością, jako efekt metod wychowawczych opartych na surowej dyscyplinie, karach za niepożądane zachowania i niezmiennym autorytecie. Tego typu metody i klimat w kulturze prowadzą do silnych postaw antyspołecznych względem różnych grup mniejszościowych i wysokiego poziomu poczucia zagrożenia z ich strony. Jednostka, przejawiając autorytarną agresję, przemieszcza poczucie krzywdy z rodziców, z najbliższego środowiska na grupy mniejszościowe.
Otwarta agresywna reakcja skierowana przeciwko powszechnym autorytetom odmiennym od naszego światopoglądu i doświadczenia kulturowego wiąże się bowiem z negatywnymi konsekwencjami różnego wymiaru. Np. przemieszczenie agresji na Innych pozwala takiej jednostce eksponować swoje tłumione uczucia bez zwiększania poziomu zagrożenia. Hegemoniczna narracja europejska pozostająca jak u Adorno „hierarchiczną” i paternalistyczną wobec poza zachodniego świata stała się etnocentryczną, monocentryczną, pełną uproszczeń i autorytaryzmu hybrydą Oświecenia.
Racjonalizm oświeceniowy bazował w swej istocie i immanencji na poszukiwaniu wolności, sprawiedliwości i równości. I to grunt kultury politycznej, jakim szczyciła się Europa, a także Bruksela – siedlisko polityków „znikąd” i takich samych urzędników (de facto nie podlegający demokratycznym procesom technokraci i odarci nawet ze szczypty utopii humanizmu cyborgi) - uosabiająca Unię Europejską jako clou tego związku, asocjacji, konglomeratu państw, społeczeństw, zbiorowości, grup społecznych itd.
Ta Unia w 2004 roku, powiększona o wiele krajów z byłego „Ost bloku”, dokonała tego wyłącznie w przestrzeni gospodarczo-ekonomicznej i jurydycznej. Zakładając naiwnie i irracjonalnie, iż tak jak w społecznościach dawnego Zachodu, podlegających od wieków innym procesom i posiadającym diametralnie różne doświadczenia społeczno-historyczne, to wystarczy do scalenia, do zbalansowania się wzajemnego, tych dwóch zasadniczo różnych kulturowo części Starego Kontynentu. Te antynomie (przede wszystkim w kulturze) w miarę dobrze określa i opisuje – co prawda w retoryce teologiczno religijnej więc nie do końca - encyklika Jana Pawła II Slavorum Apostoli.
Ukryte wyrachowanie
Społeczeństwa krajów „Ost bloku” wchodzące do Unii Europejskiej en masse w 2004 (i później) w klimacie euforii, nadziei, zauroczenia i wniebowzięcia nie widziały, a może nie chciały wiedzieć, że idealizowana Unia nie istnieje. Tę naiwność i irracjonalizm najlepiej opisuje myśl bułgarskiego politologa i współpracownika Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu Iwana Krastewa, mówiąca, iż społeczeństwa krajów postkomunistycznych wchodzących do Unii Europejskiej przyłączały się do czegoś, czego już nie było. Wirus neoliberalizmu, amerykanizacji, od dawna toczył ten twór, ale po upadku Muru Berlińskiego niesłychanie przyśpieszył i w początkach XXI wieku był niesłychanie zawansowany. A państwa byłego RWPG (oraz kraje postjugosławiańskie) nie zamierzały absolutnie niczego nowego wnosić do tej wspólnoty. Zwłaszcza w kontekście wspólnotowości, kolektywności i rozwiązań socjalnych grupowych.
„Przepaść między pięknym deklaracjami a rzeczywistością nigdy nie była tak żyznym podłożem dla nienawiści jak w chwili obecnej” (Jean Ziegler, Nienawiść do Zachodu). Ludzie stali się konsumentami, nie obywatelami, nie osobami, nie racjonalnymi i krytycznymi jednostkami, a marionetkami w rękach reklamy i mediów - pozostających na smyczy kapitału – żyjącymi tylko by konsumować, jak najwięcej żreć i pławić się w tym cywilizacyjnym sybarytyzmie (jak w filmie Marco Ferreriego „Wielkie żarcie”).
Tak, wszystkie cywilizacje dokonywały w dziejach masowych rzezi podbijając nowe terytoria, ale nikt tego nie uzasadniał wyższością kulturową, rasową, religijną w taki sposób jak dokonali tego Europejczycy. Nikt do tego haniebnego procederu – jak np. eugenika czy rasizm – nie zaprzągł nauki, bądź kultury chwalącej wyższość rasy białej nad resztą świata. Tak jak np. ludzkie ZOO w Brukseli jeszcze w latach 50- i 60-tych XX wieku, gdzie w klatkach niczym zwierzęta pokazywano Pigmejów z Konga, belgijskiej kolonii. W Brukseli, stolicy Europy, stoi do dziś pomnik największego rzeźnika – do niedawna reklamowanego jako reprezentanta „europejskości” i kultury Starego Kontynentu – króla Belgów Leopolda II. A jeszcze w 60-,70-tych latach ub. wieku odbierano przymusowo dzieci Inuitom, Indianom i Aborygenom w Kanadzie czy w Australii – tych klonów pokolonialnych europejskiej cywilizacji – w celu ich europeizowania.
Radosław S. Czarnecki
*co zrobisz drugiemu, oczekuj od niego
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 251
Starcie między tym, co globalne a lokalne towarzyszy zmianom zwanym powszechnie sformatowaniem na nowo świata w XXI w. To droga do świata wielobiegunowego, pluralistycznego, bez jakiejkolwiek hegemonii centrum, ośrodka dyspozycyjnego czy sztabu. Ono odbywa się również w ramach tak zdawałoby się konserwatywnej i odpornej na impulsy z zewnątrz struktury, jaką jest Kościół katolicki z kurią rzymską i papieżem na czele.
Należy przypomnieć, że napięcie istnieje również między tym co globalne, a tym co lokalne. Należy zwrócić uwagę na wymiar globalny, aby nie ulec pokusie wąskiego lokalnego spojrzenia.
Franciszek I (encyklika Fratelli Tutti)
Pontyfikat Franciszka I zapowiadany i oczekiwany jako przełomowy po latach konserwy z czasów Jana Pawła II i Benedykta XVI ugrzązł w watykańsko-kościelnych ostępach tradycjonalizmu i skostnienia. Młyny kurialne znad Tybru, a także cała struktura Kościoła (globalnej korporacji ”bezżennych mężczyzn” jak ktoś kiedyś go celnie określił), mielą powoli, obracając nawet najsłuszniejsze i progresywne zamiary w stęchliznę i spróchnienie utylitarnie rozumianej tradycji.
Synod biskupów, jaki odbył się w dn. 2-27.10.2024 w Watykanie miał dać impuls dla zmian, jakie na początku swego pontyfikatu zapowiadał papież Franciszek. Kard. Jose M. Bergoglio (panujący od 2013 r.) 17.12.2024 skończył 88 lat. Jest po Leonie XIII (zmarł w 1903 r. mając 93 lata) najstarszym w historii panującym papieżem.
Nie jest tajemnicą, że zamierza pójść drogą swego poprzednika, ustępując z racji wieku i stanu zdrowia ze stanowiska. Synod był więc niejako jego testamentem i przygotowaniem Kościoła (w Polsce nie jest to absolutnie widoczne) do nowego, nadchodzącego świata, gdzie hegemonii Zachodu (czy szerzej mówiąc – dominacji kultury „białego człowieka”) już nie będzie. Jego pochodzenie i wybór, Ameryka Łacińska (Argentyna), jest symbolem deeuropeizacji światowego Episkopatu, a tym samym i struktury Kościoła.
Warto dodać, że przed Franciszkiem, ostatnim o nieeuropejskim pochodzeniu papieżem, był wywodzący się z terenów dzisiejszej Syrii Grzegorz III (731-741).
Centralizm czy kolegialność?
Dwukrotnie po 2013 r. nominaci Wojtyły i Ratzingera w kolegium kardynalskim i episkopacie światowym próbowali zmusić Franciszka do abdykacji. Tak w znakomitym eseju Samotny wśród wilków stwierdził topowy watykanista Marco Politi. Główni przeciwnicy linii Argentyńczyka to kardynałowie kojarzeni z konserwatywną, mocno zachowawczą, w stylu dawnego papocezaryzmu i zamordyzmu w stylu epoki Piusów (czy Jana Pawła II) to Niemcy: Meissner i Brandmüller, Holender Eijk, Amerykanin Burke, Peruwiańczyk Cipriani czy pochodzący z Gwinei, Sarah.
Zasadniczym i najważniejszym (z punktu widzenia rzymskiej kurii i globalnego episkopatu) problemem związanym z wszelkimi próbami reform w Kościele jest kwestia centralizmu, który zdaniem Franciszka ma być zastąpiony zasadą kolegialności. Naczelnym działaniem papieża w tej mierze jest chęć zerwania z arystokratycznym, na wpół feudalnym klimatem i sposobem funkcjonowania kurii rzymskiej oraz układów w światowym Episkopacie. Takie nieśmiało nakreślone ramy znalazły się już w podstawowych dokumentach Soboru Watykańskiego II, lecz zanegował je długi, bo ponad 25-letni, pontyfikat papieża z Polski.
Jest to wizja związana z terminami „Kościoła ubogiego” i „znaków czasu” (Jan XXII), będących odpowiedziami na postępujący pluralizm świata, który jest widoczny, z różnym skutkiem i efektami, od końca II wojny światowej i lat dekolonizacji. Obecnie wielobiegunowość związana z postępującymi wielosektorowymi zmianami geopolitycznymi, słabnięciem znaczenia kolektywnego Zachodu jako globalnego hegemona, formatowaniem świata w oparciu o nowe technologie i postępującą rewolucję w sferach komunikacji interpersonalnych jest priorytetem dla wszystkich sił chcących mieć jakiekolwiek znaczenie w planetarnym, nowym rozdaniu. Szkoda, że polska elita i mainstream tego nie chcą (a może nie potrafią) zauważyć i wyciągać stąd stosownych wniosków. A Kościół i znakomita watykańska dyplomacja musi to uwzględniać, jeśli chce pozostać „w grze” światowych potęg (obecnych i przyszłych). Oczywiście, działa ona wedle wielowiekowych doświadczeń, klasycznych dla dyplomacji zasad, bez zbędnych, niekontrolowanych, emocjonalnych i doraźnie wynikających, okoliczności.
Centralizm jest rozumiany w Kościele jako absolutyzm papieża i biskupów, będąc hierarchiczną zasadą na podobieństwo feudalnych królestw. Są oni niczym udzielni władcy skupiający w swych rękach władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Nie podlegają jakiejkolwiek kontroli spoza swego grona. Obowiązkiem wiernych jest słuchać, modlić się i wykonywać bez wahania decyzje „purpuratów”. Jak to określił przed 1500 laty św. Benedykt z Nursji – ora et labora (módl się i pracuj): czyli pokora, zgoda na stosunki społeczne, w jakich wierny bytuje, admiracja zadekretowanych autorytetów. Tę dewizę, doskonale wpisującą się w kulturę kształtowaną przez chrześcijaństwo od wczesnego Średniowiecza, wykorzystuje „kapitał” (neoliberalizm pokazuje to w szczególności) dla nowoczesnej wersji podporządkowania i sprawowania swej władzy.
I to właśnie - jak ma być zorganizowana hierarchia w Kościele, jego struktura i formy funkcjonowania, a nie powszechnie podnoszone przez media kontrowersje wobec pedofilii, współpraca w tej mierze Kościoła i państwowych organów ścigania, dopuszczenie małżeństw jednopłciowych i osób rozwiedzionych do uczestnictwa w mszach oraz zaprzestanie ich piętnowania, spory wokół gender i kultury woke, kapłaństwa kobiet, etyki seksualnej itd. - są zasadniczą płaszczyzną konfliktu w łonie Kościoła. Jak zawsze, chodzi bowiem o realną władzę i wpływy. Zwolennicy tradycjonalizmu (traktowani jako konserwatyści podnoszący problem ewentualnych schizm i rozłamów w Kościele) próbują ratować obowiązującą wertykalną strukturę Kościoła i nie dopuścić do uszczuplenia praw tych, którzy zawsze w Kościele nadawali ton. Dlatego Franciszek ściągnął w międzyczasie z agendy synodu kilka gorących zagadnień. Przede wszystkim chodzi o kwestię święceń kapłańskich dla kobiet i celibat duchownych. Są to postulaty stanowiące kluczowe zagadnienia dla najbardziej otwartych, progresywnych środowisk w kościołach lokalnych: USA, Niemcy czy Austria.
Nawet zgoda na przyznanie kobietom niższych święceń kapłańskich, czyli diakonatu, okazała się dla konserwatystów kościelnych krokiem zbyt radykalnym. I papież się musiał ugiąć przed tymi, mającymi oparcie w tradycji i teologii, ponadnarodowymi środowiskami. Jeszcze przed rozpoczęciem synodu, w wypowiedzi dla mediów, scharakteryzował ów problem generał benedyktynów Jeremias Schröeder, mówiąc: „Nie sądzę, byśmy na synodzie otrzymali konkretne odpowiedzi na wyzwania naszych czasów. Co najwyżej synod zmieni styl debaty”. I to dlatego podczas obrad synodu protestowały w Rzymie i Watykanie kobiety z Catholic Women’s Council, sieci stowarzyszeń katoliczek upominających się o godniejsze miejsce w Kościele, w tym grupa z Polski.
Jednak w przedmiocie osłabienia rzymskiego centralizmu i zastąpienia go zasadą kolegialności papież jeszcze, jak się wydaje, nie poległ. Postawił to zagadnienie na innej płaszczyźnie, niż dotychczasowe spory: debata i zmiany mają się teraz odbywać w sferze zwiększenia transparentności podczas podejmowania decyzji istotnych dla Kościołów lokalnych. Tak, by głosy laikatu, zwłaszcza kobiet, były jasno artykułowane w dokumentach. Jest to drobny, ale znaczący, krok w poszerzaniu kolegialności.
Polityka personalna
Kolejnym krokiem papieża przygotowującym Kościół do „życia po Franciszku” są nominacje kardynalskie, mające bezpośredni wpływ na wybór jego następcy. W grudniu ub. roku Franciszek mianował 21 nowych kardynałów (w większości spoza Europy). Nominacje te, tak jak i poprzednie, wskazują, iż rozpoczęło się już następne konklawe, będące bojem o Kościół według jego wizji. O Kościół przyszłości w wielobiegunowym, rozproszonym, ale i chaotycznym świecie. I tu można mówić o sukcesie Franciszka, gdyż te nominacje kardynalskie zmienią oblicze kolegium, spowodują odejście Kościoła od arystokratycznej i mocno konserwatywnej, niemalże feudalnej, struktury zakonserwowanej latami pontyfikatów Jana Pawła II i Benedykta XVI. Purpurę bowiem Franciszek przyznawał przede wszystkim duchownym „wrażliwym społecznie” (tak te nominacje można ogólnie scharakteryzować).
Franciszek przełamał również kanon, że o wyborze papieża ma decydować 120 kardynałów elektorów (obecnie będzie ich 141, w większości to jego nominaci). W rankingu papa bile, czyli potencjalnych następców Franciszka (firmy bukmacherskie przyjmują już w tej mierze zakłady), zyskuje patriarcha Jerozolimy, franciszkanin kard. Pierbattista Pizzaballa. Z racji konfliktu w Palestynie, złożoności problematyki wyznaniowej w tym regionie, rosnącej agresywności Izraela nie tylko militarnej, ale i w sferze religijnego dyktatu żydowskich ortodoksów, ewentualny sukces katolickiego patriarchy Jerozolimy (a to jedna z najstarszych tzw. patriarchalnych stolic chrześcijaństwa obok Rzymu, Antiochii, Aleksandrii, a od IV w. n.e. Konstantynopola) byłby więcej niż znamienny. Także z racji upadku rządów Assada w Syrii i chaosu, jaki może na lata tam zapanować, byłby to kluczowy wybór w dyplomatycznych zabiegach o stabilizację w tym regionie.
Pizzaballa to Włoch związany z Palestyną od ponad 25 lat, mający doskonałe kontakty ze wszystkimi silami politycznymi w regionie, określany jako duchowny otwarty na inne wyznania, z dobrym przygotowaniem dyplomatycznym, przychylny decentralizacji Kościoła (w stylu wschodnio-chrześcijańskich denominacji) oraz zwolennik dalszej deeuropeizacji episkopatu światowego. Jego ewentualny wybór na 267 biskupa Rzymu potwierdzałby porzucanie przez Kościół opcji eurocentrycznej i wskazywałby na kres dominacji kultury zachodniej na świecie. Także w strukturach i formach funkcjonowania Kościoła. To również odzwierciedlenie ogólnoplanetarnego trendu słabnięcia hegemonii cywilizacji zachodnio-europejskiej.
Emerytura - pole do stworzenia tradycji
Franciszek stara się też sformalizować status papieża-emeryta. Tu nie ma jakichkolwiek odniesień do tradycji. Dwóch biskupów Rzymu w historii, którzy sami ustąpili ze stanowiska (Benedykt XVI i Celestyn V) nie jest tu żadną podstawą do opracowywania przepisów i praktyki. I dlatego w tej materii toczą się gorące dyskusje.
Zwiększenie w kolegium liczby kardynałów pochodzących z tzw. globalnego południa zmienia oczywiście profil tego gremium, lecz nie oznacza, iż są to osoby zainteresowane zagadnieniami ważnymi dla Europejczyków i Amerykanów z północy. Ich zaangażowanie społeczne jest priorytetem, ale dotyczy to sytuacji, w jakiej żyją wierni na globalnym południu. Wyzysk, brak środków do życia, skażenie środowiska na wskutek drapieżnej działalności zachodnich koncernów, odsuwają na drugi, bądź trzeci plan zagadnienia światopoglądowe, etyczno-moralne, nad którymi debatuje się w świecie zachodnim. Wykreowane przez Franciszka kolegium kardynalskie ma więc większe szanse na to, by dokonać elekcji Franciszka II, niż kolejnego Benedykta czy Jana Pawła. I byłby to papież z opcją jak najbardziej prospołeczną, silnie zorientowany na problemy biedniejszych społeczeństw.
Wszelkie znaki „na niebie i ziemi” we współczesnym świecie wskazują, że przeformatowanie świata XXI wieku postępuje we wszystkich, możliwych płaszczyznach ludzkiego bytu. Nawet w strukturach tak zakonserwowanych i na wpół feudalnych jak Kościół katolicki. Ci, którzy nie potrafią lub nie chcą dojrzeć tych megatendencji pozostaną na uboczu tworzącej się nowej rzeczywistości. Będą żyć w wyizolowanych skansenach, bądź kulturowych rezerwatach nie mających żadnego znaczenia dla ludzkiego postępu i rozwoju.
Radosław S. Czarnecki
.
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 2615

Jak widzimy, także w Polsce jest to temat aktualny i gorący. Faszyzm można przykroić do różnych systemów polityczno-społecznych, wyjmując z niego jeden lub dwa elementy składowe, a on mimo tak zastosowanej mimikry pozostanie faszyzmem. Bo jednak są cechy nierozerwalnie immanentne wyłącznie faszyzmowi.
Eco stawia w tym kontekście zasadnicze – także współcześnie w Polsce – pytanie: „Dlaczego nie tylko ruch oporu, ale całą drugą wojnę światową na całym świecie określa się jako walkę z faszyzmem?
Jeśli przeczytacie powtórnie Komu bije dzwon Hemingwaya zobaczycie, iż Robert Jordan utożsamia swych wrogów z faszystami, choć ma na myśli hiszpańskich falangistów”.
I dalej cytuje Prezydenta USA Franklina D. Roosevelta (23.09.1944) o zwycięstwie „narodu amerykańskiego i jego sprzymierzeńców” nad faszyzmem.
Prawo międzynarodowe tworzy się po to,
by stosowali je słabi, a łamali mocarni.
Robert Knox
Faszyzm jest trendem dyktatorskim, autorytarnym, ale o doktrynie wątłej, labilnej, pseudosynkretycznej. Można go dopasować do różnych kultur, sytuacji, przestrzeni, do różnych systemów społeczno-ekonomicznych, zatem jest on przez wielu konserwatywno-liberalnych i prawicowych polityków postrzegany (i tak było również w latach 20- i 30-tych XX wieku) jako porządek mogący wprowadzić nowe-stare rozwiązania będące źródłem jakichś reform społecznych. Reform, które albo odwrócą uwagę zrewoltowanych mas od idei radykalnie lewicowych (czy nawet komunizujących) - tu: internacjonalistycznych i ponad-narodowych – w kierunku takich rozwiązań i pojęć jak np. naród, kult tradycji, konserwatywna organizacja społeczeństwa itd., albo spacyfikują radykalizm społeczny umiarkowanym i przychylnym dla kapitału reformizmem.
Eco określa faszyzm jako totalitaryzm w stylu fuzzy (tzn. rozmyty, o konturach niewyraźnych, zniuansowany, mętny itd. – czyli niejednoznaczny i ambiwalentny mogący przybierać różne kontury oraz wpisywać się w różnorakie ustroje polityczne, kultury czy tożsamości). Faszyzm, (ale i nazizm), podobnie jak wszelkie totalitaryzmy – także stalinizm – admiruje, wielbi, sakralizuje, kanonizuje, (tworząc swoistą liturgię dla tego kultu) młodość, pęd i ofensywność życia, gwałt, agresję, ryzyko. Ale także – poprzez tradycjonalizm i miłość do tego co było, do tzw. „złotego wieku”, gdzie na piedestale stawiane były wartości dawne, konwencjonalne, zwyczajowo uznane za „normalne” – „wiejskość”, ludyczność, sielską przaśność, niezmienność hierarchii.
Oto kilka archetypów jednoznacznie charakteryzujących faszyzm in situ. Kult tradycji
Pierwszą taką cechą – o której już wspomniano - jest bezwzględny kult tradycji. Co prawda, tradycjonalizm jest starszy niż faszyzm, ale jest on sztandarem wszelkich kontrrewolucji, zwłaszcza jeśli chodzi o katolicki integryzm. Dziś tradycjonalizm pod płaszczykiem quasi-liberalizmu (neoliberalizm jest karykaturą klasycznego liberalizmu) chce – i w dużej części się to mu udało – zanegować osiągnięcia modernizmu we wszystkich de facto sferach życia.
Nowa kultura powstająca na gruzach tego co upadło, zmarniało, zostało zburzone, musi być synkretyczną. Konglomeratem różnych wartości, projekcji, systemów itd. Synkretyzm to amalgamat sprzeczności (jak osławione multi-kulti - potępione przez tradycjonalistów i neofaszystów, a także lumpenliberałów), które dopiero się ucierają, tworząc nowy system. Bliski tradycjonalizmowi integryzm (zwłaszcza w krajach uznawanych za katolickie) jest przeciwny postępowi, zwłaszcza w wiedzy, gdyż prawda została już wypowiedziana, a my – strażnicy i plenipotenci siły wyższej, która wypowiedziała ową prawdę – jesteśmy jedynymi uprawnionymi jej egzegetami.
Eco pisze: „kiedy poszperacie na półkach bibliotek czy księgarni w dziale New Age, natraficie tam np. na św. Augustyna, który o ile wiem nie był faszystą. Sam fakt umieszczenia razem św. Augustyna i Stonehenge jest symptomatyczny dla prafaszyzmu”.
I tu owi bezkrytyczni wielbiciele tradycji nie protestują. Uważają bowiem, iż mesjanizm i nawrócenie (w katolicyzmie od czasów Jana Pawła II nazywa się ten proces eufemistycznie ewangelizacją i inkulturacją) z ich strony jest jak najbardziej fair i trendy. Czyli katolicyzacja wszystkiego, nawet takich artefaktów, które wiążą się z dziejami jak najbardziej odległymi i wyprzedzającymi w historii powstanie chrześcijaństwa. To typowy przejaw postawy autorytarnej, związanej z mesjanizmem czy ewangelizacją.
Odrzucenie modernizmu i postępu
Tradycja tak integrystycznie pojmowana implikuje odrzucenie modernizmu i postępu. Jest negacją jakiejkolwiek ewolucji idei, myślenia, czy opisów świata nas otaczającego. Statyka tej perspektywy jest porażająca, gdyż odmawia jednostce aktywności intelektualnej (zawężając ją do określonych ideologicznych i religijnie uzasadnianych ram). I to jest druga z cech wspólnych różnym odcieniom faszyzmu (a dalej – nazizmu).
Uwielbienie postępu technicznego, fascynacja gadżetami high-tech, kult nowinek doczesnego rozwoju nie ma tu nic do rzeczy (ów paradoks na przykładzie terrorystów wywodzących się z kręgów islamistycznych kapitalnie ukazuje Benjamin R. Barber w książce Dżihad kontra McŚwiat).
To umiłowanie technicznego rozwoju i wspomniane fascynacje koniec końcem zawsze skupiają się w soczewce Blut und Boden, czyli przaśnego, wąskiego, ograniczającego się do lokalności nacjo-patriotyzmu.
Gnoza faszystowska karmi się zawsze elementami tradycji opartymi o jakąś formę okultyzmu (nawet, jeśli o nim się nie mówi, lub go się retorycznie zwalcza), tanim mistycyzmem, totalitarną duchowością, co w połączeniu z nacjonalizmem i ksenofobią daje wymierne efekty.
Negacja świata nowoczesnego to przede wszystkim ataki na rok 1789, Oświecenie, racjonalizm, dorobek Rewolucji Francuskiej, gdyż stąd -zdaniem ultrakonserwatystów i prafaszystów - zaczęło się owo „zepsucie” (publikacje m.in. Sławomira Cenckiewicza i innych reprezentantów polskiej hiperprawicy są tu klasycznymi przykładami tej tezy). W tej mierze protofaszyzm zdecydowanie jest umiejscowiony po stronie irracjonalizmu. Irracjonalizm
Irracjonalizm to bezwzględne działanie dla samej istoty owego działania, nie dla zmian, ewolucji, postępu. Tradycjonaliści, a tym samym i faszyści różnej proweniencji, uwielbiają taką formę działania, ruch, „zadymę”, emocje i afekty. Nerwowe napięcie, onanizm nad symboliką narodowo-religijną, wielkie słowa wobec nieistotnych i przemijających spraw.
A już Arystoteles przecież nauczał, aby „nie mówić uroczyście o sprawach marnych”. Dla nich - tradycjonalistów, ultrakonserwatystów, integrystów wszelakiej maści, wreszcie jawnych faszystów - działanie musi być natychmiastowe, kiedy dostaną jakiś impuls, że coś nie jest zgodne z ich oglądem rzeczywistości, bądź jak ich ego zostanie obrażone (lub tak im się wydaje).
Myślenie, refleksja krytyczna, sceptycyzm są formami kastracji ich pojęcia człowieczeństwa. Bo podważają one Autorytet, na którym – niczym na barkach Atlasa – opiera się ich kruchy i mizerny świat. Kultura sama w sobie jest pojęciem podejrzanym, labilnym, zwłaszcza taka kultura, która opiera się o krytycyzm, zdystansowanie do rzeczywistości ją otaczającej, logicznie chłodny realizm i analityczny racjonalizm. Intelektualny atak faszystów - o ile taki jest w ogóle możliwy – idzie w kierunku absolutnej deprecjacji kultury liberalnej, ewolucyjnej, synkretycznej, właśnie z racji odchodzenia od tzw. tradycyjnych wartości.
Odrzucony synkretyzm
Czy rzeczywiście z istoty synkretyzmu wynika jego immanencja dla tego co nazywamy prafaszyzmem? Włoski uczony, od którego rozpoczynam ten esej jest zdania, że tak, albowiem jakakolwiek forma krytyki jest nie do zaakceptowania przez synkretyzm. Śmiem wątpić.
Wszelka wielość, pluralizm, wielopłaszczyznowość odniesień, siłą rzeczy niosą ze sobą krytycyzm właśnie z racji wzajemnego obcowania owych mnogości.
Zderzanie się, konfrontowanie czy konkurencja i w tym kontekście tworzenie nowej synkretycznej jakości – bo na tym m.in. polega synkretyzm (amalgamat różnych trendów, idei, pomysłów etc.) – wydaje z siebie owo scalenie postępujące nie na zasadzie absorpcji ewangelizacji, lecz wedle teorii melting pot (tygiel narodów) Israela Zangwilla: wymieszania, wzajemnego rozpuszczenia się, kulturowego metysażu, co powoduje powstanie całkiem nowej jakości.
Oczywiście, dla takiej postawy i sposobu widzenia świata, potrzebny jest określony aparat pojęciowo-mentalny, osobowość otwarta i daleko rozwinięte poczucie humanizmu. I z tej racji synkretyzm jest obcy protofaszyzmowi. A kultura Zachodu jest od przynajmniej dwóch wieków w mniejszym lub większym stopniu synkretyczna. I ten proces się pogłębia. To właśnie religijna tradycja Zachodu, ze swoim zamknięciem w obrębie religijnych dogmatów, wizji, teologii i swoistego totalitaryzmu (przeciwnego jakimkolwiek tendencjom synkretycznym) stanowi bazę dla protofaszyzmu w tym archetypie. Radosław S. Czarnecki Drugą część eseju Autora zamieścimy w nastepnym - SN 2/17 - numerze.
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 2705
Przy założeniu, iż faszyzm pasuje niemal do wszystkich porządków społecznych, jakie zna kultura Zachodu doszliśmy do momentu, że z przestrzeni ogólnej, uniwersalnej, określającej w jakimś sensie naszą zbiorowość ( wspólnotę lokalną, państwową, kulturową, religijną, cywilizację itd.) winniśmy przenieść się do sfery jednostkowej, osobowej.
Niech pochwalone będą wątpliwości.
Bertold Brecht

Człowiekowi bowiem niesłychanie trudno jest zrezygnować z czegoś co posiada, zwłaszcza w sytuacji, gdy mu się ciągle powtarza, iż własność prywatna jest świętą i nienaruszalną wartością. Tym bardziej, że tzw. zakupizm (termin ukuty przez amerykańskiego uczonego Benjamina R. Barbera) podniesiony został do formy religii, a galerie handlowe stały się synonimem współczesnych sanktuariów.
Gdy ludzie muszą z czegoś rezygnować, a jednocześnie widzą rozwierające się nożyce bogactwa i biedy (tak w skali makro jak i jednostkowej), gdy tracą poczucie bezpieczeństwa, a przyszłość jawi im się jako Armagedon (także wskutek nawału newsów, informacji, kolorowych obrazów przekazywanych przez globalne media), muszą dopaść ich frustracje rodzące zawiść. Tu faszyzm ze swoim sztafażem i retoryką znajduje płodne pole do rozwoju.
Siła edukacji
Edukacja głupcy, edukacja – tak przy ofensywie faszyzmu w cywilizowanym świecie winna być sparafrazowana dewiza, jaką 42. prezydent USA Bill Clinton zawiesił w owalnym gabinecie Białego Domu na początku swej prezydentury („Gospodarka głupcze, gospodarka”). Bez realistycznego, chłodnego nauczania, wyzutego ze wszelkich ozdobników historyczno-polityczno-kulturowej proweniencji, nie da się zbudować racjonalnej świadomości w danym społeczeństwie, zbiorowości, w całym naszym gatunkowym jestestwie. Bo w owych ornamentach oraz inkrustacjach historycznych faktów tkwią zawsze źródła nacjonalizmu, szowinizmu, ksenofobii, czasem – rasizmu i nienawiści plemienno-klanowej. A to przecież pożywki dla faszystowskiej propagandy i argumentacji. One nie tylko są z tymi ideami kompatybilne. One są ich źródłem i podstawowym uzasadnieniem. Co prawda, prof. Wojciech Burszta, znakomity polski antropolog i kulturoznawca twierdzi, iż bez emocjonalnej i afektywno-symbolicznej narracji nie da się utrzymać społecznej równowagi, harmonii i nie zapobiegnie się dramatycznym starciom na tle różnic kulturowych mówiąc, iż: „żyjemy racjonalnym złudzeniem, że chłodna faktografia jest w stanie zastąpić żywe procesy, które mają miejsce w ludzkiej pamięci” (Przegląd nr 43/877/2016).
Zapomina jednak, że brak zrównoważonej sytuacji na rynku pracy, kryzys ekonomiczny, realny spadek jakości życia itd. są zawsze ważką sytuacją promującą wszelkie postawy radykalne, ostracyzm i agresję wobec Innego, nienawiść do nie-swojego (konkurencja), a wtedy owe ozdobniki, ornamenty i mity muszą przybrać szaty quasi-faszyzmu. On na tym żeruje, tym się zawsze tuczy. I dlatego tak ważna jest edukacja rządzonych i rządzących . Tożsamość klanową, plemienną, wreszcie – narodową, zawsze zapewniają wyłącznie wrogowie. Ci wspomniani Inni. W historii Zachodu i Europy mamy wielką liczbę dowodów jak ten argument i takie ukierunkowanie percepcji społeczeństw (odsuwające ich zainteresowania od zasadniczych klasowo-ekonomicznych problemów i różnic) było wykorzystywane. I tak nadal jest to czynione w bieżącej polityce. Dla sprawujących władzę klas rządzących, elit medialnych i sprzężonego z nimi kapitału (który nie posiada narodowych barw) skierowanie zainteresowań społeczeństw w stronę Innego, odsuwające jednocześnie uwagę od właściwych przyczyn klasowych niepowodzeń jest sukcesem krótkotrwałym i pozornym. W dodatku to sukces dający pożywkę stale obecnemu w naszej kulturze protofaszyzmowi – beneficjentowi owych socjotechnicznych zabiegów elit rządzących.
Obsesje spisku
Z jednej strony, ważne jest więc racjonalne poczucie tożsamości (co zapewnia powszechna i obowiązkowa edukacja na dobrym poziomie), a z drugiej – demistyfikacja historii i zachodzących współcześnie procesów.
Dlaczego demistyfikacja jest tak ważna przy omawianiu problemu protofaszyzmu? Każda forma faszyzmu czy fanatyzmu karmi się spiskami. Eco mówi nawet w tym kontekście o „obsesji spisku”. Spiski są przedstawiane w tej optyce zarówno jako sprzysiężenia wrogów zlokalizowanych na zewnętrz - tu: państwa, terytorium danej wspólnoty czy gminy - jak i wewnątrz: zawsze są to ci Inni, np. Żydzi, komuniści, geje, ruch gender, feministki, agenci Putina, bądź międzynarodowego kapitału.
W tym ostatnim przypadku najlepiej widać kruchość podstaw faszystowskiej argumentacji: zwolennicy kapitału są po prostu związani z nim interesami, a żaden model faszyzmu nie jest antysystemowy (dot. kapitalizmu jako formy sprawowania władzy przez właścicieli kapitału), antywolnorynkowy i antykapitałowy. Czy w tym kontekście nie widzimy jak katolicki Kościół – ten feudalno-średniowieczny hegemon władający przez wieki Europą nie tylko formalnie, ale przed wszystkim duchowo, ideologicznie i cywilizacyjnie - ze swoją psychozą walki z heretykami nie zakaził takim widzeniem rzeczywistości całej kultury Zachodu? Przecież to nie kto inny jak katoliccy religianci (a za nimi współcześnie niektórzy protestanccy oraz prawosławni ortodoksi) mówią stale o chrześcijaństwie jako absolutnym i jednoznacznym podglebiu tego, co stanowi kulturę Europy. Czyli totalitaryzmy obecne w historii Zachodu – nazizm, stalinizm, faszyzm – muszą siłą rzeczy również być immanencją wersji nauk Mistrza z Nazaretu, przez stulecia wykładanej z Rzymu. Cały entourage stworzony przez dekady totalnej władzy kościelnej i funkcjonujący przez wieki system dotyczący prześladowania heretyków, czarownic, odstępców i krytyków Kościoła, pomysłowość oraz metodyka tych udręk oraz rozmaitość napastliwości stworzyły przesłanki do całkiem świeckich, analogicznych w sposobie uzasadnienia, prześladowań Innego. Na początku – w koloniach eksploatowanych przez chrześcijańskich zdobywców (np. brytyjskie Indie, niemiecka Afryka Zach., czy belgijskie Kongo), potem - wewnątrz zachodniej kultury (faszyzm we Włoszech, Hiszpanii, Chorwacji, na Słowacji czy rządy niemieckich nazistów).
Prosta retoryka
Protofaszyzm potrzebuje zawsze walki. I jest to walka dla życia, nie o życie. Życie wedle protofaszyzmu jest ciągłą walką, wykazywaniem różnorakich przewag (oczywiście w formie agresywnej, napastliwej, opresyjnej dla tych wszystkich, których uznamy za Innych).
Opresja - nie tylko werbalna, ale rzeczywista - zaczyna się zazwyczaj od retoryki, napiętnowania, stygmatyzowania i wykluczenia. My – oni, prawdziwi reprezentanci narodu vs ci szkodzący, podejrzani, zakamuflowani i spiskujący.
Taka polaryzacja z jednej strony umacnia tożsamość, wzmacnia więzy wewnątrz wspólnoty, a z drugiej – jasno pokazuje wroga, obcego, piętnując go i naznaczając, co ułatwia prześladowania. Trzeba też zaznaczyć, iż retoryka faszystowska jest zawsze prosta, komunikatywna, w sposób jednoznaczny opisująca zagadnienia, problemy, trudności. Tym samym eliminuje się wątpliwości, dylematy, refleksje krytyczne, jakie mogłyby się zalęgnąć w głowach wyznawców. Ta dychotomia jest widoczna w wielu aspektach faszyzmu – olbrzymia słabość i gigantyczna siła (bieda nas, prześladowanych, kontra siła spisków, ale jednocześnie nasza twarda i wierna służba pokona to monstrum czyhające na nasz Eden). Ciągła indoktrynacja musi utrzymywać akolitów w rozterce, wtedy są w stanie walczyć, dążyć do wytyczonego celu, nie poddawać się. Ta niezdolność do obiektywizmu – typowe chciejstwo jak mawiał Melchior Wańkowicz - powoduje wieczne porażki i dodatkowe frustracje.
Z problemem walki i irracjonalizmu immanentnego protofaszyzmowi związana jest też idea „złotego wieku”, do którego on dąży.
„Złoty wiek” już miał miejsce w odległej przeszłości (m.in. na tym schemacie zasadza się koncepcja biblijnego raju). Wtedy byliśmy czyści, prostoduszni, bogobojni, pokorni i układni. Nie było konfliktów, sprzeczności, sporów i swarów – tych klasowych przede wszystkim. Wnoszą je zawsze ci Inni, heretycy, sceptycy, odszczepieńcy, wątpiący, podważający wykład uznanych autorytetów kuglarze idei i podejrzani filozofowie.
Wszelkie doktryny odwołujące się do tak skonstruowanej rzeczywistości, do jakiejś formy owego „złotego wieku”, w jakimś sensie są kompatybilne z protofaszyzmem. Radosław S. Czarnecki
*I część eseju autora zamieściliśmy w nr 1/17 SN - Protofaszyzm a kultura Zachodu