Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 136
W świecie propagandy i wojny psychologicznej język i reprezentacja wizualna odgrywają znaczącą rolę. Istotną metodą wpływania na percepcję, a tym samym na postawę społeczeństwa, szczególnie w sytuacjach konfliktu lub wojny, jest stosowanie technik „humanizowania” i „dehumanizowania” ludzi.
Co oznaczają słowa „humanizacja” i „dehumanizacja”?
Wszyscy jesteśmy ludźmi. Można by nawet mówić o „rodzinie ludzkości”. Technika humanizacji służy przypomnieniu nam o tym wspólnym człowieczeństwie, byśmy poczuli się ze sobą związani. Technika dehumanizacji służy dokładnie odwrotnemu celowi: sprawia, że zapominamy o człowieczeństwie innej osoby lub grupy.
Jak działa humanizacja?
Sposób, w jaki opowiadane są postacie i wydarzenia, wpływa na nasze uczucia i identyfikację z przedstawionymi osobami.
Perspektywa narracyjna odgrywa tu centralną rolę. Kiedy sytuacja jest przedstawiona tylko z określonej perspektywy, automatycznie utożsamiamy się z narratorem lub osobą umieszczoną w centrum wydarzeń, tą „zbliżoną”, w której doświadczenie wchodzimy.
Zwróćmy uwagę na przykład na obecne konflikty geopolityczne i wojny, aby zobaczyć, z której strony opowiadana jest historia, czyja perspektywa kształtuje wydarzenia – czyje cierpienia i straty są relacjonowane, czyje uczucia, spostrzeżenia, nadzieje i obawy są przedstawiane. Niestety, obecnie zawsze jest to strona, którą nasz rząd strategicznie wspiera.
Odpowiedzialni dziennikarze, którzy również interesowaliby się pokojem, przedstawialiby obie strony, w tym argumenty i perspektywy rządzących, a także doświadczenia i cierpienia ludności po obu stronach. Kiedy tak się nie dzieje, wychodzimy poza sferę dziennikarstwa i znajdujemy się w samym środku propagandy.
Obecnie to podejście można wyraźnie zaobserwować w relacjach z wojny na Ukrainie i działań militarnych rządu Izraela w Strefie Gazy.
Tak więc humanizacja początkowo odbywa się poprzez wybór perspektywy.
Znalezienie wspólnego gruntu
Inną techniką „humanizacji” jest podkreślanie tego, co nas łączy – czyli przedstawianie ludzi w taki sposób, aby osoby, do których kierowana jest komunikacja, mogły odkryć podobieństwa do tych osób i dzięki temu poczuć się z nimi blisko.
W praktyce oznacza to: Podczas gdy jedna strona jest „odczłowieczana” przez bycie określaną w sposób poniżający, odczłowieczana i redukowana bardzo jednowymiarowo do roli, atrybutu lub funkcji (np. „świnia” dla policjanta), osoby, które mają być zhumanizowane, są wprowadzane w swoich kontekstach jako „ojciec”, „matka”, „przedsiębiorca”, „pacjent onkologiczny”, „piłkarz”, „właściciel salonu kosmetycznego” itd. W ten sposób opisuje się jak najwięcej atrybutów o emocjonalnym lub pozytywnym wydźwięku, wraz z okolicznościami, marzeniami, planami, działaniami, uczuciami, stwierdzeniami i nadziejami tej osoby, tworząc efekt, że czytelnicy lub widzowie postrzegają ją jako istotę ludzką, a nawet czują, że ją „znają”, mogą się z nią identyfikować i wczuwać się w nią. Powoduje to uczucia i myśli takie jak: „Teraz znam tę osobę”, „Mógłbym być jej przyjacielem”, „To mogłoby być moje dziecko”.
Samo w sobie wzmacnianie miłości między ludźmi i budowanie poczucia wspólnoty jest początkowo przyjemne i pozytywne. Staje się jednak problematyczne, gdy staje się elementem propagandy, jest wykorzystywane jednostronnie i służy na przykład do ukrywania zbrodni wojennych (patrz na przykład przedstawienie żołnierzy Sił Obronnych Izraela podczas operacji wojskowych w Strefie Gazy za pomocą filmów z młodymi, radosnymi dziewczynami tańczącymi na TikToku).
Dla wyjaśnienia należy dodać, że wiele z tych mechanizmów powstaje również jako spontaniczne impulsy i reakcje emocjonalne, bez potrzeby manipulacyjnej kontroli.
Weźmy bardzo banalny przykład z życia codziennego: Przybywasz na lotnisko zestresowany i z krótkim czasem, bojąc się, że spóźnisz się na samolot. Może twoje małe dziecko płacze, nie zjadłeś wystarczająco dużo, a właśnie pokłóciłeś się z partnerem o właściwy objazd z powodu remontu. Długo stoisz w kolejce do odprawy, a pracownica linii lotniczych, która ma cię odprawić, w twoim odczuciu rozmawia przez telefon przez bardzo długi czas, nie zwracając na ciebie uwagi. Denerwujesz się na nią, a kiedy w końcu się tobą zajmuje, zwracasz się do niej oschle i szorstko.
Z powodu stresu i sytuacji postrzegasz ją jedynie w jej roli „personelu” i „funkcji”, a nie jako osobę o wielu wymiarach i uczuciach, z którą możesz mieć wiele wspólnego, a raczej jako rodzaj wrogiego obiektu. Załóżmy, że nagle „wychodzi z roli”, ocierając pot z czoła i mówiąc: „Ach, kręci mi się w głowie, nie powinnam była opuszczać śniadania” albo „Ile lat ma twój syn? Moja córka ma prawie tyle samo lat”. Gdybyś nie był jeszcze całkowicie wściekły i miał w miarę stabilny charakter, twoje postrzeganie kobiety nagle by się zmieniło, a atmosfera między wami natychmiast się poprawiła. Przypomniałbyś sobie, że ona jest „tylko” człowiekiem ze słabościami, który sam nie czuje się dobrze, albo matką małych dzieci. Pamiętasz o swoim wspólnym człowieczeństwie i czujesz do niej o wiele więcej życzliwości.
Rola emocji
W tym miejscu pojawia się ważny temat, który zasługuje na osobny artykuł, a mianowicie rola emocji w komunikacji politycznej. Emocje odgrywają istotną rolę w kontekście technik humanizacji/dehumanizacji, ponieważ zarówno humanizacja, jak i dehumanizacja działają poprzez wywoływanie emocji. Nasz stan emocjonalny decyduje również o tym, w jakim stopniu sami humanizujemy lub dehumanizujemy innych (patrz poniżej).
Humanizując, wywołujemy emocje takie jak miłość, współczucie i empatia – dehumanizując – nienawiść, strach, odrzucenie i pogardę. Im silniej terminy używane przez polityków i dziennikarzy wywołują emocje, tym bardziej prawdopodobne jest, że znajdujemy się w sytuacji, w której dochodzi do humanizacji/dehumanizacji, świadomie lub nieświadomie. Niestety, używanie silnie emocjonalnych terminów, opisów, a także zdjęć i filmów, często służy manipulacji opinią publiczną – lub, w najbardziej niewinnym przypadku, jest oznaką, że sami reporterzy są tak silnie owładnięci własnymi emocjami, że nie potrafią już relacjonować obiektywnie.
Emocje również odgrywają rolę w humanizacji lub dehumanizacji, ponieważ narastający stres, presja czasu, poczucie pilności, kryzysu lub zagrożenia, ale także traumatyzacja lub retraumatyzacja poprzez ukazywanie okrucieństw, śmierci, tortur, niebezpieczeństwa, straty, zniszczenia lub zagrożenia nimi, mają wpływ na ludzką percepcję, przetwarzanie informacji i nasze reakcje emocjonalne.
W stresie mamy tendencję do myślenia w kategoriach czarno-białych i kategoryzowania ludzi jako przyjaciół lub wrogów. Nasza zdolność myślenia i analizowania cierpi, podobnie jak zdolność rozróżniania, tolerowania niejednoznaczności i rozumienia złożoności. Każdy zna to z napadów gniewu czy zaciekłych kłótni. Kiedy przytłaczają nas negatywne emocje i stres, nie potrafimy już jasno myśleć, nie potrafimy wczuć się w sytuację drugiej osoby, stajemy się agresywni, upraszczamy, oskarżamy, obrażamy itd. Dokładnie to samo dzieje się w dyskursie politycznym, w mediach społecznościowych czy w tradycyjnych formach przekazu. Kiedy jesteśmy poddawani stresowi, presji i lękowi (czy to celowo, czy nie), nasza zdolność do empatii znacząco spada.
Zwierzęta ludzkie
Jakie metody stosuje się, aby zredukować empatię? W tym przypadku jednostki lub grupy są określane jako obce, odmienne i złe. Co istotne, brakuje zróżnicowania. Ludzie, którzy mają zostać odczłowieczeni, nie mają żadnych dobrych cech, żadnych zrozumiałych motywów; nie mamy z nimi nic wspólnego. Są całkowicie obcy. Nazywa się to również „innością”, czyli przedstawianiem jednej lub grupy osób jako całkowicie „innych”, z którymi nic nas nie łączy.[…]
Przez jakiś czas zgłębiałam temat szkolenia ludzi na katów, ponieważ chciałam zrozumieć, jak to możliwe, że nie ma empatii wobec osób cierpiących. Oczywiście, są ludzie, którzy generalnie mają bardzo mało empatii, ale istnieją dodatkowe sposoby na dalsze ograniczenie naszej zdolności do empatii. Należą do nich narastający stres i presja, a także stopniowe odczłowieczanie „ofiary”.
Być może pamiętasz scenę z filmu „Milczenie owiec”, w której matka porwanej kobiety zwraca się w telewizji do chorego psychicznie seryjnego mordercy i porywacza jej dorosłej córki, wielokrotnie wymieniając jej imię i opisując jej cechy charakteru. Agent FBI i jej kolega, którzy słuchają, wyjaśniają, że robi to strategicznie, aby utrudnić zabójcy zabicie córki, ponieważ matka chce, aby postrzegał ją jako „osobę”, a nie tylko „przedmiot” czy „rzecz”. Fakt, że postrzega ją jako przedmiot, jest widoczny w rozmowie między nim a ofiarą, w której mówi o niej w trzeciej osobie i nazywa ją „tym”, na przykład, mówiąc: „Weźmie balsam i wetrze go w swoją skórę”.
Narodowi socjaliści systematycznie dehumanizowali swoich przeciwników i ofiary. Obywateli żydowskich nazywano „pasożytami” i „robactwem”, Słowian „podludźmi”, osoby niepełnosprawne „życiem niegodnym życia”, a przeciwników politycznych „wrogami ludu”, „zdrajcami” i „szkodnikami”.
„To coraz powszechniejsze zaprzeczanie typowo ludzkim uczuciom i doświadczeniom wpisuje się w założenie, że taka dehumanizacja osłabia moralne obawy w okresie poprzedzającym akt przemocy, a tym samym go ułatwia” – wyjaśniają Landry i jego współpracownicy. Przedstawiając Żydów jako „podludzi” w propagandzie, skutecznie negowano ich ludzką godność, a tym samym również możliwość ochrony ich życia.[…]
Ludzie, wobec których empatii nie wolno ograniczać ze względów strategicznych, są często całkowicie pozbawiani człowieczeństwa przez propagandę. Używa się wówczas takich słów jak „potwór”, „zwierzęta” i „bestie”. Nawet słowo „terrorysta” służy tej dehumanizacji. W odniesieniu do przeciwników politycznych lub przywódców wrogich państw używa się określeń takich jak „dyktator” czy „brutalny rzeźnik”.
Drugim aspektem – obok dehumanizacji – jest skupienie się na zagrożeniu, jakie stanowi druga strona: jest ona opisywana jako osoba całkowicie wroga i niebezpieczna, ukazywana jako zagrożenie.
„Po rozpoczęciu Holokaustu obserwujemy wzrost liczby określeń, które kojarzą ludność żydowską ze złośliwością i złowrogimi intencjami” – donoszą historycy. Żydzi mieli teraz rzekomo dążyć do dominacji nad światem, aktywnie podważać zdrowie publiczne lub w inny sposób szkodzić „narodowi niemieckiemu”. „Te wzorce odpowiadają demonizacji Żydów” – twierdzą Landry i jego zespół. W związku z tym Żydzi całkowicie poświęcili swoje zdolności intelektualne na służbę moralnie nagannym celom – i w ten sposób okazali się „podludźmi”.
Bardzo niepokojącymi przykładami niedawnej dehumanizacji są wypowiedzi izraelskich polityków i prominentnych obywateli na temat Palestyńczyków w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, ale także w czasie wojny na Ukrainie, gdzie ukraińscy żołnierze i politycy nazywają rosyjskich żołnierzy i ogólnie wszystkich Rosjan i prorosyjskich Ukraińców „Orkami” (półludzkie potwory z trylogii „Władca Pierścieni”), podczas gdy rosyjscy żołnierze nazywają ukraińskich żołnierzy „świniami” lub „Ukronazistami”.
Niestety, w czasie kryzysu związanego z koronawirusem – z pewnością zaostrzonego przez stres i strach ludności i polityków oraz niezwykle napiętą atmosferę kryzysu – w Niemczech ponownie pojawiła się tendencja do silnej dewaluacji i dehumanizacji współobywateli. Określenia i obelgi, takie jak „Schwurbler” i „Querdullis” w Niemczech oraz „antyszczepionkowcy” i „covidiots” w krajach anglojęzycznych, pokazały, jak mało szacunku okazywano współobywatelom o odmiennych poglądach na pewne kwestie polityczne i naukowe. W szczególności osoby, które zdecydowały się nie szczepić, spotkały się z pełnym ciężarem gniewu i nienawiści ze strony polityków, dziennikarzy, osób opiniotwórczych i wielu rozgniewanych obywateli. Na przykład polityk CSU Markus Söder nazwał ich „niebezpiecznymi szaleńcami”, a polityk SPD Stefan Weil nazwał ich wręcz „szkodnikami społecznymi”.
Jednym z najgorszych momentów debaty w Niemczech było z pewnością oświadczenie – które, co niepokojące, podtrzymała – autorki i prezenterki Sarah Bosetti, która porównała część społeczeństwa, która zdecydowała się nie szczepić i zabrała głos, do wyrostka robaczkowego (znajdującego się w prawym dolnym rogu społeczeństwa, jak dodała ze śmiechem), który można usunąć z organizmu społecznego tak, aby nikt tego nie zauważył.
Te cytaty pokazują, jak spolaryzowana była retoryka w debacie publicznej na temat środków związanych z koronawirusem i szczepień oraz jak dehumanizacja i dyskredytacja ponownie stały się społecznie akceptowalne. Niestety, tendencja ta nie ustała od zakończenia kryzysu, ponieważ po nim nastąpiła wojna na Ukrainie, wojna w Strefie Gazy i wiele innych kryzysów.
Jak to możliwe? Każde dziecko w Niemczech uczy się o zagrożeniach związanych z dewaluacją i dehumanizacją oraz o tym, że są one prekursorami przemocy fizycznej i politycznej. W ostatnich latach obserwuje się również rosnącą wrażliwość na „przemoc językową” i „mowę nienawiści”. Jak to możliwe, że nawet osoby, a czasem zwłaszcza te, które są bardzo świadome tych kwestii (ochrona mniejszości, mowa nienawiści), wciąż często uciekają się do tych skrajnie obraźliwych, dewaluujących i dehumanizujących określeń w konfrontacji z osobami o innych poglądach? I jak to możliwe, że nadal postrzegają siebie jako „dobrych ludzi” i „po właściwej stronie”, wierząc, że walczą z „nazistami” i „populistami”? Jak można wytłumaczyć tę wewnętrzną sprzeczność?
Wyjaśnienia można prawdopodobnie szukać we wpływie emocji na nasz język i zachowanie dyskursywne, a nie w konstrukcjach intelektualnych. To prosta dynamika eskalacji. Im bardziej ktoś jest zestresowany, tym bardziej się boi, tym bardziej postrzega świat w czerni i bieli, podzielony na przyjaciół i wrogów – tym trudniej mu rozróżniać, przetwarzać w umyśle różne, sprzeczne tezy jednocześnie i tym częściej sam ucieka się do negatywnych i obraźliwych określeń. To również nie jest mi obce.
Na przykład, jeśli przeczytam lub zobaczę coś na X (dawniej Twitterze), co łamie mi serce i doprowadza do wrzenia (obecnie na przykład straszne zdjęcia zabitych dzieci w Gazie), moim pierwszym odruchem jest również wypisanie najgorszych i najbardziej nieludzkich obelg pod adresem tych, których uważam za odpowiedzialnych. O ile silniejszy musi być ten impuls, gdy ktoś osobiście doświadczył przemocy, dotknęła ona jego krewnego lub gdy ktoś ponownie doznał traumy po przeczytaniu wiadomości?
Kiedy około 2016 roku rozpoczął się wzrost popularności AfD (Alternatywy dla Niemiec, niemieckiej partii prawicowej), a wraz z nim strach przed AfD, a w konsekwencji dyskredytacja i dehumanizacja polityków i wyborców AfD, byłem przerażona tym rozwojem sytuacji i pytałam znajomych i współpracowników, którzy reagowali najsilniej skrajnie nienawistnymi komentarzami, skąd wzięła się ta silna reakcja emocjonalna. Dowiedziałam się, że wielu z nich doświadczyło gróźb i silnej przemocy fizycznej ze strony grup neonazistowskich w młodości, jako aktywiści lewicowi lub Antifa, albo jako członkowie alternatywnej kultury młodzieżowej, często w Niemczech Wschodnich. Z drugiej strony, wielu polityków AfD opisuje własne doświadczenia przemocy i gróźb wobec siebie i swoich rodzin ze strony agresywnych aktywistów Antifa, co z pewnością wpływa również na ich obelgi i agresywny język wobec lewicy lub tego, co postrzegają jako lewicę.
To właśnie dehumanizacja i dewaluacja rodzą się „w gorączce chwili” i dzieją się niemal mimowolnie. W tym przypadku od każdego z nas zależy, czy zachowamy czujność i nie wpadniemy w tę pułapkę – niezależnie od tego, jak bardzo uważamy się za „słusznych”.
Wskazówki dotyczące empatii w raportowaniu
Ale jest też manipulacja. W tym przypadku te efekty, zarówno wzrost empatii, jak i jej wyłączenie, są celowo wywoływane. Z pewnością istnieje wiele przypadków, w których te dwa elementy się mieszają (własna emocjonalność i nierozpoznane uprzedzenia z chęcią wywierania wpływu).
Zawsze możemy rozpoznać, po której stronie konfliktu stoją nasi politycy, a niestety także nasi dziennikarze, zwracając uwagę na to, czyja perspektywa jest wybierana, z czyjego punktu widzenia przedstawiana jest sytuacja, z kim wolno i powinniśmy się wczuć, a z kim nie. Najlepszymi przykładami są obecnie wojna na Ukrainie i konflikt w Strefie Gazy. Rząd federalny, a tym samym cały krajobraz medialny w Niemczech, jak zawsze w ostatnich latach, stoi w 100 procentach po stronie USA, a tym samym ich sojuszników na Ukrainie i w Izraelu.
Oznacza to, że w relacjach z wojny na Ukrainie na pierwszy plan wysuwała się perspektywa ukraińskiej ludności i wojska, o której przez lata informowano niemal wyłącznie. Relacjonowano ich cierpienie, nadzieje, spostrzeżenia i punkty widzenia. Nadano im twarz, ukazano ich hobby, zainteresowania, zawody, cechy osobiste itd. Cierpienie rosyjskojęzycznej i prorosyjskiej ludności we wschodniej Ukrainie i w całym kraju, ich prześladowania, niekiedy straszliwe naruszenia praw człowieka, których doświadczyli, terror bombowy w latach przed wojną i w jej trakcie – opisywali wyłącznie dziennikarze alternatywni.
Podobnie rosyjscy żołnierze, dziennikarze i rosyjska ludność cywilna nie mają twarzy ani głosu w naszych mediach, chyba że są dysydentami i wrogami Rosji, takimi jak amerykański dziennikarz Ewan Gerszkowicz, który został niedawno skazany na 16 lat więzienia za szpiegostwo, czy nieżyjący już rosyjski polityk opozycji Aleksiej Nawalny. Wokół nich buduje się prawdziwy kult osobowości, a wokół nich jest więcej historii na okładkach i w mediach społecznościowych niż wokół Taylor Swift.
W ten sposób obie strony konfliktu nie są przedstawiane w sposób, który umożliwiłby niemieckim czytelnikom/obywatelom wyrobienie sobie własnego obrazu sytuacji. Zamiast tego niemieccy politycy i media zachowują się tak, jakby same Niemcy toczyły wojnę z wrogiem. Konflikt jest przedstawiany w sposób jednostronny i absolutnie jasne jest, po której stronie powinna być skierowana solidarność społeczeństwa. Środki te obejmują nawet sankcje karne za odmienne poglądy.
Obecnie za przestępstwo uznaje się na przykład deklarowanie poparcia dla rosyjskiej operacji wojskowej poprzez użycie litery „Z” przy jednoczesnym eksponowaniu ukraińskiej flagi w celu poparcia strony ukraińskiej na profilach w mediach społecznościowych, a nawet przed niemal wszystkimi budynkami urzędowymi, ratuszami, budynkami rządowymi, ministerstwami itp.
W ten sposób powstaje wrażenie, że kształtowanie własnej opinii jest już niedozwolone. Oczywiście, nadal ma to miejsce w umysłach ludzi, ale publicznie można o tym dyskutować i wymieniać poglądy tylko w bardzo ograniczonym zakresie. Gwarantuje to brak efektu wzmocnienia za pośrednictwem mediów. Ponadto, poprzez zakazy karne, a także sankcje społeczne i zawodowe oraz oczernianie, osiąga się silny efekt „zamrożenia”, co oznacza, że ludzie cenzurują się i nie mogą już swobodnie i otwarcie wyrażać swoich opinii – co również ma pożądany skutek, ponieważ grupa osób o poglądach odmiennych od oficjalnej linii nie może dobrze się ze sobą komunikować i trudno oszacować, jak wielu ich faktycznie jest.
Dobro, Prawda, Piękno
Ważną rolę odgrywają tu również obrazy i filmy, które kontrolują empatię. Wszelkie triki i techniki znane z psychologii komunikacji i marketingu są wykorzystywane, aby przedstawić jedną stronę jako piękną, szlachetną, kochającą itd., a „drugą stronę” jako brzydką, złą, kłamliwą itd. Szczególnie interesujące jest wykorzystywanie piękna, czyli pięknych twarzy i ciał, jako argumentu na rzecz „dobroci”, a brzydoty lub odstępstwa od norm estetycznych jako argumentu na rzecz odrzucenia danej osoby i jej poglądów politycznych lub narodu.
Dobrym przykładem jest nieludzkie wyszydzanie otyłości polityczki Zielonych Ricardy Lang przez krytyków, głównie z obozu prawicowo-konserwatywnego, którzy wielokrotnie wykorzystują jej wagę i kształt ciała jako argument zamiast atakować jej poglądy polityczne lub „dodać ciężaru” do takiego ataku.
Bądź czujny
Nie trzeba powtarzać o niebezpieczeństwie, jakie niesie ze sobą dehumanizacja. Wiadomo, że dehumanizacja niektórych osób zawsze poprzedza (świadome lub nieświadome) zrobienie im krzywdy – czy to ludobójstwo, wojna, czy represje lub przemoc ze strony państwa lub innych państw.
Ważne jest, aby być na to wyczulonym. Bądźcie czujni! Ilekroć ktoś lub grupa jest odczłowieczana, podążamy złą drogą lub jesteśmy manipulowani. Ważne jest również, aby zwracać uwagę na siebie i nie odczłowieczać drugiej strony w swoim gniewie i ekscytacji – nawet jeśli wynika to z przekonania o swojej racji i po właściwej stronie (patrz hasło „Zabić członków AfD”, które niedawno pojawiło się na plakatach podczas „Demonstracji prodemokratycznych” w Niemczech). Nie stańcie się tym, z czym walczycie. Albo, jak pięknie to ujął Friedrich Nietzsche:
„Kto walczy z potworami, powinien uważać, aby sam nie stał się potworem. A jeśli wystarczająco długo będziesz wpatrywał się w otchłań, otchłań wpatrzy się w ciebie”.
Podsumowując, oto moje wskazówki:
• Zwróć uwagę, kiedy występuje selektywna „humanizacja” i „dehumanizacja” i zastanów się, w jakim kierunku kierowana jest twoja empatia w takiej sytuacji.
• W tych burzliwych i pełnych napięcia czasach zwracaj uwagę na swój język w ferworze chwili.
• Weź głęboki oddech i spróbuj (nawet na X/Twitterze) wyjść z trybu walki i pamiętaj, że wszyscy jesteśmy ludźmi i musimy się ze sobą dogadywać w tym kraju i na tej planecie.
Część pierwsza Propagandy dla początkujących ukazała się w SN Nr 1/26 - Propaganda dla początkujących. (1) Efekt pierwszeństwa, druga – w SN Nr 2/26 - Propaganda dla początkujących (2). Kiedy reagujemy najsilniej? , trzecia – w SN Nr 3/26 - Propaganda dla początkujących (3) Kształtowanie percepcji, czwarta – w SN Nr 4/26 - Propaganda dla początkujących (4) Kłopotliwe pytanie
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 206
Kiedy wiele lat temu pracowałam jako scenarzystka w niemieckiej telewizji, zapoznałam się z formatem „Scripted Reality”. Oznacza to, że w formacie bardziej dokumentalnym (takim jak programy o metamorfozach czy remontach), gdy rzeczywistość jest zbyt nudna, zbyt pozbawiona emocji lub zbyt niestrukturalna, jest ona „wzbogacana” scenami pisanymi i inscenizowanymi sytuacjami. W ostatnich latach, obserwując politykę i komunikację polityczną, zauważyłam podobne „narracyjne” interwencje – nie po to, by zapewnić lepszą rozrywkę (choć czasami również ze względów strategicznych), ale jako narzędzie władzy, by kształtować naszą percepcję i kierować ją w pożądanym kierunku. W poniższym eseju przyjrzę się tej technice bardziej szczegółowo.
Żyjemy w czasach ekscytacji i zamętu. A jeszcze niedawno wszystko było inne (albo wydawało się inne). Wciąż dobrze pamiętam czasy studenckie, między 1992 a 1998 rokiem, kiedy byłam w dużej mierze pewna swojej politycznej rzeczywistości. Żyłam w narracjach jak w stabilnym budynku. Zachód był dobry. Postęp trwał. Demokracja i kapitalizm stanowiły harmonijną parę. Czasy wojny w Europie dobiegły końca. Wspólnota Europejska rozwijała się razem. Świat stawał się coraz bardziej wolny, bardziej połączony, bogatszy, lepszy. Instytucje międzynarodowe, takie jak ONZ, WTO/GATT, Bank Światowy, OBWE, OECD i UE, a także nasze rządy w (zachodniej) Europie, były oddane wolności i dobrobytowi ludzi. Komunizm został pokonany, Związek Radziecki się rozpadł, Żelazna Kurtyna opadła, Europa Wschodnia została wyzwolona, Niemcy zjednoczone i wszystko było na dobrej drodze. Jasne, świat nie był jeszcze doskonały, ale wszyscy (na Zachodzie) pracowali najlepiej, jak potrafili, aby uczynić świat lepszym i bezpieczniejszym dla wszystkich.
Jako młoda studentka prawa w Hamburgu w latach 90., naprawdę tak myślałam. Studiowałam prawo niemieckie i międzynarodowe, czytałam „The Economist” , „Le Monde Diplomatique” , „Die ZEIT” i oczywiście „Süddeutsche Zeitung” . Studiowałam za granicą (we Francji w ramach programu ERASMUS), odbywałam staże w Brukseli i zastanawiałam się, jak mogłabym przyczynić się do tych wielu wspaniałych projektów rozwojowych.
Dziś świat wygląda dla mnie inaczej. Moja perspektywa i perspektywa wielu ludzi uległa zmianie. Czy świat stał się bardziej skomplikowany i zły, czy po prostu staliśmy się mądrzejsi i bardziej oświeceni? A może jedno i drugie?
Jesteśmy świadkami rozpadu narracji: narracji życzliwego Zachodu, narracji globalizacji sprzyjającej dobrobytowi, gdzie ludzie żyją razem w pokoju jako globalna społeczność, narracji o koniecznym związku między demokracją a kapitalizmem. I wielu innych.
Jak my, jako społeczeństwo, sobie z tym radzimy? Gromadzimy się wokół różnych „ognisk” (jak to się nazywa w świecie opowiadania historii), tworzymy „bańki” lub „komory echa”, ufamy różnym rodzajom mediów – niektórym „mediom głównego nurtu”, innym „mediom alternatywnym”.
Nieufność rośnie wraz z teoriami spiskowymi, a wiele z nich prędzej czy później okazuje się prawdą lub przynajmniej prawdopodobnym, jak na przykład masowa inwigilacja przez NSA czy teoria laboratoryjnego pochodzenia koronawirusa. Jednocześnie nasila się cenzura, by tłumić niebezpieczne fake newsy i mowę nienawiści lub prawdę (w zależności od punktu widzenia).
Jak się zaczęło, jak się to dzieje
Kiedy po trzydziestce zaczynałam pracę jako konsultant ds. komunikacji, byłam wielkim fanem metody „opowiadania historii”. Po studiach prawniczych, które koncentrowały się wyłącznie na faktach, logice i precyzyjnych szczegółach, oraz pracy jako dramaturg i scenarzysta, gdzie wiele nauczyłam się o sile i oddziaływaniu opowieści, możliwość poruszania ludzi w kontekście społecznym i politycznym poprzez historie, zainteresowania ich ważnymi kwestiami naszych czasów, wzbudzenia empatii i mobilizacji pomocy wydawała mi się wspaniałą szansą.
Studiowałam prawo głównie z pobudek idealistycznych i w trakcie studiów intensywnie zajmowałam się takimi tematami jak sprawiedliwość, prawo międzynarodowe i prawa człowieka. W metodzie opowiadania historii dostrzegłam sposób na kontynuowanie tego zaangażowania za pomocą kreatywnych i komunikatywnych środków. Niewiele rzeczy poruszyło mnie tak bardzo w latach szkolnych, jak analiza przemówienia Martina Luthera Kinga „Mam marzenie”. Użycie języka, metafor, emocji, rytmu i retoryki w walce z niesprawiedliwością i uciskiem zrobiło na mnie ogromne wrażenie i pokazało, jak skuteczne może być opowiadanie historii i retoryka. Dlatego świadomie wybrałam klientów z sektora non-profit i miałem nadzieję wnieść pozytywny wkład w rozwój wielu obszarów.
W trakcie mojej kariery zawodowej wiele się nauczyłam o strategii komunikacji, psychologii komunikacji, samym storytellingu i oczywiście o różnych dziedzinach, w których działają moi klienci. Zgłębiałam metodę storytellingu, znajdując bardzo dobre przykłady udanego storytellingu w USA, Wielkiej Brytanii i Australii. Kraje anglojęzyczne wyraźnie wyprzedzały nas w porównaniu z krajami niemieckojęzycznymi, jeśli chodzi o „storytelling” i wykorzystanie anegdot, swobodne łączenie sfery prywatnej z zawodową oraz wykorzystanie humoru i emocji.
Zawsze starałam się opowiadać historie, aby ludzie mogli poznać prawdę o danej sytuacji i lepiej ją zrozumieć, aby przyciągnąć uwagę i rozwiązać konflikty, gdzie to możliwe. Jednak przejście od komunikacji do manipulacji i propagandy jest płynne. Każda narracja jest z konieczności jedynie fragmentem i wersją prawdy, a zatem z konieczności zniekształceniem. Jako konsultant, można zajrzeć za kulisy, a im więcej zyskiwałam na „pozycji” i wiedzy, tym głębiej mogłam zagłębiać się w treści i strategie, tym więcej dowiadywałam się o tym, jak kształtują się opinie, ile jest „ślepych punktów”, które powiązania polityczne zostały pominięte, ile negatywności jest rzutowane na rzekomo przeciwną stronę, i zauważyłem (coraz częściej od około 2015 roku), jak o wiele ostrzejsza, bardziej napięta i bardziej bezlitosna stała się komunikacja i dyskurs publiczny.
I coś jeszcze się wydarzyło – początkowo nieświadomie – z moim postrzeganiem świata, dyskursami politycznymi i medialnym obrazem wydarzeń: jeśli zajmujesz się dramaturgią przez długi i intensywny okres, zaczynasz patrzeć na swoje życie jak na film. Na przykład, podczas ważnego wydarzenia zadajesz sobie pytanie: Czy to „punkt fabularny” (tj. ważny punkt zwrotny w historii)? Czy doświadczam tragedii, czy komedii? Czy jestem naprawdę głównym bohaterem w tej scenie, czy tylko w roli drugoplanowej?
A jeśli wiesz jak działają historie, jak wywoływać uczucia i empatię, jak skupiać uwagę na jednym punkcie i odwracać uwagę od innych, jak jasno i przekonująco wyjaśniać powiązania, strategie i wydarzenia oraz jak odwracać od nich uwagę, wprowadzać ludzi w błąd i dezorientować ich, w końcu zaczniesz dostrzegać coraz więcej narracji w działaniu nie tylko w życiu prywatnym, ale także w polityce, mediach i społeczeństwie, a także będziesz mógł postrzegać przekonania publiczne i debaty z perspektywy dramaturgicznej.
Zaczęłam coraz lepiej rozpoznawać, które narracje były świadomie wykorzystywane w dyskursie publicznym, a które działały nieświadomie, jakie techniki były stosowane i wyrobiłam sobie całkiem dobre wyczucie, kto robił to dobrze (pod względem warsztatowym), a kto słabo, kto wypracował skuteczne, a kto bezsilne narracje, i dlaczego niektóre rezonowały ze społeczeństwem lub określoną grupą docelową w danym czasie, a inne nie. Zacząłam inaczej czytać gazety, inaczej słuchać przemówień politycznych i inaczej postrzegać dyskurs społeczny w mediach społecznościowych.
Wstrząsanie fundamentami
Oto kilka przykładów narracji społecznych, które stanowiły fundamentalne wzorce, w których postrzegałem pewne kwestie polityczne i społeczne, nie rozpoznając ich jako takich, i które dopiero później zidentyfikowałem jako „spin” lub „zarządzanie narracją” (jak to się nazywa w żargonie zawodowym):
Agencje PR jako podmioty przygotowujące wojnę: przykład z lat 90.
Ten przykład dotyczy narracji i roli agencji PR, mediów i polityków w wojnie w Kosowie w 1999 roku. Pamiętamy: NATO, które do tej pory było przede wszystkim sojuszem obronnym, kierowanym przez USA, planowało ataki militarne na Federalną Republikę Jugosławii (pozostałą republikę składającą się z Serbii, Czarnogóry i Kosowa) pod pretekstem misji humanitarnej, ale prawdopodobnie w imię geostrategicznych interesów mocarstw. Bez perspektywy mandatu ONZ na naloty na Belgrad, po fiasku negocjacji pokojowych w Rambouillet dążyli do zmuszenia Serbów poprzez działania wojenne do zaakceptowania secesji Kosowa i stacjonowania wojsk NATO na ich terytorium. Jednak opinia publiczna w krajach europejskich, a zwłaszcza w Niemczech, była przeciwna interwencji wojskowej niesankcjonowanej przez ONZ, która stanowiłaby wojnę agresywną z naruszeniem prawa międzynarodowego i niemieckiej konstytucji. To wyraźne stanowisko antywojenne w Niemczech z pewnością wynikało z historycznych doświadczeń II wojny światowej.
W tej sytuacji, w połowie stycznia 1999 roku, wydarzenia w kosowskiej wiosce Račak nagle stały się globalnym wydarzeniem medialnym. Amerykański szef misji obserwacyjnej OBWE w Kosowie, William Walker, wywołał je, dramatycznie oświadczając przed grobem pełnym ciał, że doszło do masakry o niewypowiedzianym okrucieństwie i że znaleziono dowody „zabójstw i okaleczeń nieuzbrojonych cywilów”, w tym „wielu zabitych z bliskiej odległości”. Ogromne zainteresowanie mediów tą interpretacją wydarzeń rozpowszechniło się na całym świecie, a zwłaszcza wśród mieszkańców państw NATO i ich decydentów politycznych.
Na początku lat 90. strona chorwacka początkowo (a później strony bośniacka i albańska) zatrudniła amerykańską agencję PR Ruder Finn do „wojny informacyjnej”[1]. Wywołała ona falę komunikatów prasowych, konferencji prasowych, materiałów prasowych, a nawet powołała „Centrum Komunikacji Kryzysowej w Bośni”. Starannie i świadomie skonstruowana przez tę agencję interpretacja narracyjna Serbii jako nowych nazistowskich Niemiec i Slobodana Miloševicia jako nowego Hitlera stworzyła podatny grunt, na którym bardzo złożona wojna domowa – ze zbrodniami wojennymi popełnionymi przez wszystkie zaangażowane strony – mogła zostać wypaczona i przedstawiona jako nowa wojna eksterminacyjna i ludobójstwo Serbów na ich własnej ludności. Przywoływano horrory straszliwych masakr i ludobójstw II wojny światowej, wznosząc się niczym duchy i przyćmiewając obecne wydarzenia. „Masakra w Račaku”, o której na całym świecie mówiono przez wiele dni, stała się punktem zwrotnym w polityce NATO wobec Belgradu i zmieniła nastawienie opinii publicznej w Europie i USA do nalotów na Jugosławię.
Umożliwiło to Joschce Fischerowi wygłoszenie przemówienia 13 maja 1999 r., w którym stwierdził: „Ale ja stoję na dwóch zasadach: nigdy więcej wojny, nigdy więcej Auschwitz, nigdy więcej ludobójstwa, nigdy więcej faszyzmu. Obie te rzeczy są dla mnie ze sobą powiązane”[2]. W ten sposób uzasadniał swoją decyzję o pierwszym od czasów II wojny światowej udziale Niemiec w ataku zbrojnym.
Od 24 marca 1999 r. NATO bombardowało Jugosławię przez 78 dni, aż do czerwca, kiedy to kraj ten zaakceptował stacjonowanie zachodnich żołnierzy w objętej kryzysem prowincji Kosowo.
Gdy w styczniu 2001 roku wiodący niemiecki magazyn informacyjny Der Spiegel poinformował, że ostateczny raport naukowy fińskich ekspertów medycyny sądowej nie znalazł żadnych dowodów rzekomej serbskiej masakry cywilów, nie dało się udowodnić, że byli to cywile, ani że zostali zastrzeleni z bliskiej odległości (byli prawdopodobnie bojownikami, co oczywiście nie umniejsza tragedii ich śmierci), a także nie znaleziono żadnych okaleczeń ani innych oznak okrucieństwa, szkoda została już wyrządzona.[3]
W tym przypadku traumatyczne wydarzenie historyczne (Holokaust/Auschwitz, zagłada niemieckich obywateli żydowskich i innych ofiar) zostało przedstawione jako narracja w kontekście bieżącej sytuacji, a porównanie nie pasowało, fakty zostały przeinaczone, a dowody zatuszowane, aby dopasować je do określonego przekazu. To wzbudziło poczucie odrazy, a zwłaszcza wśród niemieckiej ludności i polityków, poczucie winy z powodu przerażających zbrodni epoki nazistowskiej, co doprowadziło do decyzji politycznej, która bez tej manipulacyjnej narracji najprawdopodobniej nie zostałaby podjęta.
Jak wolny jest wolny handel?
Kolejny przykład z dziedziny polityki gospodarczej: Ta narracja traktuje o kapitalizmie, a dokładniej o neoliberalizmie jako modelu sukcesu. Jak zauważa znany ekonomista z Cambridge, Ha-Joon Chang, w swojej książce 23 Things They Don't Tell You About Capitalism, „idea wolnego rynku”, która zakłada, że rynki, pozostawione same sobie, przyniosą najbardziej efektywne i sprawiedliwe rezultaty, a interwencje rządowe jedynie osłabiają efektywność rynku, jest narracją mającą niewiele wspólnego z rzeczywistością. Jak doszedł do tego wniosku?
Po pierwsze, twierdzi, że przesłanka tej idei (mówi nawet o „ideologii”), a mianowicie założenie istnienia całkowicie „wolnego rynku”, tzn. rynku bez reguł i granic ograniczających wybór, jest fałszywa, ponieważ taki rynek nie istnieje i nie może istnieć.
Następnie analizuje dowody na sukces modelu „wolnego rynku”: Przedstawiciele tej ideologii stosują metodę selektywnego doboru fragmentów historycznych, aby zniekształcić rzeczywistość i przedstawić swoją interpretację jako jedyną alternatywę: Z nielicznymi wyjątkami, wszystkie dzisiejsze bogate kraje uprzemysłowione – w tym Wielka Brytania i USA – wzbogaciły się dzięki połączeniu silnego protekcjonizmu, subsydiów i innych środków państwowych, od których Zachód (na przykład za pośrednictwem Banku Światowego i MFW) zdecydowanie odradza dziś krajom rozwijającym się i wschodzącym.
Dopiero gdy przemysł w tych krajach – również dzięki silnemu protekcjonizmowi i interwencjom państwowym – znacząco przewyższał swoich konkurentów w innych krajach, cła, subsydia i inwestycje państwowe zostały obniżone. Dlatego też, jeśli fragment historyczny zostanie wybrany tak, aby uwzględnić zakres interwencji państwowych tylko w fazie sukcesu gospodarczego, narracja o sukcesie modelu „wolnego rynku” i „wolnego handlu” może zostać utrzymana. Nie odpowiada ona jednak rzeczywistości.
Tacy byliśmy
Inny przykład dominującej narracji, tak przekonujący, że nie odebrałam go jako narracji i w związku z tym prawie go nie kwestionowałam, trafił do mnie za sprawą bardzo interesującej i poruszającej książki, którą przeczytałem na początku XXI wieku:
W znakomicie napisanej książce historycznej The Pity of It All izraelskiego dziennikarza i pisarza Amosa Elona, wydanej w 2002 roku, autor opisuje znaczący wpływ, jaki niemieccy Żydzi i Niemki wywarli na niektóre z najważniejszych wydarzeń kulturalnych, społecznych i politycznych XVIII i XIX wieku w Niemczech, a także to, jak intelektualnie i emocjonalnie byli oni związani z historią Niemiec.
Szczególnie ich kluczowa rola w rewolucji 1848 roku jako polityków, dziennikarzy, prawników, pisarzy i bojowników była mi ledwie znana przed lekturą tej książki. Dopiero podczas lektury uświadomiłam sobie, jak bardzo w przeszłości przeniosłam „oddzielenie” Niemców pochodzenia żydowskiego i wyznania żydowskiego od reszty populacji, egzekwowane przez nazistowską ideologię, prawa rasowe, a później Holokaust, wstecz, na lata i stulecia przedtem. Uświadomiłam sobie również, jak mało wiedziałem o godnych podziwu demokratycznych aspiracjach Niemców (chrześcijan, Żydów, agnostyków) i Niemek w połowie XIX wieku, ponieważ podobnie jak wiele osób dorastających w Niemczech Zachodnich, niewiele wiedziałem o naszych własnych tradycjach demokratycznych.
W naszej ogólnej edukacji historycznej (oczywiście nie mówię tu o historykach, a o nas, laikach) tak bardzo skupialiśmy się na autorytarnych i dyktatorskich epokach niemieckiej historii w szkolnictwie i w dyskursie publicznym, że ta tradycja i ludzie, którzy ją stworzyli, niemal zaginęli. Z pewnością można wypracować różne oceny i ewaluacje we wszystkich tych kwestiach. Co jednak ważne i wyraźnie widoczne w tym przykładzie, to możliwość spojrzenia z innej perspektywy na nasze własne tradycje demokratyczne i historię żydowskich Niemców.
Żyjemy w opowieściach, tak jak ryby żyją w wodzie
Zajmowanie się opowiadaniem historii i analizowanie narracji społecznych nie jest zatem sprawą błahą, nie jest hobby (choć nim też jest) ani też specjalnym, mało znanym tematem teorii komunikacji; pomaga nam raczej rozpoznać, w jaki sposób narracje te i ich manipulacyjne wykorzystanie wpływają na ważne postawy i oceny ludzi, a tym samym wpływają także na ważne decyzje w polityce i gospodarce.
Jest taki dowcip, w którym dwie ryby słyszą, jak kąpiący się mężczyzna wykrzykuje: „O, jaka piękna woda dziś jest!”. Jedna ryba pyta wtedy drugą: „Co to jest woda?”.
Pływamy w narracjach jak ryby w wodzie i często nie jesteśmy świadomi tego niewidzialnego środowiska. Mam nadzieję, że krytyczne podejście do narracji i konstrukcji narracyjnych doprowadzi do większej świadomości społecznej na temat tych technik i procesów. Dopóki bowiem nie zdajemy sobie sprawy z istnienia tej warstwy narracyjnej lub wiemy zbyt mało o jej działaniu, jesteśmy podatni na manipulację i nie możemy podejmować wolnych i świadomych decyzji, których my, jako obywatele tego świata, potrzebujemy, aby demokracje mogły w pełni funkcjonować.
Maike Gosch
Przypisy:
1. https://www.independent.co.uk/news/world/europe/prawda-jest-pierwszą-ofiarą-ofensywy-1541548.html
2. https://www.youtube.com/watch?v=7jsKCOTM4Ms
3. https://www.spiegel.de/politik/ausland/kosovo-krieg-keine-beweise-fuer-massaker-von-racak-a-112775.html
Część pierwsza Propagandy dla początkujących ukazała się w SN Nr 1/26 - Propaganda dla początkujących. (1) Efekt pierwszeństwa, druga – w SN Nr 2/26 - Propaganda dla początkujących (2). Kiedy reagujemy najsilniej?
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 460
Antonio Gramsci argumentował, że propaganda jest głównym narzędziem, poprzez które współczesna władza się utwierdza. Dla Gramsciego propaganda jest kluczowa dla hegemonii kulturowej; innymi słowy, dominacji określonego światopoglądu (często klasy rządzącej lub elity), który jest tak głęboko zinternalizowany przez społeczeństwo, że staje się „zdrowym rozsądkiem” i bezkrytycznie akceptowany jako naturalny i nieunikniony.
Istnieje wiele powodów, dla których transnarodowy agrobiznes zdołał zapewnić sobie dominację w globalnym systemie żywnościowym, a wśród nich ogromne wpływy ekonomiczne i polityczne. Jednak spostrzeżenia Gramsciego, wraz z „inżynierią zgody” Bernaysa oraz modelem propagandy medialnej Chomsky'ego i Hermana, pomagają nam zrozumieć dominację tego sektora na poziomie ideologicznym.
Teoria hegemonii kulturowej Gramsciego opisuje, jak dominujące interesy zdobywają kontrolę siłą lub prawem, ale co ważniejsze, kształtując przekonania kulturowe i narracje całego społeczeństwa. Szkoły, media i instytucje naukowe pomagają zachować status quo, aby zapewnić, że interesy, którym ostatecznie służą, są postrzegane jako rzeczywistość.
Bernays rozwinął tę teorię argumentując, że współczesna propaganda odwołuje się do irracjonalnych emocji i nieświadomych pragnień, kreując zgodę na głęboko niesprawiedliwe skutki. Model propagandy Chomsky'ego i Hermana adaptuje te spostrzeżenia do ery mediów, ujawniając, jak zgoda jest tworzona poprzez wybiórcze wiadomości, opinie ekspertów, korporacyjną własność kanałów informacyjnych i systematyczne filtrowanie sprzeciwu.
Sektor agrobiznesu i technologii rolniczych jest przykładem tych teorii w praktyce. Aby zapewnić sobie hegemonię, Big Ag wykorzystuje rozległy, skoordynowany kompleks propagandowy, w którego skład wchodzą giganci PR (takie jak Ketchum i FTI Consulting), grupy fasadowe (Genetic Literacy Project, American Council on Science and Health, Cornell Alliance for Science, International Life Sciences Institute) oraz ideologicznie zorientowani specjaliści, którzy wzmacniają i rozpowszechniają jego światopogląd jako powszechnie przyjętą mądrość.
Sieci te nasycają media, dominują w wyszukiwarkach internetowych, sterują treściami „edukacyjnymi” i organizują pozorne zaangażowanie oddolne (astroturfing), a wszystko to ma na celu podtrzymywanie nieuchronności i zalet rolnictwa przemysłowego, jednocześnie sprawiając, że alternatywy oparte na lokalnych, ekologicznych i agroekologicznych uprawach wydają się marginalne lub niebezpieczne.
Do stosowanych technik należą ghostwriting, manipulowanie widocznością wyników wyszukiwania i forsowanie tematów dyskusji za pośrednictwem pozornie niezależnych ekspertów i naukowców z różnych uniwersytetów, zwłaszcza na Florydzie i w Saskatchewan. Karierowiczów, którzy uważają, że ich kwalifikacje mogą maskować lub odwracać uwagę od firm CropLife lub Fundacji Gatesa, które wyznaczają ich cele.
Zgodnie z modelem Chomsky'ego, sprzeciw jest aktywnie zwalczany. Plany działań branżowych obejmują tworzenie zespołów PR, które mają neutralizować krytyków, takich jak US Right to Know, GMWatch, dziennikarzy i naukowców działających w interesie publicznym. Metody te obejmują koordynację ataków na krytyczne komentarze i komentujących w wątkach internetowych (program Monsanto „Nie zostawiaj niczego”), wykorzystywanie kontaktów medialnych do wykluczania krytycznych głosów z paneli dyskusyjnych lub publikacji oraz bezpośrednie atakowanie reputacji oponentów.
Krytycy są umieszczani na „liście celów” i piętnowani jako mordercy (skazujący miliony na śmierć głodową za sprzeciw wobec GMO), uprzywilejowani ideolodzy „Pierwszego Świata” lub ekstremiści antynaukowi, a nie ideowi orędownicy ekologii i zdrowia publicznego.
Ten atak na reputację ma na celu ukształtowanie granic akceptowalnej debaty.
Jednocześnie przemysł próbuje kreować się na zbawcę ludzkości. Korporacyjne narracje uparcie twierdzą, że tylko przemysłowe monokultury, pestycydy i biotechnologia mogą wyżywić świat i rozwiązać problem głodu – przekaz ten powtarzają dyrektorzy firm, tacy jak prezes Syngenty, Erik Fyrwald, politycy związani z przemysłem, tacy jak skompromitowany Owen Paterson, oraz tak zwani eksperci od mediów, tacy jak Patrick Moore, który oskarżył ludzi z GMWatch o bycie „morderczymi draniami” (tak, ten „Patrick Moore”, który kiedyś twierdził w audycji radiowej, że picie glifosatu jest nieszkodliwe, ale gdy prowadzący poprosił go o wypicie, niektórzy uciekli, udając ofiarę).
Narracja o zbawieniu przemysłu jest chyba najbardziej dobitnie ucieleśniona w Zielonej Rewolucji (GR), która jest agresywnie promowana jako ostateczne osiągnięcie humanitarne ideologii agrobiznesu. GR jest przedstawiana jako triumf technologii i chemikaliów, a lobbyści agrobiznesu nie tracą czasu, by wmawiać wszystkim, że uratowała miliony ludzi przed głodem i zabezpieczyła światowe zasoby żywności. Kluczowy temat do dyskusji.
Jednak ta wersja jest zaciekle kwestionowana przez osoby badające realia panujące w praktyce. Rząd Wielkiej Brytanii nie zrobił nic w Indiach, aby faktycznie zapobiec głodowi. Według prof. Glenna Stone'a, po prostu zwiększył ilość pszenicy w diecie (zastępując tradycyjne, wysokowydajne i bogate w składniki odżywcze uprawy), a spożycie żywności na osobę mogło spaść w okresie rządów Wielkiej Brytanii.
Dla Wielkiego Rolnictwa miarą sukcesu wydaje się być nie tyle uratowane życie, co raczej penetracja rynku i egoistyczny rewizjonizm historyczny. Co więcej, rolnik ekologiczny i krytyk zielonej rewolucji Bhaskar Save posunął się jeszcze dalej, potępiając całe przedsięwzięcie jako katastrofę ekologiczną, agronomiczną i humanitarną, która w zamian za krótkoterminowy wzrost plonów w dłuższej perspektywie pogorszyła stan gleby, spowodowała utratę bioróżnorodności, wzrost zadłużenia rolników i pogłębienie zależności od korporacyjnych środków produkcji, co stanowi zaprzeczenie obiecanych rezultatów humanitarnych i spuściznę w postaci dewastacji.
Korporacje agrobiznesu i podmioty z branży wypaczają koncepcję modernizacji rolnictwa, dążąc do realizacji własnych interesów komercyjnych i ideologicznych. Dziś dyrektorzy agrobiznesu twierdzą, że tradycyjne rolnictwo indyjskie jest „zacofane”, nieefektywne i potrzebuje technologii przemysłowej oraz rozwiązań biotechnologicznych. A co proponują jako rozwiązanie? Swoje zindustrializowane monokultury, swoje chemiczne bieżnie, platformy oparte na chmurze obliczeniowej, swoje „precyzyjne” rolnictwo, genetycznie modyfikowane nasiona i środki produkcji oraz swoją dominację i wizję jako jedynej drogi do postępu i bezpieczeństwa żywnościowego.
To podejście ma na celu legitymizację dominacji korporacji, a jednocześnie marginalizację rodzimej wiedzy, praktyk agroekologicznych i alternatyw dla drobnych rolników. Bayer, jako główny gracz, strategicznie przedstawia indyjskie rolnictwo jako z natury wadliwe, aby uzasadnić ekspansję swoich zastrzeżonych nasion, środków agrochemicznych i technologii, próbując stworzyć sztuczną zgodę na rolnictwo przemysłowe pod przykrywką modernizacji.
Apele „zbawiciela” próbują ukryć szkody ekologiczne, spadek wartości odżywczej i wywłaszczenie terenów wiejskich za emocjonalnym szantażem humanitarnej konieczności i innowacji naukowo-technologicznych. Każda polityka lub ruch kwestionujący ich model jest przedstawiany jako antybiedny, antynaukowy lub bezmyślnie ideologiczny.
Wielomilionowe budżety lobbingowe zapewniają dostęp do decydentów, paneli naukowych i organów regulacyjnych. Finansowane przez przemysł badania naukowe, działania grup fasadowych i zarządzane wydarzenia medialne sprawiają, że ramy prawne i polityczne faworyzują model przemysłowy, nadając mu jeszcze większą legitymizację, a jednocześnie piętnując ruchy agroekologiczne i ekologiczne jako nierealne lub przeciwne postępowi.
Konsensus naukowy, organy regulacyjne i przekaz medialny są kształtowane tak systematycznie, że nawet osoby o odmiennych poglądach często zaczynają wierzyć w naturalność dominacji korporacji.
Atak propagandowy na agrobiznes w pełni realizuje modele hegemonii i zgody na produkcję przedstawione przez Gramsciego, Bernaysa i Chomsky'ego. Dominująca narracja wpłynęła na niemal każdą kluczową instytucję, przez co wpływ przemysłu stał się niemal niewidoczny, a krytyka niemal nie do pomyślenia.
Ale maska się zsunęła. Pęknięcia są widoczne. Od narastających dowodów naukowych na szkodliwość pestycydów, po głęboką niezrównoważoność rolnictwa monokulturowego, „zdroworozsądkowa” narracja o rolnictwie korporacyjnym jest coraz bardziej defensywna. Głośne skandale i nieustanne śledztwa niezależnych dziennikarzy i naukowców ujawniły skoordynowane taktyki branży – ghostwriting, astroturfing i kampanie oszczerstw.
W ostatnich latach ujawnienie kompleksu propagandowego stanowiło kluczowy krok w kierunku odzyskania tej narracji. Jednocześnie nagłośnienie rzeczywistego sukcesu alternatywnych modeli pomaga obalić fałszywą narrację o rolnictwie przemysłowym . Modele te nie są zakorzenione w zyskach korporacyjnych, zależności, uzależnieniu od chemikaliów ani w „modernizacji” w stylu „cudownego lekarstwa” promowanej przez firmy takie jak Bayer. Przy odpowiednim wsparciu dowody jasno wskazują, że alternatywne modele opierają się na autentycznej odporności ekologicznej, a nie na fałszywym, zastrzeżonym techno-rozwiązaniom, na wzmocnieniu pozycji drobnych rolników, a nie na wywłaszczeniu, oraz na prawdziwym bezpieczeństwie żywnościowym, a nie na chorobach i dolegliwościach.
Colin Todhunter
Autor specjalizuje się w rozwoju, żywności i rolnictwie. Jest adiunktem naukowym w Centrum Badań nad Globalizacją (CRG).
Za: https://www.globalresearch.ca/big-ags-propaganda-power/5902098
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 28
Te historie nie są odosobnionymi przypadkami z odległej wojny. Te same metody są stale powtarzane, mentalność naszych elit rządzących jest taka sama, a ryzyko poważnego konfliktu jest dziś równie duże, jak w 1914 roku.
Te przykłady koncentrują się głównie na brytyjsko-amerykańskim zarządzaniu percepcją i propagandzie. Po pierwsze dlatego, że są mistrzami w tej sztuce, a po drugie, jako zwycięzcy nadal dominują w narracji.
Arthur Ponsonby i fałsz w czasie wojny
Po Wielkiej Wojnie nastąpiła ogromna fala rozczarowania i odrazy. Spokojna analiza wykazała, że większość tego, co powiedziano podczas wojny, okazało się kłamstwami i półprawdami. Fałsz w czasie wojny, zawierający zbiór kłamstw krążących po narodach podczas Wielkiej Wojny to tytuł książki opublikowanej w 1928 roku. Napisana przez Arthura Ponsonby'ego, omawiała 20 przypadków kłamstw w czasie wojny.
Treść książki można streścić w Dziesięciu Przykazaniach Propagandy Wojennej:
1. Nie chcemy wojny.
2. Tylko strona przeciwna jest winna wojny.
3. Wróg jest twarzą diabła.
4. Bronimy szlachetnej sprawy, a nie własnych interesów.
5. Wróg systematycznie dopuszcza się okrucieństw; nasze nieszczęścia są mimowolne.
6. Wróg używa zakazanej broni.
7. My ponosimy niewielkie straty, straty wroga są ogromne.
8. Artyści i intelektualiści popierają naszą sprawę.
9. Nasza sprawa jest święta.
10.Wszyscy, którzy wątpią w naszą propagandę, są zdrajcami.
Wróg jest twarzą diabła
Percepcja niemieckich okrucieństw podczas I wojny światowej wahała się na przestrzeni dekad. Hunowie byli rzeczywiście bezwzględni i bezkarnie zamordowali kilka tysięcy domniemanych snajperów i zakładników (francuskich tireurów), gdy w 1914 roku najechali Belgię i północną Francję.
Jednak temat barbarzyńskich Hunów gwałcących zakonnice i kłujących dzieci bagnetami został tak rozdmuchany przez machinę propagandową Ententy, że po wojnie opinia publiczna zareagowała negatywnie. W latach dwudziestych XX wieku rozczarowanie wojną i jej następstwami było tak wielkie, że wszystkie te opowieści odrzucono jako propagandę okrucieństw, co ponownie obróciło się przeciwko nim w 1939 roku, kiedy to niechętnie wierzono w opowieści o – tym razem prawdziwych – masowych niemieckich okrucieństwach.
Ten sam motyw był później wykorzystywany w niedawnej historii o „Irakijczykach wyrywających niemowlęta z inkubatorów w kuwejckich szpitalach”, w okresie poprzedzającym wojnę w Zatoce Perskiej w 1990 roku. Przed Kongresem USA młoda kobieta ze łzami w oczach zeznała, że jako pielęgniarka w Kuwejcie była świadkiem, jak iraccy żołnierze wyrywali przedwcześnie urodzone niemowlęta z inkubatorów i pozostawiali je na podłodze, by umarły. Historię tę powtórzył później równie poruszony prezydent George H.W. Bush.
Opinia publiczna później dowiedziała się, że kobieta nie była pielęgniarką, lecz córką ambasadora Kuwejtu w Waszyngtonie, a historia ta została zmyślona na potrzeby propagandy przez agencję PR Hill & Knowlton.
Mussolini zmienia zdanie – Włochy powinny przystąpić do wojny
Włochy początkowo zachowały neutralność, a następnie zdecydowały się dołączyć do Ententy. Okazało się to bardzo złą decyzją, która pochłonęła całe pokolenie młodych mężczyzn i nie przyniosła wielu korzyści w postaci traktatów pokojowych.
Decyzji tej częściowo sprzyjały dotacje brytyjskiego i francuskiego wywiadu dla włoskiej prasy. Włoski dziennikarz Benito Mussolini (aresztowany podczas starcia z policją w 1914 roku) zmienił zdanie i z czołowego socjalisty i przeciwnika wojny stał się zagorzałym zwolennikiem przystąpienia Włoch do wojny.
Według notatki sporządzonej w listopadzie 1922 roku przez francuskie służby specjalne w Rzymie, Mussolini (którego w innej notatce tej samej służby opisano jako „agenta ambasady francuskiej w Rzymie” ) zebrał w 1914 roku dziesięć milionów franków „na wsparcie wojny Włoch u boku państw sprzymierzonych”. W 1915 roku był jednym z założycieli ruchu faszystowskiego, który później, w 1922 roku, doszedł do władzy.
Różnica między deklarowanymi celami wojny a rzeczywistymi
W sierpniu 1914 roku, kiedy niemal jednogłośnie niemiecki parlament opowiedział się za wojną, przedstawiono ją niemieckiej opinii publicznej jako defensywny Schutzkrieg przeciwko spiskującym wrogom. Z wyjątkiem jednego członka, Karla Liebknechta, cała 110-osobowa delegacja Partii Socjaldemokratycznej uległa wojennej euforii i zagłosowała za pożyczkami wojennymi.
W pierwszych latach walk opinia publiczna postrzegała Niemcy jako kraj walczący o przetrwanie, a nie planujący imperialną ekspansję. W rzeczywistości jednak już we wrześniu 1914 roku, w pierwszych tygodniach wojny, dla kanclerza Bethmanna-Hollwega przygotowano tajny plan gruntownej przebudowy granic Europy, tzw. Septemberprogramm.
Po zawarciu pokoju w Brześciu Litewskim z bolszewikami w 1917 r. osiągnięto wschodnią część celów wojny. Niemcy zajęły lub utworzyły marionetkowe rządy w Polsce, na Ukrainie, Kaukazie i w krajach nadbałtyckich, a także utworzyły zależne państwo w Finlandii.
Choć było to zwycięstwo, doprowadziło to do wielkiego rozczarowania niemieckiej lewicy liberalnej, która dotychczas popierała wojnę o zachowanie kraju. Teraz mit wojny obronnej okazał się kłamstwem, a traktat pokazał, że była to wojna o ekspansję imperialną.
Zatopienie Lusitanii
W maju 1915 roku rząd brytyjski znalazł się w tarapatach. Wojna w Europie nie rozwijała się pomyślnie. Zamiast reagować na agresywne blokady brytyjskie błaganiem o litość, Niemcy zatapiały coraz więcej brytyjskich statków swoimi okrętami podwodnymi.
Lusitania została zatopiona przez niemiecki okręt podwodny w piątek 7 maja 1915 roku, 12 mil od wybrzeży Irlandii, zabijając 1198 osób. Statek płynął z prędkością równą 2/3 prędkości i po linii prostej, a nie zalecanym zygzakiem, stosowanym w celu uniknięcia torped. Pasażerami byli głównie obywatele USA (w tym milioner Alfred Vanderbilt).
Jej ładunek składał się głównie z niezgłoszonej broni i materiałów wybuchowych, co ostatecznie potwierdzono w 1960 roku i co wyjaśniało, dlaczego zatonęła tak szybko. Płynął do Wielkiej Brytanii, samotnie, w niewytłumaczalny sposób bez eskorty Royal Navy, prosto na znany rejon polowań na okręty podwodne.
Żadnemu przedstawicielowi prasy nie przyszło nawet do głowy pytanie, dlaczego Lusitania płynęła tak wolno i po prostej linii, ani dlaczego brytyjska Admiralicja zdecydowała się nie zapewniać standardowej eskorty morskiej.
Liczne ostrzeżenia dla podróżnych publikowane przez niemiecki rząd w amerykańskich gazetach, ostrzegające ludzi przed podróżowaniem brytyjskimi statkami na brytyjskie wody terytorialne na własne ryzyko, zostały pominięte w narracji.
Niemieckie wyjaśnienie, że Lusitania była uzasadnionym celem, ponieważ przewoziła uzbrojenie, zostało odrzucone.
Całkowicie zapomniano o agresywnej polityce głodzenia Niemiec do tego stopnia, że stały się one przyczyną kampanii U-Bootów. Po wybuchu wojny w 1914 roku Wielka Brytania natychmiast rozpoczęła blokadę morską Niemiec. Ponieważ nawet żywność była klasyfikowana jako „kontrabanda”, Niemcy musieli ją racjonować. Według wszelkich szacunków, w wyniku blokady ostatecznie zmarło z głodu kilkaset tysięcy ludzi.
Zatopienie Lusitanii było jedną z głównych przyczyn przystąpienia Stanów Zjednoczonych do wojny, co pozwoliło Brytyjczykom wygrać wojnę.
Niewygodna oferta pokojowa: „Po co on chce się wtrącać?”
W lipcu 1915 roku papież Benedykt XV opublikował adhortację apostolską „Do narodów toczących wojnę i do ich władców”. Dwa lata później, w 1917 roku, dokument ten stał się „siedmiopunktowym planem” , czyli notą pokojową skierowaną do walczących stron. Opierał się on na pokoju opartym na sprawiedliwości, a nie na podbojach militarnych, na zaprzestaniu działań wojennych, redukcji zbrojeń, zagwarantowaniu wolności mórz, arbitrażu międzynarodowym oraz przywróceniu Belgii niepodległości i zagwarantowaniu jej „przeciwko wszelkim mocarstwom”. (Jednak milcząco sugerował, że Niemcy zdobędą pewne terytoria na wschodzie).
Inicjatywa upadła: chociaż państwa centralne (Niemcy, Austro-Węgry) po trzech latach wyczerpującej wojny przychylnie odniosły się do mediacji, nikt po stronie Ententy nie okazał zainteresowania. (Upadek carskiego rządu rosyjskiego kilka miesięcy później zmniejszył gotowość Niemiec do negocjacji). Wielka Brytania nie okazała nawet Stolicy Apostolskiej zwykłej uprzejmości i nie udzieliła stosownej odpowiedzi. Odpowiedzi Francji i Włoch były wrogie, a odrzucenie sojuszu w imieniu sojuszu dokonał prezydent Stanów Zjednoczonych Woodrow Wilson, który początkowo skomentował propozycję papieża: „Po co on chce się wtrącać?”.
Decyzja o odrzuceniu jakiejkolwiek propozycji Watykanu zapadła już w 1915 roku. Istniało zagrożenie, że mediacja pokojowa kogoś takiego jak papież mogłaby wywołać tak silną presję wśród znużonego wojną społeczeństwa, że mogłoby ono zyskać wystarczającą siłę, by zmusić władze do przyjęcia propozycji.
Tajny Traktat Londyński (1915), zobowiązujący Włochy do członkostwa w Entencie (Wielka Brytania, Francja i Rosja), zawierał klauzulę, artykuł 15, w którym Włochy otrzymały carte blanche na wszelkie działania uznane za konieczne w celu uciszenia Kościoła: „Francja, Wielka Brytania i Rosja będą popierać wszelki sprzeciw, jaki Włochy wniosą wobec każdej propozycji mającej na celu wprowadzenie przedstawiciela Stolicy Apostolskiej do jakichkolwiek negocjacji pokojowych lub negocjacji mających na celu uregulowanie kwestii podniesionych przez obecną wojnę”.
Od wyzwolenia kobiet do narzędzia państwa
Nie ma nic nowego w tym, że liberalni reformatorzy społeczni działają ramię w ramię, gdy kraj idzie na wojnę.
Brytyjka Emmeline Pankhurst była najbardziej prominentną działaczką ruchu sufrażystek. W 1902 roku założyła Socjalno-Polityczną Unię Kobiet (WSPU). Po niezwykłej i niezwykle radykalnej kampanii na rzecz praw kobiet, obejmującej strajki głodowe, podpalenia i wybijanie szyb, grupa zmieniła program z reformistycznego na skrajnie prawicowy, reakcyjny nacjonalizm, gdy tylko wybuchła wojna.
W latach 1914-15 grupy kobiet przemierzały angielskie miasta, rozdając białe pióra tchórzostwa mężczyznom w cywilnych ubraniach. „Brygada Białego Pióra” została utworzona przez admirała Charlesa Fitzgeralda, jastrzębia wojennego, który pragnął wprowadzenia w Wielkiej Brytanii obowiązkowej służby wojskowej. Kampania rozprzestrzeniła się po kraju z zadziwiającą szybkością.
Nie bez związku z tym, WSPU z powodzeniem przeprowadziła tajne negocjacje z rządem, a 10 sierpnia 1914 roku rząd ogłosił zwolnienie wszystkich sufrażystek z więzień. Po otrzymaniu dotacji w wysokości 2000 funtów od rządu, WSPU zorganizowała w Londynie demonstrację prowojenną. Członkowie nieśli transparenty z hasłami takimi jak „Żądamy prawa do służby” i „Niech nikt nie będzie kocimi łapkami cesarza”.
Pankhurst założyła Partię Kobiet w 1917 roku. Fragmenty programu:
(1) Walka do końca z Niemcami.
(2) Bardziej zdecydowane środki wojenne obejmujące drastyczne racjonowanie żywności, więcej wspólnych kuchni w celu ograniczenia marnotrawstwa oraz zamykanie gałęzi przemysłu niebędących niezbędnymi w celu umożliwienia pracy na roli i w fabrykach.
(3) Całkowite usunięcie z urzędów państwowych wszystkich urzędników pochodzenia wrogiego lub mających powiązania z wrogiem. Warunki pokojowe, w tym podział Cesarstwa Habsburgów.
(8) Odmowa przyznania autonomii Irlandii.
W obronie Ruchu Sufrażystek wiele członkiń opowiedziało się za inną, bardziej honorową postawą, jak na przykład jej córka Sylvia Pankhurst . W 1915 roku Sylvia entuzjastycznie poparła Międzynarodowy Kongres Pokoju Kobiet, a później stała się czołowym głosem oporu wobec ataku Mussoliniego na Etiopię na arenie międzynarodowej.
Edith Cavell – pielęgniarka (a sto lat później jednak szpieg)
Niewiele incydentów wywołało większe oburzenie w czasie I wojny światowej niż rozstrzelanie brytyjskiej pielęgniarki Edith Cavell za pomoc żołnierzom alianckim w ucieczce z okupowanej Belgii. Podczas procesu przyznała się do kierowania siatką przemytników ludzi.
Jednak niemieckie oskarżenia utrzymywały również, że Cavell była szpiegiem przesyłającym wrażliwe informacje wywiadowcze tą samą siecią. Twierdzeniu temu stanowczo zaprzeczył zarówno Cavell, jak i brytyjski rząd.
Upór rządu o jej niewinności był w Wielkiej Brytanii traktowany jako dorozumiana prawda, a ona sama stała się symbolem ofiar nawykowego okrucieństwa Hunów. To przekonanie wywarło również ogromny wpływ na opinię publiczną we wciąż neutralnych Stanach Zjednoczonych. Domniemanie niewinności utrzymywało się przez wiele lat i przez dziesięciolecia było użytecznym narzędziem propagandy.
W programie BBC w 2015 roku, sto lat po śmierci Cavella, Stella Rimington, była szefowa MI5, ujawniła, że odkryła w belgijskich archiwach dokumenty wskazujące na to, że Cavell była w rzeczywistości szpiegiem.
Oczywiście, to tylko ograniczone miejsce spotkań. MI5 wiedziało o tym od początku, jako szef Cavell, ale naturalnie postanowiło zachować to w tajemnicy, bo myśl o jej niewinności była dla nich zbyt wygodna.
Rimington powiedziała, że jej zeznania wykazały, „że organizacja Cavell prowadziła dwutorową działalność”, a drugą częścią jej tajnej misji było szpiegostwo.
Wśród dokumentów znalazła się relacja Hermana Capiau, młodego belgijskiego inżyniera górnictwa, który w 1914 r. sprowadził pierwszych brytyjskich żołnierzy do Cavell i był ważną postacią w jej sieci.
Napisał: „Zawsze, gdy tylko było możliwe przesłanie interesujących informacji wywiadowczych na temat operacji wojskowych, informacje te były przekazywane szybko i punktualnie do angielskiego wywiadu”.
Capiau powołał się na informacje o niemieckim systemie okopów, lokalizacji składów amunicji i miejscu pobytu samolotów.
Ponieważ faktycznie była winna, jej przypadek byłby podobny do przypadku słynnej szpieg Maty Hari , która została bezceremonialnie stracona przez Francuzów w 1917 roku, bez żadnego międzynarodowego protestu. Oczywiście, przypadek Cavell jest gorszy, ponieważ wykorzystała humanitarną przykrywkę dla swoich działań, narażając na podejrzenia cały personel medyczny.
Większość naszych opinii kształtują mężczyźni, o których nigdy nie słyszeliśmy
Po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny w 1917 r. prezydent Wilson powołał agencję rządową o nazwie Komitet Informacji Publicznej , której zadaniem było zdobycie poparcia opinii publicznej dla amerykańskiej Krucjaty Wolności© .
Młody człowiek, Edward Bernays, rozpoczął tam pracę i szybko nauczył się tam fachu. Później zyskał miano „ojca public relations” i pioniera nowoczesnej branży PR, gdzie między innymi zorganizował medialną część operacji zmiany reżimu CIA w Gwatemali w 1954 roku.
Pełny cytat z jego wypowiedzi brzmi następująco:
„Świadoma i inteligentna manipulacja zorganizowanymi nawykami i opiniami mas jest ważnym elementem demokratycznego społeczeństwa. Ci, którzy manipulują tym niewidzialnym mechanizmem społecznym, tworzą niewidzialny rząd, który jest prawdziwą siłą rządzącą naszym krajem. Jesteśmy rządzeni, nasze umysły są kształtowane, nasze gusta kształtowane, nasze idee podsuwane, głównie przez ludzi, o których nigdy nie słyszeliśmy”.
Opisująca wyimaginowaną niemiecką inwazję na Anglię książka The Invasion of 1910 została napisana przez Williama le Queux na zlecenie magnata prasowego lorda Northcliffe’a i publikowana w odcinkach w jego gazecie Daily Mail w 1906 roku. Po odprężeniu z Francją i zacieśnieniu relacji z Rosją, brytyjskie elity były zgodne co do tego, kto będzie kolejnym prawdopodobnym wrogiem. Jednak brytyjska opinia publiczna wciąż nie była „zgodna z programem” i rozpoczęto szeroko zakrojoną kampanię mającą na celu przygotowanie jej mentalnie. W latach 1906–1914 ukazał się potok książek i artykułów na temat straszliwego zagrożenia ze strony Hunów, autorstwa wielu autorów, w tym Arthura Conana Doyle’a.
Dzień Pamięci Wojny Bit po Bitach nabiera nowego znaczenia
I wojna światowa była krwawym wydarzeniem dla krajów Wspólnoty Narodów. Większość australijskich miasteczek, a nawet małych wiosek, ma cenotaf lub pomnik z szokująco długą listą miejscowych mężczyzn poległych w I wojnie światowej. Dzień ANZAC (25 kwietnia, rocznica angielsko-francuskiej kampanii podboju Gallipoli i Dardaneli, w której Australia brała udział) został ustanowiony w 1921 roku, aby upamiętnić poległych w wojnie, w dość ponurej atmosferze. Święto i ceremonia były cichym wydarzeniem przez większość ubiegłego wieku, pomijając typowe dla prawicy próby jego wykorzystania. Jego apogeum nastąpiło pod koniec lat 70. XX wieku, po wojnie w Wietnamie.
Wyraźna zmiana rozpoczęła się w latach 90. XX wieku, wraz ze skoordynowaną i bardzo dobrze finansowaną kampanią rządu mającą na celu militaryzację australijskiej historii. Teraz uroczystości te są ogromnymi wydarzeniami militarno-politycznymi, pełnymi patosu, obłudy i sentymentalizmu. Wydając ogromne sumy na połączenie publicznego wyobrażenia o australijskości z gloryfikacją jej militarnej chwały, Australijczycy zdają się nieuchronnie uczestniczyć, niczym z wyboru w 1914 roku, w kolejnej krwawej wojnie światowej – niczego nie nauczyli się w Australii.
Neutralne kraje są zwycięzcami
Szwajcarska karykatura autorstwa Karla Czerpiena nosi tytuł „Zaloty neutralnych”, w której mówcy z walczących krajów próbują nakłonić neutralne państwa do przyłączenia się. Różne sojusze wkładały wiele wysiłku we wplątywanie neutralnych państw w swoje imperialistyczne intrygi (patrz przykład Włoch powyżej). Dla mniejszych państw neutralnych wojna między mocarstwami to zawsze niebezpieczny czas, ale starając się zachować neutralność, wychodzą na tym lepiej niż przystępując do sojuszu. To lekcja dla naszych czasów, kiedy małe państwa w Europie zdają się bardzo pragnąć zaszczytu bycia polem bitwy w kolejnej wojnie.
1924 — Pacyfista Ernst Friedrich pokazuje prawdziwe oblicza wojny
W 1924 roku, w książce Wojna przeciwko wojnie , niemiecki działacz antywojenny Ernst Friedrich przełamał tabu w reportażach wojennych, pokazując prawdziwe obrażenia wojenne. Takie przerażające zdjęcia były – i nadal są – na ogół bardzo rzadko pokazywane w reportażach wojennych, zarówno w mediach korporacyjnych, jak i w literaturze antywojennej.
Ta niechęć przyczynia się, celowo lub po prostu dlatego, że zdjęcia są zbyt szokujące, do powstania niemal wyidealizowanego obrazu wojny, w którym nasi zmarli są zawsze pięknie pogodni, a ranni są solidnie owinięci bandażami.
Terje Maloy
Terje Maloy jest norwesko-australijskim blogerem i tłumaczem.
Za: https://www.globalresearch.ca/propaganda-during-world-war-i-an-illustrated-account/5659679

