Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 359
Prymitywne rozumienie zyskowności i fetysz indywidualnego poziomu życia (hedonizm, by nie rzec – sybarytyzm) dla udowadniania swej lepszej, uprzywilejowanej pozycji społecznej są również charakterystycznymi składnikami przestrzeni, w której króluje kundlizm. Kontynuując nasze rozważania nad tym zjawiskiem nie można pominąć wpływu implementowanego u nas po 1989 r. ustroju społeczno-politycznego i towarzyszącym mu promowanych przez elity zjawiskom na wykwit tej odrażającej i toksycznej antycnoty zwanej kundlizmem.
W oczach chciwego narodu wolność nie będzie niczym więcej niż tylko niezbędnym warunkiem prowadzenia bezpiecznych operacji finansowych. A tym samym ograniczona będzie do personalnych lub grupowych zysków.
Markiz de Condorcet
System, jaki zaczął funkcjonować nad Wisłą po 1989 r. otworzył niesłychanie wiele przestrzeni dla rozwoju kundlizmu. Zwłaszcza, gdy kapitalistyczny kult rywalizacji, konkurencji, mających doprowadzić do maksymalizacji zysków a jednocześnie do eliminacji konkurencji nałożył się na postsarmacką, postfeudalną świadomość. Rozumienie istoty nowego ustroju i systemu organizacji i funkcjonowania społeczeństwa zatrzymało się na poziomie XIX. w. i romantycznych omamów trapiących polskie społeczeństwo.
Dość dobrze ten stan opisał Stanisław Lem mówiąc, iż aby w Polsce szczęśliwie żyć, musi się mieć pieniądze i miedziane czoło. Inaczej nic z tego nie może wyjść. Wszelako ażeby gruntownie to pojąć i wyciągnąć z tej diagnozy wnioski, trzeba krzty trzeźwego, antynostalgicznie nastawionego względem przeszłości, rozumu. O rozum i racjonalność było i jest u nas prawie zawsze trudno, co generuje brak rozwagi i odwagi mówienia rzeczy niepopularnych, idących wbrew świętym symbolom wdrukowanym w zbiorową świadomość. A to już sprzyja pokątnemu rozumieniu takich uniwersalnych pojęć jak prawda, tolerancja, pluralizm itp.
Najmita jak towar
W gospodarce rynkowej jednym z towarów jest człowiek. Nikt temu nie może zaprzeczyć, gdyż to tzw. przedsiębiorca, zwłaszcza ten zatrudniający najemną siłę roboczą, kupujący pracę, zdolności, umiejętności, wiedzę pracownika wedle zasad rynkowych, traktuje tym samym najmitę jako towar. To typowy i klasyczny – o czym nadwiślańskie pięknoduchy nie chcą wiedzieć i tej relacji zrozumieć - kanon tego systemu. I on m.in. generuje prezentowane zjawisko kundlizmu.
Wielu tzw. pracodawców (nie lubię i sprzeciwiam się takiej interpretacji rynku, gdyż przedsiębiorca nic nikomu nie daje, on kupuje to, co wyżej wymieniłem), przedkłada zwykły towar nad towar jakim jest człowiek. Czyli robi hierarchię towarów. Wpierw reguluje należność wobec np. energetyki, dostawców, fiskusa itd. Zaspokaja swoje potrzeby i marzenia. Pracownik poczeka. Czeka wiele miesięcy. Nawet rok. Staje się, również w swoich oczach towarem poślednim. Opłacanym na końcu.
Nasz systemowy, współczesny, kapitalistyczny kundlizm ma taką właśnie, niewolniczą i feudalną de facto twarz. W Europie, zapatrzonej w neoliberalne miazmaty, w wieku XXI to coraz częściej norma. Smutne to, ale prawdziwe. Smuci fakt, że ci dłużnicy nie używają tu sumienia. Dlatego uważają, że mają je czyste.
Jeden z głównych guru liberalizmu i klasyk doktryny miał stwierdzić, iż „Skłonność do podziwiania, niemal wielbienia bogatych i możnych, przy jednoczesnym gardzeniu lub przynajmniej lekceważeniu ludzi biednych jest wielką przyczyną niszczenia naszych uczuć moralnych” (A. Smith, Teoria uczuć moralnych). W ogóle pogarda, odraza, uprzedzenia rodzą agresję, która z kolei przejawia się stygmatyzacją tych Innych. Tu – biednych, wykluczonych, tych którym się nie udało, którzy nie nadążają za spławikiem rzuconym wędką przez rządzących, czy sprawujące rządy dusz elity stojące na brzegu rzeki zwanej ludzkim bytem. Esencja przytoczonej tu sentencji Adama Smitha jest dla rozważań nad dzisiejszym kundlizmem w sferze moralno-etycznej, może jej zasadniczym elementem. Przede wszystkim w Polsce, gdyż nasze elity, włodarze dusz i umysłów często przywołują uniwersalne, wzniosłe idee, wartości czy zasady, mówiąc o godności człowieka i solidarności.
Wieczny sarmatyzm
Ci „dumni Polacy i Polki”, którzy są „leniwi, bierni, zamknięci w absolutnych przekonaniach o swoich racjach” ciągle tkwią w sarmatyzmie, „najciemniejszym okresie” dziejów Polski, jego kulturze, prowadzącym w stronę kolejnych tragedii i klęsk narodowych. Sarmacja ze swoimi obyczajami, światopoglądem i mentalnością tworzy swoisty, toksyczny i wiodący zawsze na polityczne manowce model „że jesteśmy najlepszym i najważniejszym wśród narodów świata”. (p. Olga Lipińska, „Jesteśmy nieznośnym bachorem Europy”, Przegląd, 24-30.01.2022). Niczym Izraelici wiedzieni przez Mojżesza do Ziemi Obiecanej narodem wybranym przez swego Boga.
Kabotynizm – to wynika wprost z cytowanego wywiadu – tworzy w naszym kraju specyficzne pole, niezwykle płodne dla tych szkaradnych, etycznie obleśnych postaw i zachowań. To jest tym bardziej skandaliczne, iż wszystko u nas ocieka sosem wzniosłych, moralnie unisono wypowiedzianych zaklęć.
I nawet, gdy wydaje się, że już, już powinien nastąpić przełom, porzucenie postsarmackiej i postfeudalnej kultury powracają stare, ukryte w zakamarkach zbiorowej świadomości, demony. Doskonale to opisuje polski liberał starej szkoły, wykładowca akademicki renomowanych uczelni na świecie prof. Andrzej Walicki: „Martwi mnie uległość społeczeństwa polskiego wobec form przemocy zbiorowej. To samo działo się w heroicznym okresie Solidarności. Wymuszano konformizm pod groźbą środowiskowych anatem i ostracyzmów, krytyczny sąd traktowano jako rodzaj odstępstwa. Organizowano nawet coś w rodzaju antykomunistycznej indoktrynacji. Miało to wówczas uzasadnienia w etosie moralnej walki, ale pozostawiało po sobie fatalną tradycję nietolerancji wobec eksprzeciwników oraz przypisywanie kombatantom zbiorowej wyższości moralnej i wynikających zeń uprawnień” (A. Walicki, „Katolicyzm nie był jedyną tradycją Polski”,Europa, 2006). Ta konstatacja pokazuje zarówno genezę wielu zachowań i postaw tak charakterystycznych dla kundlizmu, ale jednocześnie wskazuje kolejne pola dla jego rozwoju, hodowli nowych, współczesnych faz tego zjawiska.
Deklaracje o demokracji, tolerancji, admiracji pluralizmu i swobody słowa, a przede wszystkim o szacunku dla wolności wobec tej powszechnej przemocy symbolicznej zbiorowości, nie trawiącej inności, nie mogącej się pogodzić z nonkonformizmem i nie dającej zgody na indywidualne zdanie jest według mnie właśnie przykładem, iż kundlizm ma się u nas wyśmienicie.
Skryty totalitaryzm
Omawiając problem kundlizmu nie sposób pominąć zagadnienia zwanego przemocą symboliczną i idącą z nią równolegle tzw. mowy nienawiści. Rozwój technologii sprzyja tej formie przemocy. Za jej twórcą, Pierrem Bourdieu, winniśmy zauważyć, iż jest to miękka metoda narzucania ludowi przez możnych, przez klasy panujące, takich wartości i sposobu widzenia rzeczywistości, który leży w interesie owych klas. Oczywiście, działając na świadomość oraz podświadomość kastruje się zarządzany w ten sposób lud z rozumienia rzeczywistych procesów zachodzących w świecie. Pozbawia się go racjonalnej oceny, a tym samym tworzy się sytuacje niejako naturalne będące korzystnymi, pożądanymi, leżącymi w interesie dominujących klas.
W tym systemie są to posiadacze kapitału i zarządzający nim, w ich imieniu, menadżerowie. Podporządkowany i tak manipulowany lud postrzega rzeczywistość społeczną w kategoriach stworzonych przez owe grupy i koterie. I tak legitymizacji podlega ich hegemonia.
Esencją owej przemocy jest arbitralne wszczepienie do świadomości podporządkowanych tak dobranych treści – zwłaszcza dotyczy to kultury - iż nie tylko przyjmują oni je za swoje, ale się z nimi utożsamiają, reagując emocjonalnie na wszelkie odstępstwa.
To czysta manipulacja i celowa dezinformacja zwana dawniej inżynierią społeczną, choć prowadzona zza kulis wolności oraz demokracji, a przy pomocy technologicznych osiągnięć ludzkości. I jest to czynione w imię wzniosłych, powszechnie akceptowanych, haseł. To totalitaryzm realizowany w o wiele bardziej perfidnym i absolutnym wymiarze niż przedstawiała to literatura. M.in. dotyczy to Jeremy’ego Benthama (Panopticon, albo dom nadzoru), George’a Orwella (Rok 1984) czy Michela Foucaulta (Nadzorować i karać).
Metaforycznie pobrzmiewa też ta groźba u Jeana Baudrillarda (Ameryka), kiedy referuje on swe doznania z pobytu na pustyni: ona swym pięknem, surowością, ale i ogromem stwarzającym minimalizację osoby ludzkiej wobec tych kolosalnych obrazów powoduje, iż doznania te obezwładniają i urzekają. W efekcie czynią człowieka bezwolną, poddaną (z racji ogromu i niezrozumienia z czym mamy do czynienia) chwili, biomasą. To są wspomniane emocjonalne reakcje jednostek zdominowanych, zaszczepionych symboliką swych „Panów”.
I nie chodzi tu o przewagę – jak uważał Bourdieu – kapitału symbolicznego, kulturowego posiadanego przez klasy hegemonistyczne. To efekt niebywałej koncentracji kapitału oraz jego splot ze sferą medialno-cyfrowo-informacyjną. A to stwarza nieznane dotychczas pola dla manipulacji, dezinformacji, zakresu i głębokości wspomnianej przemocy symbolicznej. Co musi z kolei przy określonej świadomości społeczeństwa polskiego rodzić przestrzeń dla rozkwitu kundlizmu. Kult rynku oraz najszerzej promowany sybarytyzm nieodłącznie rodzić musi klientyzm. Czyli jedno ze źródeł kundlizmu.
Klientyzm – polskie „prawo naturalne”
Klientyzm to najskuteczniejsza z form utrwalania i sprawowania hegemonii. Zdominowani nie dostrzegają nawet, że owa przemoc powoduje określoną hierarchizację, ponieważ są przekonani, iż jest to normalny, zadekretowany „od zawsze” porządek. Obojętnie, czy dany z nieba, ustanowiony przez Absolut, czy po prostu „prawo naturalne”. To się realizuje m.in. przez określoną edukację , sakralizację władzy i służącego jej mainstreamu, ezopowy język przekazu, etykiety i materialne gadżety luksusu jako coś predestynującego do elitarności, swoiste zdystansowanie, patos i hieratyzm immanentny elitom oraz niedostępność owych wyżyn dla „prostaczków”.
Nawet demokrację i wolność wyboru sprowadzono do mechanicznego aktu – macie uczestniczyć w glosowaniu, wrzucić kartę do urn wedle reklam i przekazu medialnego, a potem dajcie sobie spokój, zajmijcie się swoimi sprawami, my za was zadecydujemy - bez względu na to, jaki jest wynik tego glosowania. Bo politycy różnych szczebli są i tak, mimo pozornych różnic, z tej samej klasy i przynależą formalnie i mentalnie do tej samej elity.
Bronisław Łagowski w jednym ze swych felietonów zwrócił uwagę na zapomniane pojęcie sykofantii. W starożytnej Grecji był to system donosów obywatelskich, dobrowolnych i ochotniczych, który z czasem stał się półformalną instytucją. Dziś w polskiej przestrzeni sykofantów nazywa się sygnalistami, hejterami lub trollami. Sykofanci demokrację poniżali, upadlając ogół obywateli, angażując ich emocjonalnie w spektakle oskarżycielskie i czyniąc w tej sposób współoszczercami. Każdy pod jakimś względem wybijający się ponad przeciętność człowiek, każdy kto miał zdanie czy sąd niekompatybilny z ogólnie przyjętymi trendami, bądź modami, który zdobywał się na odwagę jawnie polemizować z tzw. opinią publiczną, skupiał na sobie uwagę. Wskutek absurdalnych zarzutów jedni byli skazywani na wygnanie, inni na śmierć.
Temistokles, genialny strateg spod Salaminy (ta bitwa uchodzi za jedną z najważniejszych w dziejach Europy), musiał uciekać z Aten, a Sokrates oskarżony przez zawziętych sykofantów wypił cykutę. Ci mali, zawistni, autorytarni osobnicy (dla których tylko ich wizja świata jest dopuszczalna) – mimo szermowania wzniosłymi terminami i pojęciami – wykarczowali ateńską scenę polityczną z jednostek wybitnych. Z osobistości mających poczucie własnej godności i posiadających indywidualne, subiektywne i różne od poglądów gawiedzi, zdanie.
To są uniwersalne procesy i sytuacje, gdyż takie niskie skłonności tkwią głęboko w osobowości ludzi, bez względu na epokę i systemy polityczne. Trzeba tylko określonej atmosfery stworzonej przez społeczne stosunki lub władze, aby taki proceder wybuchnął z mocą tornado. I efekty takich działań niosą sobą także ponadczasowe, tragiczne i dehumanizujące skutki.
Dla sykofantii rzeczywistość jawi się jako sprzysiężenie mrocznych sił, wyposażonych w transcendentalną, demoniczną moc. W walce z nimi nie potrzebne są zasady demokracji i metody politycznych debat. Potrzebna do ich pokonania jest krucjata. Wymaga to zawieszenia wszelkich demokratycznych reguł i dobrych obyczajów, gdyż demonowi, Lucyferowi, orkom (czy ich akolitom) odebrać należy człowieczeństwo i pozbawić wszelkich atrybutów związanych z cywilizowanymi formami nie tylko debaty publicznej, ale i społecznego współżycia. Skazać należy na śmierć cywilną i publiczny niebyt. Czy współczesny medialno-cyfrowy totalizm sprzyjający i generujący takie zachowania nie jest egzemplifikacją kundlizmu?
Podsumowując te rozważania należy stwierdzić, że jedynym z głównych źródeł intelektualnego i emocjonalnego kundlizmu jest nadmiar emocji i afektów w sferze publicznej. Już w latach 70. XX w. prof. Jan Szczepański zwracał na to uwagę. Kult rynku i nacisk na wartości z nim związane odkryły nowe możliwości dla rozkwitu skundlenia. Polityka w naszym kraju „rozgrywa się w sferze emocji i ciągle się sądzi, że rozwój kraju zależy od postaw patriotycznych, zaangażowania, oddania bez reszty sprawie, ofiarności etc. I ciągle w wychowaniu i propagandzie kładzie się nacisk na emocje.
Jest to z jednej strony nieefektywne, gdyż ludzie żyjący w podnieceniu emocjonalnym zużywają się znacznie szybciej, emocje często przeradzają się w przeciwieństwa, trwają krótko. A zatem jako metoda sterowania długofalowym, wynikiem jest nieskuteczna.
Z drugiej strony, jest to igranie z ogniem, gdyż pobudzenie emocjonalne może zawsze przynieść nieprzewidywane skutki” (J. Szczepański „Jakie widoki otwiera przed nami 30-lecie naszych przemian”, Polityka, 42/1974).
Szczepański pisał to w 30. rocznicę PRL. Dziś mamy 30-lecie III RP - czy te uwagi straciły na aktualności? Polski typ osobowości, umysłowości, spojrzenia na świat i ludzi oraz procesy kształtujące rzeczywistość niewiele lub w ogóle się nie zmieniły. Chodzi oczywiście o negatywne emocje królujące w publicznej przestrzeni, które w połączeniu z ową bałwochwalczą czcią rynku (i tego co się z nim wiąże) są źródłem rozwoju i poszerzania bazy dla kundlizmu.
Radosław S. Czarnecki
Od Redakcji: Jest to druga, ostatnia część rozważań Autora nt. polskiego kundlizmu. Pierwszą zamieściliśmy w numerze grudniowym SN 12/24.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2012
Co łączy Polskę i maleńką Rwandę, kraj tysiąca zielonych wzgórz na równiku, w sercu Afryki? Zwłaszcza Rwandę sprzed 1994 roku. Oba kraje są (w przypadku Rwandy trzeba używać już dziś czasu przeszłego) najbardziej katolickimi krajami na swoich kontynentach.
Oba mają /miały tzw. obrony terytorialne, czyli oddziały samoobrony złożone z ochotników szkolonych jako paramilitarne formacje, uzbrojone przez regularne wojsko, z przeznaczeniem do różnych celów: w Rwandzie nazywały się one Interahamwe oraz Impuzamugambi i zostały użyte w czasie rzezi Tutsich, w Polsce nazywają się Wojskami Obrony Terytorialnej i jeszcze nie miały okazji do działania.
No i w tle pozostają katastrofy lotnicze, dające sygnał do symboliczno-praktycznych działań: w Rwandzie zestrzelenie flagowego samolotu z prezydentem kraju Juvenalem Habyarimaną na pokładzie (wrak tego statku powietrznego spoczywa jako symbol po dziś dzień w ogrodach pałacu prezydenckiego w stolicy Rwandy Kigali) przez gwardię prezydencką daje sygnał do rozpoczęcia ludobójstwa Tutsich i tych Hutu, którzy nie popierali polityki eksterminacji Rwandyjczyków z racji ich pochodzenia.
W Smoleńsku katastrofa lotnicza – tam też wrak prezydenckiego Tu-154 spoczywa po dzień dzisiejszy jako fundament założycielski tego, co można nazwać „religią smoleńską” i która wyniosła do władzy ultraprawicę w Polsce – jest de facto mitem i symbolem państwa według koncepcji PiS (realizowanym od 2015 roku).
Ale nie tylko to może nasuwać na myśl pewne podobieństwa między tymi dwoma krajami. Bardzo podobny jest język prowadzenia dyskursu i narracja obecne od dawna w przestrzeni publicznej: w Rwandzie w czasie poprzedzającym ludobójstwo, w Polsce od przynajmniej 2-3 dekad. U nas to narastające agresja, nienawiść, stygmatyzacja tych Innych (nie mieszczących się w jednowymiarowej kliszy prawdziwego Polaka-katolika, zwolennika prawicy, fana leseferyzmu rynkowego i akolity niczym nie ograniczonej prywatnej własności). Negatywne emocje, pogarda, dehumanizacja adwersarzy - to istota tych przekazów.
Oto garść wypowiedzi rzuconych w przestrzeń medialną Rwandy (w czasach poprzedzających rozprawę Hutu z Tutsi) i enuncjacji publicznych osób duchownych w Polsce z ostatnich tygodni (osób duchownych, gdyż to Kościół katolicki w Polsce jest instytucją o szczególnym znaczeniu i admiracji ze strony elit rządzących oraz z tytułu olbrzymiego wpływu na świadomość oraz mentalność wiernych):
Czerwona zaraza już po naszej ziemi nie chodzi. Co wcale nie znaczy, że nie ma nowej, która chce opanować nasze dusze, serca, umysły. Nie czerwona, a tęczowa (abp Marek Jędraszewski).
Trzeba Tutsich wytępić jak szczury (Radio 1000 wzgórz).
Ręce precz od Arcybiskupa czerwona zarazo (ks. Tomasz Brussy).
Karaluchy Tutsi trzeba rozdeptać naszą nogą (Radio 1000 wzgórz)
Ateista jest jak goryl, bądź człowiek ciemny (ks. Dariusz Papucki).
Z karalucha nie narodzi się motyl. Karaluch rodzi karalucha (dziennikarz radia RTLM Honoré Butera).
Genderyści i neobolszewicy nie myślą, tak jak komuniści (ks. Dariusz Oko).
Tutsi to komuniści, wrogowie Pana Boga (radio RTLM)
I też faszyzmu bym nie potępiał. Jeżeli mianem faszyzmu mielibyśmy określać np. frankizm który ocalił Hiszpanię z rąk komunistycznych zbrodniarzy , jestem jak najbardziej za (ks. Roman Kneblowski).
Karaluchy Tutsi trzeba rozdeptać naszą nogą (Radio 1000 wzgórz)
Ateiści to zwierzęta i żyją jak zwierzęta (ks. Marek Dziewicki).
Wszystkich Tutsich trzeba zetrzeć z powierzchni ziemi (Felicien Kabuga, właściciel Radia 1000 Wzgórz)
Człowiek bez odniesienia do Boga zostaje zredukowany do poziomu zwierzęcia (ks. Janusz Chyła).
Przy okazji zamieszczam tzw. dekalog Hutu powszechnie głoszony w Rwandzie w czasach poprzedzających rzeź. Czy w tych 10 punktach nie można znaleźć analogii z wieloma wypowiedziami obecnymi funkcjonującymi w polskiej przestrzeni publicznej, urabiającymi w określony sposób spojrzenie odbiorców na świat i ludzi, stygmatyzujących tych Innych, stawiających ich poza nawias społeczeństwa i czyniących ich tymi gorszymi?
Zawsze wpierw człowieka trzeba pokazać jako gorszego, poddać stygmatyzacji, naznaczyć pejoratywnym piętnem, potem zdehumanizować, pokazać jego zwierzęcość i obcość temu, co jest esencją człowieczeństwa. Potem już można z taką jednostką zrobić wszystko… Ten mechanizm jest uniwersalny i przerabiany w dziejach wielokrotnie.
1.Każdy Hutu powinien wiedzieć, że kobieta Tutsi, gdziekolwiek jest, pracuje dla interesów ludu Tutsi. Dlatego będzie uznany za zdrajcę każdy Hutu, który: a) poślubia kobietę Tutsi; b) przyjaźni się z kobietą Tutsi; c) zatrudnia kobietę Tutsi jako sekretarkę lub konkubinę.
2.Każdy Hutu powinien wiedzieć, że nasze córki Hutu są właściwsze i bardziej sumienne w zadaniach kobiety, żony i matki rodziny. Czyż nie są one piękne i szczere?
3.Kobiety Hutu, bądźcie czujne i starajcie się przeciągnąć swoich mężów, braci i synów na właściwą drogę.
4.Każdy Hutu powinien wiedzieć, że każdy Tutsi jest nieuczciwy w interesach. Jego jedynym celem jest władza dla jego ludu. Dlatego będzie uznany za zdrajcę każdy Hutu, który: a) zakłada spółkę z Tutsi; b) inwestuje swoje albo rządowe pieniądze w przedsięwzięcie Tutsi; c) pożycza pieniądze Tutsi albo pożycza od niego; d) sprzyja Tutsi w interesach.
5.Wszystkie strategiczne pozycje polityczne, administracyjne, ekonomiczne, wojskowe i policyjne powinny być w rękach Hutu.
6.Sektor edukacyjny musi być w większości Hutu.
7.Armia Rwandy powinna składać się wyłącznie z Hutu.
8.Hutu nie powinien dłużej litować się nad Tutsi.
9.Hutu, gdziekolwiek są, muszą działać zjednoczeni i solidarni i mieć na uwadze losy ich braci Hutu.
10.Wszyscy Hutu muszą być nauczani na każdym poziomie o Rewolucji Społecznej 1959, Referendum 1961 i Ideologii Hutu. Każdy Hutu musi wszędzie głosić tę wiedzę.
Co ten dekalog dziś nam, Polkom i Polakom, może przypominać? O czym informować? Jakie skojarzenia przywoływać w wielu punktach i intencjach sobą niesionych? Zwłaszcza tym o lewicowych poglądach, będących od niemal 30 lat podmiotem zbliżonej narracji i retoryki. Bo „przecież lewicy w Polsce mniej wolno”!
Na zakończenie taka oto refleksja, odniesiona do wolności słowa i roli mediów (czy szerzej – przestrzeni publicznej) w kontekście dramatów takich jak w Rwandzie, dawnej Jugosławii, Wenezueli, Ukrainie itd. Otóż podczas przewodów sądowych w ramach Międzynarodowego Trybunału Karnego ds. Ludobójstwa w Rwandzie padało kilkakrotnie zdanie ze strony obrony oskarżonych zbrodniarzy (będących też onegdaj pracownikami mediów), że jest wolność słowa, a media przecież „nie zabijają”.
Tak, to prawda, samo słowo, wolne (bez odpowiedzialności za to jakie przesłanie niesie i co może spowodować) nie zabija, nie prowadzi ręki uzbrojonej w kamień, pałkę, nóż, maczetę czy karabin. Jest, że tak powiem, neutralne, agnostyczne, przeźroczyste. Stwarza jednak klimat do takich czynów dehumanizując, stygmatyzując, wartościując tego Innego. Kiedy odziera go z człowieczeństwa, stawiając na równi np. ze zwierzęciem, wówczas to rzucone słowo kieruje pośrednio uzbrojonymi rękoma zadającymi rany powodujące kalectwo lub śmierć.
Taka też była sentencja wyroków, jakie spadły na ludzi mediów w Aruszy.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 513
Kontynuujemy opowieść o ziemskich wymiarach Sagittariusa i Betelgezy. W kontekście tej opowieści warto przytoczyć to, co w XVII w. stwierdził Benedykt Spinoza, iż dążymy do czegoś, pożądamy tego, nie dlatego, iż uważamy to za dobre, lecz dlatego poczytujemy owo coś za dobre, gdyż tego pragniemy. I uważamy to coś za naszą wartość (B. Spinoza, Etyka).
Tak samo jest z popularnymi i powszechnie promowanymi liberalnymi standardami. I dlatego ci, którzy się temu sprzeciwiają, winni być zwalczani i eliminowani, gdyż zagrażają tym nadziejom i dążeniom. A że przeczy to zasadom takim jak wolność myśli, swoboda słowa, pluralizm, to już zupełnie inna sprawa.
Albo zaczniemy współpracować, albo zginiemy.
Gracjan Cimek
Znany historyk rosyjski Andriej Fursow uważa, iż obecnie Zachód znajduje się w takim stadium jak Rzym z początku II w. n.e. (panowanie cesarza Trajana). Siły i moce Imperium uległy zahamowaniu, osiągnięto określone granice wzrostu i poczęto budować mury dla obrony stanu posiadania, który generował dobrobyt i stabilność. To były wały: Antonina i Hadriana na Wyspach Brytyjskich, limesy między Renem a Dunajem, fortyfikacje w Afryce (w prowincji Africa Proconsularis) czy na Bliskim Wschodzie.
Jednak wiele symptomów wskazuje, iż dezintegracja i kres dominacji cywilizacji zachodniej (trwającej symbolicznie od 1492 r., czyli dotarcia przez Kolumba do Nowego Świata) jest o wiele dalej posunięta niż sądzi rosyjski historyk.
Stosując przyjętą przezeń perspektywę i odwołując się do historii Rzymu, dziś mamy do czynienia z czasami, jakie nastąpiły po ostatnim zrywie klasycznego Imperium Romanum, jakim był okres panowania Dioklecjana (przełom III i IV w. n.e.). Bo w czasach konstantyńskiej sławy i splendoru towarzyszyły Imperium wyraźne trendy charakterystyczne dla epoki schyłkowej. I było to nie tylko symboliczne przeniesienie stolicy na Wschód, nad Bosfor, do Konstantynopola (a zasada była taka: gdzie cesarz, tam serce imperium). Dotyczyło to przede wszystkim etykiety dworskiej i sytemu rządów - coraz bardziej upodobniających się do wschodnich, zwłaszcza perskiej satrapii. Imperium Romanum sterowało coraz bardziej ku orientalnym rozwiązaniom - zarówno w sposobie sprawowania władzy, jak i społecznej organizacji.
Dziś, gdy centrum świata od kilkunastu lat (a na pewno w ostatniej dekadzie) przenosi się znad obszaru atlantyckiego (czy euroatlantyckiego) nad Pacyfik, ta tendencja i analogia jest widoczna wyraźnie. I chodzi o jego wschodnie – Japonia, Korea, wybrzeże Chin, Indochiny, Indonezja a przede wszystkim takie nowe centra jak Szanghaj, Hongkong i Singapur - jak i zachodnie wybrzeże (widać to wyraźnie w optyce amerykańskiej, gdzie następuje wędrówka kapitału, centrów naukowych, bankowości itd. na zachodnie Wybrzeże USA, nad Ocean Spokojny).
Takie oznaki śmierci dominującej cywilizacji – oprócz zagrożeń klimatycznych, antropologiczno-demograficznych, biologiczno-epidemiologicznych – w euroatlantyckim świecie są wyraźnie widoczne (zwłaszcza w jej europejskim elemencie składowym). Obserwuje się bowiem permanentny „upadek innowacyjności, załamanie autorytetu elit panujących i nauki (co w kulturze Zachodu odgrywa niebagatelną rolę), rozpad społecznej harmonii (S. Opara, Tyrania złudzeń. Studia z filozofii polityki).
Towarzyszy temu powszechna dekadencja, smutek i pesymizm, gdyż brak jest perspektyw rozwoju i postępu, indywidualnych i zbiorowych szans na poprawę dobrostanu i jakości życia. Dobrze, tanio, sympatycznie już było – mówią reprezentanci rządzących elit różnych proweniencji.
I nadszedł postmodernizm…
W kulturze zachodniej, zwłaszcza europejskiej, niezwykle negatywną rolę – powodującą destrukcję wartości, symboli, znaczeń i drogowskazów cywilizacyjno-kulturowych – odegrał postmodernizm. Niczym mroczne, mistyczne i eklektyczne kulty wschodnie w Imperium Romanum (Baala, Izydy, Kybele, manicheizm czy mitraizm), wypierające z mentalności cnoty i wartości stanowiące osnowę kultury rzymskiej, tak i postmodernizm spowodował, że pękła humanistyczna idea ludzkości i człowieka jako pozytywnego kreatora wszechrzeczy. Tym samym zanegowano wartość postępu i rozwoju jako takich, a to było esencją Oświecenia.
Utopia (jako pojecie ogólne) i idee z nią związane stały się synonimami grzechu, porażki, sromoty. Przypisano im pejoratywną i szatańską niemal rolę w dziejach człowieka (dziś to widzimy w skrajnych ruchach i ideach, uzurpujących sobie absolutyzm i niepodważalność, jak np. wokizm, skrajny feminizm, wojująca ekologia, etc.).
Analogiczne procesy obserwujemy pochylając się nad historią Imperium Rzymskiego: naukę i wiedzę zastąpiła gnoza, w pluralistycznej kulturze królować począł najpierw mocno sceptyczny i pesymistyczny w swym wymiarze stoicyzm, zaś na jego bazie swe totalne rządy, rugujące wszystko, co nie mieściło się w jego optyce, zajęło chrześcijaństwo i Kościół.
Czy dziś - gdy demoliberalny system prawny wyłącza i blokuje według widzimisię, bez prawomocnych wyroków sądowych, źródła niezależnych od mainstreamu informacji, chce skazywać ludzi za lajki w sieci pod opozycyjnymi wobec obowiązującego politycznie przekazu - nie przypomina to czasu rządów Teodozjusza i szalejącego chrześcijaństwa? Ono wtedy – jak dzisiejszy mainstream, choć w innej formie, bo przy pomocy dekretów cesarskich i brutalności hord mnichów (tzw. parabolani) jak np. podczas II soboru w Efezie (zwanego „rozbojem efeskim” - 431 r. n.e.) - uciszało, tępiło, rugowało z przestrzeni publicznej wszystko, co inne i wszystkich „innych”. Tragiczna historia filozofki aleksandryjskiej Hypatii (IV/V w. n.e.) i stosunku do niej patriarchy Cyryla jest też przykładem rozkładu, jaki postępował w kulturze schyłkowego Rzymu. To coś na kształt światła i jego pulsacji, jakie widzimy śledząc proces gasnącej Betelgezy.
Immanuel Wallerstein zadał podczas jednego ze swoich wykładów takie oto pytanie: jak za tysiąc lat będziemy pamiętać XX-wieczny kapitalizm: czy zaowocuje on krótkim i gwałtownym momentem przełomu, w wyniku załamania się wykładniczego wzrostu w przeciwieństwie do asymptoty rozwoju przedkapitalistycznego, czy będzie to coś zupełnie innego?
System ten, zdaniem Wallersteina, wyrwał obszary świata ze strefy niekapitalistycznej i zamienił je w swe peryferia, rozwiązując problem taniej siły roboczej i źródła surowców. Czyli elementów napędowych swego rozwoju. Ekspansja kolonialna miała następujące etapy: najpierw ekspansja kolonialna i eksploatacja połączona z ową peryferyzacją, a potem organizacja miejscowych elit kompradorskich, które by współpracowały z centrum i hegemonem nad eksploatacją podbitych i uzależnionych obszarów.
Ale po II wojnie światowej z racji sytuacji globalnej zaczęła się dekolonizacja (dekompozycja systemu). Po niej jednak, po 1991 r., Sagittarius zaczął karmić się ponownie. Kolonizację nowych regionów świata umożliwił upadek muru berlińskiego – pojawiły się nowe możliwości. Nie na długo - w 2008 r. znów powrócił kryzys i trwa cały czas, pogłębiając się. Na dodatek system kojarzony z Zachodem utracił zdolność realizacji swych celów i funkcjonowania. Czyli eksploatacji peryferii, bliższych i dalszych.
Celnie ów proces, jaki przebiegł w Europie Środkowo-Wschodniej przedstawia w rozmowie w Club Alpbach Poland w dn. 12.10.23 bułgarski filozof i politolog Iwan Krystew (choć z wnioskami i przewidywaniami trudno się zgodzić).
Ajatollahowie zachodnich mediów
Betelgeza i jej wybuch jest niejako w naszych rozważaniach metaforą konsekwencji nadmiernej konsumpcji (dóbr, wzrostu zachowań charakterystycznych dla sybarytyzmu, egoizmu i hedonizmu w sferze psychologicznej i społecznej) i zarazem wypalenia wspomnianych możliwości ekspansji i rozwoju. Symboliczną wizją jest to, co przedstawia w epilogu znakomity film Marco Fereriego pt. Wielkie żarcie (bohaterowie kończą swoje żywoty w ekskrementach i wymiocinach).
Obserwowany wybuch nietolerancji, ksenofobii, fundamentalizmu tak obcych liberalizmowi sprzed dekad, świadczy ponadto o załamywaniu się samej idei demokracji. Kolosalną rolę spełnili „ajatollahowie zachodnich mediów”– jak ich nazywa bułgarsko-francuski filozof Tzvetan Todorow. Wydają bowiem stosowne fatwy przeciwko każdemu, kto nie wpisuje się modne i pożądane przez nich i ich mocodawców trendy, powodują śmierć publiczną, stygmatyzację i społeczne wykluczenie (T. Todorow, Nowy nieład światowy).
System, który swe sztandary i retorykę ozdobił obficie pojęciami wzniosłymi i humanistycznymi – demokracja, wolności obywatelskie, swoboda słowa, liberalne wartości (czyli nieprzemocowe, zarówno w wymiarze fizycznym jak i symbolicznym) – kona w oparach fundamentalizmu, eksportując go za pomocą mediów i kulturowej westernizacji. Wyklucza, stygmatyzuje, pozbywa się nielubianych, źle słyszalnych, niechcianych czy drażniących elitarne uszy inaczej brzmiące hasła, napomnienia, sposoby interpretacji świata i procesów w nim zachodzących.
Dziś nie zabija się, nie unicestwia nikogo, wystarczy że spuszczone ze smyczy liberalne media uczynią z takiej osoby pariasa, moralnego złoczyńcę, agenta obcego mocarstwa i zdrajcę. Analogia z przypadkiem Hypatii nasuwa się sama. Bo – jak wspomniał Zygmunt Bauman – przeciwnie do głośnej narracji i wbrew głoszonym wartościom, nie chcemy maszerować pospołu z sąsiadem głoszącym inne przesłanie, wyznającym inne wartości, mającym czelność mieć swoje, odrębne zdanie. Ten system i cywilizacja, która go promuje ma „zamiar przerobienia świata” niczym pierwotni chrześcijanie chcieli go zbawiać w imię nauk Mistrza z Nazaretu (interpretowanych wedle ich mniemania).
System chce „tym samym pozbyć się raz na zawsze tych wszystkich, którzy się tej przeróbce opierają, lub których ta przeróbka się nie ima”. I albo się to nie opłaca, albo nie wychodzi, albo używa sił przemocy. I to jest jeden z powodów przygotowujących wybuch Betelgezy, jako reakcja na to, że ci, którzy się podjęli przeprowadzenia owej przeróbki (czyli dokonania określonej inżynierii społecznej) chcą stanowić szczyt stworzenia, a wszystkie inne niżej usadowione, czyli gorsze twory bądź byty, albo się do niego podciągną, zasymilują, albo sczezną (Z. Bauman, Przegląd Powszechny, nr 9/2003).
Gdy dodatkowo wzbudzono na wskutek dramatycznego rozwarstwienia kwestie socjalne rodem z XIX w. i gdy wróciły obrazy z Emila Zoli, Karla Dickensa czy Jacka Londona, będące efektem żarłoczności i ślepoty systemowego Sagittariusa, ten pesymistyczny scenariusz, musi prędzej czy później nastąpić.
Żarliwym i zamkniętym w kręgu mentalności charakterystycznej dla demoliberalnego dyskursu, obrońcom tej cywilizacji warto przytoczyć słowa hiszpańskiego myśliciela Fernando Savatera na autorytatywne argumenty elit euroatlantyckich, iż kultura Zachodu przynosi demokrację, a z nią postęp i rozwój. W końcu na tej podstawie Josep Borell, prominentny polityk UE określił Zachód jako „ogród”, a to co poza nim jako „dżunglę”. „Łatwo nam mówić, że demokracja przynosi rozwój, stwarza szanse. Ale np. boliwijski Indianin nie zna takiej demokracji, zna tylko gwałty i nadużycia. To tak, jakby od kogoś, kto zobaczył w pałacu jedynie ubikację i śmietnik, wymagać by podziwiał pałac” (F. Savater w rozmowie z A. Domosławskim, Gazeta Wyborcza z dn 6-7/03/2004). To opis tego, co zdarzyło się w świecie podczas ostatnich 2-3 dekad.
A co z prawami człowieka?
Przy okazji tej hegemonii sprofanowane zostały, gdyż używało i używa się ich w czysto utylitarnym, politycznym i doraźnym wymiarze, takie pojęcia jak wolność, swoboda słowa, pluralizm poglądów, demokracji czy wreszcie Prawa Człowieka.
Łączenie kapitalizmu i realizowanej pod systemowe plany globalizacji z demokracją i Prawami Człowieka okazało się dramatyczne dla obu tych pojęć - uniwersalnych, humanistycznych, niosących nadzieje i wizję lepszej przyszłości. Już na przełomie wieków (XX i XXI) dwaj filozofowie i intelektualiści zwrócili uwagę na negatywną rolę i szkody niesione przez Prawa Człowieka w takiej optyce, z jaką się stykamy (i tego co z nimi wiążemy).
Wiktor Osiatyński: „poważne wątpliwości budzi wtargnięcie filozofii Praw Człowieka w sferę prywatną. Owe prawa obwinia się o rozmywanie poczucia obowiązku, wzrost roszczeniowości i spadek poczucia odpowiedzialności nie tylko za sprawy publiczne, lecz również za własne czyny, decyzje, a nawet za własne życie” (W. Osiatyński „Czy zmierzch praw człowieka” [w]: Gazeta wyborcza z dn. 6-7/12/2003).
A Leszek Kołakowski przestrzegał: „są cywilizacyjne i duchowe szkody, jakie fanatyzm Praw Człowieka może wyrządzić. Oprócz niemądrych pretensji prywatnych podnoszonych w imię tych praw, oprócz absurdalnej wiary, że każdy z nas ma prawo do szczęścia, istnieją inne niepożądane cechy naszej kultury, które z upowszechnieniem Praw Człowieka są związane” (L. Kołakowski, Bez Dogmatu nr 59/2004). I tu trafił w sedno problemu, którego ten tekst dotyczy.
Amerykański dziennikarz i bloger, Chris Hedges (Scheerpost, „Faszyzm przybywa do Ameryki”, 10/10/2023) uważa, że pożegnalnym prezentem dla ludzkości i jednocześnie ostatnim oddechem liberalizmu utożsamianego w USA i świecie zachodnim z Partią Demokratyczną będzie schrystianizowane państwo quasi-faszystowskie, lub wręcz faszystowskie. „Klasa liberalna, istota władzy korporacyjnej zniewolona przez przemysł wojenny i siły bezpieczeństwa, niezdolna lub nie chcąca złagodzić przedłużającej się niepewności ekonomicznej i nędzy klasy pracującej, zaślepiona obłudną, przebudzoną ideologią, która cuchnie hipokryzją i nieszczerością, pozbawiona jakiejkolwiek wizji politycznej, jest podstawą, na której chrześcijańscy faszyści, zjednoczeni wokół Donalda Trumpa tworzą kultowy tłum i budują swój przerażając ruch”. To jest w naszych rozważaniach ów wybuch Betelgezy niszczący dotychczasową kulturę i cywilizację Zachodu.
Ale co humanistyka i klasycznie rozumiani demokraci tudzież liberałowie, socjaliści (i najszerzej rozumiana racjonalna lewica) mogą zaproponować w obliczu nowego średniowiecza, jakie nadchodzi, które już stoi „u bram”? Możemy za prof. Andrzejem Szahajem, usilnie poszukiwać na nowo wspólnoty, która nas nie zniewoli i jednocześnie stworzy i wymyśli taki indywidualizm, który nie zmieni nas w egoistycznych drani. Ale czy mamy na to jeszcze czas?
Profesor Adam Karpiński proponuje odwołanie się do kanonów filozofii mądrościowej. „Dotychczasowy sposób myślenia o świecie materialnym, sposób podporządkowujący go człowiekowi i następnie ten sam sposób przenoszony do stosunków społecznych - czyli że każdy człowiek traktuje innego człowieka dokładnie tak samo jak inny element przyrodniczy – musi ulec zmianie. I następnie ów zmieniony sposób powinien być dopiero zastosowany do świata przyrodniczego” (A. Karpiński, „Filozofia przyszłości”, Człowiek i Kultury).
Obie tezy są cenne i niosące nadzieje. Sądzę, że do nich należy dodać coś, co można nazwać odwrotem od naszego cywilizacyjno monopolu na posiadanie i szerzenie dobra. I równolegle takim zmianom musi być poddana globalnie - właścicielsko i merytorycznie – struktura mediów. Bo jak napisał w Global Research były doradca finansowy, a dziś niezależny publicysta, Oscar Silva-Valladares, ten demiurg, jakim są w dzisiejszym świecie media „służą tylko temu, kto jest ich właścicielem”. I działają w jego interesach, generując potrzebne i uchodzące za prawdę opinie. Dla konsumentów (jak mówi Silva-Valladares: dla tłumu) medialnych przekazów prawdą jest przecież to, co nieustanie słyszy się i czyta.
Radosław S. Czarnecki
Pierwszą część tego eseju zamieściliśmy w numerze SN 5/24 – Sagittarius A* i Betelgeza (1)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 584
Zastosowanie w tytule terminów pochodzących z astronomii ma swój cel tyle symboliczny co rzeczywisty. Zjawiska towarzyszące we Wszechświecie tym dwóm terminom można swobodnie przenieść na procesy zachodzące aktualnie (i które obserwujemy) w globalnej, ogólnoludzkiej zbiorowości.
Państwa pogrążone w liberalizmie, których ludność nie jest gotowa do walki o swą przyszłość, nie będą w stanie niczemu się przeciwstawić.
Paweł Szczelin (rosyjskojęzyczny filozof z Ukrainy)
Sagittarius A* (w skrócie Sgr A*) to obiekt astronomiczny, który jest jasnym i bardzo zwartym źródłem radiowym zlokalizowanym w centrum Drogi Mlecznej. Źródło zawiera supermasywną czarną dziurę cięższą od Słońca o ok. 4,31±0,06 mln razy. Jej promień oszacowano na 13-krotność promienia Słońca. Wiemy, że czarna dziura zwiększyła swoją masę 2 do 4 razy w ciągu ostatnich kilku miliardów lat, pochłaniając pobliską materię (w tym gwiazdy z ich układami).
Natomiast Betelgeza jest czerwonym nadolbrzymem w gwiazdozbiorze Oriona i dziewiątą pod względem jasności gwiazdą na nocnym niebie odległą od Słońca o około 640 lat świetlnych. Według naukowców setki lat temu eksplodowała jako supernowa, pozostała po niej gwiazda neutronowa, ale jej zgliszcz nie widzimy z racji odległości. Zastanawiają się oni jak długo jeszcze będziemy mieli taki widok. Być może zniknie jeszcze za naszego życia.Sugeruje to analiza, którą udostępnił w sieci zespół astronomów pod kierunkiem Hideyuki Saio (z państwowego, japońskiego i prestiżowego uniwersytetu w Sendai). Skonstruowali oni model Betelgezy, który odtwarza jej pulsacje, czyli okresowe kurczenie i puchnięcie, które odbija się w zmianach jej jasności i rozmiaru.
Model, który jest zgodny z obserwacjami, mówi, że Betelgeza jest już w późnym stadium spalania węgla w swoim wnętrzu. Tym terminem w astrofizyce określa się termojądrowe przemiany tego pierwiastka i oznacza to, iż w ciągu najbliższych kilku dziesięcioleci gwiazda powinna eksplodować jako supernowa. Jeśli mają rację, Betelgezy już nie ma. Gwiazda znajduje się bowiem w takiej odległości, że obecnie obserwujemy jej obraz sprzed 650 lat. Jeśli gwiazda wtedy spalała węgiel to wybuchła w ciągu kolejnych kilkudziesięciu lat, a obraz tej katastrofy właśnie leci z prędkością światła w kierunku Ziemi.
Ostatnie supernowe, które rozbłysły w Drodze Mlecznej widział Tycho Brahe w 1572 r. oraz Johannes Kepler w 1604 r. Jednak wybuch Betelgezy będzie o wiele bardziej spektakularny. Gwiazda powinna osiągnąć jasność Księżyca w pełni i byłaby widoczna na niebie także w dzień.
Czarna dziura neoliberalizmu
Współcześnie królujący od upadku muru berlińskiego i dekompozycji ZSRR system zwany neoliberalizmem, a przez mainstream określany demokracją liberalną jest de facto emanacją hegemonii Zachodu jako wiodącej cywilizacji w świecie na równi z epoką kolonialnych podbojów z końca XIX wieku.
I tak jak czarna dziura pożera materię, gdy ta przekroczy tzw. horyzont zdarzeń, poza którą to granicę nic z objęć tego żarłocznego obiektu już się nie wydostanie, tak samo neoliberalny kapitalizm totalnie opanował wszelkie możliwe przestrzenie ludzkiej działalności, a nawet myślenia. Stało się to poprzez kolonizację kultury – nazywaną często westernizacją, bądź amerykanizacją - upowszechniającą, wszczepiającą w świadomość kody i wartości charakterystyczne dla owych trendów i mód. Kulturowa dominacja przejawia się przez sztukę filmową, modę, muzykę, angielski język dominujący w imperium popkultury, makdonaldyzację jedzenia pod względem form i jakości itd.
Benjamin Barber sformułował pojęcie disnejowskiej kolonizacji kultury w anglosaskim formacie i za pomocą globalizacji rozprzestrzeniania wartości cywilizacyjnych Zachodu, pod takim właśnie kulturowym parasolem. To swoista wersja kolonizacji (B. Barber, Dżihad kontra MacŚwiat, Skonsumowani). Bo od czasów Antonio Gramsciego wiemy, że hegemonia to nie tylko przewagi militarne, ale może przede wszystkim szerzenie kulturowych standardów (A. Gramsci, Zeszyty filozoficzne).
Na taki niszczycielski i totalny, a jednocześnie powodujący kulturową kolonizację, charakter zza oceanicznej kinematografii i produkcji audiowizualnych zwrócił uwagę Stephen M. Walt w artykule „Hollywood prowadzi i rujnuje amerykańską politykę zagraniczną” (Przegląd Nr 38/2023). Prostackie, zero-jedynkowe, manichejsko-westernowe przedstawianie świata nie ma nic wspólnego z rzeczywistością realną. Tak zredukowany do biało-czarnych schematów obraz przy jednoczesnym totalnym wymiarze „kultury obrazka” (jaka dziś panuje niepodzielnie) to narzędzie uwodzenia ludzi wedle romantycznego paradygmatu i narzucania im optyki rozumienia problematyki świata i procesów w nim obiektywnie zachodzących. Masowa komercja musi się żywić płaskim, bezrefleksyjnym romantyzmem, budując w świadomości odbiorców pożądane wzorce i pseudoautorytety.
Właśnie m.in. w taki sposób, niczym żarłoczny Sagittarius, cywilizacja Zachodu prasowała i prasuje poprzez globalizację kulturę ogólnoludzką. Takie dążenie do homogeniczności z jednej strony rodzi spychanie w nisze lokalnych kultur, powodując zanik pluralizmu kulturowego (równolegle z tymi procesami następuje komercjalizacja owych kultur przez co tracą one autentyczność), po drugie – powoduje to swoiste podporządkowanie różnych regionów, państw czy całych kontynentów jednemu ośrodkowi dyrygującemu całością życia. Głównie chodzi o możliwości takiego ustawienia optyki społecznych zainteresowań, by omijały one zasadnicze, węzłowe sprawy socjalne, bytowe, z dziedziny gospodarki, zarządzania, ekonomii. Ma to być rozkoszny, uśmiechnięty, zakochany i zadufany w sobie świat, infantylnych, ciągle pozostających w stadium „piaskownicy i beztroskiego dzieciństwa” osobników. Komercja preferowana przez medialno-kulturowego, neoliberalnego Sagittariusa daje takie właśnie efekty.
Dogmaty wypraw krzyżowych
Tego typu pomysły na dominację kultury Zachodu - choć w innej skali i wedle innych zamierzeń – były głoszone już od dawna. To pokłosie historii i poczucia wyższości oraz idącej za tym misji Zachodu jako cywilizacji a priori lepszej, skuteczniejszej, mającej wymiar starotestamentowego „narodu wybranego” . Niejako jest to przedłużeniem wypraw krzyżowych, epoki odkryć geograficznych a potem – kolonizacji. W jakimś sensie oddaje ten trend i zamiary nauka Jana Pawła II dotycząca inkulturacji, czyli ewangelizowania pozakatolickich kultur wedle doktryny Rzymu. Najpełniej widać to w takich dokumentach jak Redemptoris missio, Slavorum apostoli, czy Catechesi tradendae.
Wizję świata homogenicznego, globalnej wioski, będącej wspólnotą wartości według zachodnich standardów (jak wieszczył Marshall McLuhan w Galaktyce Gutenberga) sprowadzono z pomocą doktryny i praktyki neoliberalnej do wąskiej, plemiennej, czysto utylitarnej wersji władania światem i ludźmi.
Ekonomia – i nie tylko ona, gdyż taki obrał azymut narracji mainstream w ostatnich dekadach – jest tym samym „złudzeniem zbliżonym raczej do astrologii niż astronomii i bardziej do zmatematyzowanej religii niż matematycznej fizyki, stając się dyscypliną reprezentującą w naszych czasach najwyższą formę ideologii” – jak pisze Janis Warufakis (Globalny Minotaur). Warto dodać, iż jest to ideologia wybitnie zdogmatyzowana, apriorycznie podawana i ukryta właśnie pod niewinnym (zdawałoby się) parasolem kultury.
Paul Krugman, noblista z dziedziny ekonomii, zauważył, iż tak realizowana neoliberalna polityka (a za nią idąca mentalność i kultura indywidualizmu), przejawiająca się obniżaniem podatków najbogatszym, redukcją programów socjalnych, pogłębianiem deficytu, deregulacją gospodarki oraz tzw. outsourcingiem, doprowadziły państwo do stanu „postmodernistyczno-neoliberalnej impotencji”. Co siłą rzeczy musi wywierać wpływ na świadomość ludzi: nie zbiorowość i interpersonalne więzi, ale jednostka, indywiduum są najważniejsze. Będziesz dobrze sytuowany, dasz sobie radę. Usługi, zdrowie, wypoczynek, wszystko sobie kupisz. Tylko i wyłącznie egotyczna i egoistyczna persona jest kowalem swego indywidualnego losu, bez oglądania się na historię, kulturę, miejsce urodzenia czy pozycję na drabinie w społecznej hierarchii. Prezentowane tu trendy i procesy, realizowane zamierzenia często niosące sobą dozę inercji, miały i mają stale (choć to temat przemilczany) wymiar klasowy.
Kanibalistyczny porządek świata
Tak jak Sagittarius jest kosmicznym kanibalem, tak system królujący od kilku dekad, którego skuteczność i totalizm wzmocnił rok 1991, stworzył wielopłaszczyznowy kanibalistyczny porządek świata. Czyli – jak mówi Jean Ziegler – „obfitości dla nielicznych i śmiertelnego niedostatku oraz zgryzot dla większości” (J. Ziegler, Kapitalizm tłumaczony mojej wnuczce). Tym samym zdeprecjonowano wzniosłe, uniwersalne, humanistyczne wartości oświecenia, stawiające na człowieka świadomego, nie jako egoistę i sobka, spolegliwego (T. Kotarbiński, Medytacje o życiu godziwym) obywatela zanurzonego w zbiorowości z której pochodzi, z którą się utożsamia na różne sposoby.
Kiedy współcześni liberałowie, władający niepodzielnie publiczną przestrzenią (zwani bardziej adekwatnie neoliberałami), mówią o swoim liberalizmie, przywiązaniu do wartości liberalnych, to zdaniem Maxa Blumethala, znanego blogera i dziennikarza amerykańskiego, prezentują stanowisko obowiązujące w wąskich kręgach funkcjonariuszy korporacji, sfer bankowo-finansowych, wielkiego biznesu, środowisk akademickich, mainstreamu medialnego. Streścić to można passusem, iż „miłość jest miłością, a nasza nauka jest prawdziwa”. Wypływa to ze wspomnianego poczucia wyższości i posiadania prawdy, niemal boskiej, absolutnej. I to są owe „różowe okulary” na nosie oraz infantylizm niesione przez mass media kontrolowane przez te środowiska, narzucone wraz z globalizacją. To też wymiar absolutnego kanibalizmu Sagittariusa, którym stała się współczesną kultura kolonizacji świata. Będąc jednocześnie karykaturą wartości i kanonów, o jakich stale mówiono (i nadal się mówi).
Upadek demokracji
Dlatego też demokracja stała się prostacką demokraturą, szerzoną i i narzucaną wprost przez globalizację. Poprzez działania na podświadomość i opisane procesy inkulturacyjne prowadzące do kulturowej kolonizacji udało się wmówić wielu środowiskom i osobom, że głoszona ideologia oraz wartości z nią związane są w ich interesie. Wszelkie ujmowanie postępu, demokracji, wolności i swobody obyczajowo-intelektualnej w sposób talmudyczny, narzucający innym swój styl myślenia i interpretacji rzeczywistości, jest niezgodny z podstawowymi zasadami wiążącymi się z rozumieniem tych terminów.
Filozof, prof. Adam Karpiński już w końcu XX w. skonstruował pojęcie demokratologii (opisującej to zagadnienie i definiującej aktualny stosunek popkultury oraz masowych mediów elektronicznych do pojęcia kultury w ogóle, a tym samym narzucających funkcjonalne określenie tego pojęcia): „koniec historii wyraził tylko stanowisko zajmowane przez darwinistów społecznych, które uznaje, iż treści demokracji wypracowane przez społeczeństwo amerykańskie są już ostateczne. Społeczeństwo amerykańskie rozpoznało już treści demokracji i wystarczająco je urzeczywistniło. Teraz nastał czas wdrażania demokracji przez inne narody i społeczeństwa. Dlatego demokratologia stała się prostacką ideologią przybraną w szaty nowoczesności udekorowanej elementami kultury ponowoczesnej” (A. Karpiński, „Treści demokracji współczesnej. Możliwości i zagrożenia procesów integracyjnych”, Wschód – Zachód. Płaszczyzny integracji). Tym samym w sposób bezwarunkowy uznajemy kulturę zachodnią za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór człowieka służący głównie do dominacji nad drugim człowiekiem, której obca jest pokora, tolerancja, wolność i równość, a więc idee, które tę kulturę wytworzyły.
Metody narzucenia form, w jakich realizuje się kultura, dziś przy technologicznych możliwościach cywilizacji mogą być o wiele skuteczniej i bardziej totalnie zastosowane niż kiedykolwiek w historii. Ale nie są nowymi trendami i zamierzeniami, jakie dążący do dominacji Zachód przedsiębrał w dziejach (zwłaszcza w minionym tysiącleciu, rozwijając je do niebotycznych wymiarów współcześnie). I dlatego ten system, opierający się o totalne rozumienie swojej doktryny, chcąc przez to kontroli nad narracją w przestrzeni publicznej stał się XXI-wieczną wersją fundamentalistycznej religii - z dogmatami, liturgią, świętymi księgami i dokumentami oraz egzegetami, którzy w mediach i sieciach socjalnych objaśniają „ludowi bożemu” prawdy i kulturowe aksjomaty. I tym procesom zawsze w historii towarzyszył swoisty, europejski (a teraz jest to euroatlantycki) eskapizm.
Zamiast globalizacji – globarytaryzm
W wyniku takich działań cywilizacyjno-kulturowego i demoliberalnego Sagittariusa deprecjacji uległa obok demokracji - jej wartości i znaczenia -także idea globalizacji. Miała ona początkowo znaczenie egalitarnej i partnerskiej wymiany nie tylko towarów, ale i myśli, ludzi, kodów kulturowych, przenikania się mentalności, równoznaczność różnorakich tradycji itp. Współpracy i koegzystencji na zasadzie partnerstwa, ale nie dyktatu, dominacji i przekonania „galaktyki Zachodu” o swej doskonałości i wynikającej stąd wiecznej hegemonii (świetnie charakteryzuje panujący aktualnie stan rzeczy prof. Gracjan Cimek -
https://www.youtube.com/live/1ERox3515FE?si=2l9wVsfefNLH44wd
Globalizacja stała się tym samym dusznym i opresyjnym globarytaryzmem (Z. Bauman, Społeczeństwo w stanie oblężenia), czyli „przymusem planetarnego udziału, wymuszonej wszechobecności” i wynikającej z nich powszechnej zgodności na taki stan rzeczy. Jego zdaniem nie ma już parceli, gdzie byłoby miejsce na ucieczkę spod tego parasola kontrolnego, rozciągniętego przy pomocy technologicznych nowinek przez globalne siły neoliberalnego kapitalizmu.
Życiowa filozofia, jaką narzuciły ludzkości elity Zachodu (niektórzy mówią o nich jako o „grupie Davos”, inni o korporatokracji i korporatokratach) jest unikatową, totalną iluzją, tak różną od utopii znanych nam z historii. Zakłada ona, niczym tradycja judeochrześcijańska – i de facto jest jej hybrydą, choć tak mocno się od religii odżegnuje - swą absolutną finalność i niepodzielne, nie podlegające dyskusjom poczucie prawdy i dobra. A porzucenie, jak to się nagminnie czyni, jakichkolwiek odnośników społecznych, kolektywnych i pluralizmu, z góry uchyla możliwość powrotu (czy myślenia o powrocie) do kotwic określających niegdyś to, co zbiorowe i wartości oraz relacji kojarzonych z tym terminem. Człowiek jest jednak przede wszystkim „zwierzęciem społecznym” i to, co do tej pory stworzył jest głównie efektem działań wspólnych, kolektywnych, zbiorowych.
Taka wersja utopii McLuhana, która przerodziła się w klasyczny fundamentalizm materializujący się ową czarną dziurą pochłaniającą wszystko i wszystkich, wzbudzić musi poza kryzysem gospodarczym i ekonomicznymi perturbacjami, protesty i bunty. Taki efekt dają „łże-neoliberalne dogmaty” i polityka oparta na emocjach, frustracjach, uprzedzeniach i stereotypach (często wielowiekowych) z równoczesnym ubóstwieniem własnego JA.
To jest XXI-wieczna materializacja stanu, do jakiego zmierza ów system, a który opisali – choć swoistym, charakterystycznym dla epoki językiem i pojęciami (gdyż w tamtych czasach była inna wiedza i rozwój technologiczny, a co za tym idzie stosunki produkcji oraz relacje społeczne) – Karol Marks i Fryderyk Engels (wstęp F. Engelsa do pracy K. Marksa – Praca najemna i kapitał). Zamknięta w konstatacji obu klasyków marksizmu, iż ostatnim stadium systemu kapitalistycznego jest imperializm.
Radosław S. Czarnecki
Jest to pierwsza część eseju Radosława S. Czarneckiego „Sagittarius A* i Betelgeze”. Część drugą zamieścimy w następnym numerze SN Nr 6-7/24.
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.