Historia el.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 87
Analiza dostępu Hitlera do źródeł ropy naftowej
Uwaga autora: Poniższy artykuł, opublikowany pierwotnie przez GR w czerwcu 2021 r., częściowo odnosi się do utrzymujących się pobożnych życzeń sowieckich przywódców, którzy aż do 1941 r. mieli nadzieję, że III Rzesza nie najedzie ich kraju w tym roku. Najgorsze wieści nadeszły wkrótce wraz z rozpoczęciem niemieckiej inwazji 22 czerwca 1941 r. Przyjrzałem się również, skąd nazistowskie Niemcy, państwo ubogie w zasoby naturalne, czerpały ropę naftową – substancję niezbędną do przeprowadzania ataków militarnych z użyciem maszyn zmotoryzowanych – naziści pozyskiwali ropę od krajów takich jak Związek Radziecki, Ameryka, Rumunia i Polska. Ofensywa Wehrmachtu na ZSRR dała Niemcom dalsze możliwości w zakresie eksploatacji zasobów naturalnych. — Shane Quinn, 30 września 2025 r.
3 czerwca 1941 roku w Moskwie odbyło się posiedzenie radzieckiej Najwyższej Rady Wojskowej. Jej celem było zatwierdzenie instrukcji dla działaczy politycznych Armii Czerwonej, które miały podkreślać potrzebę czujności i ostrożności wobec rosnącego zagrożenia ze strony nazistów.
Kiedy bliski współpracownik Józefa Stalina, radziecki polityk Gieorgij Malenkow , przeczytał dokumenty dotyczące tej konferencji, zbył je, mówiąc: „Dokument sformułowano w prymitywny sposób, tak jakbyśmy mieli jutro iść na wojnę”.
Wojna była w rzeczywistości oddalona o nieco ponad dwa tygodnie, a przygotowania Rosji musiały postępować w szalonym tempie. Niemniej jednak Stalin poparł stanowisko Malenkowa, a dyrektywa nakazująca przygotowanie się do nieuchronnego konfliktu nie została wydana. Jednym z najwyraźniejszych dowodów na to, że Stalin nie przygotowywał się do wojny w 1941 roku, jest następujący fakt: 6 czerwca 1941 roku Stalin zatwierdził kompleksową strategię niespiesznego przestawienia radzieckiego przemysłu na produkcję wojskową.
Amerykański dziennikarz Harrison E. Salisbury, który spędził sporo czasu w Rosji, napisał o polityce wojennej Stalina: „Ten harmonogram zakładał ukończenie planu do końca 1942 roku! Był to doskonały, szczegółowy harmonogram, zakładający przekształcenie dużej liczby zakładów cywilnych w zakłady wojskowe oraz budowę bardzo potrzebnych obiektów obronnych”. Spokojne tempo, w jakim Stalin chciał osiągnąć transformację w kierunku gospodarki w pełni nastawionej na wojnę, świadczy o braku bezpośredniego zainteresowania intencjami Adolfa Hitlera. Radziecki minister spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow wspominał, jak Stalin powiedział wkrótce po tym, jak Niemcy rozgromili Francję: „Będziemy w stanie stawić czoła Niemcom na równych zasadach dopiero w 1943 roku”.
Po 1 czerwca 1941 roku sowieccy żołnierze nadal przybywali do Niemiec na wakacje, zabierając ze sobą żony i dzieci. Ambasada radziecka w Berlinie zauważyła niepokojący rozwój sytuacji. Przy bulwarze Unter den Linden w centrum Berlina znajdowało się studio osobistego fotografa Hitlera, Heinricha Hoffmanna. W witrynie firmy Hoffmanna znajdowały się wcześniej mapy europejskich teatrów działań wojennych, na których Niemcy zamierzali prowadzić wojnę.
Wiosną 1940 roku Hoffmann umieścił w oknie swojego domu mapy Holandii i Skandynawii; w kwietniu 1941 roku pojawiły się mapy Jugosławii i Grecji; pod koniec maja 1941 roku pojawiła się wielka mapa zachodniego ZSRR, obejmująca m.in. Białoruś, Ukrainę i państwa bałtyckie.
Tego samego dnia (6 czerwca 1941 r.), w którym Stalin zatwierdził swój plan wojenny, radziecki przywódca otrzymał raport od NKGB, rosyjskiego wywiadu. W ocenie NKGB ustalono, że na granicach sowieckich zgromadzono już cztery miliony niemieckich żołnierzy przygotowujących się do operacji Barbarossa.
Również 6 czerwca Wehrmacht zastąpił swoje straże w pobliżu granic radzieckich wojskami polowymi. Niemcy powierzyli nadzór nad wszystkimi szpitalami dyrektorom wojskowym. Szacuje się, że każdego dnia 200 pociągów z wojskami państw Osi przejeżdżało przez opanowaną przez nazistów Europę Środkową i docierało do granic Ukrainy lub Polski. Hałas pojazdów niemieckich i państw Osi był tak duży, że okoliczni mieszkańcy mieli trudności z zasypianiem.
W tym czasie porucznik SS Otto Skorzeny wraz z resztą swojej jednostki został przeniesiony koleją na front wschodni. Skorzeny wspominał później: „Nasza dywizja Das Reich spędziła zatem kilka tygodni pracując wyłącznie nad doprowadzeniem taboru do stanu używalności i na początku czerwca 1941 roku otrzymaliśmy rozkaz wciągnięcia dywizji do pociągu. Po przejechaniu przez Czechy i Morawy nasz pociąg dotarł do Górnego Śląska, a w końcu do Polski. Dokąd jechaliśmy? Nie mieliśmy pojęcia i daliśmy upust wyobraźni… Nikt z nas nie wpadł na pomysł, że możemy zaatakować Rosję i w związku z tym walczyć na dwóch frontach”.
Na pocieszenie dla Stalina, nie wszystkie dywizje nazistowskie zdawały sobie sprawę z planów Hitlera, by zaatakować Rosję. Niemcy nie byli jednak w stanie osłonić przed wzrokiem Rosjan mas swoich żołnierzy, których linie bojowe ciągnęły się kilometrami po horyzont. Wzdłuż kluczowej granicy nad Bugiem we wschodniej Polsce, gdzie stacjonowała radziecka 4. Armia, do 5 czerwca 1941 roku dostrzeżono ponad 40 niemieckich dywizji.
Po nieudanych wcześniejszych próbach Winstona Churchilla, by przekonać Stalina do niemieckiej inwazji, 10 czerwca 1941 roku – zaledwie 12 dni przed niemieckim atakiem – Brytyjczycy ponownie ostrzegli Moskwę. Alexander Cadogan, brytyjski stały podsekretarz stanu ds. zagranicznych, zaprosił do swojego biura Iwana Majskiego , ambasadora ZSRR w Wielkiej Brytanii. Cadogan powiedział Majskiemu: „Weź kartkę papieru i zapisz to, co zamierzam podyktować”. Cadogan następnie szczegółowo określił tożsamość i rozmieszczenie niemieckich dywizji wzdłuż granic sowieckich. Majski, słysząc to, zaniepokoił się i pilnie wysłał te dane szyfrem do Moskwy.
Trzy dni później, 13 czerwca 1941 roku, raport rosyjskiej agencji informacyjnej TASS zbagatelizował pogłoski o wojnie niemiecko-radzieckiej, twierdząc, że była to brytyjska prowokacja. Stalin był niezachwianie przekonany, że doniesienia o inwazji nazistowskiej w 1941 roku były brytyjską sztuczką, mającą na celu sianie zamętu między Niemcami a Rosją.
W połowie czerwca 1941 roku Stalin podkreślił w rozmowie z generałem Gieorgijem Żukowem : „Niemcy są po uszy uwikłane w wojnę na Zachodzie i wierzę, że Hitler nie zaryzykuje stworzenia dla siebie drugiego frontu, atakując Związek Radziecki”.
W sumie 600 000 niemieckich, żrących ropę pojazdów mechanicznych przygotowywano do marszu na wschód na rozkaz Hitlera. Skąd ubogie w surowce Niemcy pozyskiwały niezbędne ilości ropy, aby rozpocząć największą operację militarną w historii? Na początek, w 1938 roku naziści wyprodukowali w kraju około 3 milionów ton ropy; 2,5 miliona z nich uzyskano syntetycznie; a pozostałe około 0,5 miliona z naturalnego wydobycia na terenie Niemiec; na przykład ropę występującą w Nienhagen i Rietberg w północnej części Niemiec.
W latach 1936–1939 produkcja ropy syntetycznej w Niemczech wzrosła niemal dwukrotnie. Gdy Niemcy zaatakowali zachodnią Polskę 1 września 1939 roku, w Rzeszy działało 14 zakładów uwodornienia ropy syntetycznej, które produkowały ją pełną mocą, a sześć kolejnych było w budowie. Wraz z niemiecką aneksją Austrii, 12 marca 1938 roku, pojawiły się bogate w ropę obszary, które Niemcy szybko eksploatowali – jak na przykład nowo odkryte złoże Prinzendorf w Kotlinie Wiedeńskiej. Po 1938 roku austriacka część nazistowskiego imperium sama produkowała prawie 900 000 ton ropy rocznie.
Na początku października 1938 roku Niemcy zaanektowały część Czechosłowacji, Sudety, które posiadały ograniczone zasoby ropy naftowej, ale były bardziej bogate w inne surowce mineralne. Richard Overy, angielski historyk, napisał, że „obszary Sudetów zawierały bogate złoża lignitu, czyli węgla brunatnego, który znacznie lepiej nadawał się do produkcji syntetycznej”. Niemieckie przejęcie Sudetów zwiększyło ich możliwości w zakresie pozyskiwania ropy naftowej w procesach uwodornienia.
Wkroczenie Wehrmachtu do Polski zapewniło ponadto Niemcom dostęp do bogatych w ropę naftową terenów tego kraju, takich jak Jasło. Zdobycie polskich terytoriów, takich jak Jasło, zapewniło nazistom „znaczną ilość ropy naftowej i niemal natychmiast uzupełniło rezerwy ropy, które Niemcy wydali na zajęcie Polski”, napisał amerykański historyk Arnold Krammer, który często zajmował się historią Niemiec. Następnej wiosny i lata 1940 roku naziści odnieśli szybkie zwycięstwa nad Danią, Norwegią, Francją i Niderlandami, co nie stanowiło nadmiernego obciążenia dla berlińskich zapasów paliw.
W grudniu 1939 roku Hitler zawarł ważne porozumienie z Rumunią. Zgodzili się oni na eksport średnio 130 000 ton ropy naftowej miesięcznie do Niemiec w zamian za nazistowską sprzedaż broni. Tuż przed niemieckim podbojem zachodniej i północnej Europy, od 6 marca 1940 roku, rumuńskie dostawy ropy do Niemiec jeszcze bardziej wzrosły; 200 000 ton ropy z Ploeszti trafiło do Rzeszy zarówno w marcu, jak i kwietniu 1940 roku, jak zauważył rumuński naukowiec Gavriil Preda.
Wdzięczny Hitler sprzedał Bukaresztowi ciężkie uzbrojenie. Rumuni obawiali się ewentualnej ekspansji Rosji, która tego lata miała się zmaterializować w północnej Bukowinie i Besarabii; ale to ostatnie terytorium należało do Imperium Rosyjskiego od stulecia, aż do I wojny światowej.
Na początku 1940 roku zużycie ropy naftowej przez ludność cywilną w Niemczech zostało drastycznie ograniczone, z korzyścią dla Wehrmachtu. Niemieckie zużycie ropy na cele cywilne wynosiło około 200 000 ton miesięcznie, ale na początku 1940 roku zużycie ropy przez ludność cywilną spadło do 71 000 ton. Polityka ta pozwalała nazistom oszczędzać ponad 100 000 ton ropy miesięcznie, co nie było mało. Klęska Niemiec nad Francją w czerwcu 1940 roku zapewniła im dostęp do złóż w Pechelbronn w Alzacji we wschodniej Francji. Od lipca 1941 roku złoża alzackie dostarczały Rzeszy od 60 000 do 65 000 ton ropy rocznie, co stanowiło niewielką ilość .
Wraz z przystąpieniem Rumunii do sojuszu państw Osi pod dowództwem Niemiec 23 listopada 1940 roku, dostawy rumuńskiej ropy naftowej dla nazistów ponownie znacząco wzrosły pod rządami nowego autokratycznego przywódcy Iona Antonescu. W 1941 roku z odwiertów w Ploeszti wydobywano 5,5 miliona ton ropy, a w 1942 roku kolejne 5,7 miliona ton; z tej ilości Antonescu dostarczał Niemcom od 1941 roku około 3 milionów ton rafinowanej rumuńskiej ropy rocznie (16). Według profesora Clifforda E. Singera z Uniwersytetu Illinois, Wehrmacht zużywał „średnio 4,6 miliona ton ropy rocznie w latach 1941–1943”.
Decyzja Węgier o przystąpieniu do Osi 20 listopada 1940 roku umożliwiła Niemcom eksploatację złóż ropy naftowej w Nagykanizsa, na dalekim zachodzie Węgier. W 1940 roku węgierskie odwierty dostarczyły znikomą ilość 231 000 ton ropy, ale dzięki niemieckim ekspertom wydobycie to gwałtownie wzrosło. W 1944 roku Węgry wyprodukowały 809 000 ton ropy. Prawie cała ta ilość trafiła do niemieckiej machiny wojennej, a węgierska ropa naftowa pozostała w rękach nazistów niemal do końca wojny. Ostatnia ofensywa Hitlera na dużą skalę, operacja „Przebudzenie Wiosny”, miała na celu między innymi utrzymanie kontroli nad węgierskimi polami naftowymi.
W latach 30. i 40. XX wieku około 150 firm amerykańskich zawarło różnorodne umowy biznesowe z nazistami, co stanowiło niewiarygodnie dużą liczbę. Niektóre z nich należały do największych korporacji na świecie, takich jak Standard Oil, Texaco, General Motors i Ford Motor Company.
Standard Oil, we współpracy z General Motors, dostarczył nazistom w 1935 roku kluczową formułę tetraetyloołowiu. Była to substancja, która znacznie poprawiła wydajność niemieckich silników zużywających ropę, zwłaszcza samolotów Luftwaffe.
Prowadząc wojnę błyskawiczną, nazistowskie Niemcy były uzależnione od pozyskiwania kauczuku, zarówno syntetycznego, jak i naturalnego. Standard Oil był również silnie zaangażowany w dostarczanie nazistom kauczuku syntetycznego, w procesie produkcji kauczuku butylowego, poprzez współpracę Standardu z IG Farben, niesławnym niemieckim konglomeratem chemicznym.
Na mocy paktu niemiecko-sowieckiego Rosja była zobowiązana między innymi do zrzeczenia się tysięcy ton kauczuku naturalnego dla Niemiec. Tylko w ciągu jednego miesiąca, w kwietniu 1941 roku, Stalin wysłał 4000 ton surowego kauczuku do Rzeszy przez Syberię. Stalin zezwolił również Niemcom na handel z Bliskim Wschodem i innymi regionami.
W połowie 1940 roku Stalin zgodził się na przetransportowanie 15 000 ton kauczuku z Indii przez terytorium ZSRR, Koleją Transsyberyjską, do Niemiec.
Sowieci zaopatrywali również Berlin w znaczne ilości rudy żelaza, złomu, surówki żelaza itp. Niemiecki historyk Heinrich Schwendemann zauważył: „Do lata 1940 roku Związek Radziecki stał się najważniejszym dostawcą surowców dla Trzeciej Rzeszy”.
Dostawy ropy naftowej z Rosji do Niemiec do czerwca 1941 roku wyniosły co najmniej 900 000 ton. Angielski autor książek wojskowych Antony Beevor szacuje tę liczbę na ponad 2 miliony ton radzieckiej ropy wysłanej do nazistów. Jednakże liczba ponad 2 miliony wydaje się zawyżona, a częściej podaje się 900 000 ton.
Latem 1940 roku Hitler podkreślił, że niemieckie zapotrzebowanie na radziecką ropę naftową jest „najpilniejsze”, a poziom ropy w Rzeszy „nie osiągnie krytycznego poziomu, dopóki Rumunia i Rosja będą kontynuować dostawy, a zakłady hydrogeneracji będą odpowiednio chronione przed atakami powietrznymi”.
Hitler nie wspomina tu nic o amerykańskich dostawach ropy do Rzeszy, a jednak w latach 30. i na początku lat 40. XX wieku Niemcy otrzymywali pewne dostawy ropy od amerykańskich korporacji transnarodowych, a Ameryka była wówczas zdecydowanie największym producentem ropy naftowej na świecie. Dotyczy to działalności Standard Oil, Texaco i Phillips Petroleum w hitlerowskich Niemczech, o czym badacze głównego nurtu zazwyczaj nie wspominają. Amerykańskie dostawy ropy do nazistów niekiedy docierały przez państwa neutralne, takie jak Szwajcaria i Szwecja. Dość wcześnie w wojnie, 11 grudnia 1941 roku Hitler wypowiedział wojnę Ameryce, co z pewnością skomplikowało, ale nie całkowicie położyło kres dalszym amerykańskim przedsięwzięciom handlowym w Niemczech.
Dostępnych publicznie statystyk dotyczących ilości amerykańskiej ropy naftowej, jaką faktycznie otrzymali naziści, jest bardzo niewiele. Dochodzą do tego problemy logistyczne związane z transportem ropy przez rozległy i wzburzony ocean, taki jak Atlantyk, mimo że amerykańscy przedsiębiorcy posiadali lub mieli znaczące udziały w spółkach zależnych z siedzibą w faszystowskiej Europie.
Po ataku Wehrmachtu na ZSRR 22 czerwca 1941 roku, wschodnie terytoria okupowane przez nazistów otworzyły Rzeszy nowe źródła ropy naftowej. Znaczne rezerwy surowców znajdowały się w regionie Galicji, obejmującym część zachodniej Ukrainy i wschodniej Polski. Galicja wpadła całkowicie w ręce niemieckie w pierwszych dniach wojny według planu Barbarossa, a kontrolowane przez Niemców rafinerie w Galicji miały zdolność produkcyjną 390 000 ton ropy naftowej rocznie.
Więcej szybów naftowych znajdowało się w Estonii, zdobytej przez niemiecką Grupę Armii Północ w lipcu 1941 roku, która przed inwazją wydobywała zaledwie 120 000 ton ropy łupkowej rocznie. Wojska rosyjskie w dużej mierze zniszczyły estońskie rafinerie, ale Niemcy szybko je przywrócili do działania. Niewielkie ilości ropy znajdowały się na zachodniej Ukrainie, w Drohobyczu, który został zajęty przez Wehrmacht na początku lipca 1941 roku.
W tym pamiętnym roku 1941, kontrolowana przez nazistów Europa wyprodukowała około 12 milionów ton ropy naftowej. Ilość ta wciąż nie wystarczała na utrzymanie tysiącletniej Rzeszy Hitlera, zwłaszcza w obliczu opóźnionej inwazji na Rosję i zbliżającej się wojny. Świadczy o tym niemiecka próba przejęcia ogromnych rezerw ropy naftowej na Kaukazie, a w szczególności Baku, stolicy Azerbejdżanu, które podczas II wojny światowej dostarczało Związkowi Radzieckiemu 80% jego ropy. Wydobycie z odwiertów w Baku osiągnęło szczyt w 1941 roku, dostarczając Rosjanom zawrotne 23,5 miliona ton ropy, czyli około dwa razy więcej niż w 1941 roku, kiedy to państwa Osi miały do dyspozycji.
Celem ataku Niemców na ZSRR było nie tylko zniszczenie bolszewizmu, ale również zdobycie kontroli nad drugim wówczas co do wielkości producentem ropy naftowej na świecie.
Shane Quinn
Pełna wersja, z przypisami i odnośnikami - https://www.globalresearch.ca/nazi-germany-set-invade-russia-analysing-hitler-access-oil-sources/5748002
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 3763
Niewielki półwysep na wschodnich obrzeżach Półwyspu Chalcydyckiego w Grecji, o dźwięcznej nazwie Athos, jest bodaj najbardziej teokratycznym państwem na świecie.
Nawet bowiem w Watykanie czy Tybecie, które uchodzą za tradycyjne kraje rządzone przez duchownych (pomimo chińskiej okupacji tego ostatniego) toczy się normalne życie a kobiety mają wstęp na jego terytorium i uczestniczą w jego życiu. Na półwyspie Athos jest inaczej. Tutaj żadna kobieta nie ma wstępu, a co więcej - nawet żadne zwierzę płci żeńskiej (zasada avaton). Co więcej, statki i łodzie, na których przebywają panie nie mogą zbliżać na odległość mniejszą niż 500 m od jego linii brzegowej!
Dziwna autonomia
Athos jest wprawdzie oficjalnie integralną częścią Grecji, jednak jego status polityczny jest wyjątkowy. Zarówno półwysep, jak i górująca nad nim góra o tej samej nazwie, wznosząca się dumnie na wysokość 2033 m, stanowią okręg autonomiczny Ajon Oros o powierzchni 336 km2. Zgodnie ze 105 artykułem greckiej konstytucji, obszar ten podlega rządowi greckiemu, ale w sprawach jurysdykcji religijnej ostatnie słowo ma patriarcha Konstantynopola (ob. Stambuł).
Obowiązują tutaj dość specyficzne prawa. Po pierwsze, zamieszkują go sami mężczyźni, wyłącznie mnisi, choć znaczną ich liczbę stanowią pustelnicy. Zapewne z tego względu liczba ludności jest w tym niewielkim państewku stosunkowo stała i w 2011 roku wynosiła 1811 duchownych. Wzrost liczby mieszkańców odbywa się na zasadzie przyjęć nowych chętnych do porzucenia życia świeckiego, a jeśli kandydat przejdzie pomyślnie rekrutację i okres prób, zostaje albo w jednym z klasztorów, albo wybiera którąś z opuszczonych pustelni. Trzeba bowiem pamiętać, że miejsce to, jako ośrodek kultu prawosławnego, jest bardzo popularne wśród wyznawców prawosławia i nawet ci, którzy wolą pozostać w swoich ojczyznach, przynajmniej raz w życiu starają się odwiedzić zespół klasztorów w Athos, podobnie jak muzułmanie Mekkę.
W teokratycznym państwie działa grecka poczta i nawet znajdują się drogi publiczne, ale… są pobawione asfaltowej nawierzchni, a samochody poruszają się po nich bardzo rzadko. W sprawach wewnętrznych najwyższymi „organami władzy” są Święta Wspólnota i Święta Komisja, obie wyłonione z przedstawicieli 20 klasztorów, których kompetencje obejmują jednak przede wszystkim mediacje pomiędzy nimi czy rozmowy z urzędnikami greckimi.
Ich decyzje regulują również postęp technologiczny. Ten mały kraik nie posiada połączenie z grecką siecią energetyczną, więc korzysta z baterii i w bardzo oszczędny sposób z urządzeń elektrycznych. W 1997 udało się jednak dołączyć go do lokalnej sieci telefonii komórkowej.
Rząd grecki w zasadzie nie ingeruje w sprawy „mniszej republiki”, toteż działa ona prawie jak samodzielny ośrodek polityczny. Rzecz jasna, nie prowadzi polityki zagranicznej, ani nie utrzymuje własnej armii. Obowiązuje tutaj nawet grecka waluta, którą do niedawna była drachma, a obecnie jest euro, jednak z pieniędzy korzystają głównie turyści, bowiem mnisi czy pustelnicy otrzymują pożywienie i inne niezbędne rzeczy od miejscowych rybaków i okolicznych rolników.
Nie oznacza to, że „republika” na siebie nie zarabia. Zarabia i to zupełnie nieźle, przyjmując rokrocznie rzesze turystów i sprzedając wyroby rzemieślnicze, wykonywane podobnie jak przed wiekami w oparciu o bizantyjskie wzory i pradawne techniki wytwórcze. Tą działalnością również zajmują się mnisi. Oprócz wpływów z turystyki i rękodzieła, Athos otrzymywał dotację państwową w wysokości 2,5 mln euro do 2010, a obecnie dostaje zmniejszoną do poziomu 1,5 mln euro. Co więcej, niektóre klasztory mają udziały w międzynarodowych inwestycjach i spółkach. W 2008 paru mnichów z drugiego pod względem rangi klasztoru Vatopedi zostało nawet oskarżonych o… pranie brudnych pieniędzy.
Turystyka
Aby dostać się na Athos, każdy turysta obowiązany jest uzyskać specjalne zezwolenie, coś jakby wizę „republiki”. Jest to dość łatwe, ale jest ona ważna trzy dni, po upływie których wymaga się prolongaty. Nie wystarcza jednak dysponować ważnym paszportem, czy dokumentem z grecką wizą. Władze Athos muszą ocenić, czy mogą wpuścić turystę na swoje terytorium.
Najchętniej widziani są, rzecz jasna, wyznawcy prawosławia, tudzież innych kościołów wschodnich.
Od 1965 półwysep odwiedzają również duchowni innych wyznań, w tym katoliccy, ale w grupach nie większych aniżeli 10-osobowych. Właśnie wtedy, pod koniec Soboru Watykańskiego II oba Kościoły, katolicki i wschodni, zniosły wobec siebie ekskomuniki obowiązujące od 1054 roku, a więc od schizmy dokonanej przez patriarchę Konstantynopola Michała Cerulariusza oraz legatów papieskich Piotra, biskupa Amalfii, Humberta z Silva Candida i Fryderyka Lotaryńskiego.
Turystów obowiązują odpowiednie stroje i nawet w największe upały żaden mężczyzna nie wejdzie na Athos w podkoszulku, koszulce z krótkimi rękawami czy krótkich spodenkach odsłaniających nogi powyżej kolan. Taki wymóg stosuje wiele klasztorów prawosławnych, w tym tak znane miejsca jak klasztor św. Katarzyny na Półwyspie Synaj.
Kolejnym wymogiem jest odpowiednie zachowanie się. W miejscach kultu, w których ważnym elementem duchowego życia stanowi medytacja, nie wolno w żadnym razie głośno rozmawiać, śmiać się czy w jakikolwiek inny sposób okazywać lekceważenie. Do ikon, z których wiele jest bardzo starych, należy podchodzić z czcią i nie wolno ich bez zezwolenia fotografować. Zresztą mnisi z Athos niechętnie udzielają zgody na wykonywanie zdjęć, zwłaszcza, że w mrocznych pomieszczeniach klasztornych nawet osoby obeznane ze sztuką chętnie używają fleszy, które mają zgubny wpływ na liczące niekiedy 800 lat i więcej obrazy. Najchętniej wpuszczają więc ekipy telewizyjne, które posługują się kamerami, chociaż i w tym przypadku zależy to od tego, skąd dana ekipa pochodzi i co dokładnie chce filmować.
W czasach istnienia państw socjalistycznych ekipy z tych krajów nie miały w zasadzie wstępu na półwysep Athos, podobnie jak wiele telewizji zachodnich, które były uważane za narzędzie szatana propagujące konsumpcyjny styl życia. Co więcej, właściwie nie udostępnia się do filmowania rękopisów i dokumentów, które specjalnie wyszkoleni mnisi latami pieczołowicie konserwują. One są jeszcze bardziej wrażliwe na działanie kamer i aparatów niż ikony.
Na Athos można dotrzeć jedynie drogą morską, przez port Dafni w miasteczku Uranupolis, nad którym wznosi się stolica „republiki” Karies (Karyes). Tutaj można zatrzymać się w niewielkich hotelikach oraz zjeść prosty posiłek. Athos nie oferuje luksusów, ani wykwintnej kuchni, co zresztą jest zgodne z tradycją tego miejsca. Oprócz 20 klasztorów, w większości dostępnych do zwiedzania, w „mnisim państwie” znajduje się 12 wiosek oraz liczne eremy. Te jednak nie są dostępne dla turystów i pod żadnym pozorem nie wolno zakłócać spokoju pustelników.
Nieco historii
W starożytności miejsce to było znane jako Akte, ale nie odegrało większej roli. Jego historia zaczyna się w zasadzie w V wieku n.e., kiedy to na półwysep Athos zaczęli przybywać eremici, pragnący modlić się i medytować w izolacji od świata, co nie było zresztą trudne. Zbocza góry Athos kryją bowiem liczne groty i pieczary doskonale nadające się do tego celu.
Kiedy sława „miejsca mnichów” zaczęła wzrastać, cesarz Bazyli I Macedończyk (811-886) przekazał im je w roku 874 w charakterze darowizny, aby mogli bez przeszkód uprawiać swoje praktyki religijne.
Bazyli I był władcą bardzo zainteresowanym sprawami Kościoła, bowiem początkowo zgodził się z decyzją Soboru Konstantynopolitańskiego VIII, który potępił patriarchę stolicy Bizancjum Focjusza (810-891) i nakazał jego wygnanie. Później, widząc że spory pomiędzy zwolennikami wygnanego patriarchy a „partią” nowej głowy bizantyjskiego Kościoła, Ignacego, nie ustają, przywrócił wygnanemu jego godność. Dla mnichów z Athos jednak nie miało to większego znaczenia, chociaż już wówczas od paru wieków uznawali autorytet patriarchów stolicy cesarstwa.
Przez parę stuleci „mieszkańcy półwyspu” żyli sobie spokojnie, wznosząc swoje eremy i oddając się modlitwom. Mniej więcej od końca IX wieku utarła się tradycja - nie usankcjonowana żadnym cesarskim rozporządzeniem - że w okolicach pustelni nie powinny przebywać kobiety. W tym okresie ukształtował się także system zarządzania eremami, na czele których stanęła rada. W jej skład weszli najstarsi z eremitów. W X wieku pod przewodnictwem Atanazego Atonity (Atanazego z Athos, 925-1002), który przywędrował w to miejsce z Bitynii, broniąc się w ten sposób przed przyjęciem godności igumena, czyli przełożonego niewielkiego monastyru, nastąpiły znaczące zmiany. Atanazy uznał bowiem, że sama rada niewiele może zdziałać i postanowił nieco scentralizować zarząd wokół najstarszego monastyru zwanego Wielką Ławrą Najświętszej Marii Panny.
To wywołało zrozumiałe protesty innych przełożonych, w rezultacie czego cesarz Jan I Tzimiskes (925-976) wysłał na pertraktacje ze zwaśnionymi stronami konstantynopolitańskiego mnicha Eutymiusza. Ten, po żmudnych negocjacjach, osiągnął kompromis i razem z przełożonymi klasztorów opracował wspólną regułę i zbiór zasad postępowania (Typikon), którą przyjęło 56 (wg innych źródeł - 58) klasztorów. Oryginał spisany na koziej skórze znajduje się w archiwach Athos. Był tylko kilkakrotnie modyfikowany, ostatni raz w 1406 przez cesarza Manuela II Paleologa (1350-1425), gdyż dwie dekady później mnisi musieli uznać zwierzchność osmańskich sułtanów.
Mniej więcej w tym samym czasie cesarz Nicefor II Fokas (912-969) nadał Wielkiej Ławrze status najważniejszego klasztoru na półwyspie, a Rada mnichów miała otrzymywać z cesarskiej kasy wsparcie w wysokości 244 złotych solidów rocznie. Ten przepełniony mistycyzmem władca zamierzał pod koniec życia abdykować i sam poświęcić się modlitwie i medytacji w klasztorze, jednak został… zamordowany.
W roku 1045 cesarz Konstantyn IX Monomach (1000-1055) ogłosił Athos świętą górą i wówczas zakaz przebywania w tym regionie kobiet stał się obowiązująca normą prawną.
Od tego czasu nastąpił burzliwy rozwój życia monastycznego, bowiem na Athos przybywali zarówno Grecy z Bizancjum, Grecy z Italii, Gruzini, jak również Rusini, zwłaszcza z Księstwa Kijowskiego. Wśród nich znalazła się spora rzesza utalentowanych rzemieślników, w tym autorzy bardzo znanych iluminowanych rękopisów, z których najsłynniejsze to X-wieczne: Kodeks Ewangelii i Tetraevangelion Philoteu. W tym okresie jednak obok życia klasztornego i pustelniczego, którego najwybitniejszym przedstawicielem był Symeon zwany Nowym Teologiem, pojawiło się pewne niepokojące zjawisko. Był nim system dotacji dla monastyrów przez osoby świeckie zwany z języka greckiego charistikarion. W praktyce oznaczało to objęcie przez możnych świeckich opieką klasztorów i ich dóbr, a więc zapewnienie im finansowego bezpieczeństwa.
Pomimo walorów obronnych, „święta góra Athos” kilkakrotnie była niepokojona przez najeźdźców. W 1204 podczas IV krucjaty wdarli się do niektórych jej obiektów krzyżowcy. W 1274 podobnego aktu dokonali katalońscy najemnicy w służbie Michała VIII Paleologa, który traktował mieszkańców klasztorów jak swoich poddanych.
W następnym stuleciu o podporządkowanie sobie mieszkańców Athos pokusił się władca i twórca Wielkiej Serbii Stefan Uroš IV Dušan (1308-1355), pan imperium obejmującego Macedonię, Albanię, Epir i Tesalię. Mnisi w zamian „za opiekę” codziennie wznosili modły za jego pomyślność. W 1347 roku doszło nawet do precedensu. Wielka Ławra wydała zgodę, aby podczas wizyty monarchy towarzyszyła mu… żona Jelena. Był to bodaj jedyny przypadek w dziejach „mnisiej republiki”, kiedy to święte miejsce odwiedziła kobieta.
W okresie panowania osmańskiego Turcy dość tolerancyjnie traktowali „niezależne państwo mnichów”. Zarówno pogromca Konstantynopola Mehmed II Zdobywca (1432-1481), jak i jeden z jego następców Selim I Groźny (1470-1520) ograniczyli się do pobierania podatków, uznając jego status. Dopiero wzrost ucisku fiskalnego spowodował zaostrzenie wzajemnych stosunków w XVII wieku, być może za sprawą nieśmiałych rozmów prawosławnych duchownych z jezuitą Izaakiem Aultrym, który rozpoczął nawet zbiórkę funduszy na … klasztor katolicki w pobliżu Wielkiej Ławry.
Począwszy od XVIII wieku w gronie patronów Athos znaleźli się potężni władcy, jak choćby caryca Anna (1693-1740), która hojnie wspomagała miejscowe klasztory, wypłacała zasiłki ich opatom, a patriarsze Konstantynopola, który nominalnie był duchowym zwierzchnikiem całego prawosławia wypłacała sowitą pensję. Była to kontynuacja polityki Piotra I (1672-1725) Wielkiego i jego następczyni Katarzyny I (1684-1727), którzy dążyli do scalenia wokół siebie południowych Słowian, choć w swoim imperium niepokornych biskupów zsyłali do odległych klasztorów.
W połowie stulecia za patriarchatu Cyryla V przy Watopedi powstała nawet Akademia, w której miano wykładać grekę, logikę, filozofię i teologię, ale przeciwni edukacji kolegów konserwatywni duchowni podpalili jej budynki i nigdy już nie została restytuowana.
W wieku XIX Rosjanie coraz śmielej poczynali sobie na półwyspie Athos, wznosząc swoje klasztory św. Pantelejmona i św. Andrzeja. W 1913 półwysep Athos został przyznany Grekom, ale wraz z wybuchem I wojny światowej wkroczyły nań wojska brytyjsko-francuskie, które podejrzewając mnichów o współpracę z Niemcami dokonały kilku karnych ekspedycji przeciwko ich siedzibom.
Podczas następnej wojny światowej Adolf Hitler (1889-1945) osobiście objął „mecenat” nad klasztorami Athos, za co po wojnie niektórych mnichów skazano na roczny pobyt w więzieniu za rzekomą współpracę z Niemcami.
Pustelnicy
Ci, którzy nie chcą żyć w klasztorze mogą wybrać życie pustelnicze, jak ich wielcy poprzednicy przed wiekami. Obecnie trafiają tu ludzie z rożnych krajów, głównie jednak prawosławnych, jak Rosja, Bułgaria, Rumunia czy kraje byłej Jugosławii, lub z tych państw, w których prawosławie jest licząca się religią. Niektórzy mają tytuły naukowe, inni są prostymi ludźmi, którzy jednak muszą nauczyć się obowiązującego w tym miejscu języka greckiego.
Ich życie nie jest łatwe. Mieszkają w celach położonych w urwistych zboczach i niemal każdego ranka schodzą z wysokości paruset metrów po sznurowych drabinkach, aby w koszach przynieść sobie jedzenie. Żyją w całkowitym odosobnieniu, spędzając długie godziny na medytacjach i niemal zupełnie nie kontaktują się ze sobą. Niewiele potrzebują do życia- modlitewnik, trochę strawy i zakonną suknię. Niektórzy żyją tak przez wiele lat, inni po okresie roku, lub dwóch powracają do cywilizacji odnowieni duchowo.
Leszek Stundis
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1536
Orientalizacja sarmatyzmu nie kolidowała z przeświadczeniem, że Rzeczpospolita spełnia misję „przedmurza chrześcijaństwa”. Przez „chrześcijaństwo” rozumiano wiarę rzymską, a nie nowoczesną cywilizację zachodnią, utożsamianą z absolutum dominium i moralnym zepsuciem. Obrona Europy przed zagrożeniem muzułmańskim pojmowana była nawet jako sposób na zabezpieczenie się przed zagrożeniami z Zachodu. Łudzono się myślą, że państwa zachodnie zainteresowane są istnieniem Rzeczypospolitej, widzą w niej bowiem wał obronny (w sensie militarnym), chroniący Europę przed atakami niewiernych. Wyprowadzono stąd wniosek, że państwo Sarmatów jest całkowicie bezpieczne i nie musi modernizować się na wzór zachodni.
Negatywny stosunek XVII-wiecznych „Sarmatów” do okcydentalizmu miał dwa główne źródła: jednym z nich była idea „spichlerza Europy”, drugim – pogląd na ustrój Rzeczypospolitej jako ucieleśnienie politycznej doskonałości. Pierwsza idea określała państwo polsko- litewskie jako kraj agrarny i niemogący zmienić swego charakteru ze względu na potrzeby sąsiadów. Uzasadniało to pogląd, że trzeba bronić Polski przed przemianami gospodarczymi typu zachodniego, że nie wolno nawet sprowadzać z Zachodu artykułów luksusowej konsumpcji jako szkodliwych dla prostoty życia wiejskiego.
Z idealizacji ustroju politycznego Rzeczypospolitej wynikało z kolei, że należy bronić go za wszelką cenę, nie dopuszczając najmniejszych zmian. Ponieważ władzy królewskiej, postrzeganej jako główne zagrożenie wolności, przypisywano zdolność pozyskiwania dla swych celów większości sejmowej, trzeba było znaleźć sposób wykluczenia raz na zawsze niepożądanych innowacji. Jak wiadomo, odnaleziono taki niezawodny sposób w starej zasadzie jednomyślności (unanimitas) lub, mówiąc ściślej, w takim sposobie jej interpretowania, który domagał się jednomyślności absolutnej, a więc wyposażał każdego posła w prawo zawetowania decyzji większości i zerwania Sejmu.
Z uprawnienia tego, znanego pod nazwą liberum veto, skorzystano po raz pierwszy w roku 1652; w teorii jednak zasada jednomyślności, implikująca groźbę indywidualnego wetowania decyzji Sejmu, obowiązywała w parlamencie polskim od samego początku. Uzasadniano ją klasycznie republikańskim ideałem „dobra wspólnego”, zakładającym możliwość zrozumienia tego dobra przez wszystkich, a więc wykluczającym automatyczne posłuszeństwo wobec mechanicznej większości.
Pragmatycznym argumentem na rzecz wymogu jednomyślności były olbrzymie rozmiary państwa. Poseł z Pomorza musiał godzić się na koszty obrony Ukrainy przed Tatarami, wiedział bowiem, że w przeciwnym razie poseł z Ukrainy zawetuje decyzje podejmowane w interesie elektoratu pomorskiego. Groźba weta zmuszała więc posłów do działania na rzecz dobra ogólnopaństwowego, zapobiegając rozpadowi Rzeczypospolitej na izolowane regiony, interesujące się jedynie sprawami lokalnymi.
W drugiej połowie XVII wieku, z chwilą gdy zasada jednomyślności przekształciła się w praktykę zrywania sejmów, mobilizująca funkcja weta zmieniła się w funkcję paraliżującą, a racjonalne jego uzasadnienia ustąpiły miejsca argumentom quasi-religijnym – na przykład dowodzeniu, że decyzje niejednomyślne nie legitymują się łaską Ducha Świętego. Liberum veto przestało być uprawnieniem „cnotliwych”, broniących republiki przed skorumpowaną większością; stało się narzędziem jednostek skorumpowanych, przeciwstawiających się działaniom na rzecz wspólnego dobra. W wieku XVIII sytuacja jeszcze bardziej się pogorszyła: posłowie przekupieni przez obcych monarchów posługiwali się prawem weta, aby nie dopuścić do jakichkolwiek reform zanarchizowanej i słabnącej Rzeczypospolitej.
Skutki liberum veto
W wyniku takiej ewolucji kultury i ustroju Rzeczpospolita sarmacka stała się krajem zupełnie różnym od reszty Europy. Była świadoma tej różnicy i dumna z niej, patrzyła więc z góry na absolutystyczne monarchie zachodnie, odnosiła się do nich lekceważąco lub wręcz z megalomańską pogardą, zamykając oczy na wzrost ich siły i zamożności. Cywilizacyjne efekty takich postaw okazały się jednak żałosne. W kilkanaście lat po „wiktorii wiedeńskiej” Sobieskiego stało się rzeczą jasną, że potężna niegdyś Rzeczpospolita nie ma szans na podtrzymanie swego prestiżu i rangi politycznej. W wieku XVIII elita polska musiała na nowo przemyśleć problem własnej tożsamości, co bywało niekiedy bardzo bolesne i trudne. Okazało się bowiem, że Rzeczpospolita znajduje się poza obrębem Europy Zachodniej nie dlatego, że sama tak sądzi i tego pragnie, ale dlatego, że Zachód nie przyznaje się do niej, odrzuca ją jako kraj beznadziejnie zacofany, barbarzyński i kulturalnie obcy.
Początkowo wydawało się, że może być zupełnie inaczej. Na przełomie XVII i XVIII wieku Polska przestała być uwikłana w problemy wschodnie, ożywiły się natomiast jej kontakty z Zachodem, czemu sprzyjała oczywiście unia personalna z Saksonią. Oświeceni republikanie polscy poczęli zdawać sobie sprawę, że w państwach zachodnich, mimo absolutystycznej formy rządów, nie panuje samowola monarchów, rozwijają się natomiast bliskie wartościom republikańskim ideologie prawa natury, a więc że krajów tych nie można zaliczać do tej samej kategorii co Turcja lub Rosja. Umożliwiało to reokcydentalizację polskiej kultury politycznej.
Jeden ze znawców sarmatyzmu (J. Maciejewski, Dylematy wolności, s.237,239) podsumowuje to następująco: Wszystko to sprawiało, iż Polacy bez większych trudności – skoro sytuacja geopolityczna wyszła im naprzeciw – mogli nawiązać zerwany w końcu XVI wieku kontakt z Zachodem. Zaczęła znikać bariera, którą odgrodziła się sarmacka Polska od „obcych”. Swojskość przestawała być wartością. Nastąpiła europeizacja Rzeczypospolitej.
Przy założeniu, że twierdzenie to mówi wyłącznie o stanie świadomości wykształconych Polaków, czyli o tym, jak oni sami określali swą kulturową tożsamość, można je uznać za słuszne. Rzecz w tym jednak, że tak rozumiana „europeizacja świadomości” nie szła w parze ani z europeizacją (czyli modernizacją) struktur społeczno-gospodarczych, ani ze sposobem postrzegania Polski przez rozwinięte kraje Zachodu.
W epoce oświecenia nastąpiła bowiem zasadnicza zmiana w „geografii filozoficznej”, czyli w określaniu cywilizacyjnych, a nie tylko geograficznych, kryteriów europejskości: podział na kraje oświeconego Południa i półbarbarzyńskiej Północy, wywodzący się od starożytnego Rzymu i oczywisty jeszcze w epoce renesansu, zastąpiony został podziałem na cywilizacyjny Zachód, czyli właściwą Europę, i zacofany europejski Wschód, należący już właściwie do Azji.
W ramach tego nowego podziału państwo polsko-litewskie oddzielone zostało od Danii i Szwecji, włączone zostało natomiast do olbrzymiego obszaru cywilizacji obcej i niższej, rozciągającego się od Węgier do tatarskiego Krymu i od Moskwy do ottomańskiej Turcji.
Należy przy tym podkreślić, że kryteria tej nowej dychotomii, wbrew złudzeniom polskich entuzjastów wolności, nie wywodziły się ze stosunku do tradycji republikańskiej, mimo że tradycja ta istniała przecież na Zachodzie i także przyczyniała się do określenia jego tożsamości. Modelem cywilizacji było „dobrze urządzone państwo” – L’État bien policé, czyli racjonalnie zorganizowana, efektywna administracja państwowa, wprowadzająca jednolity porządek w sferze publicznej i narzucająca jednocześnie określone standardy w dbałości o stan dróg, czystość miast, ochronę zdrowia, a nawet, zwłaszcza w państwach niemieckich, w sposobach ubierania się i konsumpcji żywności.
Granica oddzielająca kraje cywilizowanego Zachodu od barbarzyńskiego Wschodu nie pokrywała się więc z linią Łaby, oddzielającą zacofane kraje agrarne od krajów bardziej zaawansowanych w rozwoju społeczno-ekonomicznym. Przebiegała nieco dalej na wschód, była bowiem granicą międzypaństwową, oddzielającą sprawnie rządzoną monarchię pruską od anarchicznej i rażąco zaniedbanej Rzeczypospolitej szlacheckiej.
Polska w oczach Zachodu
Rozpowszechnienie w Polsce idei oświeceniowych oraz wysiłki reformatorów pracujących nad modernizacją ustroju Rzeczypospolitej nie zdołały zmienić tego obrazu. Dobitnie świadczą o tym relacje podróżników. Hrabia Louis-Philippe de Ségur, jeden z francuskich bohaterów amerykańskiej wojny rewolucyjnej, przejeżdżając przez Polskę zimą na przełomie lat 1784 i 1785, aby objąć stanowisko ambasadora Francji w Petersburgu, odczuł moment przekraczania granicy prusko-polskiej jako porzucenie Europy i cofnięcie się w czasie o dziesięć wieków. Identyczne odczucie zanotował słynny podróżnik amerykański John Ledyard, który w roku 1788 przemierzał Polskę w drodze z Rosji na Zachód. Określił on granicę polsko-pruską jako wielką barierę oddzielającą obyczaje azjatyckie od europejskich.
Można powiedzieć nawet więcej: po reformach Piotra Wielkiego, entuzjastyczne ocenionych przez Gottfrieda Wilhelma Leibniza, a następnie przez Woltera, autokratyczna Rosja zdobyła akceptację ogromnej większości myślicieli oświeceniowych i poczęła wydawać się ludziom Zachodu krajem o wiele bardziej europejskim niż Polska. Nie miał znaczenia fakt, że Rosja była państwem prawosławnym, szlachta polska zaś składała się z gorliwych katolików i mogła komunikować się ze sobą językiem starożytnych Rzymian; istotne było to, że w Rosji powstało jednak „regularnoje policejskoje gosudarstwo”, podczas gdy szlachta polska przypominała raczej Kozaków i Tatarów (co skłaniało nawet niektórych zachodnich podróżników do snucia spekulacji na temat tatarskiego pochodzenia Polaków).
Dystans kulturowo-cywilizacyjny dzielący Polskę od Zachodu stał się tak wielki, że nawet ludzie wolni od jakiejkolwiek polonofobii poczęli postrzegać Rzeczpospolitą jako kraj niesłychanie odległy i egzotyczny. Znamienna jest pod tym względem wypowiedź Edmunda Burke’a, który pochwaliwszy Konstytucję 3 Maja uznał za konieczne dodać, że z punktu widzenia Anglii Polska jest krajem tak dalekim, jak gdyby leżała na księżycu.
Polskie spory
Świadomość cywilizacyjnego oddalenia Polski od Europy nie była obca polskim reformatorom oświeceniowym epoki stanisławowskiej. Ich program modernizacji państwa był w gruncie rzeczy programem europeizacji sarmackiej Rzeczypospolitej. Jest rzeczą bardzo znamienną, że król Stanisław August próbował osiągnąć ten cel z pomocą zeuropeizowanej Rosji – uznając tym samym, że Rosja może być pod tym względem przykładem dla Polaków.Publicyści „Monitora”, czasopisma wspierającego króla, określali reformy Piotra Wielkiego jako heroiczne dzieło, które zapewniło swemu twórcy nieśmiertelną sławę.
Zestawianie Polski z Rosją jako kraju w równej mierze potrzebującego europeizacji, ale mniej zaawansowanego na tej drodze niż Imperium Romanowów, dowodzi, nawiasem mówiąc, że przeświadczenie Polaków o własnej europejskości i zachodniości nie było wówczas mocne. Orientacja zdecydowanie prozachodnia mogła łączyć się z przekonaniem, że Polska bardzo oddaliła się od zachodniej „normy” i musi przebyć długą drogę, aby powrócić do Europy. Dobitnym przykładem takiego myślenia był Stanisław Staszic, który uważał, że demokracja szlachecka spowodowała „azjatyzację” Polaków, upodobniając ich do Turków i Tatarów.
Podobne poglądy rozwijał w epoce romantyzmu Bronisław Trentowski, nieubłagany krytyk konserwatywno-klerykalnej tradycji sarmackiej. Pisał on o fatalnym wpływie, jaki wywierał na Polskę „duch azjatycki”: „Nosiliśmy już ku czci jego dziwo-twórne kontusze z wyłogami i czerwone buty jak Persi, goliliśmy sobie łby jak Chińczycy, Mongoły i Turki, pisaliśmy poezje arabskie, marzyliśmy wtedy, gdy myśleć i działać rozumnie potrzeba było […]. O, kiedyż pozbędziemy się tej duchowej zmory! Azjatyckość z nóg nas zwaliła i azjatyckość gniecie nas okropnie. Tylko duch europejski przynieść nam pomoc potrafi” (B.F. Trentowski, „Czy można się uczyć filozofii narodowej od ludu i jakie cechy mieć powinna filozofia?” [w:] Filozofia i myśl społeczna w latach 1831-1864).
Józef Feldman (1899–1946), wielki znawca dziejów Europy Środkowej, opisywał reformowanie XVIII-wiecznej Rzeczypospolitej polsko- litewskiej jako proces europeizacji analogiczny do tego, jaki dokonał się później w Japonii i Turcji. Szkoda, że myśli te nie zostały należycie rozwinięte. Ukazanie w tej perspektywie dziejów największego kraju międzymorza wzbogaciłoby obraz wczesnego stadium ogólnoświatowego procesu westernizacji. Rzuciłoby przy tym wiele światła na swoistość casusu Polski – kraju, który przez długi czas należał bezdyskusyjnie do zachodniej Europy, następnie uległ procesowi stopniowej, ale daleko idącej deokcydentalizacji, wreszcie zaś wkroczył na drogę reokcydentalizacji – trudnej, napotykającej na opór materii społecznej oraz poważną niekiedy opozycję intelektualną.
Andrzej Walicki
Jest to fragment III tomu dzieła prof. Andrzeja Walickiego PRL i skok do neoliberalizmu. Fałszowanie historii/Nacjonalizm/Niegodziwości III RP, którego recenzję zamieszczamy w tym numerze.
Wydawcą wszystkich tomów jest Fundacja Oratio Recta.
Recenzję tomu I - O Polsce inaczej - zamieściliśmy w numerze 6-7/21 SN - https://www.sprawynauki.edu.pl/archiwum/dzialy-wyd-elektron/286-recenzje-el/4520-o-polsce-inaczej
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji SN
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1825
Społeczeństwo imperium carskiego samo przygotowało drogę do rewolucji. Choć wpływ nowych idei z Zachodu był niewątpliwy, jednak mentalność rosyjskiego rewolucjonisty kształtował kraj.
Sama idea rewolucji zrodziła się w innym czasie historycznym, w okresie oświeconego absolutyzmu (XVIII wiek) Piotra Wielkiego i Katarzyny Wielkiej. W czasach nowożytnych Rosją wstrząsały przewroty pałacowe, ale żaden z nich nie był rewolucją, choć nie przeszły bez następstw. Dopiero w XIX wieku, kiedy na plan pierwszy wysunęły się fundamentalne problemy społeczne, walka z samodzierżawiem przybrała inny charakter. Początkowo nie była to „walka ludu” – jak chcieli apologeci rewolucji, lecz małych grup spiskowców.
Wielkie myśli, a także małe i wielkie rewolucje zawsze były wynikiem fermentów duchowych, które kształtowały ludzi, modyfikowały stare idee, tworzyły nowe. Osiemnastowieczne Oświecenie i rewolucja francuska były rezultatem poruszenia umysłów, tym samym dając silny impuls zrywu ku postępowi, nowej formy życia i zasad sprawiedliwości społecznej. Nowa, bogata myśl czyniła nawet konserwatystów rewolucjonistami. W 1917 roku piorun rewolucji rosyjskiej wstrząsnął światem.
Rewolucja rosyjska miała jeden silny rys, który ją odróżniał od rewolucji zachodnioeuropejskich – dawnym i nowym pojęciom nadawała doniosłość i głębię moralną, której przykładów nie znajdziemy w żadnej innej rewolucji współczesnego świata: abstrakcyjną miłość do ludzkości, a nie do konkretnej osoby. Mistycyzm, wiara w szczęśliwą przyszłość tak silna, iż nie liczono się z teraźniejszością, co mistyków rewolucji – doktrynerów - upodabniało do religijnych fundamentalistów.
Rewolucja, niezależnie od tego jak ją pojmowano, wpisywała się w inne pojęcie – „cywilizacji duchowej”, w której obowiązywała zasada pierwszeństwa potrzeb duchowych nad materialnymi. Czy mogło być inaczej, skoro cała historia i kultura Rosji była przesiąknięta moralnością chrześcijańską? Prawda i sprawiedliwość uchodziły za najwyższą wartość duchową. I nie chodziło tu o jakąś filozofię dostępną kilku intelektualistom, lecz o regułę życia wyznawaną przez miliony prostych ludzi.
Misja proletariatu i inteligencji
Problem sprawiedliwości społecznej nie był zagadnieniem tylko teoretycznym, był problemem realnym, wokół którego toczono spory od stuleci. Czym powinna być sprawiedliwość społeczna? Jeszcze na początku XIX wieku poeta, książę Iwan Dołgorukow, pisał: „Jesteś biedny – więc bądź cierpliwy” (wiersz Ubogim). Oznaczało to – bądź cierpliwy, a sprawiedliwość zapanuje. Niecierpliwi inaczej myśleli – konieczna jest zmiana społeczna i zmiana natury ludzkiej, stąd wyrastały liczne pomysły na reorganizację społeczeństwa poprzez kopiowanie wzorów Zachodu, budowanie „idealnego państwa”, lub społeczeństwa bezklasowego. Kto miałby przeprowadzić owe przemiany, jaka siła i pod jakim kierownictwem? A gdyby wybuchła rewolucja, czy zniszczyłaby siły niesprawiedliwości? Wszystko opierało się na teoretycznych założeniach i marzeniach.
Rosyjski mesjanizm miał korzenie rodzime, choć był swoistą mutacją starożytnego posłannictwa Izraela. W Rosji mesjanizm ukazywał się jeszcze wspanialszy od pierwowzoru, zakorzenił się w kilkusetletnią konfrontację cywilizacyjną Rusi/ Rosji z Zachodem. Rosyjski bunt przeciwko własnemu państwu był znamiennym segmentem owej konfrontacji cywilizacyjnej. Pojawienie się w imperium zrodzonej na Zachodzie idei socjalizmu, stało się jednym z najważniejszych zagadnień epoki rewolucji. Przy wszystkich różnicach miała ona wspólny fundament: antykapitalizm jako alternatywa ustrojowa. Idea szybko się stała narzędziem mesjanizmu, gdyż można się w niej było dopatrzeć zapowiedzi przyszłości pełnej blasku. Nowa idea niosła pozareligijną „dobrą nowinę”, zapowiedź cywilizacji Prometeusza Wyzwolonego. W tym znaczeniu rewolucja rosyjska spełniała taki sam cel główny jak każda rewolucja – wolność i wyzwolenie, walka o inny, lepszy świat.
Wraz z narodzinami ruchu socjaldemokratycznego (jeden z najważniejszych nurtów rewolucji) zrodziła się idea „misji historycznej proletariatu”, co stało w konfrontacji do „misji historycznej ludu wiejskiego”. Poszukiwacz ideałów dla Rosji, Aleksander Hercen, znalazł je we wspólnocie wiejskiej jako odmianie rosyjskiego socjalizmu, wyróżniającego się chłopskim kolektywizmem, wspólnotą uprawy ziemi i życia (obszczina). Hercen wezwał inteligencję, aby „poszła do ludu”. Tzw. postępowa inteligencja poszła „poznawać dolę ludu”. Chożdienije w narod (ruch narodnicki) doznało ogromnej klęski, a wraz z nią Hercen, co wpędziło go w polityczne osamotnienie, zarówno na emigracji, jak w Rosji. Hercen nie był pierwszym, który wołał „idźcie do ludu”. Literacką idealizację ludu zapoczątkował Aleksander Puszkin, który w ludzie widział to, co chciał widzieć, Hercen zaś apelował o bezpośrednie zetknięcie się z ludem i zrozumienie jego potrzeb. Wsi nie zrewoltowano, a wielu „chodzących do ludu” skończyło na szafocie.
Socjalizm chłopski czy robotniczy? – taka była oś sporu, który na Zachodzie rozstrzygnął kapitalizm przemysłowy. W Rosji pytania: czy lud wiejski, czy robotniczy będzie zdolny wystąpić czynnie, było pytaniem o rewolucję. Co więcej, były pytaniem o Rosję, ale jaką Rosję? Z tych przebrzmiałych historycznie sporów płynie jednak pewna nauka dla współczesnych ruchów postępowych.
Do idei socjalizmu dołączyła druga idea – marksizm. Oba te prądy myślowe stały się motorem rewolucji rosyjskiej, wtopiły się w to, co później nazywano „wyzwoleniem proletariatu” czy „wyzwoleniem ludu”. To pojęcie zrastało się z pojęciem mesjanizmu – misjonizmu. Wzajemne przenikanie się tych pojęć stało się jedną z najbardziej charakterystycznych cech rewolucji rosyjskiej. Wyrosła ona z marzeń. Nie wszystkie marzenia były utopijne, mało zrozumiałe, wszak po latach okazały się realne, wcielane w życie i weszły do skarbca pamięci tradycji ruchu rewolucyjnego i robotniczego.
Radykalizm
Nienawiść do monarchii, jej tradycji świeckiej i religijnej była przejawem ideowego radykalizmu, który napotykał na równie radykalną odpowiedź. Ani ci, co uciskali, ani uciskani nie znali litości. Na tym gruncie wyrósł terroryzm. Nie zrodził się z ducha socjalizmu czy marksizmu, był odstępstwem od tych ideałów, którymi werbalnie się posługiwał. Nie był on zagadnieniem tylko wewnątrzrosyjskim, lecz ze względu na globalne znaczenie imperium carskiego był problemem absorbującym cały świat, z którym Rosję wiązały ekonomiczne, polityczne, kulturalne i religijne stosunki. Terroryzm umocował się na obrzeżach ruchu rewolucyjnego i grupował bardzo młodych ludzi, którzy wyróżniali się swoją bezkompromisowością, indywidualizmem i niepotrzebnym dla sprawy rewolucji igraniem ze śmiercią.
Terroryzm polityczny stał się argumentem w rękach sił wrogich rewolucji i rusofobów na całym świecie. Dopatrywano się w terroryzmie zjawiska jakoby typowego dla lewicy rewolucyjnej. Terroryzm był jednak na usługach wszystkich ugrupowań opozycyjnych, u niektórych bardziej teoretycznie, jak np. na ziemiach polskich o bardzo znikomym zasięgu praktycznym. W niektórych rosyjskich kręgach rewolucyjnych stał się zaś głównym celem walki, gdzie młodzi ludzie wypróbowywali wszelkie doktryny, a doktryna terroryzmu politycznego pociągała najbardziej. Byli przekonani o czystości intencji. To ich, za życia i po śmierci, jedni wychwalali pod niebiosa, a drudzy mieszali z błotem.
Nieuchronność innej Rosji
Umysłowość rosyjska nie zetknęła się z problemem rewolucji dopiero w 1917 roku. Mówiono o niej z namiętnością przez cały wiek XIX, kiedy zawładnęła światem duchowym „myślącego Rosjanina”. Więcej niż wpływy obce oddziaływała na duchowość rosyjską potężna praca własna, praca nad sobą przy pomocy takich instrumentów jak literatura czy „filozofowanie”, stawianie sobie trudnych pytań. To był jeden z najbardziej charakterystycznych rysów duchowości rosyjskiej (nie w znaczeniu religijnym), która doprowadziła w ostateczności do myśli, czy raczej przeczucia o nieuchronności zbudowania „innej Rosji”. Przez sto lat natchnieni prorocy o tym mówili.
Kryła się w tym idea mesjanistyczna, oczyszczona z elementów religijnej duchowości, która przeniosła się w dziedzinę obalenia samodzierżawia, a nie Rosji.
Wszystkie jego nieszczęścia, klęski wojenne nie zburzyły nadziei głoszonej przez rewolucjonistów, przeciwnie – wzmacniały ich. Samodzierżawie było trzonem doktryny państwowej, które nie pozwoliło państwu się załamać i broniło go przed innymi. W decydującym momencie historii reżimowi jednak zabrakło siły, aby wyjść poza ukształtowaną wiekami kulturę polityczną.
Dwie wielkie siły: samodzierżawne państwo i ruch antysamodzierżawny, ich wzajemna walka wypełniała historię Rosji XIX – początku XX wieku. Obóz rewolucji czerpał siłę z nadziei na unicestwienie carskiego reżimu, a reżim miał nadzieję, że poprzez represje i naturalne przemiany społeczne nastroje rewolucyjne wygasną. To były nadzieje dwóch zgoła odmiennych światów.
Rewolucje, w tym także rosyjska, nie wybuchały niespodziewanie, a imperia nie ginęły bez powodu. Rewolucja rosyjska była wieloletnim procesem historycznym przechodzącym przez kilka faz, od szlachetnego buntu w 1825 roku (dekabryści), poprzez okres narodnicki, okres terroryzmu, socjaldemokracji, skończywszy na dyktaturze bolszewików – sukcesorów rewolucyjnej myśli XIX wieku, którą przekształcili w realną praktykę walki klasowej.
Doktryna rewolucyjna dawała odpowiedź na najważniejsze problemy powstające w sumieniu człowieka oraz rozwiązanie zagadnień, będących bolączką społeczeństwa. Młody ruch socjalistyczny wydobył w imperium carskim skrajne sprzeczności i antagonizmy. Był niekiedy ofiarą błędów swoich czcicieli, męczenników dogmatów, szczerych fanatyków, surowych krytyków, jak i błędnego odczytania znaków czasów, ale jego generalne założenia czy patos deklaracji nigdy nie były przyczyną porażek.
Historia rosyjskiego ruchu rewolucyjnego jest także dziejami postępowej inteligencji. Pod względem ideowym rewolucja rosyjska była w istocie rewolucją inteligencką. Cały bagaż rewolucji wywodził się z inteligencji – przywódcy, aktywiści, programiści, myśliciele, terroryści.
Inteligencja rosyjska stała na czele pochodu prowadzącego do rewolucji w „państwie dworian”. Wywodząca się z dworian inteligencja była warstwą mającą faktyczną władzę, nie car, nie dwór carski, nie ministrowie. Każdy inteligencki funkcjonariusz czy intelektualista służył rządowi, otrzymywał od rządu pieniądze i występował jako opozycjonista wobec swojego dobroczyńcy. W piersi inteligenta tkwiły dwie dusze. Był on jednocześnie carskim biurokratą i rewolucjonistą. Wraz z upadkiem reżimu carskiego (1917) umarła stara, rewolucyjna inteligencja i jej miejsce zajęła nowa inteligencja, wywodząca się z warstwy robotniczej i chłopskiej. Inteligencja przez dziesiątki lat służąca sprawie rewolucji, przeżyła największy dramat w swoich dziejach, co ją pchnęło do szeregów kontrrewolucji.
Dzieło trzech pokoleń
Różnymi drogami dochodzono do rewolucji, zarówno drogą sentymentalnych rozważań, współczucia cierpiącym „warstwom ludzi pracy”, jak i poprzez studia nad historią i ekonomią polityczną, nad rozwojem społeczeństwa rosyjskiego. Inteligenci rosyjscy działali na Zachodzie Europy, dokąd zagnały ich prześladowania polityczne w kraju. Tam czerpali z doświadczeń rozwijających się ruchów rewolucyjnych, ale rewolucja rosyjska była rosyjską. Jej największe dojrzewanie pojawiło się w pierwszej dekadzie XX wieku, kiedy świat pogrążył się w impasie politycznym, moralnym, nadciągającej Wielkiej Wojnie. W tym zawirowaniu tkwił rosyjski ruch rewolucyjny, który już przestał być lokalnym wydarzeniem. Kto będzie budował nowy porządek świata? To była perspektywa, do której obóz rewolucji nie mógł się nie przysposobić. Sto lat później gruziński pisarz Walery Kvoratskhelis trafnie zauważył: „tylko ideologia socjalistyczna odpowiada historycznej misji trzeciego Rzymu”.
Rewolucja rosyjska była zjawiskiem unikalnym w skali światowej, była pierwszą w XX wieku udaną rewolucją antykapitalistyczną, która postawiła sobie zadanie gruntownej przebudowy społeczeństwa. Nie była ona jedynie przejawem kryzysu ustroju, lecz punktem zwrotnym w jego historii poprzez gwałtowne zerwanie z przeszłością.
Rewolucja rosyjska należy już do historii. Współczesny badacz wie o niej więcej, niż wiedzieli ówcześni ludzie. Musimy przyznać, że nie ma epoki, o której tyle wiemy. Ale czy wiemy wszystko? Czy dziwaczne teorie historiozoficzne, banały i stereotypy nie przesłaniają prawdy? Przeciwstawnych teorii próbujących odpowiedzieć na pytanie, czemu rewolucje wybuchają, w tym rosyjska, jest wiele.
Historycy zdziałali niemało dla poznania obrazu rewolucji w imperium carskim. Niepodobna pominąć historiografii skazanej na bieżące polityczne potrzeby, jak stawianie rewolucji rosyjskiej ideologicznych kapliczek i nazywanie jej największym dobrem (historiografia radziecka) po jej potępienie i nazywanie największym złem (historiografia anglosaska i postradziecka). Jedni i drudzy jednak dostarczyli cenny materiał do refleksji.
Walka, jaką toczono, miała na swoje usługi tysiące ludzi, trzy pokolenia historyczne, które osiągały swoją dojrzałość w czasie bojów o urządzanie świata na nowo i znalezienia w nim miejsca dla swojego życia. Rola, jaką wyznaczyli sobie socjaldemokraci, polegała na staniu się ośrodkiem odrodzenia, zerwania kagańców niesprawiedliwości, pogardy, nienawiści, niezamykania oczu na przeciwieństwa i sprzeczności, wprowadzania do nich myśli refleksyjnej i „subiektywnej” koncepcji rewolucji.
Pierwsi rosyjscy socjaldemokraci nie byli tylko rosjocentrystami, lecz orientowali się na Europę, oczekiwali stamtąd poparcia dla swoich aspiracji. Walka w kraju i poza jego granicami byłaby niemożliwa, gdyby nie było ludzi owładniętych duchem rewolucyjnego socjalizmu.
Andrzej Andrusiewicz
Powyższy tekst jest fragmentem Wstępu do książki Andrzeja Andrusiewicza Buntownicy i marzyciele, której recenzję zamieściliśmy w numerze 8-9/21 SN. Książkę wydała Fundacja Oratio Recta.
Tytuł, śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.

