Nauka i gospodarka (el)
- Autor: Krzysztof Chrzanowski
- Odsłon: 49959
Środowiskowy miesięcznik Sprawy Nauki podjął w wydaniach lutowo-marcowych 2013 roku ważną społecznie problematykę stanu polskiego przemysłu.
W numerze 2/2013 ukazał się artykuł „Co się stało z polskim przemysłem”*, a w numerze 3/2013 – artykuł „Budujmy przemysł”.**
Oba artykuły prezentują pesymistyczny obraz transformacji ustrojowej w Polsce, która doprowadziła do deindustrializacji kraju, w tym do zamknięcia większości zaawansowanych technologicznie zakładów przemysłowych. Wskazano również, że w Polsce występuje tendencja do spadku udziału przemysłu wysokiej techniki (high-tech), który jest obecnie niższy niż w 1989 roku przy jednoczesnym zwiększaniu się populacji z wyższym wykształceniem.
Taka sytuacja to bardzo zła prognoza szczególnie dla młodych wykształconych obywateli naszego kraju, którzy będą musieli wyjechać w poszukiwaniu pracy. Zatem postulat reindustrializacji kraju lansowany w obu artykułach, jak i przez inne środowiska, wydaje się być bardzo interesujący.
Pozwoliłem sobie zabrać głos w tematyce reindustrializacji kraju, ponieważ w pewnym sensie jestem praktykiem w tym zakresie. W mikroskali ja już reindustrializację zrobiłem, tworząc od zera małą firmę high-tech (Inframet - www.inframet.com), produkującą zaawansowaną technologicznie aparaturę pomiarową na potrzeby badań naukowych oraz przemysłu kosmiczno-obronnego i eksportowaną do ponad 30 krajów świata . Firma jest wciąż mała - obecny przychód roczny to poziom ok 1,5 mln USD - i z racji wąskiego rynku nigdy nie będzie dużą firmą. Ów przychód roczny to niewiele, ale z drugiej strony jest to prawdziwy eksport produktów hi-tech na rynki światowe, a szczególnie azjatyckie. Jednocześnie z prostej matematyki wynika, że gdyby tylko co dziesiąty pracownik naukowy z dziedziny nauk technicznych, czy stosowanych w sposób pośredni czy bezpośredni wygenerował podobny eksport produktów high-tech, to jesteśmy już w czołówce światowej i nie mamy bezrobocia.
Firmę stworzyłem zgodnie z zasadami, których mnie nauczono w Korei Południowej. Z racji kierowania firmą Inframet, musiałem dobrze poznać kraje azjatyckie (Korea, Chiny, Tajwan, Japonia, Indie), więc widziałem tamtejsze cuda gospodarcze realizowane niekiedy przy stosunkowo niskich nakładach finansowych i raczej przeciętnym potencjale ludzkim. Znam też stosunkowo dobrze sytuację w zakresie funkcjonowania nauki i przemysłu high-tech w czołowych krajach europejskich (Niemcy i Francja).
Na podstawie tych doświadczeń twierdzę, że w Polsce jest technicznie możliwe powstanie sektora przemysłu high-tech generującego duże przychody dla kraju i mogącego radykalnie zmniejszyć bezrobocie, szczególnie wśród młodych absolwentów wyższych uczelni.
Dlaczego z high-tech idzie nam jak po grudzie?
Polska posiada ogromny potencjał naukowy (co najmniej 200 tysięcy profesorów, doktorów hab., doktorów nauk technicznych, czy stosowanych) oraz potężnie rozbudowaną infrastrukturę naukową. Do tego mamy stosunkowo dużo zdolnych, wykształconych ludzi, którzy niekiedy są więcej warci, niż całe azjatyckie zespoły. W Polsce jest też dość dużo małych firm hi-tech o sporym potencjale i realnych możliwościach wejścia na rynki zagraniczne. Mamy też wiele instytucji i programów powołanych do wspierania badań naukowych oraz wdrażania innowacji w gospodarce, które dysponują środkami finansowymi wyższymi niż te, jakie miały kraje na zbliżonym do naszego obecnego etapu rozwoju i o porównywalnej z nami wielkości (Korea Południowa, Tajwan).
Szybki rozwój polskiego sektora hi-tech to jednak tylko teoretyczna możliwość.
Trzeba bowiem sobie odpowiedzieć na pytania, czy silny polski sektor hi-tech może rzeczywiście powstać, dlaczego jeszcze nie powstał i jakie istnieją przeszkody w jego rozwoju? Do znalezienia odpowiedzi potrzebna jest analiza obecnej sytuacji zarówno w nauce jak i w przemysłowym sektorze hi-tech.
Lektura ww. artykułów opublikowanych w miesięczniku Sprawy Nauki prezentuje pesymistyczny obraz kraju, w którym udział produkcji przemysłowej w przychodzie narodowym, a szczególnie w sektorze wysokich technologii, zmalał w przeciągu ostatnich kilku dekad. Z kolei biuletyn MNiSW prezentuje ultra optymistyczny obraz kraju, w którym wydatnie zwiększono nakłady na naukę, powstał potężny system wspierania badań naukowych i wdrażania wyników tych badań przez firmy, a wyniki prac polskich naukowców uzyskują szereg nagród za granicą.
Oba te obrazy są generalnie prawdziwe. W Polsce autentycznie znacznie zwiększono nakłady finansowe na naukę, stworzono rozbudowany system wspierania badań naukowych i komercjalizacji ich wyników, polscy naukowcy są obsypywani gradem wyróżnień na międzynarodowych wystawach wynalazczości/innowacji, ale jednocześnie polski przemysł wysokich technologii zamiast szybko rosnąć, albo wciąż maleje, albo - co najwyżej - bardzo wolno rośnie.
Można wyróżnić wiele przyczyn tej paradoksalnej sytuacji.
Po pierwsze,
struktura wydatków na wspieranie badań naukowych i wdrożeń wyników tych badań jest wadliwa.
Teoretycznie, głównym celem programów wpierania innowacyjności jest wsparcie dla krajowych firm, a szczególnie - małych i średnich. W praktyce jednak takie firmy otrzymały na badania własne i wdrożenia małe środki finansowe.
Zgodnie z danymi Programu Rozwoju Przedsiębiorstw do 2020 r. (opracowanego w Ministerstwie Gospodarki), struktura dotychczasowych wydatków Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka (str. 9) jest następująca:
- inwestycje kapitałowe - 38%
- B+R - 11%
- instytucje otoczenia biznesu - 40%
Te liczby dają następujący obraz sytuacji: tylko 11% wydano na prace badawczo-rozwojowe mogące doprowadzić do rozwoju własnych technologii. Ale aż 38% wydano na tzw. inwestycje kapitałowe, czyli na wsparcie zakupu nowych technologii, maszyn i urządzeń - prawie zawsze zagranicznych. W ten sposób środki w zdecydowanej większości powędrowały za granicę, a za kilka lat - z uwagi na szybki postęp techniczny - wystąpi przecież konieczność zakupu następnych technologii.
Największą część środków finansowych (40%) z tego programu otrzymały instytucje otoczenia biznesu. Prawie połowa tej ostatniej puli została przeznaczona dla instytucji naukowych na budowę i modernizację infrastruktury badawczej. Dokument nie precyzuje, gdzie się podziała druga połowa ze środków przeznaczonych na instytucje otoczenia biznesu. Można przypuszczać, że trafiły one do firm szkoleniowo-doradczych, marketingowych, reklamowych, banków i różnych organizacji wsparcia innowacyjności, np. sieci aniołów biznesu, itd.
Pewne inwestycje w instytucje otoczenia biznesu są konieczne. Jednakże sytuacja, w której otrzymują one największą część środków nie ma żadnego uzasadnienia merytorycznego i jest nietypowa w skali międzynarodowej. Nie można bowiem uznać za normalne, żeby kwoty przeznaczone na różnego typu usługi systemowego wsparcia wdrażania innowacji były wielkością równe tym, jakie przeznacza się dla instytucji naukowych na budowę i modernizację infrastruktury badawczej!
W praktyce jest jeszcze gorzej, niż wynika z przytoczonych liczb i wcześniejszego komentarza. Należy bowiem zadać pytanie: jaka część z tych 11% przeznaczonych na B+R została wykorzystana przez duże firmy zagraniczne, a jaka przez małe/średnie firmy krajowe? I jaka część z tych 11% była przeznaczona bezpośrednio na badania realizowane przez firmy, a jaka dla zespołów z państwowych instytucji naukowych pracujących pośrednio dla firm? Należy też uwzględnić, że te dane dotyczą PO IG, gdzie wsparcie dla firm produkcyjnych jest znaczące. Znacznie gorzej jest w przypadku pozostałych programów operacyjnych.
Nie jestem specjalistą w zakresie nauk ekonomicznych, nie przeprowadziłem szerszej analizy krajowego systemu wsparcia gospodarki innowacyjnej, oparłem się tylko na niepełnych danych z ww. dokumentu. Mogę się więc mylić, ale w mojej ocenie polski przemysłowy sektor high-tech otrzymał w ramach krajowych programów operacyjnych minimalne środki finansowe na badania naukowe i w tej sytuacji trudno oczekiwać przyśpieszenia tempa jego rozwoju.
Po drugie, w Polsce mamy wadliwą strukturę zatrudnienia naukowców.
Liczba naukowców pracujących w firmach przemysłowych jest marginalna w stosunku do pracujących w publicznych ośrodkach naukowych, czy w szkolnictwie wyższym. Tymczasem badania przemysłowe i prace badawczo-rozwojowe - zarówno w szybko rozwijających się krajach azjatyckich, jak i w rozwiniętych krajach zachodnich - są prowadzone głównie przez zespoły naukowe firm. Wynika to z wyższej efektywności pracy zespołów firmowych względem zespołów państwowych instytucji naukowych. Po prostu, naukowcy zatrudnieni w firmach znają lepiej realne potrzeby firm, które są również mniej zbiurokratyzowane i lepiej zarządzane.
Typowa firma zagraniczna, chcąc realizować badania przemysłowe, tworzy zespół naukowy, zatrudnia specjalistów, w tym osoby ze stopniem naukowym doktora. Po wykazaniu kompetencji takiego zespołu, firma może się ubiegać o duże rządowe środki finansowe przeznaczone na wsparcie badań na potrzeby przemysłu. Firma może również współpracować z państwowymi instytucjami naukowymi, ale jako realny partner doskonale znający swoje potrzeby i w pełni zdolny do współpracy naukowej.
W Polsce firmowe zespoły naukowe to rzadkość, a szczególnie wśród małych i średnich firm. Przyczyny są banalnie proste. Polskie firmy mogą łatwo i względnie tanio utworzyć zespół naukowy z poszukujących pracy (zgodnej z ich wykształceniem) osób ze stopniem doktora, czy też magistra inżyniera, ale napotykają na bariery zniechęcające je do tego. Środki przeznaczone na wsparcie badań prowadzonych bezpośrednio przez firmy są bowiem bardzo małe i wciąż maleją, w przeciwieństwie do państwowych instytucji naukowych, które mają dostęp do wielokrotnie większych środków na ten cel.
W praktyce oznacza to, że istniejący w Polsce system finansowania badań przemysłowych i prac badawczo-rozwojowych generalnie wymusza prowadzenie tych badań za pośrednictwem państwowych instytucji naukowych. Teoretycznie firma może utworzyć tzw. centrum badawczo-rozwojowe i samodzielnie prowadzić badania naukowe. W praktyce jednak uzyskanie i utrzymanie statusu CBR to wybitnie zbiurokratyzowany proces, na który nie mogą sobie pozwolić typowe firmy produkcyjne. Różnice w proporcjach zatrudnienia naukowców w przemysłowym sektorze hi-tech i w publicznym systemie naukowym są szczególnie drastyczne, gdy porównamy sytuację w Polsce z sytuacją w Niemczech. W tym ostatnim kraju nawet małe firmy tworzą zespoły realizujące zarówno krajowe jak i europejskie projekty naukowe. Chciałbym zaznaczyć, że firmowe zespoły naukowe nie powinny być traktowane jako potencjalna konkurencja dla państwowych instytucji naukowych, ale jako partner do współpracy który pozwoliłby na zwiększenie efektywności krajowego systemu naukowego.
Po trzecie, polski system wspierania badań naukowych i wdrożeń jest bardzo zbiurokratyzowany, mało przejrzysty, bez sprawnie działających mechanizmów weryfikujących końcowe rezultaty projektów.
W tym systemie napisanie wniosku, a później realizacja formalna projektu i jego rozliczenie stają się sztuką samą w sobie. Z kolei system niejawnych recenzji w połączeniu z małą liczbą możliwych recenzentów, a niekiedy wręcz brakiem ekspertów mających realną wiedzę o sytuacji międzynarodowej powoduje, że o powodzeniu wniosku decyduje często tzw. opinia środowiska względem wnioskodawcy.
Co do końcowych rezultatów projektów (wdrożenia, eksport, zwiększenie zatrudnienia), to zaryzykuję twierdzenie, że gdyby wyniki z chociaż 10% zrealizowanych projektów naukowych zostały naprawdę wdrożone (jak obiecywano we wniosku), to już jesteśmy światową potęgą przemysłową.
Jednocześnie polski system wspierania badań naukowych i wdrożeń w zasadzie nie wytworzył mechanizmów eliminujących realizatorów projektów systematycznie nie dotrzymujących złożonych obietnic w zakresie wdrożeń wyników zrealizowanych projektów. Sytuacja taka działa demoralizująco zarówno na ośrodki naukowe jak i na firmy realizujące krajowe projekty naukowe.
Po czwarte, polski system finansowania projektów naukowych nie jest dostosowany do wyzwań globalizacji.
Na obecnym rynku hi-tech nie wystarczy być najlepszym w skali kraju, należy być jednym z najlepszych w skali świata. Aby stać się jednym z najlepszych na międzynarodowym rynku hi-tech, należy m.in. prawidłowo wybrać sektor rynku, w którym to jest możliwe.
Tymczasem w Polsce często finansowane są projekty dążące do opracowania produktów high-tech na rynek krajowy w sytuacji, kiedy takie produkty nie mają żadnych szans rynkowych, ponieważ istnieją już świetnie dopracowane, tanie, konkurencyjne, opracowane w innych krajach.
Inny negatywny przykład to finansowanie projektów naukowych na kierunkach uznanych przez wielkie państwa za strategiczne - bez opracowanej realnej strategii biznesowej, bez krajowego sektora przemysłowego, wewnętrznego rynku na produkty projektu i przy wysokich kosztach ewentualnej masowej produkcji wyników projektu w warunkach polskich. Polska to kraj co najwyżej średniej wielkości i pozytywna realizacja dużych projektów na kierunkach strategicznych jest możliwa, ale bardzo trudna i takie projekty muszą być bardzo dobrze przygotowane.
Po piąte, efektywność pracy polskich instytucji naukowych jest wyznaczana z wykorzystaniem chaotycznego, wiecznie zmiennego zestawu kryteriów.
Przychody z realnych wdrożeń osiągnięć naukowych (najlepiej autentyczny eksport potwierdzony dokumentami sprzedaży) nigdy nie były i nie są jednym z głównych kryteriów oceny. Obecnie można wyróżnić trzy główne kryteria oceny: liczba publikacji, ilość pozyskanych środków finansowych, liczba medali na międzynarodowych wystawach wynalazczości/innowacji, liczba patentów. Jest dla mnie oczywiste, że naukowiec powinien publikować. Najlepiej w znanych czasopismach o zasięgu międzynarodowym, zapewniających dobrą weryfikację prezentowanych wyników. Jednakże publikacje to za mało. Naukowiec powinien dążyć do weryfikacji swojej wiedzy w zastosowaniach praktycznych. W przypadku nauk technicznych czy stosowanych – w przemyśle wysokich technologii. Publikacje oraz praktyczne zastosowania to dwa wzajemnie się uzupełniające obszary pracy naukowej. Łączenie działalności publikacyjnej z praktycznymi wdrożeniami pracy naukowej zawsze było normą w naukach medycznych. Prawdopodobnie jest to przyczyną powstania w kraju wielu firm high-tech założonych przez naukowców z zakresu nauk medycznych.
Sytuacja w zakresie nauk technicznych czy stosowanych jest obecnie nieco lepsza niż była jeszcze dziesięć lat temu. Jednakże oderwanie polskich nauk technicznych od realnych zastosowań przemysłowych jest wciąż bardzo widoczne, szczególnie w porównaniu do Niemiec. W tym ostatnim kraju w zasadzie nie można zostać profesorem nauk technicznych, nie mając doświadczenia przemysłowego. W tej sytuacji przesadne nagradzanie polskiego naukowca za działalność publikacyjną prowadzi w pewnym sensie do deformacji jego aktywności.
Ilość środków finansowych pozyskanych przez polskie instytucje naukowe jest obecnie drugim głównym kryterium ich oceny.
Pozyskiwane środki finansowe są traktowane jako ekonomiczny miernik oceny wyników pracy naukowej, w tym praktycznych wdrożeń ocenianej instytucji naukowej. W praktyce jednak ilość pozyskanych środków naukowych zależy przede wszystkim od pozycji instytucji w krajowym środowisku naukowym, zarządzania kierownictwa, oraz zdolności lobbingowej danej instytucji, a w mniejszym stopniu od realnych wyników naukowych, w tym wdrożeń.
Osiągnięcia polskich naukowców uzyskały ogromną liczbę medali na międzynarodowych wystawach wynalazczości/innowacji. Problem jednak w tym, że obecnie powstał międzynarodowy rynek, na którym de facto kupuje się wyróżnienia poprzez opłacenie udziału w wystawie. Nawet znane międzynarodowe wystawy wynalazczości nagradzają wystawców setkami medali tak, aby za rok opłacili ponownie udział w wystawie. Zaledwie niewielki procent nagrodzonych wyrobów to autentyczne osiągnięcia naukowo techniczne. Ten system nagród dla produktów polskiego systemu naukowego jest wygodny zarówno dla naukowców jak i urzędników rozliczających projekty naukowe, ale takie wyróżnienia są prawie bezwartościowe na realnym rynku międzynarodowym. Tutaj najważniejszym certyfikatem są pozytywne opinie znanych klientów.
Na międzynarodowych wystawach wynalazczości można uzyskać nagrody za produkty, które nie są wynalazkami, czy nawet wzorami użytkowymi. W tej sytuacji uzyskanie patentów, szczególnie tych międzynarodowych, jest na pewno o wiele bardziej wartościowe i jest potwierdzeniem innowacyjności produktu czy technologii. W praktyce jednak zwiększenie liczby patentów wcale nie musi prowadzić do zwiększenia konkurencyjności polskiej gospodarki. Powodem tego są coraz większe ograniczenia przydatności systemu patentowania w skali globalnej z kilku przyczyn.
Pierwsza wiąże się z tym, że świat przyśpieszył. Na początku XX wieku kilkuletnie oczekiwanie na patent nie miało większego znaczenia. Proces wdrażania produktu był znacznie dłuższy. Obecnie, przez okres kilku lat, na bazie informacji ujawnionej w zgłoszeniu patentowym, obca firma może zbudować nowy produkt, zdobyć rynek, zarobić i zmodyfikować produkt tak, aby patent go już nie obejmował.
Druga wynika z faktu, iż świat stał się globalną wioską. Dla zapewnienia ochrony patentowej, firmy operujące w skali globalnej powinny uzyskać ochronę patentową w wielu krajach świata, co znacznie podnosi koszty patentowania i ogranicza jego efektywność ekonomiczną.
A trzecia to przesuwanie się środka ciężkości gospodarki światowej coraz bardziej na Daleki Wschód. System patentowy i pojęcie własności intelektualnej jest natomiast generalnie wytworem cywilizacji zachodniej. System ten został w pełni zaakceptowany tylko przez Japonię, w dużej mierze również przez Koreę Południową. Jednakże w zdecydowanej większości krajów azjatyckich, w tym w Chinach, system patentowania jest postrzegany jako niesprawiedliwy, narzucony przez kraje zachodnie dążące do zapewnienia sobie dużych zysków bez realnej pracy.
W tej sytuacji społeczeństwa tych państw w większości nie respektują patentów, czy też szerzej - pojęcia własności intelektualnej. Patentowanie zwykle nie zapewnia praktycznie żadnej ochrony, a wręcz przeciwnie - stwarza poważne zagrożenie dla firmy, która rozpoczęła proces patentowania.
Duże globalne firmy oferujące produkty przeznaczone na masowy rynek są zdecydowanie mniej wrażliwe na wady współczesnego systemu patentowania. Są one w stanie wymusić na całym świecie respektowanie swoich patentów przez najbliższe dziesięciolecia. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że duże globalne firmy wykorzystują system patentowy dla swoich celów. Niemniej jednak znaczna część mniejszych firm sektora high-tech będzie musiała w najbliższej przyszłości wypracować inny od obecnego patentowania model działania, jeśli chcą efektywnie działać w skali globalnej.
***
Przedstawiony powyżej opis sytuacji pokazuje tylko część z istniejących barier w rozwoju polskiego przemysłowego sektora hi-tech, których istnienie powoduje powstanie paradoksalnej sytuacji: zwiększanie nakładów na badania naukowe nie przynosi większego wzrostu przemysłowego sektora hi-tech. Te bariery tworzą pewien system, w którym polskie firmy przegrywają globalny wyścig, pomimo sporego potencjału ludzkiego.
Jednocześnie można wyciągnąć wniosek, że obecna zła sytuacja polskiego przemysłu wysokich technologii jest konsekwencją nie tylko błędów ma etapie transformacji ustrojowej, ale co najmniej w równym stopniu jest skutkiem istniejących barier dla rozwoju tego przemysłu. Bez ich usunięcia polski przemysł wysokich technologii będzie się rozwijał w wolnym tempie. Natomiast ich likwidacja może wyzwolić spory potencjał i przynieść szybką poprawę sytuacji gospodarczej. Przyszłość pokaże, czy polskie elity polityczne, środowisko naukowe i przemysłowe zechcą podjąć wysiłek utworzenia efektywnego systemu wsparcia krajowego przemysłu wysokich technologii tak jak zrobiono to w wielu krajach świata.
Jestem osobiście pesymistą, co do perspektyw szybkiego usunięcia barier rozwoju krajowego przemysłowego sektora wysokich technologii. Wymaga to bowiem dużej determinacji - zarówno ze strony elit rządzących, środowiska naukowego, przemysłowego, które musiałyby podjąć działania wbrew własnym krótkoterminowym interesom.
Świadkiem takiej determinacji byłem w krajach Dalekiego Wschodu (Korea, Tajwan, Chiny), w których zarówno elity, jak i szersze grupy społeczne, gotowe są do działań wbrew własnym bieżącym interesom, jeżeli tylko dostrzegają w dłuższej perspektywie czasowej znaczne korzyści dla siebie, ale jeszcze bardziej dla następnych pokoleń. Podam kilka przykładów.
System gospodarczy istniejący w krajach dalekowschodnich oparty na filozofii konfuncjańskiej (nawet w komunistycznych Chinach) był bardzo zbiurokratyzowany i mało efektywny. Jednakże w przeciągu prawie jednego dziesięciolecia kraje te były w stanie stworzyć doskonałe warunki do rozwoju własnych firm, w tym firm high-tech.
Tradycyjny system konfucjański dawał bardzo niską pozycję społeczną osobom zajmującym się praktycznym wykorzystaniem wiedzy. Naukowcowi nie wypadało zajmować się wdrożeniami. Z tych względów proch, kompas, porcelana były wynalezione w Chinach, ale wdrożone do produkcji masowej w Europie. Tymczasem obecnie twórcy firm hi-tech, czy naukowcy, których wyniki badań zostały wdrożone przez lokalny przemysł, cieszą się bardzo dużym szacunkiem, jako twórcy dobrobytu tych państw. Sukcesy eksportowe firm high-tech to przedmiot dumy dla lokalnych społeczeństw.
Jeszcze kilka dekad wcześniej społeczeństwa dalekowschodnie miały ogromne kompleksy wobec osiągnięć kultury zachodniej w zakresie nauk ścisłych i technicznych (wystarczy popatrzeć na listę wielkich fizyków, na której prawie nie ma przedstawicieli narodów azjatyckich). Obecnie te kompleksy prawie nie istnieją i zaczyna się trend odwrotny. Społeczeństwa państw azjatyckich szkolą już swoją młodzież w duchu pewnej wyższości kulturowej. Także ze wskazaniem strategicznego celu, jakim jest budowa potęgi gospodarczej poprzez rozwój własnej nauki i przemysłu wysokich technologii.
Gospodarki takich krajów jak Japonia, Korea, Tajwan są teoretycznie w pełni otwarte dla firm zagranicznych. W praktyce jednak istnieje tam system, który formalnie spełniając wszelkie umowy o wolnym handlu daje preferencje dla rodzimych firm. Wspieranie działalności swoich rodaków (dostrzegając pośrednie korzyści dla siebie, czy otoczenia) to naturalne zachowania dla tych społeczeństw. Zjawisko bezinteresownej zawiści jest praktycznie nieznane.
Społeczeństwa dalekowschodnie są zdolne do dużych poświęceń, niewyobrażalnych dla społeczeństw europejskich w przypadku zagrożenia rozwoju kraju. W 1997 roku rząd koreański wezwał społeczeństwo do składania depozytów w bankach koreańskich oraz do darowizn dla przezwyciężenia ówczesnego kryzysu gospodarczego. Koreańczycy autentycznie oddawali własne kosztowności dla ratowania kraju. Rok później kryzysu już nie było. O tym mechanizmie przypomniał mi ostatnio znajomy Koreańczyk, komentując kryzys w EU.
W mojej ocenie, społeczeństwa dalekowschodnie w przeciągu ostatnich kilku dziesięcioleci radykalnie zreformowały swój system społeczny, pozbywając się większości barier utrudniających rozwój gospodarczy. W społeczeństwach europejskich, w tym w Polsce, mamy tymczasem trend odwrotny i dlatego jestem pesymistą co do możliwości szybkiego usunięcia barier rozwoju polskiego przemysłu wysokich technologii. Niemniej podkreślam, że bardzo chciałbym się mylić w swojej pesymistycznej ocenie perspektyw dla polskiego przemysłu wysokich technologii.
Krzysztof Chrzanowski
* http://www.sprawynauki.edu.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2446:co-si-stao-z-polskim-przemysem&catid=303&Itemid=30
** http://www.sprawynauki.edu.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2472:budujmy-przemys&catid=304&Itemid=30
Wszystkie wytłuszczenia w tekście pochodzą od redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1212
Zdecydowana większość inżynierów jest zdania, że kadra techniczna powinna przyjąć na siebie odpowiedzialność związaną z rolą lidera zmian w przedsiębiorstwach produkcyjnych – wynika z badania Smart Industry Polska 2019 (SIP). Zdaniem pracowników małych i średnich przedsiębiorstw przemysłowych wykonujących zawód inżyniera, to właśnie ich profesja zyska na znaczeniu i nadawać będzie ton przemianom wspierającym konkurencyjność ich firmy na rynku.
W kwietniu br. firma Siemens we współpracy z Ministerstwem Przedsiębiorczości i Technologii zakończyła kompleksowe badanie „Smart Industry Polska 2019”. Zostało ono przeprowadzone przez firmę KANTAR Polska na grupie inżynierów pracujących w firmach z sektora MSP, zlokalizowanych na terenie Polski.
Perspektywa transformacji zawodu inżyniera i przejęcia roli przywódcy zmian jest bardziej oczywista dla przedstawicieli tego zawodu z krótszym stażem pracy. Wśród najmłodszych respondentów odsetek spodziewających się ewolucji profesji inżyniera wyniósł aż 84%. Jednak także dla inżynierów z dłuższym stażem, zmiana w kompetencjach łączących się z zawodem inżyniera wydaje się być nieuchronna (65% wskazań).
Nowe kompetencje w epoce przemysłu 4.0
Transformacja cyfrowa to proces, na który otwarta jest większość zakładów produkcyjnych. Jedynie 5% badanych stwierdziło, że nie przewiduje się w ich firmach zmian w sposobach zarządzania produkcją oraz komunikacją, związanych z wykorzystaniem możliwości, jakie dają technologie cyfrowe.
Inżynierskie kompetencje przyszłości dotyczą przede wszystkim zdolności łączenia wiedzy z obszarów automatyki, mechatroniki, robotyki oraz programowania z umiejętnościami wykraczającymi poza kompetencje typowo inżynierskie.
Spośród różnych kompetencji inżyniera, pracownicy za najistotniejsze uznali umiejętności techniczne, wymagające znajomości i zrozumienia przebiegu procesu produkcji (93% wskazań). Niewiele niżej uplasowały się zdolności personalne (89%), na które składają się: myślenie analityczne, rozwiązywanie problemów, jak również osobiste przymioty, takie jak gotowość do ciągłego uczenia się. Ponad 80% respondentów uznała za zdecydowanie ważne lub raczej istotne umiejętności społeczne, związane z komunikacją i współpracą z innymi osobami, rozumieniem ich potrzeb, przywództwem oraz nawiązywaniem i utrzymywaniem kontaktów biznesowych.
Inżynier musi być kreatywny
Już teraz w zawód inżyniera wpisane są oczekiwania kreatywnego podchodzenia do zagadnień i zdolności do znajdowania nowych rozwiązań. 70% inżynierów deklaruje, że w firmach, w których pracują oczekuje się od nich zgłaszania nowych pomysłów dotyczących technologii produkcji lub wykorzystywania rozwiązań cyfrowych oraz przedstawiania propozycji innowacji produktowych. Ponad 60% badanych twierdzi, że od inżynierów oczekuje się także kreatywności w obszarze zarządzania komunikacją i informacją w firmie.
Większość inżynierów uważa, że innowacyjne pomysły pracowników zazwyczaj są wdrażane w ich firmach. Dotyczy to w największym stopniu pomysłów na innowacje produktowe (66%) oraz odnoszące się do technologii produkcji i cyfryzacji (63%). Mniej niż połowa badanych (47%) skłonna była przyznać, że na wdrożenie mogą liczyć pomysły dotyczące zarządzania komunikacją i informacją w firmie, a mniej niż 40% była tego zdania na temat pomysłów z zakresu obsługi klienta. Pokazuje to, że inżynierowie pracują z poczuciem wpływu na innowacje w swoich firmach, zwłaszcza te, które dotyczą bezpośrednio produkcji.
W nieomal połowie firm (49,5%) zarządzanie zmianą, inicjowanie i wdrażanie innowacyjnych rozwiązań ma charakter spontaniczny i zajmują się tym osoby nieprzypisane do konkretnego, dedykowanego działu. Jednak znaczny odsetek (37,5%) przedsiębiorstw prowadzi wyspecjalizowane działy dedykowane zarządzaniu zmianami i wdrażaniu innowacji.
Podnoszenie kwalifikacji i przepływ wiedzy w przedsiębiorstwach
Najczęściej na potrzebę dokształcania się wskazywano w odniesieniu do umiejętności technicznych (71%), w następnej kolejności osobistych (57%), związanych z zarządzaniem danymi (55%) oraz społecznych (52%). Potrzeba dokształcania w zakresie umiejętności technicznych częściej wskazywana była przez młodszych respondentów.
Z badań wynika, że pracownicy z dłuższym stażem są najczęściej źródłem wiedzy w organizacji. Wśród form przekazywania wiedzy wymieniane były szkolenia, które często przyjmują formę nieformalnych porad ze strony bardziej doświadczonych pracowników (61%), w następnej kolejności – formę zinstytucjonalizowaną, podczas których inżynierowie z dłuższym stażem dzielą się wiedzą z innymi pracownikami (50%).
Pełen raport Smart Industry Polska 2019:
https://www.siemens.pl/pool/files/2019_05_smart-industry-polska-2019_raport.pdf
O Smart Industry:
Smart Industry, podobnie jak Industry 4.0, jest pojęciem, które obejmuje swoim zasięgiem zjawiska związane z cyfryzacją gospodarki, w szczególności przemysłu. Smart Industry opiera się na trzech filarach:
• Digitalizacji informacji pozwalającej na stworzenie bardziej efektywnego łańcucha wartości i wydajniejsze zarządzanie procesami produkcji na wszystkich poziomach
• Elastycznych i inteligentnych technologiach produkcji
• Nowoczesnej komunikacji z wykorzystaniem technologii i możliwości współczesnych sieci pomiędzy uczestnikami rynku, systemami i użytkownikami końcowymi
O badaniu:
Badanie przeprowadzono na ogólnopolskiej próbie przedsiębiorstw MSP z branży przemysłowej, prowadzących działalność produkcyjną na terenie Polski, to znaczy posiadających działający w Polsce zakład lub zakłady produkcyjne. Badanie zrealizowano na próbie 200 firm z sektora MSP i zadbano o równy udział firm małych (10-49 zatrudnionych) oraz średnich (50-250 zatrudnionych).
Respondentami w badaniu byli zatrudnieni w firmach inżynierowie, reprezentujący zarówno starsze jak i młodsze pokolenie.
Badanie zrealizowane zostało metodą pre-aranżowanych wywiadów, realizowanych techniką CATI (Computer Assisted Telephone Interviewing), czyli wywiadów telefonicznych wspomaganych komputerowo, podczas, których ankieter prowadzi rozmowę z respondentem korzystając z pomocy komputera wyposażonego w specjalistyczne oprogramowanie.
Smart Industry Polska 2019 – podsumowanie
Większość inżynierów zatrudnionych w zbadanych firmach produkcyjnych z sektora MŚP może poszczycić się tytułem zawodowym magistra, około 30% ukończyło studia pierwszego stopnia. Przewaga absolwentów studiów magisterskich zaznacza się we wszystkich grupach wiekowych, jednak wyraźniejsza jest wśród inżynierów ze starszego pokolenia.
Ponad 50% inżynierów uznaje obecny system edukacji za niedostosowany do wymogów innowacyjnego przemysłu. Gorszego zdania są starsi stażem inżynierowie, co może świadczyć o ich rozczarowaniu poziomem przygotowania absolwentów rozpoczynających ścieżkę zawodową.
Inżynierowie są świadomi zmian zachodzących w obrębie ich zawodu, a idących w kierunku pełnienia roli lidera zmian w organizacji. Świadomość ta towarzyszy inżynierom w różnym wieku, istotnie częściej młodym – ale również blisko 65% starszych inżynierów spodziewa się zmian w charakterze wykonywanego zawodu.
Już obecnie od inżynierów oczekuje się umiejętności interdyscyplinarnych. Wyróżnikiem kompetencji przyszłości jest powiązanie umiejętności technicznych (których nabycie wymaga solidnej edukacji), przymiotów charakterologicznych (trudniejszych do wyćwiczenia) i umiejętności miękkich, których trzeba uczyć się z zastosowaniem innych strategii niż w odniesieniu do wiedzy ścisłej.
Potrzeby dokształcania odpowiadają w ogólnym zarysie uszeregowaniu ważności poszczególnych typów umiejętności. Szkolenia w obrębie firmy częściej mają charakter nieformalny niż zinstytucjonalizowany, zaś kierunek przepływu wiedzy jest zgodny ze stażem pracowników: bardziej doświadczeni przekazują wiedzę młodszym. Jest to obserwacja szczególnie istotna w kontekście konieczności kumulowania wiedzy w organizacji i minimalizowaniu ryzyka, że wraz z odpływem starszych pracowników nastąpi utrata jakiejś części zasobów kompetencyjnych.
Bariery rozwoju przemysłu 4.0 mają związek przede wszystkim z dostępem do adekwatnie wykształconych kadr. Jest to zrozumiałe w obliczu dużych oczekiwań, co do interdyscyplinarnych kompetencji, stawianych inżynierom.
Firmy, świadome wagi, jaka leży w kompetencjach i wiedzy robią wiele w kierunku jej magazynowania. Głównie dzieje się to na drodze szkoleń młodej kadry, ale również dzięki opracowywanej sformalizowanej dokumentacji. Trzeba też zauważyć, że wykorzystanie platform on-line jest wpisane w strategię zatrzymywania wiedzy – choć rzadziej niż szkolenia czy dokumentacja – stanowi element strategii działania wielu firm, jako że wskazywane było przez 30% - 50% inżynierów.
Już obecnie w zawód inżyniera nierozłącznie wpisane są oczekiwania kreatywnego podchodzenia do zagadnień, znajdowania nowych rozwiązań. 70% inżynierów deklaruje, że w firmach, w których pracują oczekuje się od nich zgłaszania nowych pomysłów dotyczących technologii produkcji lub wykorzystywania rozwiązań cyfrowych oraz przedstawiania propozycji innowacji produktowych. Ponad 60% badanych twierdzi, że od inżynierów oczekuje się także kreatywności, jeśli chodzi o kwestie zarządzania komunikacją i informacją w firmie. Może to stanowić przesłankę do wyrażanego wcześniej przez większość inżynierów przypuszczenia o spodziewanych zmianach w charakterze wykonywanego zawodu. Warto odnotować, że oczekiwanie kreatywności było podobnie często wzmiankowane przez starszych i młodszych inżynierów.
Wychodzenie z nowymi pomysłami spotyka się relatywnie często z pozytywnym, wymiernym skutkiem w organizacji. Pomysły są brane pod uwagę i niekiedy wdrażane. Dotyczy to częściej innowacji produktowych czy technologicznych, w tym w zakresie cyfryzacji, częściej też ma miejsce w środowisku firm średnich.
W nieomal połowie firm (49,5%) zarządzanie zmianą, inicjowaniem i wdrażaniem innowacyjnych rozwiązań ma charakter spontaniczny i zajmują się tym osoby nieprzypisane do konkretnego, dedykowanego działu. Jednak znaczny odsetek (37,5%) przedsiębiorstw prowadzi wyspecjalizowane działy dedykowane zarzadzaniu zmianami i wdrażaniu innowacji. Ma to zdecydowanie częściej miejsce w firmach średnich.
Jednak dominującą wciąż strategią wdrażania innowacji w firmach jest podejmowanie działań doraźnych, podyktowanych aktualnymi potrzebami i realizowanych w zakresie bieżących możliwości. Działania systemowe zadeklarowało jedynie 19,5% badanych.
Inżynierowie postawieni przed hipotetyczną decyzją zakładania własnej działalności lub realizowania pomysłów w ramach aktualnego zatrudnienia, nieznacznie częściej wybierali tę drugą opcję. Warto odnotować, że wiek inżynierów nie stanowił cechy różnicującej skłonność do przedsiębiorczości. Wydaje się zatem że pewna doza zachowawczości, typowa dla osób ze starszego pokolenia, w przypadku tej kategorii zawodowej się nie zarysowuje.
Transformacja cyfrowa to proces, na który większość zakładów produkcyjnych jest intencjonalnie otwarta. Jedynie 5% badanych stwierdziło, że nie przewidziano w ich firmach zmiany wykorzystywana danych i procesów, sposobu komunikacji itp. tak, aby robić pełen użytek z możliwości, jakie oferują technologie cyfrowe. Obecnie inżynierowie nie upatrują w transformacji cyfrowej radykalnych zmian na poziomie indywidualnych wymagań czy wyzwań jakim będą musieli sprostać.
Inżynierowie nie odczuwają, ażeby zmiany mające na celu przeprowadzenie transformacji wpływały znacząco na oczekiwania, jakie pracodawca stawia pracownikom, dotyczące – przykładowo – kompetencji cyfrowych. Z jednej strony może to oznaczać wiarę w aktualnie posiadane kompetencje lub przekonanie o zdolnościach do łatwego i szybkiego nabywania nowych, z drugiej zaś nie można wykluczyć, że część inżynierów nie jest w pełni świadoma jakiego rodzaju nowe kwalifikacje okażą się niezbędne w sytuacji pełnej transformacji cyfrowej.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 6228
Z prof. Andrzejem Domańskim z Wydziału Fizyki Politechniki Warszawskiej rozmawia Anna Leszkowska
- Panie Profesorze, fotonika została uznana przez UE w 2011 roku za jedną z pięciu kluczowych technologii na najbliższe lata i co za tym idzie - za priorytetowy kierunek badań i rozwoju. Uważa się bowiem, że wiek XXI będzie wiekiem fotoniki, której szybki rozwój – 10% i więcej rocznie, mimo kryzysu – widzimy już obecnie. Tymczasem w naszej polityce naukowej i gospodarczej fotonika nie znajduje jakiegoś szczególnego uznania...
- Rzeczywiście, rola fotoniki w Polsce została dostrzeżona dość późno. Najlepszym przykładem było jej nieuwzględnienie przez MNiSW w priorytetowych kierunkach badań. Dopiero po interwencji Polskiego Stowarzyszenia Fotonicznego jej rola została doceniona i podkreślona poprzez zaliczenie fotoniki do kierunków badań priorytetowych. Ale ważną rolę fotoniki również zaczyna się dostrzegać poprzez inne działania. Trzeba zdawać sobie sprawę, że fotonika, a wcześniej optoelektronika, rozwijała się dlatego, że wymagały tego zbrojenia. I u nas, niestety, przemysł zbrojeniowy stosunkowo późno dostrzegł, że jest to bardzo ważna dla jego rozwoju dziedzina nauki i techniki. Dopiero ostatnio Bumar zaczął organizować ogólnopolską platformę fotoniczną. Zgłosiło się do niej ok. 30 firm i instytucji.
- Ale badania optoelektroniczne dla wojska prowadzono już w latach 70., zatem już wówczas wiedziano o ważności fotoniki dla przemysłu obronnego.
- Tak, ale – jak to widać choćby z praktyki USA - zamówienia wojskowe idą nie tylko do jednej małej instytucji czy jednego wydziału uczelni wojskowej, ale do różnych ośrodków, uczelni, instytutów. Te badania muszą być prowadzone na najwyższym poziomie, rozwijać technologie, które później trafiają również do sfery cywilnej. Teraz, kiedy na polu walki pojawiły się – również dzięki fotonice - roboty, Bumar zauważył, że ma zbyt wąskie pole działania i bez zaawansowanej fotoniki jego rozwój będzie bardzo utrudniony. Ale to oznacza, że za utworzeniem platformy fotonicznej powinny pójść decyzje rządowe o utworzeniu strategicznych programów rozwoju określonych dziedzin fotoniki, ekstra płatnych, aby można było w tej dziedzinie doganiać – już po raz któryś – rozwinięte kraje świata.
- Kiedy w 1998 roku utworzono program rozwoju niebieskiej elektroniki, używano argumentu, iż dzięki tym badaniom Polska nie tylko stworzy podstawy nowej gałęzi przemysłu, ale i zdobędzie 2% światowego rynku niebieskich laserów półprzewodnikowych*. Nie używano argumentu zastosowań wojskowych.
- Dla niebieskiej optoelektroniki w wojsku istnieją jak na razie ograniczone zastosowania – do łączności podwodnej i do produkcji fotodetektorów „ślepych” na światło słoneczne ułatwiających wykrywanie i naprowadzanie rakiet przy świetle dziennym. Ale niepowodzenie CWC PAN Unipress z niebieską optoelektroniką nie było tak zupełne. Przy okazji tego programu powstała firma TopGaN, która nie jest może jeszcze zbyt widoczna na świecie, ale daje początek myśleniu, że badania prowadzone w instytutach Polskiej Akademii Nauk mogą się przełożyć na produkty rynkowe. Drugim pozytywnym wynikiem niepowodzenia Unipressu w tym programie jest sukces firmy Ammono.
- Stworzona równo z początkiem rządowego programu niebieskiej elektroniki przez 4 naukowców z warszawskich uczelni, w garażu, w minimalnym stopniu korzystająca z budżetowych pieniędzy, do której przyjeżdża noblista z tej dziedziny i która odnosi międzynarodowy sukces w dziedzinie, która uchodziła za domenę Unipressu, czyli hodowli kryształów azotku galu... Jest pan nie tylko naukowcem, ale i przedsiębiorcą - proszę wyjaśnić ten fenomen.
- Akurat firma Ammono bardzo dokładnie skopiowała model rozwoju małych, technologicznych firm w USA.
- Ale Unipress też to mógł zrobić.
- Nie mógł. Dlatego, że TopGaN powstała stosunkowo późno, bo najpierw próbowano robić za wszelką cenę nie tylko to, na czym się znali w Unipressie (czyli syntezę i hodowlę kryształów azotku galu), ale i to, w czym nie mieli doświadczenia, czyli budowanie lasera. Ammono tego błędu nie popełniło, wyspecjalizowało się tylko w jednej technologii – syntezie kryształów azotku galu. Opisał to dokładnie prof. UW Krzysztof Klincewicz w książce Zarządzanie technologiami. Poza tym u nas nie było wielu przykładów, żeby produkt opracowany na uczelni został skomercjalizowany w firmie stworzonej na ten cel, z tej okazji.
- Dr. Janowi Wójcikowi z UMCS z Lublina, nieżyjącemu już, też nie udało się stworzyć firmy światłowodowej...
- Istotnie, dr Wójcik cały czas rozmawiał z różnymi firmami, ale z dużymi. Tylko, że w tym przypadku nie powinny to być rozmowy z dużymi sponsorami, bo światłowody specjalne to rodzaj niszy rynkowej, dla wyselekcjonowanych odbiorców i nie może się tym zajmować duża firma, bo zwyczajnie, z takiej sprzedaży nie utrzyma się na rynku. Obecnie kontynuuje te badania jego współpracownik, dr Paweł Mergo, ale śmierć dr. Wójcika w 2010 roku była takim ciosem dla zespołu badaczy, że musi minąć trochę czasu, żeby wszystko wróciło do normy. W tej chwili powstała nowa firma (założona przez absolwenta PW, dr. Tomasza Nasiłowskiego z WAT), która daje szanse na wdrożenie produktu opracowywanych przez zespół dr. Mergo. Firma ta daje też nadzieję na udane wdrożenia, gdyż dr Nasiłowski spędził wiele lat w Kanadzie i Belgii, zatem wie, jak się komercjalizuje wyniki badań.
- W Studium foresightowym z zakresu fotoniki** którego – razem z prof. Tomaszem Wolińskim – jest pan autorem wymieniają panowie kilka firm fotonicznych, które w różny sposób odniosły sukces na rynkach światowych. Są wśród nich takie, które powstały „w garażu”, takie, które skomercjalizowały wyniki badań naukowych, jak to było z firmą VIGO i WAT, ale i takie, które sprzedały swój innowacyjny produkt międzynarodowemu koncernowi.
- Wielkim sukcesem polskiej myśli technicznej było usprawnienie tomografii - koherentny tomograf optyczny powstały w Zakładzie Fizyki Medycznej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu pod kierownictwem prof. Andrzeja Kowalczyka i dr. Macieja Wojtkowskiego (obecnie profesora UMK). Problem polega jednak na tym, że urządzenie zostało wdrożone w polskiej firmie (Optopol), która została wkrótce wykupiona przez Canon. I tym samym skończyły się związki dotychczasowego producenta z polską uczelnią, co byłoby pożyteczne dla zespołu badaczy. Ale to nie oznacza, że zdobyte doświadczenie naukowców z UMK we współpracy z przemysłem nie zaowocuje w przyszłości, bo ten zespół badaczy jest w stanie zrobić kolejne interesujące produkty.
Dzisiaj młodzi badacze – w przeciwieństwie do średniego pokolenia naukowców – dość łatwo uzyskują granty. Ważne jest, aby w tych wnioskach – i tego muszą wymagać także recenzenci - były również wdrożenia. Bo zauważyłem, że moi młodsi koledzy bardzo niechętnie myślą o jakimkolwiek wdrożeniu. Starają się koncentrować wyłącznie na publikacjach i to nie tylko w przypadku grantów z NCN, ale i NCBiR.
- W Studium podają panowie przykładowo trzy firmy, które odniosły sukces na rynkach światowych i dwa przypadki nieudanych wdrożeń. Co wiadomo o firmach fotonicznych działających na polskim rynku?
- Trzeba tu oddzielić Polskie Centrum Optoelektroniki Bumaru, które jest dużą firmą fotoniczną (choć bardzo wąsko ukierunkowaną) od pozostałych. Oprócz PCO istnieją firmy w bardzo wyspecjalizowanych kierunkach produkcji, sprzedaży, bardzo często powiązane z rynkiem niemieckim, o których mało wiadomo. Znam takie, które powstały w garażu i produkują światłowody, a ściślej – wiązki światłowodów do układów automatyki - z których cała produkcja idzie do Niemiec. Jest wiele różnych firm, które dosłownie są jak rodzynki w cieście, są takie, które nie są widoczne, bo w Polsce nie ma dużego rynku na ich wyroby. Niby mamy w miarę rozwiniętą gospodarkę, ale w nowoczesnych technologiach jesteśmy ciągle strasznie zacofani. Nie ma tego przemysłu, który daje ogromną wartość dodaną.
- Zapewne z powodu braku dobrego finansowania sfery B+R ...
- To może mieć znaczenie w elektronice, gdzie żeby wyprodukować układ scalony nowej generacji, konieczne są ogromne nakłady. Tymczasem fotonika, ze względu na to, że jest stosunkowo młodą dziedziną wiedzy, ma ogromną liczbę nisz, gdzie stosunkowo niewielkie nakłady mogą przynieść duże efekty. Ale nie trzeba zapominać, że w fotonice mamy szanse zaistnieć w wybranych kierunkach, nie we wszystkim. Np. w czujnikach różnego rodzaju, ciekłych kryształach, specjalnych światłowodach.
- Ciekłe kryształy, które są domeną Wydziału Nowych Technologii i Chemii WAT też nie miały szczęścia do wdrożeń. Zwłaszcza w medycynie.
- Tzw. termografia – ze względu na kamery podczerwieni - odżyła, tyle że liczba błędnych diagnoz jest duża, co generuje niepotrzebnie biopsje. Co więcej – są na to marnowane spore pieniądze, gdyż badania przesiewowe robione tą metodą nie mają większego sensu medycznego. Na świecie ta metoda jest b. silnie krytykowana w świecie medycznym.
- A czy program grafenowy można porównywać pod jakimkolwiek względem do niebieskiego lasera?
- Myślę, że przy założeniu, że Polska w zakresie produkcji grafenu będzie monopolistą, tak jak myślano w Unipressie o niebieskim laserze, nic się nie osiągnie. Ale jeśli wybierze się z tego obszaru badań fragmenty i skoncentruje na nich, to możliwe będzie włączenie się do gospodarki światowej i światowych badań.
- Co w fotonice można zaliczyć do sukcesów, a co do klęsk?
- Sukcesy naukowe, które zostały przełożone na sukcesy rynkowe to jedno, ale są też sukcesy naukowe (jak światłowody specjalne), które nie zostały przełożone na rynkowe. To samo z ciekłymi kryształami – mnóstwo patentów sprzedano na całym świecie, zwłaszcza do Korei i Japonii, które zostały później usprawnione, także dzięki naszym naukowcom.
- O czym nawet nie wiemy...
- Bo to nie jest też oczywista sprawa, czy wszystkie nasze polskie patenty znalazły zastosowanie, czy pozwoliły na własne opracowania kupujących. Są również takie dziedziny, w których mamy za mało zespołów, żeby coś więcej i znaczącego zrobić. Poza tym u nas bardziej niż wdrożenia opłaca się robić badania (zwłaszcza, że są na nie łatwe pieniądze), które dają publikacje, czyli nakręcają rozwój dziedziny w świecie. Tyle, że w Polsce one nie procentują. To dotyczy także fotoniki.
- A co z klęskami?
- To jest tak młoda dziedzina, w zalążku, że tu o jakichś klęskach nie można mówić. Co najwyżej o błędzie w postaci jej zbyt późnego dostrzeżenia i nie zadbania o sposób jej organizacji oraz niedofinansowania. Ten błąd jest nadal popełniany. Proszę zauważyć, że powstawały instytuty: technologii materiałów elektronicznych, elektroniki, ale nie i fotoniki czy optoelektroniki. W latach 80., kiedy istniały CPBR-y, powstało dzięki nim bardzo wiele firm, sam taką założyłem. Po likwidacji centralnych programów badawczo-rozwojowych w latach 90. te firmy prawie zniknęły, bo nie było rynku na ich wyroby. Dziś w mazowieckim Optoklastrze znalazło się 12 czy 14 firm, które prawie wszystkie powstały dzięki CPBR-om w latach 90.
- Jak duże jest środowisko w Polsce zajmujące się fotoniką?
- Bardzo małe. Dam przykład Optoklastra mazowieckiego, który jest największym w Polsce ośrodkiem z tej branży. Tworzą go 22 podmioty, ale są to nie tylko firmy, ale ośrodki badawcze i mikroprzedsiębiorstwa, dla których składka 2,5 tys. zł rocznie jest już znaczącym obciążeniem. To pokazuje słabość polskiej fotoniki. Polska Platforma Technologiczna Fotoniki, pomyślana z rozmachem – grupuje „aż” 27 firm. Fotonika potrzebna jest wtedy, jeżeli jest rozwinięty przemysł maszynowy, elektroniczny.
- Ale my swojego przemysłu prawie nie mamy, możemy pracować tylko dla innych, na rynki światowe.
- I tak się dzieje. Firmy z Optoklastra część produkcji – zwykle bardzo małą - przeznaczają na rynek krajowy, a resztę – na eksport. Czyli nie jest źle.
- Czy na rozwój badań i wdrożeń z fotoniki wystarczyłby grant odpowiednio wysoki, czy powinien być program rządowy?
- Niedawno Bumar zorganizował spotkanie poświęcone przeglądowi możliwości PW i potrzeb Bumaru. Jeżeli Bumar będzie nadal chciał wydać pieniądze na projekty militarne, również gwarantujące eksport, lub zbliżone do militarnych, ale dające szanse na rozwój technologii cywilnych, to będzie to odpowiednik CPBR-u. Każdy taki grant nakierowany na określony cel, czy dający zbliżony produkt do rynkowego, to także okazja do generacji nowych, innowacyjnych firm. Bo np. na uczelniach polikwidowano różne warsztaty – optyczne, mechaniczne, elektroniczne. Muszą to robić małe firmy, które dzięki tym zamówieniom mogą rosnąć, nabierać doświadczenia, zdobywać rynki nie tylko jako usługodawcy dla politechniki czy Bumaru, ale w przyszłości również opanowując jakiś obszar rynku polskiego i światowego.
- Czyli przemysł fotoniczny w Polsce będzie się rozwijać.
- Dobrze jest być optymistą nawet w trudnej sytuacji.
- Dziękuję za rozmowę.
** http://www.mg.gov.pl/files/upload/17151/Steszczenie%20analizy%20koncowej.pdf
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2187
Studium wzlotu i upadku, czyli o spółdzielniach artystycznych i tym, co z nich zostało
Z dr Anną Wiszniewską z Instytutu Sztuki PAN rozmawia Anna Leszkowska
- Prowadzi pani badania dotyczące spółdzielni artystycznych, które w okresie PRL-u integrowała w większości Cepelia. Dorobek jednej z nich – łysogórskiej „Kamionki” – ogromny i prawie zapomniany – jaki pokazała pani na wystawie w 2016 roku w Zachęcie zadaje kłam rozpowszechnianej od ćwierćwiecza opinii dotyczącej Cepelii, jako instytucji psującej sztukę ludową i użytkową. Przypomina też zjawisko dzisiaj już chyba nieznane, jakim były tworzone już przed wojną spółdzielnie artystyczne.
Jaki obraz spółdzielczości artystycznej jest zatem prawdziwy? Czy ocena ich dorobku jest zależna od kontekstu społeczno-politycznego?
- Nad spuścizną Cepelii cały czas wisi odium źle urodzonej sztuki, czy też produkcji. Spółdzielczość artystyczna jednak to obszar pracy profesjonalnych artystów, którzy kooperowali z artystami ludowymi zakładając spółdzielnie, bądź inspirowali się sztuką ludową.
Jeśli chodzi o udział Cepelii w tym tzw. psuciu rynku czy utrwalaniu obrazu spółdzielczości w PRL, to trzeba pamiętać, że Cepelia miała dwa różne oblicza, wynikające z jej zadań. Jedno to artyści, którzy współpracowali z rzemieślnikami i tworzyli wyroby artystyczne do urządzenia wnętrz, a drugie to twórcy ludowi, którymi Cepelia miała się zająć i inspirować ich do dalszej twórczej pracy.
W efekcie ten rodzaj mecenatu nad sztuką ludową sprawił, że ta sztuka się wypaczyła. Jednak na początku, w latach 50. i 60. XX w. jego wyniki były fenomenalne.
Cepelia jednak się mocno przekształcała, w latach 70. i 80. rozrosła się niepomiernie jej administracja, co zabiło inwencję i szczerą twórczość ludową, a twórców było coraz mniej.
Po wojnie twórczość ludową na wsi trzeba było w wielu miejscach wręcz odbudowywać – Cepelia wysyłała na wieś swoich agitatorów, którzy mieli wyszukiwać twórców ludowych i namawiać ich do kontynuowania działalności, organizowała konkursy.
Celem takich działań była też likwidacja ukrytego bezrobocia na wsi – namawiano więc kobiety do działań tkackich, pamiątkarskich. Czasem przynosiło to ciekawe efekty, ale w pewnym momencie napotkało bariery podażowe, gdyż twórcy nie mogli zaspokoić masowego popytu na swoje wyroby. Nastąpiło zderzenie twórczości indywidualnej z masową produkcją. Cepelia oczekiwała bowiem od artystów ludowych ciągłego wzrostu produkcji.
- Jakie powody kierowały z kolei artystami, aby tworzyć spółdzielnie? Spółdzielnie artystyczne istniały przecież już przed wojną, tworzyli je wybitni artyści. Były „Warsztaty Krakowskie”, spółdzielnia „Ład”…
- „Warsztaty Krakowskie” (1913) nie były spółdzielnią. Pierwszą spółdzielnią był „Ład” (1926) założony w Warszawie – ideowy, ale nie formalny spadkobierca „Warsztatów Krakowskich”. Przed wojną w Gdyni powstała jeszcze w 1935 roku spółdzielnia „Rzut”, która się reaktywowała po wojnie w Toruniu, ale nie zachowała takiej ciągłości, jaką zachował „Ład”. Powody tworzenia spółdzielni artystycznych były merkantylne i ideowe. Po pierwsze, artyści tworzyli dla siebie miejsca pracy, a po drugie – realizowali w ten sposób poczucie misji. To było przecież pokolenie wychowane na młodopolskich ideach, które uznawało, iż w świeżo odzyskanej niepodległości należy stworzyć własny styl, propagować go, utrwalać, umasowić i przebić się do odbiorcy poprzez różne zabiegi.
- I odnieśli sukces, czego dowodem była nagrody w 1925 r. na Międzynarodowej Wystawie Sztuk Dekoracyjnych w Paryżu – 35 Grand Prix, 31 dyplomów honorowych, 70 złotych medali, 56 srebrnych i 13 brązowych, w sumie – 205 nagród, czyli czołowe miejsce wśród 22 państw w niej uczestniczących…
-Ten sukces trzeba przypisać „Warsztatom Krakowskim”, ale wielu jego uczestników weszło w skład spółdzielni „Ład”. Po wojnie, kiedy Polska odbudowywała się z totalnych zniszczeń, kiedy władze państwa zajęte były wielkimi sprawami jak odbudowa przemysłu, infrastruktury, te mniej ważne sprawy jak meble, zabawki, ubiór, oddano spółdzielczości. I wówczas bardzo szybko zaczęły powstawać różne spółdzielnie, także artystyczne.
W 1946 w Krakowie, gdzie nie było zniszczeń wojennych, powstała pierwsza spółdzielnia, która zrzeszała artystów plastyków różnych profesji, m.in. Bolesława Książka, ceramika, który później przeszedł do spółdzielni „Kamionka”. W 1947 także w Krakowie powstała spółdzielnia IMAGO ARTIS, a w 1949 w Warszawie – ORNO. Te spółdzielnie powstawały w różnych miejscach, także na wsiach. W 1949, kiedy powstała Cepelia, ruch ten nabrał rozpędu – Cepelia dysponowała już sporym budżetem i miała agitatorów, którzy ten ruch spółdzielczy animowali.
- Przed wojną i tuż po wojnie idee spółdzielczości były żywe, atrakcyjne, w przeciwieństwie do schyłku wieku XX, kiedy od spółdzielczości nie tylko się odwrócono, ale i zaczęto ją stygmatyzować. Kilka lat temu Instytut Spraw Publicznych przeprowadził eksperyment wskrzeszenia spółdzielni socjalnej na wzór dawnego Liskowa (Nowy Lisków), ale idea ta w neoliberalnym ustroju, jaki mamy poniosła klęskę z braku wsparcia prawno- instytucjonalnego. Widać z tego, jak kontekst społeczno-polityczny waży na istnieniu spółdzielni.
- Po wojnie, na fali odbudowy, był także entuzjazm dla idei wspólnoty, zatem i spółdzielczości. Dużo było ideowców, którzy wierzyli w socjalizm, ideę prowadzącą do dobrobytu. Sprzyjały działaniom spółdzielców także kredyty, bo żadnej spółdzielni produkującej na większą skalę nie dałoby się bez nich stworzyć. To bardzo dobrze widać na przykładzie spółdzielni artystycznej „Kamionka” w Łysej Górze k/Tarnowa, której początkiem były działania oddolne.
Do Łysej Góry po wojnie wrócił jej mieszkaniec, dr Franciszek Mleczko, bardzo charyzmatyczny i wykształcony człowiek (polonista), który w spółdzielczości działał już przed wojną. Miał też szerokie kontakty w Warszawie, gdyż wcześniej pracował w ministerstwie oświaty. Z powodów politycznych został zdymisjonowany i wrócił do rodzinnej wsi. Był wówczas stosunkowo młodym człowiekiem, pełnym zapału do pracy i pociągnął tę społeczność ku urzeczywistnieniu swojej wizji – stworzenia w Łysej Górze spółdzielni ceramicznej produkującej ceramikę artystyczną.
Było to działanie od podstaw, krok po kroku. Najpierw siłami chłopskich rodzin doprowadzono do wsi elektryczność. W 1946 roku Łysa Góra w powiecie brzeskim, do której ciężko było dojechać, była jedną z pierwszych zelektryfikowanych wsi w Polsce. Później zrobili bitą drogę i ludzie zobaczyli, że można poprawić sobie warunki życia dzięki współpracy. Powstała poczta, założono linię telefoniczną i te marzenia o spółdzielczości lokalnego lidera sprawiły, że najpierw uruchomiono wytwórnię cegieł, gdyż w okolicy znajdowały się pokłady gliny.
Co ciekawe, nie było tam jednak tradycji garncarskich. Z cegły, którą sami wyprodukowali, wybudowali budynek cegielni.
Franciszkowi Mleczce, który często bywał w Krakowie w Związku Spółdzielczości Pracy, polecono tam Bolesława Książka, jako zdolnego ceramika, który mógłby rozwinąć łysogórską spółdzielnię, a on zapalił się do tego pomysłu, uznając iż ma duży potencjał. Dlaczego? Nie wiadomo, bowiem kiedy przywieziono go do Łysej Góry, okazało się, że jakość tamtejszej gliny nie bardzo odpowiada wymyślonemu przez niego profilowi produkcji. Bardziej nadawała się na cegły niż na płytki ceramiczne. Prawdopodobnie zadecydował tu entuzjazm i Franciszka Mleczki, i mieszkańców, i pewnie carte blanche, jaką Książek otrzymał dla swoich poczynań.
- Możliwe, że Książek był z natury entuzjastą, bo jak się czyta o jego dokonaniach w Łysej Górze nie tylko na polu zawodowym, ale i społecznym, i artystycznym, to trudno uwierzyć, że w tamtych warunkach jeden człowiek mógł tyle zrobić…
- Bolesław Książek był podobno pracoholikiem – prowadził spółdzielnię, projektował wzory produkowanej ceramiki, założył i prowadził chór, organizował społeczość lokalną. Po jakimś czasie, kiedy spółdzielnia „Kamionka”, w której zatrudniona była cała wieś i okolica odniosła i utrwaliła swój sukces artystyczny i rynkowy, Bolesława Książka zwolniono. Było to równoznaczne z utratą wypracowanej przez artystę technologii produkowanej ceramiki (np. nikomu nie udało się już uzyskać specyficznej czerwieni charakteryzującej jego szkliwa). Spółdzielnia też nie zadbała o patenty na swoje wyroby.
- I przyszedł rok 1989…
- Cepelia, będąc na skraju upadku (stało się to w 1990 roku), przestała odbierać produkcję z „Kamionki”. Spółdzielnia z kolei umiała produkować, ale nie umiała sprzedawać. Nie interesowali się tym, nie musieli się tym interesować i nie chcieli. Cały czas więc produkowali, tworzyli zapasy i popadli w długi.
Pierwsze bankructwo skończyło się sprzedażą zakładu inwestorowi francuskiemu, który zaczął w Łysej Górze produkować doniczki ceramiczne na rynek zachodni. Ten polsko-francuski związek trwał 10 lat, ale spółdzielcy, widząc duży zbyt na swoje wyroby we Francji, Niemczech, uznali, że Francuzi im niepotrzebni i zyskiem z tej produkcji nie będą się z nikim dzielić. I wówczas naprawdę zbankrutowali…
- Co ciekawe, ogromny dorobek spółdzielni „Kamionka” – kafle zdobnicze, galanteria ceramiczna – znany był w całej Polsce. Do dzisiaj można jeszcze podziwiać te wyroby w i na wielu budynkach publicznych w kraju. Co takiego się stało, że na tę ceramikę nie było popytu?
- Tu pewną rolę odegrała moda, niemniej w czasach PRL-u, kiedy spółdzielnią kierował Książek i zapraszał także innych wybitnych artystów, ta spółdzielnia za modą podążała. W roku 1952, na tworzonych dla warszawskiej MDM płytkach ceramicznych dominowała estetyka ludowa, kolory ziemi – ugry, brązy, zielenie, co znakomicie wpasowywało się w otoczenie. To tworzyli przecież artyści, profesjonaliści, którzy byli autonomiczni w swojej twórczości. Kiedy artysta stracił autonomię, jak to stało się w „Kamionce” w przypadku Bolesława Książka, produkcja wykładziny ceramicznej zamarła.
- Historia „Kamionki” zapewne oddaje losy wielu małych i dużych zakładów, w których po 1989 roku zrezygnowano z usług projektantów, artystów, ufając w omnipotencję kadry zarządczej.
- Tę potrzebę projektantów zaczyna się dostrzegać po ćwierćwieczu, choć dzieje się tak dzięki wieloletnim zabiegom środowiska samych projektantów.
- Trudno to dostrzec na rynku. W Łodzi, gdzie istniały spółdzielnie artystów plastyków, wzorcownie licznych instytutów włókienniczych i odzieżowych, dzisiaj nie ma nic – został butik jednej artystki, która pracuje głównie we Włoszech.
- Tego typu działalność zabijają w Polsce wysokie czynsze. Sklepy z wyrobami artystycznymi, nawet jeśli byłyby spółdzielcze, galerie, kooperatywy, nie są w stanie konkurować cenowo np. z bankami. Władze niektórych miast już mają świadomość, że tego typu działalność wymaga wsparcia.
- Na razie to dotyczy ginących zawodów, natomiast spółdzielczość ciągle uważana jest za przedsiębiorstwo pracujące dla zysku, co pokazały przykłady spółdzielni socjalnych w Polsce.
- T prawda, nie ma też wiedzy, jak się za to zabrać, ani odpowiednich ludzi. Niedawno jedna z polskich dziennikarek, animatorka kultury, Alicja Wysocka pojechała do Nairobi, żeby zaszczepić tam ideę spółdzielczości i stworzyć z kobietami ze slumsów spółdzielnię rękodzieła. Bo potrzebny jest do takich działań lider, który porwie za sobą ludzi.
- Artyści, którzy mają większą wrażliwość niż przeciętna, widzą sprawy społeczne mocniej i przeczuwają zmiany może szybciej niż inni. Ponoć wiek XXI ma być wiekiem spółdzielczości – widać tego początki w środowisku artystycznym?
- Na razie obserwujemy rosnącą popularność kooperatyw spożywczych. Widać więc, że jest to idea, która może integrować ludzi, natomiast czy spółdzielczość artystyczna odżyje? Od kilku lat – wspólnie z Fundacją Ceramiki Polskiej XX wieku - staramy się coś zrobić w Łysej Górze, wokół „Kamionki”, ale na to potrzebne są środki, które z trudem udaje się nam zdobyć. Jednak ta idea zorganizowania w tym miejscu jakiejś artystycznej spółdzielni, plenerów, rezydencji, jest bardzo kusząca, bo jest to miejsce z tradycją, legendą i są tam jeszcze ludzie z know how, aczkolwiek bardzo rozczarowani, gdyż dwa razy ponieśli klęskę. W PRL było pod tym względem łatwiej, gdyż były struktury, które pomagały w takich przypadkach. Oczywiście, nie należy zapominać i o złych doświadczeniach spółdzielczości, patologiach, zwłaszcza z lat 80.
- Środowisko polskich projektantów też chyba jest poobijane po 89 roku. Jak próbuje znaleźć dla siebie miejsce w nowej rzeczywistości ustrojowej?
- Nie ma dla nich zbyt wiele miejsca w przemyśle, ale są zatrudniani. W przemyśle meblarskim chyba wszystkie firmy korzystają z ich usług, podobnie jest np. w dawnej fabryce porcelany w Ćmielowie, gdzie znany na świecie ceramik, Marek Cecuła, stworzył Ćmielów Design Studio. Są duże firmy zatrudniające projektantów, np. obuwnicze, ale i małe, zajmujące się ubiorem, biżuterią.
Niestety, większość małych firm przeniosła się do Internetu z powodu kosztów prowadzenia działalności, ale i ograniczonego popytu. Dzisiaj duże zakłady – większości branż – nie mają szans na utrzymanie się na mocno spersonalizowanym rynku. Wielką produkcję przejęły Chiny, natomiast w Europie zaczęliśmy odtwarzać manufaktury, co może dla projektantów być dużą szansą. Oczywiście, taka produkcja jest przeznaczona dla zamożniejszego klienta, ale wierzę, że uda się ją zdemokratyzować, o ile społeczeństwo nie będzie się coraz bardziej rozwarstwiać.
Dziękuję za rozmowę.
O wystawie Anny Wiszniewskiej i Witolda Mierzejewskiego w Zachęcie nawiązującej do spółdzielni Kamionka w Łysej Górze i działalności Bolesława Książka pisaliśmy w numerze 12/16 SN - Eksperyment łysogórski 50 lat później