Historia el.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2252
Termin Kreml oznaczał początkowo warowny gród w księstwach ruskich. Z biegiem czasu stał się synonimem moskiewskiego ośrodka władzy i tak pozostało do dzisiaj.
Wokół niego roztacza się aura tajemniczości i skrzętnie skrywanych, niekiedy bardzo krwawych historii. Zwłaszcza w czasach komunistycznych władza nie chciała ujawniać kremlowskich sekretów, w tym wstydliwej dla niej „księgi zamachów” na najwyższych przywódców państwowych.
Lenin
W początkowym okresie po zwycięskiej Rewolucji Październikowej osobą najbardziej znienawidzoną w bolszewickim aparacie władzy był Władimir Lenin - jej symbol. Od samego początku stał się celem rozmaitych grup terrorystycznych oraz radykalnych ugrupowań jak eserowcy czy anarchiści.
Już w 1918 roku dwukrotnie usiłowano pozbawić go władzy w Piotrogrodzie, który pełnił jeszcze funkcję stolicy kraju. W obu przypadkach w spiskach brali udział dawni carscy oficerowie, a inicjatorem jednego z nich był książę i były minister rządu tymczasowego w 1917 roku Dmitrij Iwanowicz Szachowski, który z własnych pieniędzy przeznaczył na ten cel pół miliona rubli.
Pierwszy zamach w Moskwie został przeprowadzony 30 sierpnia 1918 roku podczas wiecu w dawnej fabryce Michelsona i według oficjalnej wersji niedoszłymi zabójcami mieli być związani z ruchem eserowców żydowska dziewczyna Fanny (Fania) Kapłan oraz jej wspólnik niejaki Nowikow, a według innej relacji Protopopow.
Mężczyzna został rozstrzelany niemal natychmiast, natomiast Kapłan aresztowana kilka dni później. Zarówno co do jej tożsamości, sprawstwa jak i późniejszych losów istnieją ogromne rozbieżności do dnia dzisiejszego. Figurowała bowiem w carskich aktach policyjnych jako Fania, lub Fejga Rojt, Rojtman, a dopiero od 1906 roku Kapłan. Według sądowych dokumentów została skazana na karę śmierci za działalność terrorystyczną, zamienioną na dożywotnią katorgę ze względu na młody wiek. Według więziennych lekarzy od 1909 była prawie niewidoma, wiec późniejszy fakt oddania przez nią celnych strzałów do Lenina także budzi wątpliwości.
O zamachu poinformował rady delegatów robotniczych, chłopskich i żołnierskich inny komunistyczny prominent- Jakow Swierdłow. Istnieje jednak hipoteza, że Lenin sam zainicjował to wydarzenie, aby dowieść tezy, że wróg przystąpił do ofensywy. W tym czasie bowiem w Piotrogrodzie zginął inny bolszewicki przywódca, jeden z architektów „czerwonego terroru” Moisiej Uricki.
A los Fani Kapłan? Jedna wersja głosi, że została zabita przez komendanta Kremla Pawła Malkowa. Inna, że została bibliotekarką w więzieniu na Butyrkach, a jeszcze inna, autorstwa prokuratora Iosifa Naumowa, że widziano ją w więzieniu w Wierchnieuralsku. Ponoć dożyła 1953 roku. Jakby nie było jej strzały okazały się na tyle celne, że Lenin podupadł na zdrowiu i nigdy nie powrócił do pełnej sprawności.
Kolejny „zamach moskiewski” miał miejsce w styczniu 1919 roku. Jego inicjatorem był jeden z hersztów moskiewskiego podziemia kryminalnego o nazwisku Koszelkow, który wziął „czerwonego cara” za … bogatego kupca żydowskiego rozbijającego się po Moskwie kosztowną limuzyną. Bandyci zadowolili się drobnymi znalezionymi u Lenina i jego ochroniarza, samochodem oraz legitymacją Przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych i pistoletem Władimira Iljicza. Sprawą osobiście zajął się osławiony twórca i przywódca Czeka (Wszechrosyjskiej Nadzwyczajnej Komisji do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem) Feliks Dzierżyński. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Koszelkow został szybko zlokalizowany i zlikwidowany w jednej ze swoich melin.
Stalin
Następca Lenina Josif Wissarionowicz Dżugaszwili (Stalin) otaczał się profesjonalną ochroną i preferował pancerne limuzyny. Zazwyczaj tworzyły one kawalkadę pojazdów, przy czym regułą było, że w pierwszym i ostatnim samochodzie znajdowała się ochrona, a wódz w którymś w środku.
W 1933 roku podczas zbliżania się kolumny limuzyn do wybrzeży jeziora Rica w Abchazji na jednym z mostów na rzece Bzyp miała miejsce eksplozja niewielkiego ładunku wybuchowego. Była jednak na tyle silna, iż auto, w którym miał znajdować się Stalin stoczyło się w przepaść. Wcześniej jednak Ławrientij Beria, szef zakaukaskiego okręgu OGPU (następczyni Czeka), poprosił Stalina, aby przesiadł się do innego samochodu.
W tym samym roku na jeziorze Rica doszło do ostrzelania motorówki, którą obaj płynęli przez… żołnierzy z nadgranicznej, zakazanej strefy Picunda. Według innej wersji, wydarzyło się to na Morzu Czarnym, gdzie doszło do ostrzału z działka należącego do pograniczników.
Gdzie leży prawda?
Wspólną cechą obu relacji jest tłumaczenie żołnierzy, iż nie mieli wpisu o uprzywilejowanym statusie łódki w ewidencji pojazdów pływających na wspomnianym akwenie.
I jeszcze jeden wspólny motyw - w chwili ataku, według relacji świadków Beria osłonił ciałem swego wodza. Nietrudno sobie wyobrazić, jaki los spotkał nieszczęsnych żołnierzy. Ich dowódca, Ławrow, dotrwał jednak w łagrze do 1937 roku i dopiero podczas czystek związanych z usunięciem szefa NKWD (Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych) Gienricha Jagody, został rozstrzelany.
Istnieje przypuszczenie, że Beria sam zaaranżował oba „zamachy”, aby udowodnić swoje oddanie i niezbędność u boku Josifa Wissarionowicza. Kiedy w 1938 objął NKWD i pieczę nad całą bezpieką, wykazywał się również nadopiekuńczością wobec „ojca narodu”.
Likwidacją Stalina były zainteresowane obce wywiady. W 1938 Japończycy zorganizowali grupę byłych rosyjskich białogwardzistów przebywających na uchodźstwie w Mandżurii, którzy zgodzili się zastrzelić dyktatora podczas jego wizyty w Soczi, w pawilonie kurortu Macesta. Była to misja samobójcza, z czego zdawali sobie sprawę, gdyż nad Stalinem czuwała grupa doskonale przygotowanych do swych zadań ochroniarzy. Wszyscy zostali schwytani zaraz po nielegalnym przekroczeniu granicy ZSRR. Stało się tak dzięki radzieckiemu agentowi o pseudonimie Leo, którego personalia po dziś dzień nie są znane.
W następnym roku japoński wywiad postanowił zdetonować bombę na Placu Czerwonym w Moskwie podczas pierwszomajowej manifestacji, ale i ten plan się nie powiódł, do czego przyczynił się wspomniany Leo.
Również Abwehra, kierowana przez admirała Wilhelma Canarisa czy wywiad RSHA (głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy) były zainteresowane usunięciem Stalina. Misternie opracowany plan o kryptonimie Długi Skok, który zakładał przedostanie się grupy komandosów miejskimi kanałami do siedziby radzieckiego poselstwa w Teheranie również spalił na panewce. Rosjanie dysponowali rozbudowaną siecią agentów w niemieckich strukturach władzy. Po wojnie pojawiła się nawet hipoteza, że dla NKWD pracował zastępca führera Martin Bormann, ale nie została ona wystarczająco udokumentowana.
Kolejny zamach przemycenia pięciu ton trotylu w chwili trwania konferencji w Teheranie z udziałem prezydenta USA Franklina D. Roosevelta i premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla także okazał się fiaskiem. Podobnie próba przemycenia broni w dziennikarskiej kamerze podczas spotkania z prasą.
Najbardziej szalonym niemieckim pomysłem zabicia dyktatora była propozycja ministra spraw zagranicznych Rzeszy Joachima von Ribbentropa zwabienia Stalina na międzynarodową konferencję i zastrzelenie go ze specjalnie skonstruowanego pióra. Gadżet taki ów prominent posiadał i zapewniał, że można z niego oddać celny strzał z odległości 6-8 metrów. Hitler odniósł się do tej inicjatywy dość przychylnie, ale storpedował ją szef SD Walter Schellenberg, który dowiódł, że to nonsens. Był w końcu rok 1944 i nikt przy zdrowych zmysłach nie chciał siadać do rozmów z nazistami.
Kolejna operacja, zaplanowana na wrzesień 1944 roku, opatrzona była kryptonimem Zeppelin (choć znana także jako Szach czerwonemu królowi). Wykonawcą zamachu miał być przedwojenny aferzysta Piotr Szyło i jego żona Sonia. Od razu jednak pojawiają się wątpliwości co do tożsamości niedoszłego zamachowca. Posługiwał się on bowiem pseudonimami Tawrin i Politkow i pod tym ostatnim był znany jako major Armii Czerwonej, który w niewoli w 1943 roku przeszedł na stronę Niemców. Ponoć pomógł mu w tym były komisarz polityczny Gieorgij Żylenkow, jeden z twórców ROA (Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej). Szyło miał w 1944 roku ukończyć specjalny kurs wywiadowczy Abwehry i wcielić się w majora Koriolenkę z organizacji kontrwywiadowczej Smiersz (Śmierć szpiegom).
W sierpniu 1944 roku małżeństwo Szyłów zostało przerzucone do Rygi. Tu Szyło zamówił płaszcz ze specjalnie poszerzonym prawym rękawem, w którym miała się zmieścić zminiaturyzowana wersja bezodrzutowego działka przeciwpancernego Panzerknacker. Dziwne zlecenie zaintrygowało krawca, który był agentem NKWD i szybko poinformował o nim centralę. We wrześniu tegoż roku zamachowcy zostali przerzuceni do Rosji za linią frontu. Na radzieckim motorze M-72, z radzieckim paliwem udali się w kierunku Moskwy, w której mieli ostrzelać limuzynę Stalina 30- milimetrowymi pociskami, zdolnymi z kilkudziesięciu metrów przebić 45- milimetrowy pancerz. Pech chciał, że koło Smoleńska zatrzymał ich patrol. Choć dokumenty mieli doskonale podrobione, zaniepokojenie strażników wzbudziły ich suche ubrania i brak błota na maszynie, a przecież Koriolenko mówił, iż jechał od dwóch godzin. A w tej okolicy była ulewa. Oboje zostali przewiezieni do pobliskiej komendantury celem podstemplowania delegacji i tam zatrzymani. Według innej wersji, Szyło został rozpoznany podczas konfrontacji ze swym dawnym dowódcą. Interesujący jest fakt, że oboje zostali przewerbowani i przesyłali Niemcom fałszywe informacje. Dopiero w 1952 po krótkim procesie straceni.
Chruszczow
Kolejny I sekretarz KC KPZR nie był celem zamachów terrorystycznych w swoim kraju. Wprawdzie bezkrwawy przewrót na posiedzeniu Biura Politycznego tej partii w 1964 roku pozbawił go władzy, ale próby pozbawienia życia radzieckiego dyktatora podczas jego oficjalnej wizyty w PRL w 1959 roku podjął się Polak, Stanisław Jaros. Z zawodu elektryk, niechętny przemianom w powojennej Polsce, skonstruował bombę zdalnie detonowaną, którą umieścił na trasie rządowej kolumny. W limuzynie, która miała wieść Chruszczowa znajdował się I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka oraz I sekretarz KW w Katowicach Edward Gierek. Pech chciał, że ładunek został odpalony w niewłaściwym momencie i nikt z nich nie ucierpiał. Zamachowca jednak, pomimo powołania specjalnej grupy śledczej, nie udało się ująć. Został schwytany dwa lata później, podczas próby kolejnego zamachu bombowego, tym razem na Gomułkę i Gierka. W 1963 został powieszony, gdyż Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski.
Breżniew
O dużym szczęściu mógł mówić I sekretarz, a od 1966 sekretarz generalny KPZR Leonid Breżniew. 22 stycznia 1969 roku, gdy miliony Rosjan oglądały transmisję z powitania przez najwyższe władze ZSRR grupy kosmonautów - bohaterów: Giorgija Bieriegowoja (dowódca statku Sojuz 3), Władimira Szatałowa, Alieksieja Jelisiejewa i Jewgienija Chrunowa (załoga Sojuza 4) oraz Borisa Wołynowa (Sojuz 5), przy Bramie Borowickiej wiodącej na Kreml padły strzały. Strzelcem okazał się dezerter z jednostki wojskowej w mieście Łomonosow koło Leningradu, podporucznik Wiktor Iwanowicz Iljin, rocznik 1948, kawaler, absolwent technikum topograficznego.
Według opinii przełożonych, był żołnierzem słabo zdyscyplinowanym, negującym ówczesne zmiany polityczne, a nawet poddającym w wątpliwość podstawy ustrojowe państwa. A jednak przeszedł pomyślnie testy dopuszczające do tajnej służby i dziwnym zrządzeniem losu trafił do wspomnianej jednostki lotniczej dowodzonej przez podpułkownika Iwana Maszkowa.
W przeddzień zamachu młody oficer wykradł z sejfu dwa pistolety typu Makarow i bez powiadamiania przełożonych poleciał do Moskwy. Nikt nie podejrzewał, że będzie próbował zastrzelić Breżniewa. Raczej przypuszczano, że będzie usiłował popełnić samobójstwo, gdyż po jednostce krążyły plotki o jego zawiedzionej miłości. W Moskwie Iljin odwiedził swego kolegę, który kiedyś pracował w milicji i w nocy skradł jego mundur. Dzięki temu bez trudu pojawił się na trasie rządowej kawalkady i zajął dogodną pozycję.
Zgodnie z logiką, sekretarz generalny powinien znajdować się w drugim samochodzie i w tym kierunku zamachowiec oddał szesnaście strzałów. W aucie nie było jednak Breżniewa, a … kosmonauci. Żaden z nich nie ucierpiał, ale szyba od strony kierowcy się rozprysła, a on sam zginął. Iljin natychmiast został ujęty.
W toku śledztwa utrzymywał, że po zabiciu genseka zamierzał utworzyć niekomunistyczną partię i przejąć władzę w Rosji. W zdumienie wprawił śledczych fakt, że poleciał do Moskwy samolotem. Wprawdzie ówczesne lotniska radzieckie nie były wyposażone w czułe wykrywacze metalu, ale sam fakt pojawienia się wojskowego w mundurze bez pisemnego rozkazu powinien wzbudzić podejrzenia personelu. Iljin obarczył także współodpowiedzialnością dwóch swoich kolegów podporuczników: A. Stiepanowa i A. Wisilewa, którym ponoć zwierzył się ze swych planów, przytaczając jako przykład sukces przewrotów w krajach afrykańskich, w których niscy rangą wojskowi niejednokrotnie przejmowali władzę. Obu skazano na pięć lat kolonii karnej.
Sprawa była na tyle kuriozalna, że po dwuletnim dochodzeniu zamachowiec został umieszczony w klinice psychiatrycznej w Kazaniu. Tu przebywał osiemnaście lat. Dzięki temu przeżył nie tylko Breżniewa, który zmarł w 1982, ale i upadek Związku Radzieckiego.
Pomimo zdiagnozowanej schizofrenii, w 1988 został przeniesiony do renomowanej kliniki psychiatrycznej w Leningradzie, a dwa lata później Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR zezwoliło mu… na powrót do domu. Rzecz bez precedensu.
Wprawdzie nie miał meldunku i dowodu osobistego, ale nadal figurował w ewidencji macierzystej jednostki i miał prawo do … zaległego żołdu z tytułu zwolnienia lekarskiego. Pieniędzy wprawdzie nie odzyskał, ale dzięki staraniom bliskich i radnych Sankt Petersburga otrzymał jednopokojowe mieszkanie i niewielką rentę.
Historia Rosji obfituje w wiele krwawych i mrocznych wydarzeń. Przywódcy tego kraju zawsze należeli i należą do najlepiej chronionych osób na świecie, ale mają świadomość, że w dobie tak rozwiniętej techniki nigdy nie będą czuli się do końca bezpieczni.
Leszek Stundis
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 660
W jaki sposób najlepiej przedstawiać historię wojskowości, rozmawiać o niej i próbować wyjaśniać? Czym jest wojna?
Jednym z głównych problemów podczas takich rozważań jest sposób, w jaki z powrotem przywołuje się dawnych myślicieli, często powtarzając stare tezy i omawiane wcześniej dylematy. W debacie o wojnie lądowej dominują Sun Tzu, Clausewitz, Jomini i Fuller, konflikty na morzu to zaś domena Mahana i Corbetta. Co więcej, typowa debata na ten temat, zarówno akademicka, jak i popularyzatorska skupia się na wielkich dowódcach, kluczowych wojnach i bitwach, które rzekomo miały decydujące znaczenie.
Clausewitz i Jomini zyskali uznanie jako komentatorzy sztuki wojennej doby Wielkiej Rewolucji Francuskiej i wojen napoleońskich, Fuller i Liddell Hart skupili się na I wojnie światowej i szukali sposobu na uniknięcie kolejnego, tak kosztownego impasu na froncie, Mahan i Corbett studiowali zaś dzieje morskiej potęgi Wielkiej Brytanii w latach 1689–1815, a przede wszystkim jej konflikty z Francją.
Do listy można dopisać kolejne nazwiska, w tym Michaiła Frunze i Mao Zedonga traktujących o wojnach rewolucyjnych w XX wieku oraz Charlesa Calwella i (reprezentującego inne poglądy) Davida Galulę studiujących działania przeciwpartyzanckie. Włączenie do panteonu postaci Sun Tzu i Mao Zedonga stanowi odpowiedź na rosnące znaczenie Chin jako potęgi wojskowej. Podobnego zainteresowania nie wzbudziły przy tym Indie, które wysuwają się na pierwsze miejsce pod względem liczby ludności. Także wojna powietrzna zrodziła swoich propagatorów oraz analityków (wchodzących często w ostre spory), szczególnie w osobach Giulia Duheta i Williama Mitchella.
Zarówno treść, jak i zakres oraz wydźwięk tradycyjnych prac teoretycznych rodzą jednak szereg problemów.
Po pierwsze, teorie myślicieli wojskowych zwykły górować nad ideami, a tym bardziej praktycznymi działaniami faktycznych uczestników walk. Większość z nich nie pozostawiła po sobie teoretycznych prac lub nie nadała im usystematyzowanej formy, lecz prawdziwy problem polega na tym, że teoretycy wojskowości opowiadają o… innych teoretykach wojskowości. Niekoniecznie interesuje ich zbliżenie do decydentów, poznanie ich pobudek i wolą raczej rozwodzić się nad swoimi spostrzeżeniami i wtłaczać innych w przyszykowane ramy koncepcyjne, a następnie przesadnie podkreślać ich znaczenie. I tak, Basil Liddell Hart, który z ochotą pozował na wzgardzonego proroka we własnej ojczyźnie, Wielkiej Brytanii, jednak przyczynił się do rozwoju koncepcji blitzkriegu, a także działań Izraela podczas wojny sześciodniowej w 1967 roku. Pozwoliło mu to znacznie wyolbrzymić swoje znaczenie.
Po drugie, autorzy dzieł teoretycznych znacznie większą wagę przykładają do wojen między państwami niż konfliktów wewnętrznych. Zdaje się, że wojny domowe biorą na tapet jedynie wówczas, gdy obie strony dysponują formalną lub na wpół formalną, strukturą organizacyjną armii, jak choćby podczas wojny w Anglii (1642–1648) i w Stanach Zjednoczonych (1851–1865).
Po trzecie, oś dyskusji wyznaczają najczęściej bitwy, nie zaś potyczki czy „małe wojny” (lub blokady morskie), mimo iż są równie powszechne i podobnie istotne. Ich znaczenie jeszcze wzrosło od czasów II wojny światowej, a w ich dostrzeżeniu nie pomaga podejście oparte na filozofii „decydującej bitwy”. Może się ono sprawdzić, gdy liczba jednostek jest niewielka, jak okrętów wojennych czy współcześnie samolotów, a utrata każdej z nich ma istotny wpływ na przebieg walk.
I po czwarte, znaczna część świata w klasycznych opracowaniach jest sprowadzana do „prymitywnego” obrazu, w którym przeważa wizerunek prostego i surowego wojownika, widoczny zwłaszcza w odniesieniu do ludów stepowych i państw Afryki.
Autorzy prac teoretycznych zwykli prezentować je jako niezbyt rozwinięte (i zróżnicowane) w porównaniu z państwami o „ugruntowanej” strukturze, szczególnie jeśli gospodarka tych drugich opierała się na dobrze rozwiniętym rolnictwie i przemyśle i przynależały do Zachodu (Europa i Ameryka Północna) lub Azji Wschodniej. Tworzy to mapę punktów ciężkości, wspartą przekonaniem, że „rozwinięte społeczeństwa” są z miejsca najskuteczniejsze w swoich działaniach. Równocześnie to z nich
wyrastają skrojone na „nowoczesną” modłę armie i prace teoretyków wojskowości. Tym sposobem społeczeństwa „niedorozwinięte” zyskują znaczenie jedynie wówczas, gdy kopiują elementy najskuteczniejszej praktyki, czyli zachodniej, lub tworzą coś na jej wzór.
Wyrażona w taki sposób postawa klasycznych autorów rodzi liczne problemy. Często pomniejsza się znaczenie skuteczności armii Hunów w V wieku, Mongołów w XIII, Timura Chromego w XIV i Mandżurów w XVII wieku, czyli zdominowanych przez kawalerię pozaeuropejskich sił, lub z góry skazuje się na porażkę w dłuższej perspektywie, choć zgodnie z taką optyką każda siła wojskowa kiedyś musi stracić znaczenie. Podejście to wynika z kolei z wagi, jaką przywiązuje się do zachodnich formacji piechoty. Widać to jeszcze wyraźniej, gdy uwypukla się rolę powiązań wojska z przemysłem, tworzących „kompleks”, czyli zaczyn dla produkcji zaawansowanego uzbrojenia wykorzystywanego w nowoczesnych konfl iktach, terminy zaś „przemysłowy”, „zaawansowany” i „nowoczesny” odnoszą się do konkretnych zjawisk.
Opierające się na gospodarce rolnej bez większego udziału przemysłu społeczeństwa stepowe nie rozwijały takich systemów. Tym samym mogą sprawiać wrażenie przestarzałych. I to nawet w sytuacji, gdy ich zacofanie stawało się widoczne dopiero w XIX wieku. Różnica w rozwoju jest bowiem zarówno przyczyną, jak i skutkiem epoki imperializmu tamtego stulecia, choć trudno mówić o czymś takim jak wiek imperializmu. W dyskusji nad społeczeństwami stepowymi pobrzmiewa teleologiczna nuta (wiemy, dokąd wszystko zmierza, a ten kierunek jest właściwy i nieunikniony), podobnie jak w całej historii wojskowości. Ramy tej teleologicznej wykładni wyznaczają coraz skuteczniejsze rozwiązania technologiczne i organizacyjne.
Jednak zbudowana na teleologii narracja, czerpiąca z teorii modernizacji i posługująca się często dyskursem o rewolucjach wojskowych jako narzędziach tłumaczenia zmian, nie wytrzymuje starcia z rzeczywistością lat 20. XXI wieku. Współcześnie meksykańskie kartele przestępcze mają pod bronią więcej ludzi niż niejedna europejska armia.
Kultura jest kluczowym konceptem w badaniu dziejów wojskowości, ponieważ to właśnie spojrzenie na odmienne sposoby postrzegania i doświadczania konfliktów umożliwia wyjście poza rzekomo uniwersalne założenia dotyczące ich natury. Co więcej, takie podejście jest konieczne podczas walki pośród − lub przeciwko – społecznościom odmiennym niż własne, aby właściwie ocenić rolę, jaką odgrywają siła i rozumienie sukcesu. Niedocenienie tych czynników było wyraźnie widoczne w problemach, z którymi borykały się Stany Zjednoczone podczas konfliktów toczonych w Iraku i Afganistanie.
Większość współczesnych obserwatorów z Zachodu prawie w ogóle nie włącza do rozważań kwestii religijnych ani ich roli w kształtowaniu postaw społeczeństwa wobec zwycięstwa i klęski, cierpienia i śmierci, a co za tym idzie, gotowości do pogodzenia się ze stratami. Jak wielokrotnie dowiodły ostatnie dekady walk w świecie islamu, budowane w oparciu o taktyczne, operacyjne i strategiczne kalkulacje koncepcje osiągnięcia zwycięstwa, czyli praktyczne działania, mogą łatwo zostać zaburzone przez czynnik religijny, czego liczne przykłady znajdziemy w najstarszych relacjach o wojnach.
Pominięcie wpływu religii to problem związany z jedną z najbardziej intrygujących teorii tłumaczących dzieje wojskowości, którą w XVIII wieku rozwijali tacy autorzy, jak Edward Gibbon, William Robertson czy Adam Smith. W ich opinii historia to przechodzenie z jednego etapu do kolejnego w procesie rozwoju społeczno-gospodarczego, poczynając od społeczeństw łowców i zbieraczy, do społeczności pasterskich, rolniczych, a następnie do zurbanizowanych systemów, cechujących się odmiennymi instytucjami zarówno politycznymi, jak i wojskowymi. Włączając w nią dzisiejsze społeczeństwa, teoria zakłada, że występują różnice między środowiskami naturalnymi i kulturowymi na całym świecie, choć nie czyni już podobnego rozróżnienia na kierujące nimi prądy ideologiczne.
Bez względu na to, czy zagłębiamy się w teorie Clausewitza, czy Gibbona tworzącego pół wieku wcześniej, mamy do czynienia z ideami rozciągniętymi w perspektywie longue durée (długiego trwania), z próbą uchwycenia esencji wojny. Mimo to większość rozważań teoretycznych odbywa się w bardzo ograniczonej skali czasowej. Polegają one na analizie nieodległych dla autora konfliktów w celu odkrycia, jakimi możliwościami dysponują potencjalni przeciwnicy. Niemcy na przykład skłoniły się ku inwazji na Związek Radziecki w 1941 roku po przyjrzeniu się błędom, jakie popełniła Armia Czerwona w wojnie zimowej. Jednak dowodząc tego, że teoria i analiza mogą prowadzić nas ku uprzednio pożądanym wnioskom, zignorowały kluczowy etap, w którym po początkowych bolesnych klęskach ZSRR odniósł ostatecznie zwycięstwo.
Takie analizy wojskowe często nie wykraczają poza strefę komfortu i mają skłonność do potwierdzenia instytucjonalnych, narodowych i społecznych uprzedzeń. Skupiając się zatem na aktualnych problemach i nadchodzącym konflikcie, analitycy z United States Army Corps (Korpusu Lotniczego Armii Stanów Zjednoczonych) winili za porażkę niemieckiego Luftwaffe w walkach o Wielką Brytanię w 1940 roku brak strategicznych bombowców, nie zaś ogólne słabości sił powietrznych III Rzeszy lub znaczenie brytyjskich zintegrowanych systemów obrony powietrznej. Dało to zielone światło do inwestowania w bombowce strategiczne.
W lipcu 1941 roku Air War Plans Division 1 (Dział Planowania Wojny w Powietrzu 1) przedstawił szczegółowy plan pokonania Niemiec siłami powietrznymi. Stany Zjednoczone mierzyły się w tym wypadku z przeciwnikiem, który we właściwy sposób nakierował je zarówno na rozwój swojej doktryny, jak i kluczowe wsparcie przy jej wdrażaniu.
Istnieje tendencja do postrzegania błędów w analizie i uprzedzeń kierujących instytucjami państwa jako rzeczy z przeszłości, ale równie dobrze dziś możemy się zmagać z takimi problemami, na przykład przy zakupach uzbrojenia czy kształtowaniu „doktryn” odzwierciedlających idee. Co więcej, polemiczne i nastręczające problemów publikacje strategicznych przeglądów podkreślają znaczenie wyborów w wykonywaniu zadań, wyznaczaniu priorytetów, zakupach sprzętu i formułowaniu doktryn.
Wszystko to ma następnie wpływ nie tylko na kierunek kolejnych posunięć, lecz także na cały kontekst, w ramach którego wybory te są przedstawiane, rozważane i wdrażane. Innymi słowy, „przygotowywanie się na minioną wojnę” to długi proces, który z jednej strony wyrasta z nieprawidłowego czytania przeszłości, a z drugiej przypomina o konieczności jej studiowania. Ostatecznym krokiem w rozważaniach jest ujmowanie wojny jako całości w ramy teorii.
Teoria wojskowości jest intensywnie rozwijana dzięki kulturze popularnej, gdzie duży nacisk kładzie się na heroizm jednostek, zbiorową odwagę, a także jedność społeczności cementującą gotowość do walki. Cechy te odgrywały ogromną rolę w najstarszych dziełach literackich i do dzisiaj silnie rezonują we współczesnych utworach, grach komputerowych i innych mediach. W tym przypadku teoria mówi jednak o triumfie charakteru, choć jeśli przybrać narrację w płaszcz prowidencjalizmu i fatalizmu, także klęska może stać się heroiczna, jak choćby ta zadana przez Persów Spartianom pod Termopilami w 480 roku p.n.e., czy zadaną przez Meksyk Teksańczykom w bitwie o Alamo w 1836 roku. Wówczas to właśnie klęska jest wyrazem niezłomnej woli.
Ten sposób objaśniania wojny budzi największe zainteresowanie, na co wpływ między innymi miała rosnąca, szczególnie od lat 70. XX wieku, popularność rozważań o „obliczu bitwy”, w której na pierwszy plan wysuwały się historie pojedynczych jej uczestników i gromadzenie relacji naocznych świadków. To podejście mniej uwagi poświęca istotnym elementom rozgrywającym się w tle, czyli strategii, logistyce i komunikacji, a skupia się na wymiarze taktycznym i sile woli człowieka. Związek tych czynników jest ukazywany choćby w postaci jedności oddziałów.
Współczesne społeczeństwa szczególnie żywo reagują na przekaz wizualny i gotowe „lekcje”. Można w nich zawrzeć opowieści o heroicznych czynach, lecz także zademonstrować możliwości poszczególnych rodzajów uzbrojenia, przy czym nietrudno tutaj o materiał graficzny. Historia to szczególny nośnik przesłania, które w tym wypadku niekoniecznie musi przybrać formę pisemną, bo może mu ona odebrać czytelność i niejako sugerować, że nie każdy jest zdolny je przyswoić. Co więcej, dzięki mediom wizualnym przekaz łatwiej dociera do mieszkańców większości rejonów świata. Przekaz wizualny pozwala na ekspresję teoretycznych rozważań z zakresu historii wojskowości w sposób niebezpośredni, a media, w których one rozbrzmiewają, stanowią współczesny odpowiednik mówionych poematów, tak ważnych w przeszłości. I znów zarysowują się tu związki, a przynajmniej echa podobieństw rezonujące przez wieki.
Jeremy Black
Jest to fragment książki Jeremy’ego Blacka Wojna. Krótka historia, wydanej przez Wydawnictwo RM, której recenzję zamieszczamy w tym numerze.
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 2833
Kontrowersyjny Nobel (1)
Nagroda Nobla uchodzi za najbardziej prestiżową nagrodę w historii. Wokół niej narosło przez lata wiele kontrowersji, które towarzyszą jej po dziś dzień. Najwięcej emocji - głównie z powodu laureatów - wzbudza ta, która jest przyznawana za wybitne osiągnięcia na rzecz budowania pokoju na świecie.
Mówiąc o Pokojowej Nagrodzie Nobla, warto pamiętać, że nie zawsze na listę kandydatów do niej trafiali ludzie szlachetni i w pełni zaangażowani w walkę o pokój.
Dwukrotnie trafił na nią Józef Stalin (1945, 1948), a w 1939 - Adolf Hitler. Tyle, że ta ostatnia kandydatura była wyrazem gorzkiej ironii antyfaszystowskiego działacza szwedzkiego Erika Gottfrida Christiana Brandta, który w ten sposób chciał zaprotestować przeciwko politycznej hipokryzji swego kraju, prowadzącego doskonałe interesy z III Rzeszą. Brandt ponadto z rezerwą odniósł się do innego polityka w kolejce po nagrodę, a mianowicie premiera Wielkiej Brytanii Neville’a Chamberlaina, sygnatariusza układu monachijskiego, który umożliwił zajęcie Czechosłowacji przez hitlerowców.
Zresztą kto wie, czy gdyby przywódca III Rzeszy nie podjął rokowań pokojowych wiosną 1942 roku, gdy jego niezwyciężone dywizje odnosiły sukcesy na wszystkich frontach, Komitet Pokojowej Nagrody Nobla nie wpadłby na pomysł, aby tak właśnie postąpić. W imię świętego spokoju…
Decydenci magazynu „Time” byli mniej powściągliwi i obaj dyktatorzy gościli na ich łamach jako wyróżnieni tytułem „człowiek roku”. Hitler w 1938, a Stalin w 1939 i 1942, a więc już po inwazji na Polskę….
Z kolei Mahatma Gandhi był nominowany aż pięciokrotnie, ale zawsze wynajdowano jakieś argumenty, aby odkładać mu jej przyznanie. Wreszcie, gdy wydawało się, iż wszystkie przeszkody zostały usunięte, w styczniu 1948 religijny fanatyk zastrzelił duchowego przywódcę na jednej z ulic Delhi…
Równie długie perturbacje czekały amerykańską działaczkę feministyczną Jane Adams, która przez 15 lat była zgłaszana przez rządy, instytucje zaufania publicznego czy znamienite osoby jako kandydatka do prestiżowej nagrody aż 91 razy! W końcu udało się w 1931 roku.
Pomysłodawca
Trzeba pamiętać, że Alfred Nobel, fundator nagrody na rzecz działań pokojowych i „redukcji armii” był nie tylko znanym szwedzkim przemysłowcem, ale i producentem broni i autorem 355 patentów, z których wiele zostało zastosowanych w niemal wszystkich wojnach na świecie.
W pewnym okresie swego życia poznał zubożałą hrabinę austriacką Berthę Kinsky von Chinic und Tettau (później Suttner), która przez tydzień była jego sekretarką. Znajomość ta miała wpływ na życie ich obojga. Bertha zaangażowała się w działalność pacyfistyczną, czego owocem była książka Precz z orężem (Die Waffen nieder). W 1905 roku została jako pierwsza kobieta w historii uhonorowana nagrodą imienia swego pracodawcy…
Testament Nobla, zaraz po jego śmierci, został zakwestionowany przez większość rodziny, która uznała go za wymysł dotkniętego demencją starca. Na straży stanął jednak jego bratanek Emanuel Nobel wraz z zaufanym współpracownikiem zmarłego Ragnarem Sohlmanem. Dzięki temu w 1900 roku Fundacja Alfreda Nobla rozpoczęła swoją światową karierę…
Wiele słów padło na temat Pokojowej Nagrody Nobla, jednak poczet najbardziej krytykowanych noblistów rozpocznie pewien portugalski lekarz…
Mózgożercy
António Caetano de Abreu Egas Moniz (1874-1955) był potomkiem starego arystokratycznego rodu. Doskonale wykształcony, już w młodym wieku stał się członkiem elitarnej profesury Portugalii. Najbardziej interesował go ludzki mózg i możliwości poprawy jego funkcjonowania za pomocą… skalpela. Tyle, że od czasów Carla Wernickego (1848-1905) próby bezpośredniej ingerencji chirurgicznej w delikatną tkankę naszego mózgu podejmowane były w przypadku ropni, guzów czy uszkodzeń, a nie zachowań.
Jednym z pionierów tzw. psychochirurgii był szwajcarski lekarz Johann Burckhardt, który od końca lat 80. XIX w. usuwał pewne fragmenty mózgu u niektórych swoich pacjentów i z chłopięcą ciekawością obserwował później ich zachowanie. Liczba zgonów i eufemicznie nazywanych skutków ubocznych, którymi nierzadko była padaczka, apatia czy wylew krwi do mózgu spowodowały, że władze szwajcarskie zakazały mu tego typu praktyk. Pozostawił po sobie jednak zapiski, po które pół wieku później sięgnął portugalski psychiatra.
Trzeba jednak przyznać, że Moniz był niewątpliwie zdolnym lekarzem i to jemu przypisuje się wypracowanie podstaw współczesnej angiografii mózgu, a więc metody radiologicznej, umożliwiającej obserwację naczyń krwionośnych tego najbardziej złożonego organu ludzkiego.
Co więcej, przez dwie pierwsze dekady XX wieku jego zainteresowanie „naprawianiem dusz” skalpelem nieco osłabło za sprawą kariery politycznej. W latach 1903- 1917 był posłem do parlamentu, w 1917 objął stanowisko ambasadora w Madrycie, a rok później został ministrem spraw zagranicznych swego kraju i reprezentował go na konferencji pokojowej w Wersalu.
W latach 30. powróciły jego dawne fascynacje psychochirurgią. Po lekturze notatek Burckhardta, pogłębionej doniesieniami o skutecznym „wyleczeniu z agresji” szympansów za pomocą przecięcia połączeń nerwowych ich płatów czołowych z resztą mózgu postanowił popróbować nowatorskiej metody na ludziach.
Pierwszą pacjentką Moniza była prostytutka cierpiąca na depresję. Kolejnych dostarczał mu pewien lizboński „ośrodek dla obłąkanych”, a kiedy był już uznanym profesorem psychiatrii w stolicy – podsyłali mu pacjentów jego koledzy po fachu, pozbywając się bardziej kłopotliwych podopiecznych.
Wyniki jego zabiegów były bardzo wątpliwe. Chorzy cierpieli na torsje, ataki padaczki czy inne zaburzenia somatyczne, a ponadto stawali się apatyczni, jakby wyłączeni ze świata. Paradoksalnie, ci, którzy przeistoczyli się w „ludzkie warzywa” byli dowodem na skuteczność lobotomii, bo „opuściły ich złe emocje”. Także artykuł, który opublikował na temat „cudownej metody leczniczej” nie wzbudził wielkiego zainteresowania.
Ale za oceanem przeczytał go pewien lekarz, istny demon biznesu w medycynie, Walter Freeman (1895-1972). Szybko wyczuł, że w konserwatywnych stanach, w których obłęd traktowany był jako choroba wstydliwa, można ubić świetny interes na „leczeniu duszy” za pomocą… szpikulca do kruszenia lodu. Było to bardzo poręczne i odpowiednio twarde narzędzie, które wbijano „choremu” pod oczodół, a następnie przebijano się do istoty białej tuż za płatami czołowymi i mieszano ją, aby zniszczyć połączenia nerwów.
Freeman okazał się mistrzem przedsięwzięcia. W okresie największych „sukcesów” jeździł po kraju z walizeczką i oferował swoje usługi nieszczęśliwym rodzinom po… 25 dolarów za zabieg. Czasem wykonywał je w domu, czasem w pokojach hotelowych. Zarabiał dużo, gdyż wykonywał do czterech zabiegów dziennie. Rzecz jasna, jego wyniki przerażały świat medyczny, ale popyt na lobotomie skutecznie zamykał usta oponentom.
Po II wojnie światowej nadal było głośno o dzielnym doktorze Freemanie, który skuteczną propagandą ukrywał swoje niepowodzenia.
Co więcej, doniesienia o „cudownej metodzie” trafiły do Sztokholmu podczas rozważania kandydatur do Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny lub fizjologii. Wówczas przypomniano sobie o starym portugalskim profesorze i jego artykule z 1936 roku…
Pomimo licznych protestów, Egas Moniz został uhonorowany w 1949 roku Nagrodą Nobla „za odkrycie terapeutycznych wartości lobotomii w pewnych psychozach”. To nic, że musiał się nią podzielić z niemieckim kolegą Walterem Rudolfem Hessem (1881-1973), który położył ogromne zasługi w dziedzinie uzupełnienia „mapy mózgu”. To nic, że w tym samym roku postrzelił go były pacjent, u którego nie udało się powstrzymać emocji. Na jego poglądy nie wpłynął także protest innej pacjentki poddanej okrutnemu zabiegowi Christine Johnson, która zamierzała pozbawić go nagrody. Nie uległ i nie zrzekł się jej. Jego idea uszła cało.
Według rozmaitych szacunków, w samych Stanach pomiędzy 1936 a 1960 rokiem wykonano 60 - 70 tysięcy lobotomii przedczołowej (jak brzmi oficjalna nazwa). Wiele osób zmarło, inne zaś zostały cofnięte w rozwoju do etapu dziecka, jak jedna z najsłynniejszych ofiar zabiegu, Rosemary Kennedy, młodsza siostra późniejszego prezydenta Johna Fitzgeralda. Powód? Była nieco frywolna i jej pobudliwość mogła zaszkodzić karierze braci, toteż tatuś zadecydował o zabiegu, żeby panienkę uciszyć, choć oficjalne media przedstawiają rzecz inaczej…
Światopogląd a nauka
W pierwszej połowie XX wieku wśród laureatów Nagrody Nobla najwięcej znalazło się Niemców. Ojczyzna Bacha, Beethovena, Goethego czy Schillera obfitowała w geniuszy, zwłaszcza w fenomenalnych fizyków…
Philipp Lenard (1862-1947) z urodzenia był zapewne Austriakiem, gdyż przyszedł na świat w dzisiejszej Bratysławie, należącej w XIX wieku do Austro-Węgier. Jednak w jego duszy biło wielkie germańskie serce, bowiem po kompromitacji wersalskiej wsparł niezbyt wysokiego fanatyka o gorejących oczach Adolfa Hitlera i jego narodowo- socjalistyczny program ratowania Niemiec przed żydowskim spiskiem.
Od małego interesowała go fizyka, a zwłaszcza tajemniczy prąd elektryczny i sekrety materii ujawniane dzięki jego własnościom. Po studiach zajął się badaniem zjawiska fotoelektrycznego zewnętrznego, ale nie odniósł na tym polu większych sukcesów. Zostało ono wyjaśnione i opisane matematycznie znacznie później i Nobla za nie otrzymał znienawidzony przez niego fizyk żydowskiego pochodzenia, Albert Einstein. Sam Lenard nie miał jednak powodów do narzekań, gdyż już w 1905, a więc 16 lat przed Einsteinem wszedł do grona noblistów jako autor ciekawych prac ujawniających tajemnice promieni katodowych.
Będąc przez całe życie zagorzałym antysemitą, Lenard zwalczał poglądy Einsteina i jego teorię względności nie podejmując nawet żadnych polemik z jej zwolennikami. Za to w 1929 wydał pierwsze ze swych paranaukowych dzieł pt. Wielcy badacze natury (Groβe Naturforscher), a 7 lat później czterotomowe kompendium Niemiecka fizyka (Deutsche Phisik), w których zanegował osiągnięcia naukowe „podludzi”.
Po wojnie doczekał spokojnej starości w swoim własnym domu.
Johannes Stark (1874-1957), nieco młodszy od Lenarda, wychowywał się w świecie podobnych, mieszczańskich, wartości i również jego przepełniała duma bycia Niemcem.
Odebrał staranne wykształcenie i poświęcił się modnej wówczas fizyce atomowej, która stawiała pierwsze, niepewne kroki. Jako wydawca Jahrbuch der Radioaktivität und Elektronik chętnie zbierał wszystkie nowinki ze świata odkryć, w które obfitowały ówczesne czasy. Nie mógł zatem nie słyszeć o Einsteinie i jego koncepcji zaginania czasoprzestrzeni przez grawitację.
W 1907 roku zaprosił go nawet do napisania tekstu o zasadach względności i artykuł taki pojawił się w jego piśmie, jednak w późniejszych latach, kierując się antysemickimi uprzedzeniami zwalczał jego poglądy równie zaciekle jak Lenard.
Po wojnie miał mniej szczęścia niż jego starszy kolega, bowiem na fali denazyfikacji otrzymał wyrok 4 lat więzienia. I nie pomógł mu Nobel…
Leszek Stundis
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 3336
Jest ponoć jedynym ludzkim tworem, który można dostrzec z powierzchni Księżyca. Od 1987 roku jest jednym z zabytków wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. A od 2007 roku znalazł się na liście siedmiu nowych cudów świata, obok jordańskiej Petry czy peruwiańskiego Machu Picchu.
I, pomimo licznych kontrowersji dotyczących jego rzeczywistych wymiarów i historii, nadal jest uznawany za największe dokonanie chińskich architektów na przestrzeni całej historii tego kraju. Chociaż wciąż kryje wiele tajemnic, archeologom coraz częściej udaje się je rozwikłać. Z pomocą przychodzi im fotografia. Zarówno satelitarna, za pomocą której można obejrzeć cały obiekt, lotnicza - oddająca przebieg najważniejszych odcinków, jak i ta zwyczajna, stosowana z równym powodzeniem przez badaczy jak i turystów, która pozwala uchwycić piękno architektonicznych detali.
Początki
Narodziny Wielkiego Muru Chińskiego toną w pomroce dziejów. Nawet historycy obawiają się ściślejszego datowania, gdyż zapisy kronikarzy Państwa Środka noszą wszelkie znamiona propagandy, a sam zabytek jest późną wersją pierwotnego założenia i w zasadzie odzwierciedla XVI-wieczną koncepcję władców z dynastii Ming, którzy w obawie przed wrogami z północy dokonali kolejnej wielkiej przebudowy.
Przez wiele stuleci mur istniał tylko na papierze - w starych, chińskich grafikach wykonanych misternie czarnym tuszem, odpowiednio rozcieńczanym, aby uzyskać grę światłocienia.
W XVIII wieku Chiny odwiedził brytyjski malarz Harry William Parish, który uwiecznił dzieło chińskich budowniczych na płótnie. Po dziś dzień zachodzi jednak pytanie, na ile wizja Parisha była odzwierciedleniem rzeczywistości, a na ile twórczym wyobrażeniem jego tęsknoty za wielkością. Na to pytanie trudno znaleźć będzie odpowiedź.
Pierwsze wzmianki o fortyfikacjach stanowiących fundament Wielkiego Muru pochodzą z VI wieku p.n.e., z okresu znanego jako Epoka Wiosen i Jesieni, podczas którego władzę sprawowała dynastia Wschodnia Zhou. Jej autorytet miał jednak charakter wyłącznie sakralny, natomiast rzeczywiste zwierzchnictwo w swoich lennych włościach sprawowali lokalni arystokraci.
Ze względu na słabość rządów centralnych, to oni podjęli we własnym zakresie kroki w celu zabezpieczenia granic od północy i wschodu, wznosząc wały ziemne i drewniane palisady. Głównym zagrożeniem ówczesnych Chin były koczownicze plemiona znane jako Xiongnu, trudniące się przy okazji łupieniem południowego sąsiada.
Na początku V wieku p.n.e. władza Zhou została ograniczona przez samowolę książąt do północno-wschodniej części dzisiejszych Chin, natomiast na pozostałym obszarze rozgorzały z nową siłą walki wewnętrzne. Przez ponad dwa stulecia skłóceni książęta prowadzili ze zmiennym szczęściem wojny domowe, aż w końcu jeden z nich, władca królestwa Qin, o imieniu Zheng (260-210 p.n.e.) siłą zmusił pozostałych rywali do posłuszeństwa.
Megalomania i pragmatyka
Nowy imperator był człowiekiem niezwykle okrutnym i, zgodnie z opracowanym przez siebie „kodeksem powinności”, każdą niesubordynację karał śmiercią. W 221 roku p.n.e. przyjął tytuł Shi Huangdi (jak również Pierwszego Cesarza Chin), nawiązując w ten sposób do legendarnego cesarza-założyciela Państwa Środka, Huang Di.
Pomimo potężnej armii, jaką dysponował, zagrożenie z północy nadal było realne, a najazdy koczowniczych plemion rujnowały gospodarkę kraju. Xiongnu prowadzili nomadyczny tryb życia połączony z rozbójnictwem i w żaden sposób nie wykazywały skłonności do pokojowej koegzystencji z cywilizowanym sąsiadem.
Co więcej, obszar Cesarstwa Chińskiego przekroczył w tym czasie zarówno linię rzek Huang He (Żółtej Rzeki) na północy oraz Jangcy na południu, zajmując niemal całe obecne wschodnie Chiny. Plemiona południowe dość szybko udało się spacyfikować ambitnemu władcy, ale rozległe obszary dzisiejszej Mongolii i południowej Syberii, zwane Wielkim Stepem, wciąż wymykały się spod kontroli.
Tak więc imperium Shi Huangdi, zajmujące powierzchnię ok. 4 milionów km2 wymagało bardziej skutecznych zabezpieczeń granic, aniżeli system wałów ziemnych, fos, rowów obronnych czy drewnianych ostrokołów, które nie stanowiły żadnej przeszkody dla agresywnych koczowników z północy.
Cesarz zlecił zatem swemu najzdolniejszemu generałowi Meng Tianowi zbudowanie solidnych fortyfikacji, które zapobiegłyby łupieżczym wyprawom. Znakomity dowódca, chcąc wykonać zdanie, poprosił o pomoc swego starszego brata Meng Yi i razem rozpoczęli budowę Wielkiego Muru.
W ciągu jednego pokolenia obu autorom projektu udało się wznieść 2 100 km umocnień kamienno- ceglanych o wysokości od 4 do 16 m i szerokości od 4 do 8. Całość ciągnęła się od Zatoki Liaotung nad Morzem Żółtym (koło miasta Jiayuguan), aż do podnóża gór Qilian Shan (w okolicach miasta Yumen). Przedsięwzięcie było możliwe dzięki temu, że obaj budowniczowie wykorzystali stare umocnienia, które połączyli w jedną linię fortyfikacyjną.
Drugim czynnikiem sprzyjającym ich zamierzeniom było przymusowe zatrudnienie (za zgodą władcy) przy pracach budowlanych ok. 300 000 żołnierzy i prawie dwukrotnie większej liczby chłopów. Do historii przeszły drakońskie kary dla tych, którzy nie wywiązywali się ze swoich obowiązków. Ginęli śmiercią męczeńską, często zakopywani w sukcesywnie powstających odcinkach muru. Podobny los spotykał tych, którzy umierali wskutek nieludzkich warunków pracy. Późniejsi badacze doszli do makabrycznego wniosku, że ciała zmarłych „uzupełniały” zaprawę łączącą kamienie i cegły dzięki zawartym w nich włóknom mięśniowym, kolagenu i elastyny, odpornym na kaprysy aury i erozję.
Ogrom zamierzenia
Lico muru, w miejscach najbardziej narażonych na atak, było obłożone potężnymi głazami, zaś górne krawędzie zwieńczone blankami, które umożliwiały łucznikom skuteczny ostrzał.
Szerokość górnej powierzchni pozwalała w newralgicznych miejscach na przemarsz kolumny wojska liczącej dziesięciu pieszych żołnierzy w szeregu, pięciu konnych z oddziału kawalerii lub dwóch wozów bojowych, które mogły się swobodnie mijać.
Mniej więcej co 100- 200 metrów mur posiadał zadaszone wieże obserwacyjne o wysuniętych frontach przed jego lico. Spełniały one ponadto rolę telegrafu, którym przekazywano za pomocą pochodni znaki o zbliżającym się niebezpieczeństwie.
W dzień stosowano również lepiej widoczne sygnały dymne. Według dzisiejszych szacunków, popartych badaniami archeologicznymi, ogółem mogło istnieć od 20 000 do 24 000 wież i fortów. Mur posiadał również setki pilnie strzeżonych bram, jedynych miejsc przez które cudzoziemcy mogli legalnie dostawać się na obszar Chin.
Spory o długość
Entuzjastyczni autorzy kronik, jak żyjący na przełomie II i I wieku p.n.e. Sima Qian, wspominali o Wielkim Murze liczącym 10 000 li długości. Trudno powiedzieć, na ile była to prawda, skoro jedno li odpowiadało ok. 600 metrom (obecnie – 500 m). Ze względu na liczne odgałęzienia i istnienie równoległych umocnień Wielki Mur Chiński istotnie może mieć znacznie więcej kilometrów.
Sensacją stał się oficjalny komunikat z 2009 roku, ogłoszony przez chińskiego archeologa Ren Xiaoyana, że rzeczywista długość Muru wynosi dokładnie … 8 851 km. Uczony zaznaczył jednak, że sama kamienno-ceglana konstrukcja rozciąga się „jedynie” na długości 6 259,6 km. Pozostała część to bariery naturalne w postaci rzek i gór, które stanowią przeszło 25% tej liczby (ponad 2 200 km) oraz prawie 360 km sztucznie wykopanych rowów.
Trudno podważać zdanie chińskiego naukowca, choć może ono budzić kontrowersje, jako że eksploracją obiektu zajmują się niemal wyłącznie Chińczycy. Zresztą kompleksowe badania zostały podjęte stosunkowo niedawno. W 2006 roku zainicjował je Duan Jingho. Co przyniesie przyszłość, zobaczymy…
Upadek
Wielki inspirator wzniesienia muru, który miał raz na zawsze uwolnić Chińczyków od groźby inwazji z północy zmarł nagle w wieku 50 lat, w 210 roku p.n.e.
Jego następcy, głównie z obu dynastii Han (Zachodniej i Wschodniej), Sui, Song i Tang dbali o jego konserwację, ale rozbudowę ograniczyli do taktycznych uzupełnień fortyfikacji, zależnych od aktualnej sytuacji frontowej na północy i wschodzie.
Katastrofa nadeszła w 1211 roku, kiedy wojska Czyngis-chana (1155-1227) rozpoczęły szaleńczy podbój dzisiejszych północnych Chin, całej południowej Syberii, a nawet zaatakowały kraje w Azji Środkowej. Jego następcy kontynuowali politykę najazdów.
Wnuk Czyngis-chana, Kubilaj-chan (1215-94), w 1264 roku przeniósł swoją stolicę z Karakorum (obecnie Charchorin) do Chanbałyku (znanego też jako Dadu, a dzisiejszego Pekinu), a w 1279 został pierwszym cesarzem mongolskiej dynastii Yuan. Wielki Mur nie był mu potrzebny, gdyż prawie cała Azja znalazła się pod panowaniem jego krewnych. Zaprzestano nawet okresowych jego przeglądów i prac konserwacyjnych.
W okresie rządów ostatniej dynastii Qing (1644-1911) Wielki Mur znalazł się wewnątrz Cesarstwa Chińskiego i przestał pełnić jakąkolwiek rolę obronną.
Znów interesujący
W XIX wieku Wielki Mur stał się kompletną ruiną, rzadko odwiedzaną przez przyjezdnych. Władze chińskie nie ufały obcym, choć ustępowały im w sprawach ekonomicznych, obawiając się wojny. Pewnie dlatego uniknęły losu innych krajów, zamienionych na kolonie. Jednym z pionierów badań chińskiej przeszłości był sir Marc Aurel Stein (1862-1943), ale nie dane było mu bliżej przyjrzeć się Wielkiemu Murowi. Został potraktowany przez Chińczyków jako zwykły rabuś i bardzo prędko musiał opuścić Chiny.
Nieco więcej szczęścia miał szwedzki archeolog Johan Gunnar Andersson (1874-1960), któremu pozwolono obejrzeć i zbadać niektóre stanowiska i ślady kultury materialnej prehistorycznych Chin. Ale i on mógł tylko podziwiać z daleka fragmenty Muru i zrobić kilka zdjęć swoją leicą, uchodzącą wówczas za jeden z lepszych aparatów fotograficznych.
Powstanie Chińskiej Republiki Ludowej ożywiło zainteresowanie Wielkim Murem ze względów ideologicznych. Nowy przywódca Państwa Środka Mao Zedong (1893-1976) rozpoczął prace renowacyjne zabytku na niespotykaną wcześniej skalę. Jednocześnie jednak zerwał wszelkie kontakty z Zachodem, co spowodowało, że dostęp do Wielkiego Muru mieli wyłącznie chińscy naukowcy. Pozbawieni nowoczesnej metodologii skupili się jedynie na studiowaniu dawnych kronik, a nie na rzetelnych badaniach archeologicznych. Zresztą Przewodniczący Mao jasno określił rolę Muru jako symbolu słowami: Kto nigdy nie wszedł na Wielki Mur, nie ma prawa nazywać się bohaterem.
I tak odnowiony fragment Wielkiego Muru, oddalony o ok. 80 km od Pekinu, znany jako Badaling stał się atrakcją turystyczną, chętnie odwiedzaną zarówno przez Chińczyków, jak i zagranicznych turystów.
Nie mniejsze zainteresowanie wzbudza również wśród naukowców i popularyzatorów wiedzy. Od czasów Deng Xiaopinga, kiedy Chiny ponownie nawiązały kontakty z krajami Zachodu odwiedza je coraz więcej uczonych, pragnących odkryć tajemnice dawnego imperium. W ich gronie znalazł się także znany polski podróżnik i fotograf, autor wielu albumów, Andrzej Kotnowski (ur. 1938).
Wielki Mur fascynuje fotografów z wielu powodów. Dla amatorów pejzażu jest swoistym uzupełnieniem, albo tłem przedstawianego miejsca. Ci, którzy pasjonują się ujęciami panoramicznymi znajdują na jego szczycie doskonały punkt widokowy, a dla miłośników architektury jest niewyczerpanym źródłem założeń i detali dawnych, chińskich budowli.
Leszek Stundis