Historia el.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2523
Wrzenie na wsi, które towarzyszyło narodzinom II RP, miało pierwotną przyczynę w katastrofalnej sytuacji gospodarczej na ziemiach polskich, okupowanych przez wojska Niemiec i Austro-Węgier oraz poddawanych przez nie bezlitosnej gospodarczej eksploatacji. W kraju panował głód.
W lutym 1918 r. przez ziemie Królestwa przetoczyła się fala strajków o skali niewidzianej od rewolucji 1905–1907 r. Powodem był zawarty przez państwa centralne z ogarniętą rewolucją Rosją pokój brzeski, bardzo niekorzystny dla planów odbudowy państwa polskiego. Protest miał jednak nie tylko charakter polityczny, ale także ekonomiczny: chłopi bili i rozbrajali żołnierzy rekwirujących żywność i sprzeciwiali się narzuconym przez okupanta przymusowym dostawom.
Pisarka Maria Dąbrowska (1889–1965), która w latach 1910–1920 opublikowała ponad 100 artykułów w prasie ludowej i znała wieś dobrze, pisała o wspaniałych perspektywach po odzyskaniu niepodległości: wyobrażała sobie ją murowaną, dostatnią, wykształconą. Na razie jednak było źle, zarówno pod względem materialnym, jak i moralnym. „Chałupy podobne do chlewów, a chlewy gorsze od budy dzikiego człowieka” – oceniała autorka Ludzi stamtąd tuż przed wojną, w 1913 r.
W 1916 r. pisała: (…) „wieśniak, jakkolwiek inteligentny, jest pełny barbarzyństwa, ciemnoty i ciasnoty, a cnoty ma tak prymitywne, że one wystarczyć nie mogą narodowi mającemu prócz innych do spełnienia najtrudniejsze na świecie zadanie – stworzenie na nowo swego państwa”.
Reforma rolna
Najważniejszą kartą przetargową Rzeczypospolitej w relacjach z wsią była reforma rolna – w tym przede wszystkim obietnica parcelacji majątków ziemiańskich pomiędzy chłopów. Dyskusjom o kształcie reformy towarzyszyły wizje całkowitego przekształcenia ustroju rolnego: zwolennicy wyobrażali sobie polską ziemię podzieloną pomiędzy samodzielne silne gospodarstwa rolne, które będą mogły stworzyć zmechanizowane rolnicze spółki. Ziemianie przestrzegali przed spadkiem produkcji żywności kierowanej na miejski rynek (wychodząc z założenia, że rodziny chłopskie konsumowałyby same więcej tego, co wyprodukują).
10 lipca 1919 r. Sejm Ustawodawczy podjął uchwałę zapowiadającą kształt przyszłej reformy: państwo miało wywłaszczyć posiadaczy ziemi ponad określony limit (60–180 ha w centralnych regionach i do 400 ha na Kresach Wschodnich i w byłym zaborze pruskim). Ustrój rolny – uchwalił sejm – „oprzeć się winien przede wszystkim na silnych, zdrowych i zdolnych do intensywnej produkcji gospodarstwach włościańskich, opartych na zasadzie prywatnej własności różnego typu i wielkości”.
Była to fantazja o „Rzeczypospolitej farmerów”, mająca powracać przez całą II RP, a także w wizjach nowego powojennego ładu w Polsce tworzonych w okresie okupacji, wizja całkowicie nierealistyczna, ponieważ – jak zauważali trzeźwi obserwatorzy – nie było w kraju tyle ziemi, aby obdzielić nią wszystkich bezrolnych i małorolnych.
Ustawę o reformie uchwalono 15 lipca 1920 r., kiedy wojska bolszewickie zbliżały się do Warszawy, a armia polska cofała się w panice. Jej celu politycznego nikt nie ukrywał: służyła mobilizacji chłopów do obrony ojczyzny. Wywłaszczenie ziemian miało nastąpić za odszkodowaniem; ustawa zawierała przywileje dla żołnierzy broniących RP i zapis, że parcelacji mogły dokonywać tylko organy państwowe (co oczywiście było wymierzone w próby samowolnego dzielenia majątków). Odszkodowanie miało wynosić połowę ceny rynkowej ziemi, ustalanej na podstawie średniej z okolicy.
Po zakończonej zwycięstwem wojnie z bolszewikami (1921) sprawa reformy natychmiast zaczęła się ślimaczyć. Ustawa okazała się niekonstytucyjna: art. 99 konstytucji RP uchwalonej w marcu 1921 r. zapewniający ochronę własności zinterpretowano tak, że odszkodowanie za wywłaszczoną ziemię miało być równe jej wartości rynkowej. W sprawie wypowiedział się Najwyższy Trybunał Administracyjny, zalecając w styczniu 1924 r. uzgodnienie ustawy z treścią konstytucji. Procedury z ustawy o reformie z 1920 r. były długie, a w razie sporu mogły ciągnąć się latami – aż do wydania ostatecznego orzeczenia w danej sprawie przez Sąd Najwyższy.
Ustawę o wykonaniu reformy uchwalono w końcu dopiero 28 grudnia 1925 r. Jej ostateczny kształt był znacznie mniej korzystny dla chłopów: zwiększono np. wielkość majątków wyłączonych z reformy – w wypadku „wyróżniających się intensywnością produkcji” maksimum wynosiło aż od 700 (!) do 350 ha (w przypadku terenów przemysłowych i podmiejskich). Właściciel sam przy tym wyznaczał części majątku, które chciał zatrzymać – co oznaczało, że zawsze w ramach reformy pozbywał się najgorszych gruntów (za cenę bliskiej rynkowej).
Rada Ministrów co roku miała też określać kontyngent parcelacyjny, a więc wielkość obszaru do parcelacji, a to z kolei zależało od pieniędzy zarezerwowanych na ten cel w budżecie. Funduszy na realizację reformy zawsze brakowało, tym bardziej że w 1929 r. zaczął się wielki kryzys, a wraz z nim załamanie wpływów budżetowych. Reforma przyniosła więc chłopom rozczarowanie i w niewielkim stopniu zmieniła życie na wsi; Rzeczpospolita nie dotrzymała obietnicy. „Sprawę zdobycia ziemi dworskiej chłopi poświęcili na ołtarzu ojczyzny” – skomentował historyk dziejów chłopskich Jan Borkowski.
W 1939 r. prywatna wielka własność ziemska nadal zajmowała 25 proc. ogólnej powierzchni gruntów. Parcelacja w bardzo niewielkim stopniu dotknęła przy tym majątki największe; parcelowano też naturalnie najchętniej ziemie najgorszej jakości. W dwudziestoleciu 325 tys. ha lasów przeznaczono także na likwidację serwitutów (problem ciągnął się cały czas). Proces ten był jednak także niekorzystny dla chłopów: stracili np. dostęp do dwóch trzecich pastwisk objętych wcześniej serwitutami. (Usuwanie pozostałości pańszczyzny ciągnęło się długo: ostatnie powinności – na Spiszu i Orawie – zniesiono dopiero na początku lat 30. XX w.).
Parcelacja postępowała szybciej z powodów ekonomicznych niż politycznych – prawie 70 proc. ogółu rozparcelowanych majątków rozprzedali sami właściciele (z całkowitej powierzchni 2,5 mln ha rozparcelowanych w latach 1919–1939). Za nabytą w ten sposób ziemię chłopi zapłacili w sumie 2 mld złotych; raty za nabyte w parcelacji grunty rozłożone były na dziesięciolecia.
Obraz nędzy
Wieś miała też powody wspominać czasy przed 1914 r. z sentymentem. Dochody z produkcji rolnej były prawie przez całe dwudziestolecie niższe niż przed pierwszą wojną światową; najlepszy okres przypadł na trzy lata przed wielkim kryzysem (1925–1928; kryzys zaczął się w 1929 r. i trwał przynajmniej do 1935 r.). Nawet wtedy przepaść w dochodach pomiędzy wsią a miastem była olbrzymia. W 1929 r. dochód na osobę wśród „ludności rolniczej” wyniósł 643 zł rocznie, a nierolniczej – 1138 zł. W 1935 r., na dnie kryzysu, było to odpowiednio 244 zł i 572 zł (ich realna wartość była wyższa z powodu deflacji, ale nawet po jej uwzględnieniu był to ogromny spadek).
Badania, których wyniki opublikował w 1935 r. Instytut Spraw Społecznych – przeprowadzone na Rzeszowszczyźnie – przyniosły zatrważający obraz nędzy i technologicznego regresu na wsi polskiej. Przeciętna wielkość gospodarstwa w powiecie wynosiła mniej niż 3 ha. Od 1919 r. rozparcelowano tam zaledwie 2640 ha; w rękach dworów zostało jeszcze 24 tys., w tym 8,5 tys. gruntów ornych. Małe gospodarstwa chłopskie nieustannie dzielono na jeszcze mniejsze części. Konkluzje były niesłychanie ponure:
Naturalizacja gospodarki, kurczenie się obrotu kredytowego, ekstensyfikacja uprawy i wiele innych jeszcze przyczyn wpłynęło na to, że wieś coraz bardziej uniezależnia się od czynników zewnętrznych, przemieniając się w układ niemal zamknięty, o malejącej powierzchni stycznej ze światem otaczającym.
„Jakakolwiek racjonalizacja produkcji, wymagająca zwiększania nakładów gospodarczych, jest w obecnych warunkach niemożliwa” – dodawał autor studium. Chłopi, którzy zadłużali się na inwestycje w produkcję w krótkim okresie koniunktury, zostali w czasie kryzysu pozostawieni sami sobie. Trzy czwarte gospodarstw nie produkowało tyle, aby wyżywić rodzinę właściciela; sprzedawało cokolwiek tylko 10–15 proc. Marża pośredników zbywających wiejskie towary w miastach sięgała 30–40 proc. Mające z nimi konkurować spółdzielnie, zakładane przez chłopów w czasach dobrej koniunktury, były źle zarządzane i upadały. Autor badania, Jerzy Michałowski (1909–1993), oficer, pracownik ISS, w PRL dyplomata i tłumacz, pisał o powrocie do gospodarki naturalnej:
„Zupełny brak gotówki wywołał zjawisko powrotu do handlu wymiennego, a ponieważ w gospodarstwie chłopskim jedynym obok mleka produktem wytwarzanym regularnie są jaja, przejmowały one powoli (…) funkcję pieniądza, stając się jedyną niemal walutą w obrocie gospodarstwa ze sklepikiem. W jednej ze wsi obserwowałem w ciągu godziny klientelę w sklepiku. Na 18 nabywców – było to w godzinach największego ruchu – tylko 3 płaciło gotówką, w ogólnej kwocie zł 1 gr. 5, pozostali płacili jajami, których liczba wynosiła 76 sztuk przy kursie 3 grosze za sztukę”.
Michałowski, który odwiedził powiat rzeszowski w sierpniu 1934 r., szacował, że 90 proc. jego mieszkańców jest w różnym stopniu niedożywiona. Ciepły posiłek – barszcz jarzynowy z ziemniakami – jadano raz dziennie. Do barszczu dolewano mleko odtłuszczone („dla koloru”). „Chleb, konsumowany powszechnie na jesieni, w przeważającej większości małorolnych gospodarstw 1–2 morgowych od Nowego Roku do żniw jest rzadkością” – pisał. Mięsa chłopi nie jedli wcale; badacz cytował powiedzenie „chłop je kurę, gdy jest chory lub gdy kura jest chora”.
Cukier na wsi nie istnieje. Większość dzieci nie widziała go nawet nigdy, chyba w formie cukierków na odpustach. Sól używa się obecnie szarą, nieraz nawet czerwoną, bydlęcą; na wiosnę w okresie przednówka w braku gotówki nawet na te najgorsze gatunki stosuje się kilkakrotne gotowanie ziemniaków w tej samej raz osolonej wodzie. Pozatem niektórzy chłopi wygotowują beczki po śledziach i tak otrzymany wywar dodają „do smaku”.
Całkowity roczny dochód z gospodarstwa o powierzchni dwóch hektarów (a więc typowego) Michałowski szacował na 494 zł 10 gr, podczas gdy minimalną konsumpcję czteroosobowej rodziny – na 686 zł 20 gr1691. Wyliczał to, zakładając naprawdę głodowe spożycie: jedna „jednostka konsumpcyjna” Michałowskiego, czyli typowe dzienne wyżywienie dla jednej osoby, składało się w tym rachunku z półtora kg ziemniaków, jednego kg chleba, jednej kwarty mleka, odrobiny soli (za dwa gr), kapusty oraz pięciu dkg tłuszczu; łącznie kosztowało to 47 gr.
Nie było nic dziwnego w tym, że wieś nie kupowała żadnych wyrobów przemysłowych. Michałowski pisał: „Wyznaję nawet, że w odniesieniu do pierwszych z nich użycie wyrazu „konsumpcja” budzi we mnie uczucie zażenowania. W dwóch dużych wsiach, w których zbadałem dokładnie tę sprawę, okazało się z książek sklepików, że na 5 tys. mieszkańców zakupiono w lipcu 1934 r.: 1 kosę, 6 guzików nicianych, kubek aluminiowy i 10 dkg gwoździ. Ogółem wpływy gotówkowe gałęzi przemysłu połączonych w Centralnym Związku Przemysłu Polskiego, po potrąceniu prowizji [sprzedawcy – A.L.], wyniosły z terenu wsi powyższych zł 5,35”.
Pod koniec lat 30. licząca 20 mln populacja wsi otrzymywała tylko 14 proc. dochodów pieniężnych kraju. Chłopów w powiecie rzeszowskim powszechnie nie było stać na naftę, chociaż ta staniała w czasie kryzysu (a wydobywano ją tuż obok, w Zagłębiu Borysławskim). Żyli więc często w ciemnościach. „Pojawiające się w szeregu wsi łuczywo wywołuje cierpkie uwagi o powrocie do średniowiecza” – zanotował badacz.
Perspektyw na poprawę sytuacji na wsi nie było także z powodu gigantycznego przyrostu naturalnego, wynoszącego w latach 1921– 1930 blisko pół miliona głów rocznie. Na początku 1935 r. według szacunków Instytutu Gospodarstwa Społecznego na wsi było 2,4 mln osób zbędnych z punktu widzenia produkcji; według innych obliczeń było to 5–6 mln osób. Ponad połowa z nich miała mniej niż 24 lata, co może tłumaczyć temperaturę buntów lat 30.
Kompromitacja państwa
Opisami podobnymi do tego, który pozostawił Michałowski, można bez trudu zapełnić całą książkę, chociaż jego badania – ze względu na drobiazgowość i systematyczność – miały, jak sam pisał, charakter pionierski. Rządzący byli mniej zainteresowani prawdziwym obrazem sytuacji. Duża część tych elit, które były nastawione krytycznie wobec rządzącej krajem dyktatury, dostrzegała w fatalnym stanie wsi i powszechnej nędzy nie tylko cywilizacyjną porażkę, lecz także kompromitację politycznego i gospodarczego modelu państwa polskiego.
Na początku 1936 r. w elitarnych „Wiadomościach Literackich” liberalny pisarz i publicysta Antoni Słonimski (1895–1976) pisał z niewielką przesadą: „Bilans roku minionego [1935 – A.L.] przedstawia się dość niewesoło. Polska staje się jednym z najbiedniejszych krajów świata. Gdyby policzyć w Polsce ludzi nie wegetujących, ale żyjących na normalnym poziomie, okazałoby się, że całe państwo skurczyło się do rozmiarów jednego niewielkiego miasta europejskiego.
Jest w Polsce nie więcej niż paręset tysięcy ludzi korzystających z kolei, gazety, książki, teatru. Polska konsumuje cukru, tłuszczy, tytoniu, owoców mniej niż trzymilionowa Dania.
W dziedzinie wynalazków możemy poszczycić się przyrządem nie znanym dotąd na świecie. Wprowadziliśmy do dorobku ludzkości maszynkę służącą do rozdzielania zapałki na cztery części. Dzieci wiejskie, aby zdobyć zeszyt za pięć groszy, zbierają kasztany. Za trzydzieści kilo kasztanów, dostarczonych do miasteczka, pięć groszy.
(…) „Mocarstwo” skurczyło się do małej urzędniczo-wojskowej wysepki, otoczonej wielkim morzem nędzy i beznadziejności. Coraz więcej jest obywateli nie korzystających ze zdobyczy cywilizacji współczesnej. Przeciętny Poleszuk pali łuczywo. Ma on na sobie baranicę, łapcie, kożuch, koszulę, spodnie z samodziału. Jedyną rzeczą, której sam nie wyprodukował, to z carskim jeszcze orzełkiem guzik metalowy, na którym trzymają się portki. Tak wygląda polski konsument.
Prócz tej nędzy panuje jeszcze bardziej może od biedy upadlający strach. Strach jednych przed wojną czy rewolucją, strach innych przed utratą posady, przed nędzą jeszcze dotkliwszą, strach przed nową redukcją uposażeń, strach przed nie zabezpieczoną starością”.
Dzielenie zapałek – o którym wspominał Słonimski – wynikało z ich wysokiej ceny, a ta z kolei stanowiła rezultat polityki fiskalnej państwa: II RP desperacko potrzebowała pieniędzy, wydzierżawiła więc monopol wielkiemu międzynarodowemu koncernowi w zamian za pożyczkę (a monopolista wynagradzał to sobie wysokimi cenami). Druga Rzeczpospolita zrzekła się przy tym dbania o interes konsumentów, oddając w praktyce całkowitą kontrolę nad cenami zapałek dzierżawcy.
Aparat fiskalny państwa – przy wielkich potrzebach – pozostawał na tyle słaby, że monopole państwowe (tytoniowy i spirytusowy) zapewniały dużą część dochodów budżetowych. Na spadek dochodów w czasie kryzysu rząd – żeby zrównoważyć budżet – odpowiedział ponadto podwyżką podatków.
Słonimski miał także rację w sprawach kultury. Pod tym względem również na wsi panowała ciemność wymuszona przez nędzę: według Instytutu Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach w przeciętnym gospodarstwie chłopskim osoba dorosła wydawała w 1935–1936 r. na książki, prasę i pocztę łącznie tylko 1 zł 60 gr rocznie.
Kolonializm
W najbiedniejszych, wschodnich rejonach Rzeczypospolitej relacje warstw ludowych z państwem polskim komplikował dodatkowo konflikt etniczny – z ukraińskimi i białoruskimi chłopami. Odrodzona Rzeczpospolita zainstalowała tam aparat urzędniczy, którego skład narodowościowy i metody działania uderzająco przypominały administrację kolonialną.
Jak wynika z badań historyka Włodzimierza Mędrzeckiego, w województwie wołyńskim – w którym etniczni Polacy stanowili 20 proc. ludności – aparat administracyjny zatrudniał właściwie wyłącznie Polaków. W 1923 r. na 283 osoby pracujące w urzędzie wojewódzkim i w powiatach 274 określały swoją narodowość jako polską; wśród 38 wyższych funkcjonariuszy policji 36 było katolikami, a dwóch ewangelikami (na terenie o przewadze ludności prawosławnej i wyznania mojżeszowego), wszyscy uważali się też za Polaków; wśród cywilnych urzędników policji na 66 osób 62 stanowili katolicy; nawet w izbie skarbowej na 384 zatrudnionych aż 347 podawało narodowość polską. Polacy i katolicy stanowili także wyraźną większość wśród nauczycieli i pracowników oświaty, którzy przynajmniej w teorii powinni znać miejscowy język.
Porównanie do administracji kolonialnej nie jest wcale przesadzone – wystarczy porównać proporcje etniczne wśród personelu w zamorskich koloniach europejskich mocarstw, np. we francuskiej Algierii w 1956 r. – już dwa lata po wybuchu wojny o niepodległość – nie więcej niż osiem z 864 wyższych rangą stanowisk w administracji było obsadzonych przez wyznawców islamu, stanowiących przytłaczającą większość mieszkańców. Arab, nawet mówiący doskonale po francusku, miał zamkniętą karierę w administracji – podobnie jak Ukrainiec w administracji polskiej.
Czyje państwo?
Czyja więc była II Rzeczpospolita? Jeżeli potraktujemy państwo jako mechanizm redystrybucji zasobów – od nizin społecznych do elit – to odpowiedź jest jasna: II RP była państwem inteligencji urzędniczej i wojskowej. Słonimski miał rację, kiedy pisał w 1936 r. o „urzędniczo-wojskowej wysepce” otoczonej morzem nędzy. Inteligencja urzędnicza miała w II RP przywileje wyjątkowe na tle innych grup społecznych – stałe (i względnie wysokie) płace, stabilne miejsca zatrudnienia, względny dostatek, dostęp do władzy i prestiżu. Większość była zatrudniona w sektorze państwowym; z szeregów inteligencji wywodziła się kadra rządząca odrodzonym państwem.
„Polityka państwa opierała się na światopoglądzie wytworzonym w tej warstwie i nie wykraczała poza właściwe jej horyzonty” – pisał historyk II RP Janusz Żarnowski (1932–2019), co – biorąc pod uwagę historię społeczną tego czasu – trudno uznać za komplement.
Historiografia PRL pisała później o „burżuazyjnej” Polsce; naprawdę burżuazji w II RP było niewiele, a jej pozycja pozostawała słaba i uzależniona od państwa. Kosztem ogromnego fiskalizmu obciążającego warstwy ludowe – przede wszystkim chłopów, stanowiących 70 proc. populacji – II RP utrzymywała niesłychanie kosztowny, jak na możliwości ubogiego kraju, aparat urzędniczy i wojskowy. Nowoczesne państwo – gigantyczna machina do ekstrakcji zasobów – zapewniała im dochody i status.
Na szczycie tej społecznej machiny znaleźli się zresztą często ci sami ludzie, którzy w latach 1905–1907 dokonywali akcji terrorystycznych, działając w rewolucyjnej PPS (w imię nie tylko wolności, ale także równości), a później tworzyli Legiony (wielu z nich było zresztą cytowanych w tym rozdziale). To oni stali przy Piłsudskim, kiedy przejmował władzę w krwawym zamachu stanu w 1926 r., odcinając od przywileju konkurencyjne inteligenckie grupy – w tym zwłaszcza elity ruchu narodowego, bez wątpienia najbardziej popularnego wśród ogółu populacji ugrupowania politycznego w dwudziestoleciu. Szybko też porzucili program społecznych reform w imię postulatów „państwotwórczych”, co w praktyce oznaczało poddawanie kolejnych obszarów życia kontroli administracji (a także tworzenie dla inteligentów kolejnych posad, których nie mogła dostarczyć słaba gospodarka).
Propozycje zmian
Od śmierci Piłsudskiego życie polityczne w II RP ulegało szybkiej radykalizacji. PSL, PPS oraz obóz narodowy – z którego odłączyła się w latach 30. skrajna, zapatrzona w stronę faszyzmu prawica – składały warstwom ludowym konkurencyjne wobec obozu piłsudczyków propozycje polityczne. W dyskusjach prowadzonych w PPS w czasie programowego zjazdu radomskiego (1937) podkreślano, że kapitalizm się załamał: działacze PPS proponowali planowanie gospodarcze, nacjonalizację kredytu i wielu gałęzi produkcji oraz daleko idące „uspołecznienie” kontroli nad gospodarką.
PPS już wówczas proponowała radykalną reformę rolną, włącznie z przekazaniem zabudowań dworskich na cele społeczne – „szkoły, przedszkola, żłobki, domy ludowe itp.”, jak zapisano w programie. Po drugiej stronie ideologicznej skrajna prawica również mówiła o radykalnej redystrybucji: w jej idealnej wizji Polska miała być krajem drobnych producentów, utrzymujących się na dostatnim poziomie z własnych warsztatów pracy, działających pod kontrolą wszechobecnej organizacji „narodowej” (a więc faktycznej monopartii).
Wywłaszczenie miało naturalnie dotknąć w pierwszej kolejności Żydów, przedstawianych przez prawicę – zarówno stary obóz narodowy, jak i młodych radykałów – jako twórców bolszewizmu i kapitalizmu równocześnie, dwugłowej hydry zagrażającej tradycji, religii i rodzinie polskiej. „Gdy przeprowadzi się wywłaszczenie bez odszkodowania majątków żydowskich, gdy się pozbawi Żydów prawa zajmowania się wszelkimi zawodami, nie będzie w Polsce bezrobocia” – pisała prasa obozu narodowego.
Postulaty programowe właściwie wszystkich ugrupowań stawały się jeszcze bardziej radykalne w czasie okupacji po klęsce wrześniowej 1939 r. i upadku rządów piłsudczyków. Pod koniec wojny już właściwie wszystkie liczące się ugrupowania obiecywały likwidację bezrobocia (a przynajmniej powszechną ochronę przed jego skutkami), reformę rolną, wielkie programy ubezpieczeń społecznych, powszechną i darmową edukację, planowy rozwój gospodarczy.
W trakcie okupacji Stronnictwo Ludowe w kolejnych dokumentach programowych zrezygnowało np. z parcelacji majątków za odszkodowaniem. Proponowano m.in. pozostawienie „obszarnikom” 50 hektarów ziemi; ewentualnie mogliby ją dobrowolnie oddać, a wówczas państwo zapłaciłoby za przekwalifikowanie ich i nauczyło społecznie użytecznej pracy.
„Polska powojenna dążyć będzie do zagwarantowania swej ludności zatrudnienia i godziwego zarobku, usuwając w ten sposób ze swych ziem klęskę bezrobocia” – obiecywał rząd RP w Londynie w 1942 r. Na tle tych obietnic Manifest PKWN, opublikowany przez komunistów 22 lipca 1944 r., stanowił właściwie zbiór umiarkowanych postulatów: obiecywał to, co inne partie – Polskę Ludową, czyli bardziej sprawiedliwą dla zwykłych ludzi.
Adam Leszczyński
Jest to obszerny fragment najnowszej książki autora Ludowa historia Polski, o której pisaliśmy w SN 12/20.
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 680
Bezsensowna rzeź I wojny światowej rozpoczęła się od zabójstwa jednego człowieka, następcy tronu europejskiego imperium, którego nazwisko nie było wówczas szczególnie znane. Arcyksiążę Franciszek Ferdynand Karol Ludwik Józef Maria był przypuszczalnym spadkobiercą Cesarstwa Austro-Węgierskiego w czerwcu 1914 roku.
Jego zabójcą był młody student z bośniackich Serbów (Gawriło Princip – przyp. red.SN), a zabójstwo następcy tronu zapoczątkowało serię katastrofalnych wydarzeń, w wyniku których zginęło ponad 20 milionów ludzi, z czego połowa to cywile. Dodatkowe 20 milionów ludzi zostało rannych.
Zginęły całe pokolenia młodych mężczyzn z Anglii, Francji, Rosji, Austrii i Niemiec. Gospodarki narodowe zostały zrujnowane.
Pod względem ekonomicznym I wojna światowa spowodowała największą globalną depresję XX wieku. Powojenny świat gospodarczy zmagał się z zadłużeniem wszystkich głównych krajów (z wyjątkiem USA. Gwałtownie wzrosło bezrobocie. Wzrosła inflacja, najbardziej dramatycznie w Niemczech, gdzie bochenek chleba kosztował 200 milionów marek.
I wojna światowa zakończyła okres sukcesów gospodarczych. Nastąpiło dwadzieścia lat niepewności fiskalnej i cierpień. Uważa się, że weterani wracający do domu z I wojny światowej przywieźli ze sobą grypę hiszpankę, która zabiła prawie milion Amerykanów. Wojna położyła również podwaliny pod II wojnę światową.
Czy to zabójstwo następcy tronu wywołało wojnę światową, czy też działały inne czynniki? Dlaczego Stany Zjednoczone zaangażowały się w europejski konflikt, zwłaszcza gdy przytłaczająca liczba Amerykanów była przeciwna zaangażowaniu Stanów Zjednoczonych?
Pomimo dużego społecznego sprzeciwu wobec wojny, Kongres w przeważającej większości głosował za nią: 373 do 50 w Izbie Reprezentantów, 82 do 6 w Senacie. Politycy przeciwstawili się życzeniom ludzi, których mieli reprezentować. Co się stało? Czy coś innego kierowało ich głosami?
JP Morgan and Company była jedną z największych firm bankowości inwestycyjnej na świecie. Sam JP Morgan był oficjalnym agentem biznesowym rządu brytyjskiego w Stanach Zjednoczonych i głównym kontaktem dla Allied Loans podczas wojny. Podobnie, EI du Pont Company była największą firmą chemiczną w Ameryce. Te dwie niezwykle bogate i potężne firmy wraz z innymi amerykańskimi producentami, w tym amerykańskimi producentami broni, były ściśle powiązane z prezydentem Woodrowem Wilsonem.
Kiedy rozpoczęła się I wojna światowa, JP Morgan miał rozległe pożyczki dla Europy, które zostałyby utracone, gdyby alianci zostali pokonani. Du Pont i inni amerykańscy producenci broni mogliby osiągnąć astronomiczne zyski, gdyby Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny. Historyk Alan Brugar napisał, że z każdego żołnierza, który zginął w bitwie, międzynarodowi bankierzy osiągnęli zysk w wysokości 10 000 dolarów. Jak JP Morgan napisał do Wilsona w 1914 roku: „Wojna powinna być ogromną szansą dla Ameryki”.
Kiedy wojna się skończyła i policzono zabitych i rannych, w Stanach Zjednoczonych narosły podejrzenia, że nikczemne interesy popchnęły Stany Zjednoczone do wielkiej rzezi. Rozpoczęto raportowanie śledcze i przesłuchania w Kongresie.
W 1934 roku bestsellerem stała się książka Helmutha Engelbrechta Kupcy śmierci. Książka ujawniła nieetyczne praktyki biznesowe producentów broni i przeanalizowała ich ogromne zyski podczas I wojny światowej. Autor doszedł do wniosku, że „powstanie i rozwój handlarzy bronią ujawnia, że są oni rosnącym zagrożeniem dla pokoju na świecie”. Chociaż nie był to jedyny powód przystąpienia Stanów Zjednoczonych do wojny, stało się jasne, że handlarze śmiercią lobbowali za wojną zarówno w Kongresie, jak i u Prezydenta.
Amerykańska opinia publiczna była wściekła. W 1934 roku prawie 100 000 Amerykanów podpisało petycję sprzeciwiającą się zwiększeniu produkcji zbrojeniowej. Weterani paradowali przez Waszyngton w 1935 roku w marszu na rzecz pokoju. Generał dywizji piechoty morskiej Smedley Butler, dwukrotny zdobywca Medalu Honoru, opublikował swoją książkę War is a Racket, w której twierdzi, że był „wysokiej klasy mięśniakiem wielkiego biznesu, Wall Street i bankierów. Krótko mówiąc, byłem oszustem; gangsterem dla kapitalizmu”. Jego książka również stała się bestsellerem.
Rosnąca fala publicznego oburzenia skłoniła senatora Geralda Nye do zainicjowania przesłuchań w Kongresie w celu zbadania, czy amerykańskie korporacje, w tym producenci broni, doprowadziły Stany Zjednoczone do I wojny światowej. W ciągu dwóch lat komisja Nye przeprowadziła 93 przesłuchania i wezwała ponad 200 świadków do złożenia zeznań, w tym JP Morgan i Pierre S. DuPont.
Komisja przeprowadziła szeroko zakrojone dochodzenie, przeszukując akta producentów broni. Odkryli przestępcze i nieetyczne działania, w tym przekupywanie zagranicznych urzędników, lobbowanie rządu Stanów Zjednoczonych w celu uzyskania sprzedaży zagranicznej, sprzedaż broni obu stronom sporów międzynarodowych oraz tajne podważanie konferencji rozbrojeniowych.
„Komitet codziennie wysłuchiwał ludzi, którzy starali się bronić aktów, które uważały ich za międzynarodowych oszustów, nastawionych na czerpanie korzyści z gry polegającej na uzbrajaniu świata do walki z samym sobą” — oświadczył senator Nye w przemówieniu radiowym z października 1934 roku.
Senacka Komisja Nye zaleciła kontrolę cen, przekazanie stoczni Marynarki Wojennej z rąk prywatnych i zwiększenie podatków przemysłowych. Senator Nye zasugerował, że po wypowiedzeniu wojny przez Kongres podatki od rocznych dochodów poniżej 10 000 USD powinny być automatycznie podwajane, a wyższe dochody powinny być opodatkowane w wysokości 98%. Pewien dziennikarz napisał wówczas: „Gdyby taka polityka została wprowadzona w życie, biznesmeni staliby się naszymi czołowymi pacyfistami”.
Amerykańska opinia publiczna była oburzona ustaleniami komisji i stworzyła w ten sposób jedne z największych organizacji pokojowych, jakie kiedykolwiek znał kraj. Zobowiązując się do trzymania się z dala od wszystkich przyszłych wojen europejskich, amerykańskie kampusy uniwersyteckie w latach trzydziestych XX wieku miały tysiące studentów składających przysięgę, że nigdy nie będą walczyć w zagranicznej wojnie.
Rolnicy, robotnicy, intelektualiści, ministrowie, ludzie ze wszystkich środowisk zadeklarowali, że nigdy więcej nie wezmą udziału w wojnie toczonej w celu zwiększenia zysków korporacji.
A potem biznes zaczął się bronić. Lobbowali w Kongresie, aby odcięli finansowanie komitetu Nye, co wkrótce zrobili. Przeciwko senatorowi Nye zorganizowano kampanię oszczerstw. Dni komisji były policzone.
W końcu Komitet Nye wykazał, że „te firmy były sercem i centrum systemu, który sprawiał, że wojna była nieunikniona. Brukowali i smarowali drogę do wojny”.
Wraz z II wojną światową wojskowy kompleks przemysłowy eksplodował i zdominował amerykańskie życie gospodarcze i polityczne.
Dziś handlarze śmiercią prosperują za zasłoną dwulicowości i sprytnych kampanii medialnych. Zasymilowali media głównego nurtu i środowisko akademickie w swoim konglomeracie. Ale ich zbrodnie są jasne, a dowody są przytłaczające. Gdziekolwiek się udają, towarzyszy im cierpienie i śmierć, zbrodnie wojenne i okrucieństwa, zyski i wykup akcji.
Dziewięćdziesiąt lat po pierwotnych przesłuchaniach Merchants of Death, Merchants Death War Crimes Tribunal z 2023 r. pociągnie amerykańskich producentów broni do odpowiedzialności za pomoc i podżeganie rządu Stanów Zjednoczonych do popełniania zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. Ten Trybunał rzuci światło na tych, którzy czerpią zyski z wojny i będzie dążył do zakończenia ich krwawej franczyzy. Niech ten czas będzie ostatnim. Możemy nie mieć kolejnej szansy.
Brad Wolf
Brad Wolf jest byłym dziekanem college'u, prawnikiem i obecnym dyrektorem wykonawczym Peace Action Network w Lancaster, a także organizatorem zespołu dla Merchants of Death War Crimes Tribunal.
Oryginalnym źródłem tego artykułu jest PeaceVoice, 6.05.23
Global Research, 9.05.23: https://www.globalresearch.ca/war-profit-very-short-history/5818776
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 5474
W połowie 1944 roku II wojna światowa w Europie znalazła się w decydującej fazie zarówno na froncie zachodnim, jak i na wschodnim. Po rozpoczęciu przez Armię Czerwoną, w dniach 23-24 czerwca, wielkiej ofensywy i przełamania oporu wojsk niemieckich na terytorium ZSRR, oddziały 1. Frontu Ukraińskiego pod dowództwem marszałka Iwana Koniewa wkroczyły na terytoria przedwojennego państwa polskiego (II Rzeczypospolitej): 3 stycznia 1944 roku wyparły Wehrmacht z okolic miejscowości Sarny; 5 lutego zdobyły Równe i Łuck i przeszły do natarcia na Lwów–Sandomierz.
Z kolei jednostki 1. Frontu Białoruskiego pod dowództwem gen. armii Konstantego Rokossowskiego ruszyły 18 lipca do ataku na kierunku brzesko-warszawskim. Dwa dni później sforsowały Bug i wkroczyły na terytorium traktowane przez Józefa Stalina jako rdzennie polskie.
W pierwszym zajętym 22 lipca przez nie mieście, Chełmie, ogłoszony został przez radio moskiewskie Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego (PKWN), utworzonego dzień wcześniej na mocy i za zgodą Józefa Stalina. Po wyzwoleniu Lublina (23-24 lipca) wojska 1. Frontu Białoruskiego dotarły do Wisły na wysokości Dęblina (25 lipca) i rozpoczęły natarcie na Warszawę, które w pierwszej fazie zostało przez Niemców odparte.
Na wyzwolonych obszarach PKWN pełnił początkowo funkcje głównie administracyjne i zyskiwał, mimo że pochodził z kremlowskiego nadania, aprobatę części społeczeństwa mającego w pamięci lata hitlerowskiej okupacji i terroru. Faktyczną, realną władzę, podejmującą decyzje polityczne sprawowało NKWD, wywiad wojskowy, tzw. SMIERSz, niekiedy dowódcy jednostek Armii Czerwonej.
Większość Polaków za przedstawiciela suwerennej Polski uważała rząd na uchodźstwie w Londynie i obawiała się, nie bez podstaw, że uwolnienie kraju spod okupacji hitlerowskiej przez Armię Czerwoną stanowi groźbę jego satelizacji i całkowitego podporządkowania.
Ważną decyzją PKWN było ogłoszenie dekretu o reformie rolnej 6 września 1944 roku zakładającą parcelację bez odszkodowania majątków i gospodarstw powyżej 50 ha ( na Ziemiach Odzyskanych przekraczających 100 ha). Oznaczało to przewrót w stosunkach agrarnych i zniesienie ziemiaństwa jako elitarnej grupy społecznej. Tylko do końca 1944 roku władze rozparcelowały ponad 300 tys. ha, z których ok. 212 tys. otrzymali chłopi bezrolni i małorolni. Część gruntów rolnych przeznaczono na mające powstać gospodarstwa państwowe.
Oczekiwanie znacznej części polskiego społeczeństwa na wyzwolenie kraju przez aliantów, pozostającego pod wpływem poglądów politycznych po wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku, nie miało najmniejszych szans urzeczywistnienia. Zwycięska ofensywa Armii Czerwonej i jej wkroczenie na ziemie polskie przekreśliły założenia, że ZSRR nie będzie skutecznie decydować o sytuacji w Europie Środkowej i Południowo-Wschodniej. Polska nie była w stanie zapobiec uzależnieniu od potężnego wschodniego sąsiada, w żaden możliwy sposób nie mogła pozostać w orbicie wpływów mocarstw zachodnich. Po decyzjach Wielkiej Trójki (USA, ZSRR, W. Brytania) w Teheranie (28 listopada -1 grudnia 1943) i w Jałcie (4-11 lutego 1945) stało się jasne, że Polska pozostanie w radzieckiej strefie wpływów.
Waga Mazowsza
Doprowadzenie do klęski III Rzeszy wymagało, by Armia Czerwona rozwijała ofensywę na ziemiach polskich – przez nie wiodła najkrótsza droga do Berlina. W lecie i jesienią 1944 roku i zimą 1945 roku toczyła ona zacięte walki z Niemcami na Mazowszu. Przyjmując, że historyczne ziemie tego regionu, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku, znalazły się w większości w województwie warszawskim, a ich część północno-wschodnia i południowo-wschodnia włączone były do województwa białostockiego i lubelskiego, działania wojenne należy analizować na tych obszarach. Stanowiły one zwarte terytorium operacyjne w starciach między wojskami radzieckimi a niemieckimi. Walki na tym obszarze miały znaczenie zarówno militarne, jak i polityczne ze względu na to, że na Mazowszu położona jest Warszawa – stolica Polski.
W połowie lipca 1944 roku wojska radzieckie 1. i 2. Frontu Białoruskiego dotarły do Prus Wschodnich w rejonie Augustowa i zajęły podstawy wyjściowe nad Biebrzą i Narwią (na odcinku od Łomży do Serocka) oraz Wisłą pod Magnuszewem.
Natarcie na Warszawę wymagało rozbicia wojsk niemieckich w rejonie Białegostoku i Brześcia i rezygnacji z czołowego ataku na stolicę. W tej sytuacji oddziały 2. Frontu Białoruskiego, po opanowaniu 27 lipca Białegostoku, miały rozpocząć natarcie w kierunku Zambrowa i Ostrołęki, a ugrupowania 1. Frontu Białoruskiego działać na kierunku Ciechanowiec-Pułtusk, Brześć-Siedlce i Chełm-Lublin. Celem tych działań miało być okrążenie wojsk niemieckich i wyjście nad Narew i Wisłę na południe od Warszawy.
Zacięte walki doprowadziły do wyzwolenia 23 lipca Łukowa, 24 lipca Międzyrzecza i pięciodniowych starć o Siedlce, z których wyparto Niemców ostatecznie 31 lipca, po kapitulacji twierdzy Brześć (28 lipca). Opanowano także powiat Bielsk Podlaski. Wojska radzieckie wyszły na linię Suraż-Ciechanowiec i nacierały na Ostrów Mazowiecką.
Oddziały pancerne przełamały obronę niemiecką pod Garwolinem i Parysowem, 29 lipca zajęły Karczew i Kołbiel, a 30 lipca Otwock, Wołomin, Radzymin i znalazły się na przedpolach Warszawy od strony Pragi. Jednakże bitwa pancerna w okolicach tych dwóch ostatnich miejscowości, stoczona 5 sierpnia, przyniosła sukces wojskom niemieckim, co zahamowało radziecką ofensywę na Warszawę. Nie powiódł się zatem plan opanowania Pragi przez wojska prawego skrzydła 1 Frontu Białoruskiego.
Autonomiczna decyzja Warszawy
Natarcie Armii Czerwonej na Warszawę zostało zatrzymane w czasie, gdy od 1 sierpnia 1944 roku wybuchło powstanie i trwały w niej walki z Niemcami, które bez pomocy aliantów, zwłaszcza ZSRR, skazane było na klęskę. Meldował o tym 8 sierpnia Sztabowi Naczelnego Wodza w Londynie gen. Tadeusz Bór – Komorowski, prosząc o przekazanie dowódcy Okręgu Warszawskiego płk. Antoniemu Chruścielowi („Monter”) informacji o tragicznym położeniu powstańców marszałkowi K. Rokossowskiemu. Stwierdzał, że prowadzą oni walkę z Niemcami w Warszawie z udziałem całej ludności i wszystkich organizacji wojskowych, scalonych w Armii Krajowej i tych, które do walki dołączyły się, jak Milicja Robotnicza, Armia Ludowa i inne. Płk. Chruściel określił, że pomoc wojsk radzieckich jest koniecznością. Starcia, skazane na niepowodzenie wskutek miażdżącej przewagi Niemców, zakończyły się podpisaniem przez gen. Bora aktu kapitulacji 2 października 1944 roku. Przyczyny i konsekwencje wybuchu powstania warszawskiego są do dzisiaj przedmiotem sporów i skrajnie rozbieżnych ocen.
Klęska powstania warszawskiego oznaczała jednocześnie załamanie Akcji „Burza”, paraliż organizacyjny i częściowo moralny Armii Krajowej. Nie otrzymała ona precyzyjnych rozkazów jak postępować w warunkach obecności zwycięskiej Armii Czerwonej. By zapobiec nierozważnym działaniom, pełniący obowiązki Komendanta Głównego AK gen. Leopold Okulicki raportował 9 grudnia 1944 roku prezydentowi Rzeczypospolitej na uchodźstwie: „Dalsze utrzymywanie pod bronią oddziałów zmobilizowanych w czasie „Burzy” stało się niemożliwością./.../ Dużo oddziałów prowincjonalnych zostało rozbitych/.../, powstało niebezpieczeństwo przekształcenia się takich grupek w zwykłe bandy rabunkowe...”
W tej sytuacji rząd emigracyjny polecił gen. Okulickiemu rozwiązać „istniejące w terenie po stronie sowieckiej oddziały konspiracyjne i partyzanckie Armii Krajowej”, lecz zachować „ szkieletową sieć komórek ściśle konspiracyjnych”. W dwa dni po wyzwoleniu Warszawy, tj. 19 stycznia 1945 roku, gen. Okulicki nakazał rozwiązanie Armii Krajowej i apelował, by jej żołnierze realizowali wartości niepodległego państwa polskiego. Zdawał sobie sprawę, że walka zbrojna z frontowymi oddziałami Armii Czerwonej i resortami siłowymi PKWN jest politycznie chybiona, a militarnie pozbawiona jakichkolwiek szans na zwycięstwo. Zdecydowana większość żołnierzy AK podporządkowała się tym decyzjom, lecz nie uznały ich ugrupowania Narodowych Sił Zbrojnych i Narodowej Organizacji Wojskowej, a także nieliczne jednostki AK działające na Kresach.
Powstanie warszawskie okazało się politycznym i militarnym kryterium prawdziwych intencji Stalina. Jego postawa i decyzje są ciągle przedmiotem sporu historyków. „ Generalnie przeceniamy – twierdzi prof. Andrzej Skrzypek – znaczenie militarne powstania. Było ono demonstracją – niestety bezsilności. Czy oddziały 1. FB (Frontu Białoruskiego) mogły sforsować Wisłę i pomóc – jest dyskusyjne. Początkowo zapewne nie mogły, a potem sprzeczności polityczne uniemożliwiły jakąkolwiek akcję”.
Oceny sytuacji
Terytorium Polski znalazło się w strefie radzieckiej okupacji wojskowej, na którym walczyły z Niemcami cztery fronty Armii Czerwonej, organizacyjnie od siebie niezależne. Ich dowództwa stanowiły ośrodki władzy na wyzwalanych spod hitlerowskiej okupacji ziemiach polskich. Dawały one ochronę polityczną i militarną PKWN. Prof. Adam Schaff ocenił („Moje spotkania z nauką polską”), że w ówczesnej sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej „była tylko alternatywa: albo wcielić Polskę w ramy Związku Radzieckiego jako 16 republikę, albo przyjąć formę /.../ kraju o ograniczonej suwerenności, co uznawali wszyscy dookoła – zarówno przyjaciele, jak i wrogowie, prócz nieprzejednanych /... /, innej alternatywy nie było”. Opinię tę podzieliła prof. Krystyna Kersten twierdząc, że „żadna polityka polska/.../nie mogła zapobiec włączeniu Polski w sferę dominacji radzieckiej i co za tym idzie – ustanowieniu władzy komunistów”(„Między wyzwoleniem a zniewoleniem. Polska 1944-1956”).
Armia Czerwona i towarzyszące jej jednostki bezpieczeństwa i wywiadu nie tolerowały na obszarze swoich działań bojowych obecności żadnych ugrupowań zbrojnych nie uznających władzy PKWN. Były one zwalczane w sposób brutalny i bezwzględny w akcjach tzw. oczyszczania tyłów. Aprobował je prezydent USA Franklin Delano Roosvelt, który w liście z 6 lutego 1945 roku pisał do radzieckiego dyktatora, iż „armia Wasza, posuwająca się na Berlin, powinna mieć zapewnione bezpieczeństwo na tyłach”. Stwierdził także, że: „Żaden rząd tymczasowy, który by przysparzał Waszym silom zbrojnym jakichkolwiek tego typu kłopotów, nie może być przez Was i nie powinien być przez nas tolerowany” (Andrzej Skrzypek, „Mechanizmy uzależnienia. Stosunki polsko – radzieckie 1944-1947”). Stanowisko Roosvelta było zgodne z zapisami konwencji haskiej z 1907 roku.
Armia Czerwona i służby specjalne ZSRR zwalczały wszelkie przejawy i formy działalności antykomunistycznej. Już w sierpniu 1944 roku doszło do aresztowań na obszarze tzw. Polski lubelskiej: 23 sierpnia wywieziono 213 żołnierzy z obozu nr 43 w Skrobowie do miejsca odosobnienia w Riazaniu. Każdy front Armii Czerwonej dysponował obozami, w których przetrzymywano żołnierzy i działaczy polskiego podziemia niepodległościowego. Na obszarze Mazowsza i Podlasia powstały obozy w Sokołowie Podlaskim, Lublinie, Rembertowie, Kutnie, Skierniewicach, Ciechanowie, Działdowie, Puławach, Łodzi, Radomiu, Sandomierzu, Włoszczowie, a także w Olsztynku i Iławie. W miarę posuwania się wojsk radzieckich na zachód obozy te przenoszono na tereny oswobodzone spod niemieckiej okupacji.
Ocenia się, że tylko w okresie jesień 1944 – wiosna 1945 łącznie aresztowano i deportowano do ZSRR ponad 61 tys. osób.
Akcja „oczyszczania tyłów” spowodowała nasilenie działań antyradzieckich i antykomunistycznych, aktywizacji ugrupowań podziemia określanego dość powszechnie po 1989 roku mianem niepodległościowego.
Skutki powstania
Powstanie warszawskie nie osiągnęło żadnego zakładanego celu – ani politycznego, ani wojskowego. Niemcy nie zostali wyparci z Warszawy, która została wyzwolona 17 stycznia 1945 roku przez wojska radzieckie i walczące razem z nią oddziały 1. Armii Wojska Polskiego.
Zahamowanie ofensywy Armii Czerwonej opóźniło wyzwalanie Mazowsza. Wprawdzie 8 sierpnia 1944 roku marszałkowie Gieorgij Żukow i K. Rokossowski przedłożyli Stalinowi plan przygotowania i przeprowadzenia warszawskiej operacji zaczepnej, lecz nie została ona przez niego zaakceptowana. Miano ją rozpocząć, gdy prawe skrzydło 1 Frontu Białoruskiego dotrze do Narwi i opanuje przyczółki na jej zachodnim brzegu na odcinku Pułtusk – Serock.
Zakładano, że operacje tę można rozpocząć 25 sierpnia z zadaniem dotarcia do rubieży: Ciechanów, Płońsk, Wyszogród, Sochaczew, Skierniewice, Tomaszów. Profesor Andrzej Werblan stwierdza, że zdobycie Warszawy mogłoby nastąpić 27 lub 28 sierpnia. „Stalin tego planu nie zaakceptował, ale przecież nakazał jego opracowanie. Nie zrobił tego dla propagandy – sądzi Werblan – plan pozostał w tajnych archiwach przez następne trzydzieści lat. /.../ Gdyby istniały polityczne przesłanki, operacja warszawska byłaby realizowana jako swoisty prezent dla Stanisława Mikołajczyka, premiera nowego rządu w koalicji z PPR. Nic z tego nie wyszło, więc operacja została odłożona. Z czysto wojskowego punktu widzenia była raczej nieracjonalna, wymagała zbyt dużo wysiłku dla zbyt małego efektu.” („Modzelewski-Werblan. Polska Ludowa”. Rozmawia Robert Walenciak).
Odrzucenie przez Stalina tego planu spowodowało, że K. Rokossowski rozkazał zintensyfikowanie działań bojowych na skrzydłach 1 Frontu Białoruskiego, zwłaszcza skrzydła prawego. W dzienniku frontowym opisano, że: „ W sierpniu 1944 r. wojska 1. Frontu Białoruskiego, rozwijając natarcie, sforsowały Nurzec, Bug, Brok, opanowały 800 miejscowości, w tym miasta: Węgrów, Kałuszyn, Liw, Małkinia Górna, Mińsk Mazowiecki, Ostrów Mazowiecka, Sokołów, Tłuszcz, Ciechanowiec, przesunęły się na głębokość do 100 km, dotarły do Narwi od Pułtuska do jej ujścia, przekroczyły rzekę i zdobyły przyczółek na jej zachodnim brzegu. Wojska lewego skrzydła 1. Frontu Białoruskiego utrzymały swoje pozycje na podejściach do Pragi, odparły próbę nieprzyjaciela wyparcia naszych oddziałów na północny wschód od Pragi i tym samym wzmocniły swoje pozycje”.
W meldunku tym nie podano, że wojska radzieckie uchwyciły ważny przyczółek na północnym brzegu Bugu na wschód od Wyszkowa. 10 sierpnia zdobyły one Stanisławów, 31 sierpnia wyzwoliły Radzymin a 6 września, po ciężkich walkach, opanowały Wołomin.
Barierą Wisła
Pod koniec sierpnia 1944 roku Armia Czerwona natrafiła na coraz silniejszy opór nieprzyjaciela po przegrupowaniu oddziałów armii „Środek” gen. płk. Hansa G. Reinhardta do rejonu Serocka i Zegrza oraz na przedmoście praskie. Dowództwo niemieckie odtworzyło na centralnym odcinku strategiczny front co zmusiło wojska radzieckie do przejścia do obrony. W rezultacie Naczelne Dowództwo Armii Czerwonej wydało dyrektywę o przeniesienie jej głównego wysiłku na południowy fragment frontu.
Zdobycie Pragi w dniach 10-14 września było sukcesem wojsk radzieckich, lecz nie oznaczało, że są one gotowe do udzielenia pomocy walczącym powstańcom, mimo że front przenosił się z przedpola do stolicy. Warszawski węzeł komunikacyjny stracił dla wojsk niemieckich walczących nad Wisłą i Narwią znaczenie operacyjne, komplikował ich zaopatrywanie w sprzęt bojowy i amunicję.
Nieudane forsowanie Wisły w dniach 16-23 września przez oddziały 1. Armii Wojska Polskiego pod dowództwem gen. dywizji Zygmunta Berlinga oznaczało osamotnienie walczących powstańców. W tej sytuacji dowódca 1. Frontu Białoruskiego nakazał, rozkazem z 23 sierpnia, przejście 1. Armii WP do obrony na wschodnim brzegu Wisły na odcinku od Pelcowizny do Karczewa.
Zacięte walki o utrzymanie zdobytych przez oddziały 1. Frontu Białoruskiego i 1. Armii Wojska Polskiego pozycji trwały po kapitulacji formacji powstańczych Armii Krajowej. W październiku i listopadzie jednostki 2. Frontu Białoruskiego walczyły o utrzymanie przyczółków pod Różanem i Pułtuskiem a jednostki 1. Armii Wojska Polskiego nacierały w kierunku Tarchomina, Jabłonny i Legionowa.
Wielka operacja
Zgodnie z planem Naczelnego Dowództwa Armii Czerwonej, przyjętym 28 listopada 1944 roku, w styczniu 1945 roku rozpoczęto ofensywę siłami pięciu frontów, której celem było rozbicie wojsk hitlerowskich między Wisłą a Odrą. W szczególności oddziały 2. i 3. Frontu Białoruskiego miały zlikwidować opór niemieckiej armii „Środek” i z przyczółków na prawym brzegu Narwi nacierać na Mławę i Malbork.
Ofensywa Armii Czerwonej na Mazowszu, rozpoczęta 14 stycznia 1945 roku, natrafiła na silny opór wojsk niemieckich, które umocniły swoje pozycje nad Narwią, Pisą, Orzyszem, Wkrą, Drwęcą, Pilicą, Wisłą, Bzurą i Rawką. Przełamując obronę wojsk niemieckich siły 1. Frontu Białoruskiego wkroczyły, jak wspomniano, 17 stycznia 1945 roku do Warszawy, a 19 stycznia wyzwoliły Gostynin, najdalej na zachód wysunięty powiat woj. warszawskiego.
Armie 2. Frontu Białoruskiego toczyły w tym czasie walki na północnych terenach tego województwa. Kolejno wyzwoliły 17 stycznia: Maków Mazowiecki, Ciechanów i Pułtusk. Ich uderzenie na cofające się wojska hitlerowskiego okupanta, doprowadziło do oswobodzenia 18 stycznia: Przasnysza, Gruduska, Glinojecka, Modlina i Zakroczymia. Następnego dnia oddziały 2. Frontu Białoruskiego wyparły Niemców z Mławy, Działdowa i Szreńska, a 20 stycznia wyzwoliły Żuromin, Płońsk, Raciąż i Czerwińsk.
W dniach 20-21 stycznia jednostki tego frontu oswobodziły spod hitlerowskiej okupacji północną część woj. warszawskiego z takimi miastami jak Chorzele, Bielsk, Wyszogród, Sierpc (20 stycznia) i 21 stycznia największe miasto – Płock. Już 30 stycznia 1945 roku Armia Czerwona i oddziały Wojska Polskiego przekroczyły pod Sępólnem dawną granicę zachodnią II Rzeczpospolitej.
Na ziemiach polskich Armia Czerwona przeprowadziła jedną z największych operacji drugiej wojny światowej i zrealizowała tak pod względem militarnym, jak i politycznym, założone przez Stalina cele. Na kierunku jej głównego uderzenia, w tym i na Mazowszu, tj. w pasie działań 1. i 2. Frontu Białoruskiego i 1. Frontu Ukraińskiego, obejmującym 550 km odcinek frontu od Ostrołęki do Jasła, skoncentrowano 3,5 mln żołnierzy, około 10,5 tys. wozów bojowych, około 50 tys. dział i moździerzy i 6,8 tys. samolotów.
Straty
Wyzwolenie Mazowsza dawało nadzieję na jego szybką odbudowę, tym bardziej, że było ono zniszczone w rezultacie działań militarnych i pięcioletniej okupacji hitlerowskiej. Straty demograficzne wyniosły w latach 1939-1945 ponad 207 tys. mieszkańców, a ok. 24,5 tys. uznano za zaginione. Na północnym Mazowszu hitlerowscy okupanci zamordowali ponad 72 tys. osób, w tym przeszło 48 tys. mężczyzn, ok. 13 tys. kobiet i niemal 11 tys. dzieci. Największe straty poniosły powiaty: warszawski, grójecki, garwoliński, miński, mławski.
Wojna i okupacja doprowadziły również do ogromnych strat materialnych na Mazowszu. Niemal całkowicie zniszczona została Warszawa. Straty materialne miasta i jego mieszkańców wyniosły 54,6 mld dolarów USA (wg wartości z 2004). Stolica Polski utraciła niemal 80% przedwojennej zabudowy. Biuro Odszkodowań Wojennych w opracowaniu z 1946 roku oceniło, że przypada na nią 34,5% wartości zniszczeń i strat całego kraju.
W skali całego kraju straty wyniosły 7,2%. Zniszczenia w podstawowych działach gospodarki Mazowsza wyniosły w kolejnictwie – 80%, poczcie i telekomunikacji – 60%, urządzeniach kulturalnych – 40%, gospodarce rolnej – 35%, w leśnictwie – 30%. Co czwarte gospodarstwo rolne, tj. 57 985 zagród, uległo dewastacji. Ocenia się, że majątek narodowy w tym regionie uległ zniszczeniu w przeszło 30%.
Adam Koseski
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1344
Rozumiał się na pańskości
Na początku XIX wieku Gromady Ludu Polskiego mogły pisać o dwóch przeciwstawnych ojczyznach – tej ludowej i tej pańskiej. „U chłopa na Mazurach – opisywał Henryk Słotwiński – »ojcyzna« była ojcowizną (spadkiem po ojcu), »polok« był jakimś mitycznym potworem, nierównie gorszym od diabła, a chłop sam w swem silnym przekonaniu nie był polskim, jeno »cysarskim«”.
Gdy jeszcze w 1900 roku pytano robotników sympatyzujących z ruchem anarchistycznym o ich ojczyznę, ci odpowiadali na przykład, że „jest to ta część kuli ziemskiej, którą nazywają Hiszpanią” lub „obszar między Alpami i Oceanem Atlantyckim”. W 1946 roku socjolog pisał już, że „wraz z demokratyzacją kultury zdemokratyzowała się także ojczyzna: posiadanie ojczyzny przestało być jednym z przywilejów klasowych”.
O ile społeczeństwo Polszczy opierało się na ostrym klasowym konflikcie, o tyle społeczeństwo Polski zbudowano na międzyklasowym sojuszu. „Teraz w XX wieku – zauważał reportażysta w 1934 roku – ustrój patriarchalny był we krwi obu stron zakorzeniony głęboko, potrzebny jak woda, jak powietrze. Chłop lubił czuć silną rękę nad sobą, rozumiał się na tej pańskości i kochał się w niej”.
Przedstawiciele niegdyś przeciwstawnych ojczyzn dogadali się jak pan z panem. Połączyła ich świadomość, że mają ją jedną, wspólną – Polskę. Kraj, w którym rządzili ojcowie, bez względu na to, z jakiej pochodzili klasy. To właśnie sojusz ojców, trzymających swoje rodziny żelazną ręką, stał się zaczynem wspólnoty narodowej. Silne męskie ręce uścisnęły się na znak zgody, przypiły do siebie i machnęły na dawne krzywdy.
Stroną tego porozumienia była z jednej strony wywodząca się ze szlachty inteligencja, a z drugiej arystokracja ludowa – najbogatsi przedstawiciele chłopstwa, którzy wraz z końcem pańszczyzny dostali możliwość posiadania ziemi i mogli się przepoczwarzyć w gospodarzy, małych panów na swoich włościach.
Tak o cementowaniu się tego paktu pisał w 1935 roku socjolog: „Przeciętny zamożny gospodarz obecny ma wiele cech wspólnych z przeciętnym szlachcicem polskim wieków ubiegłych”. I dalej: „Sposób bawienia się, wydawania pieniędzy, okazywania gościnności jest wśród arystokracji chłopskiej ten sam, co u dawnej szlachty: »zastaw się, a postaw się« to maksyma obowiązująca równie dobrze chłopa gospodarza – tego ziemianina na kilkunastu morgach, jak szlachcica – ziemianina na jednej wiosce”. /…/
„Władza ojcowska była niegdyś bardzo znaczna” –
czytamy w wydanym w 1910 roku podręczniku prawa polskiego. „Od ojca zależało uznać dziecko […] za swoje lub nie. Stąd wynikało dalej prawo przedaży i zastawu dzieci. Na Litwie czasu głodu przedawano siebie samych lub członków swej rodziny. […] Gdy ojciec dopuścił się przestępstwa, a nie miał się czem uiścić, płacił dziećmi, o ile one wiedziały o tym występku i były dorosłe […]. Ojcu przysługiwało również prawo sądownictwa nad dziećmi, a sądownictwo to wykluczało nawet sądownictwo prawa pospolitego. […]/…/
Możność klapsa. Tylko tyle i aż tyle. Prawo do bezkarnego bicia słabszych jest bezpośrednim łącznikiem między dawnym a współczesnym patriarchatem. /…/
Reportaż z 1902 roku: „W Polsce, we wszystkich trzech zaborach, przewaga znajduje się po stronie męskiej – przewaga łagodzona zwyczajem w sferach towarzyskich wyższych, prawie nieograniczona w niższych. Bijanie, vulgo »pranie«, bab przez mężów uważa się za rzecz zwyczajną. Mężowie nie przypuszczają, ażeby im nie wolno być miało kobiet ich wygrzmocić od czasu do czasu. Z wyobrażeniem tym przybywają do Ameryki i doświadczenie – niekiedy gorzkie – naucza ich, że wolność w Ameryce jest we względzie tym niewolą. Mąż nie tylko ręki na żonę podnieść nie ma prawa, ale żona do odpowiedzialności pociągnąć go może nie tylko za bicie, ale nawet za stosowanie do niej wyrazów obelżywych”.
Stany Zjednoczone na początku XX wieku nie były, rzecz jasna, krajem wolnym od przemocy. Lecz inaczej ją zorganizowano niż na ziemiach polskich. Cytowany dziennikarz wspomina o linczowaniu czarnoskórych mężczyzn oraz o szubienicach, na których często kończyli. Jaki kraj, taka kaźń. W Ameryce to podziały rasowe znajdowały się najbliżej skóry. Patriarchat też był wpleciony w ten węzeł nierówności, lecz pozostawał nieco w tle. To rasy-klasy wybijały się na pierwszy plan ludzkiego krajobrazu. Struktura społeczna Polszczy natomiast opierała się na władzy karzącej męskiej ręki. Na wspólnocie bicia osadzono projekt nowej ojczyzny.
Andrzej Roch Świętochowski tak wspominał swoje lata gimnazjalne z drugiej połowy XIX wieku: „Bito w więzieniu i w wojsku, bito z wyroku sądu, bito z rozporządzenia wójta gminy i burmistrza, bito dzieci w domu, bito je więc i w szkole. Bat spospolitował się i stał się w edukacji młodego pokolenia czymś tak niezbędnym, jak chleb w codziennym życiu. Nie pojmowano, by bez tego środka można było utrzymać karność domową i szkolną. Ojciec, odwożąc malca do szkół, szeptał niekiedy zwierzchnikowi na ucho: »Niech tam szanowny dyrektor zapisze co czasem temu smarkaczowi na skórze, by nie zapomniał moresu«”.
„Mnie bili, ja budu bić”, mówiła jeszcze pod koniec XX wieku pani Stanisława z Roubów.
Ojczyzna
„Opisując to piekło, nie miałem na myśli rozgoryczać ludu przeciw tym, którzy los jego mieli całe wieki w swem ręku” – podkreślał w 1904 roku Bojko, pisząc o pańszczyźnie. „Bogu – największemu przyjacielowi chłopów dzięki, dziśmy są wolni ludzie i sąśmy przecież do ludzi podobniejsi. Sąśmy już nie cesarscy, jak nasi ojcowie, ale głośno się przyznajemy do tej matki ojczyzny, która nam tyle wieków była straszną macochą – i z chlubą zwiemy się ludem polskim! A jeżeli pokrzywdzeni starsi bracia [szlachta] przez nas w roku 1846 mówią przez usta poety Wyspiańskiego, że »myśmy wszystko zapomnieli«, to my dawno wołamy z Szelą Wyspiańskiego: »dajcie, bracia, kubeł wody: ręce myć, nogi myć, suknie prać, nie będzie (krwi) znać…«”.
Krzyk niezgody, twierdzi Bojko, który wydobywał się z poddanego ciała, należy już do przeszłości. Teraz zamiast krzyku trzeba mówić spokojnie i rzeczowo: „Bo dziś i na chłopa polskiego nadszedł czas, by głos sam zabrał i upomniał się o to, co go boli”. Chłopi mogli stłumić krzyk, gdyż po przekroczeniu progu współczesności otworzyło się dla nich jako klasy bezprecedensowe okno mobilności społecznej.
W czasach pańszczyźnianych była to kwestia indywidualna: ci chłopi, którzy dorobili się majątku, mieli szansę uciec od swojego losu, porzucając włościański styl życia i podając się za szlachtę. Uwłaszczenie, które po raz pierwszy od kilkuset lat pozwoliło wiejskiej elicie na posiadanie ziemi, a przez to bogacenie się – przy jednoczesnym zachowaniu chłopskiej tożsamości – zmieniło w tym sensie wszystko.
Niektórzy chłopi stali się gospodarzami we współczesnym tego słowa znaczeniu, inni spadli jeszcze niżej w hierarchii służebności. Ale i przed wiejską biedotą otworzył się lufcik: umiędzynarodowienie mobilności i migracja do Ameryki.
Pisze socjolog: „W wielu okolicach powstała nowa plutokracja wioskowa, złożona z ludzi, którzy dorobili się w Ameryce i powróciwszy, zakupili gospodarstwa lub powiększyli obszar dziedziczny. Ta możność przejścia z kategorii biedoty wiejskiej do kategorii wioskowych magnatów przyczyniła się do uśpienia uczuć niechęci do bogaczów wśród części bezrolnych i małorolnych. Podobnie w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej proletariat wielkoprzemysłowy do niedawna w znacznych swoich odłamach miał postawę nie antykapitalistyczną, ale prokapitalistyczną, wobec tego, że każdy robotnik łudził się tam nadzieją, iż przy sprzyjających okolicznościach zostanie właścicielem fabryki”.
Gdy Polska odzyskała niepodległość jako państwo, odrodziła się jako kraj panów i sług.
Różnica polegała na tym, że panem mógł już być otwarcie każdy: zarówno minister, urzędnik, gospodarz, jak i majster w fabryce. Wystarczyło mieć do potwierdzenia swojej pańskości kogoś, kto będzie usługiwał. Nawet najbiedniejszy mieszkaniec wsi mógł teraz uwierzyć, że każdy człowiek ma szansę stać się panem. Zwłaszcza jeśli urodził się mężczyzną.
Tak było też i po zakończeniu drugiej wojny światowej. „Był to chyba rok 1948, gdy zamieszkaliśmy jako przybysze w opuszczonym szlacheckim dworze – wspominał Roch Sulima. – Przychodził do nas miejscowy nadleśniczy, który nie krył swej szlacheckiej genealogii. Pamiętam jego uściski dłoni z okolicznymi chłopami. Kiedy do takiego »uścisku« dochodziło, zawsze odwracał twarz w inną stronę. Twarz pańska i twarz chłopska się nie spotykały. Zapamiętałem to – dodaje Sulima – gdyż scenki tych »powitań« były szeroko komentowane”.
Podobnie jak w drugiej połowie XVI wieku, gdy zniesiono nominalnie niewolę w Polszcze, a niewolników od tego momentu należało nazywać czeladzią, tak czterysta lat później, gdy na ziemiach polskich ostatecznie zakończono przymusową pracę, instytucja ta przeszła kolejną metamorfozę. Znów: niewola nie zniknęła, ale jedynie zmieniła nazwę, postać – przeistoczyła się w czysty patriarchat. W system, w którym ponad podziałami klasowymi pan dogaduje się z panem, brat z bratem, ojciec z ojcem, kolega z kolegą. Facet lubi czuć nad sobą silną rękę, bo sam ma taką; cały naród rozumie się na tej pańskości i się w niej kocha.
Gdy od końca drugiej wojny minęło pokolenie, transformacja ta stała się faktem dokonanym. W 1982 roku pisarz zauważał: „Polacy tęsknią do ojca, rosłego draba z wąsami, o szorstkich, ale zdecydowanych ruchach. Polacy kochają tatusiów z pasem rzemiennym w ręku, tatusiów gniewnych, ale sprawiedliwych, którzy są szanowani przez wszystkich sąsiadów. Miło jest, bawiąc się w piaskownicy, przypomnieć sobie czasem tatę, który kiedy wróci z pracy, natrze uszu temu piegowatemu drągalowi z sąsiedniej ulicy.
Dlatego Polacy nie potrafią żyć bez ojców narodu. Dlatego Polacy całym ogromnym wysiłkiem podświadomości usiłują w każdej mikro-epoce urodzić złotego cielca w postaci atrapy ojca. Dlatego każda menda w tym kraju drapuje się co rana w wytarte szaty ojca narodu, czyli ojca i rodziciela niedorosłych Polaków. Ale może, w gruncie rzeczy, każdy naród cierpi na podobny kompleks. Nie kompleks Edypa, lecz kompleks Stasia, Zbysia czy Wojtka.
Kacper Pobłocki
Są to fragmenty książki Chamstwo Kacpra Pobłockiego wydanej przez Wydawnictwo Czarne, której recenzję opublikowaliśmy w numerze 6-7/21 SN.
Wyróżnienia i tytuł pochodzą od Redakcji.