Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1587
Refleksje wokół książki prof. Noreeny Hertz The Lonely Century: Coming Together in a World that's Pulling Apart.
Nękająca świat od przełomu lat 2019/2020 i wciąż nieustępująca, a wręcz nasilająca się w wielu regionach pandemia COVID-19 i konieczne, związane z nią przeciwdziałania, w tym rozmaite przedsięwzięcia izolacyjne, ograniczające możliwości bezpośrednich kontaktów społecznych, sprawiają, że coraz więcej osób sygnalizuje narastający problem poczucia osamotnienia. Wiele wskazuje na to, że ryzyko nasilania się syndromu samotności będzie narastało, co sygnalizują zarówno analizy przedpandemicznych zjawisk społecznych, obecna pandemiczna sytuacja, jak i rysujące się trendy przyszłościowe.
Kwestia ta jest istotna tym bardziej, że samotność nie jest wyłącznie prywatnym problemem dotkniętych nią osób. To problem o znacznie szerszym wymiarze. Narastanie syndromu samotności przekłada się bowiem negatywnie nie tylko na jakość życia ludzi, lecz także na efektywność gospodarki, funkcjonowanie sektora ochrony zdrowia, a nawet na funkcjonowanie demokracji. W dodatku zdecydowanie nie jest to zamknięta lista obszarów dotkniętych przez niszczącą siłę samotności, skutkującą rozmaitymi, dramatycznymi niekiedy następstwami dla ludzi i ich perspektyw życiowych.
Spektakularnie potwierdzają to badania prowadzone przez brytyjską ekonomistkę profesor Noreenę Hertz z renomowanego University College London. W opublikowanej pod koniec 2020 r. książce pod symptomatycznym tytułem The Lonely Century: Coming Together in a World that's Pulling Apart (Stulecie samotności. Bądźmy razem w świecie, który nas rozdziela) autorka ta na podstawie doświadczeń rozmówców powoływanych przez nią w tej książce, w połączeniu z analizą historyczną i ekonomiczną, przedstawia szczegółowy, wnikliwy przegląd czynników napędzających samotność w XXI wieku, a także formułuje praktyczne rekomendacje ukierunkowane na przeciwdziałanie wyniszczającej, niechcianej samotności. Hertz dowodzi, że jeszcze zanim globalna pandemia wykreowała pojęcia takie jak dystans społeczny, samotność stawała się już symbolem XXI wieku.
Choć problem samotności dotyka ludzkość niemal całego świata, paradoksalnie zwłaszcza (ale nie tylko) rozwiniętego i bogatego, to problematyka ta nie znajdowała dotychczas szerszego miejsca w badaniach ekonomicznych. Więcej, choć raczej wąsko ujmowanych, publikacji na ten temat pojawiało się w obszarze psychologii, filozofii, socjologii czy medycyny.
W obszarze nauk ekonomicznych publikacja Noreeny Hertz Stulecie samotności ma tym samym wymiar pionierski, a przy tym nacechowana jest holizmem, kompleksowością oraz interdyscyplinarnością badań. Autorka nie tylko identyfikuje nasilające się globalne przejawy narastania syndromu samotności, lecz także przedstawia kierunki niezbędnych zmian, umożlwiających przeciwdziałanie temu wysoce destruktywnemu zjawisku. Chociaż fizyczne przejawy samotności są oczywiste, Hertz dowodzi, że czynniki napędzające samotność są bardziej złożone, wymagające analiz z różnych perspektyw. Jak szerokie są to perspektywy może świadczyć chociażby to, że Hertz opiera się na naukach Hannah Arendt, aby wesprzeć swoje twierdzenie, iż samotność i związana z nią marginalizacja społeczna jest sednem politycznego osłabiania korzystania z praw wyborczych.
Opierając się na badaniach z całego świata, Hertz dowodzi, że pierwsze dwie dekady nowego tysiąclecia były niezwykle, wręcz wyjątkowo, samotne w całej historii ludzkości. Z kolei z jej badań wynika, że połowa wszystkich dorosłych mieszkańców Wielkiej Brytanii często czuje się samotna. Dwóch na pięciu emerytów twierdzi, że ich głównym sposobem łagodzenia samotności jest telewizja lub zwierzę domowe. Badania te wykazały zarazem, że najbardziej samotnym pokoleniem są młodzi ludzie, co wobec bogatej oferty cyfrowych rozrywek może być trochę zaskakujące. Samotność dotyka prawie połowę wszystkich pracowników biurowych w Wielkiej Brytanii, zaś w niechlubnej czołówce sytuuje się Londyn, gdzie wskaźnik ten sięga 60%. Pandemia oczywiście przynosi jeszcze bardziej ponure statystyki.
Stulecie samotności
Inspiracją do zainteresowania się Hertz kwestią samotności były problemy jej studentów, których coraz większa liczba twierdziła, że czują się samotni. W dodatku z jej doświadczeń w pracy dydaktycznej wynikało, że studenci coraz wyraźniej tracili zdolność do interakcji społecznych, mieli nasilające się problemy z bezpośrednią komunikacją społeczną, w tym z odczytywaniem sygnałów wynikających z mimiki, czy generalnie z mowy ciała. To skłoniło badaczkę do postawienia hipotezy, że takie zjawiska, w tym swego rodzaju odrywanie się od świata realnego na rzecz cyfrowego, muszą negatywnie rzutować nie tylko na zdrowie ludzi, lecz także na ich produktywność, co tym samym musi się nieuchronnie negatywnie przekładać na efektywność gospodarki. Co gorsza, jest prawdopodobne, że ludzie mający problemy z komunikacją społeczną stają się wrogo nastawieni do innych i bardziej podatni na ekstremistyczną politykę i populizm.
Obszary i źródła samotności
Książka Stulecie samotności dotyczy głównych obszarów i podłoża samotności. Podzielona została na 11 rozdziałów.
W pierwszym autorka definiuje bardzo wnikliwie i szeroko samotność. Podkreśla, że kluczową różnicą między przyjętą przez nią definicją samotności a tradycyjnym jej pojmowaniem jest to, że według niej samotność jest nie tylko poczuciem braku miłości, towarzystwa czy bliskości. Nie traktuje samotności jedynie jako poczucia bycia ignorowanym, niewidocznym lub zaniedbywanym przez otoczenie, w tym rodzinę, przyjaciół, sąsiadów i innych.
W definicji samotności uwzględnia również poczucie braku wsparcia i braku opieki/uwagi ze strony rządu, rozmaitych instytucji, pracodawców i innych społeczności.
Zatem według przyjętej przez badaczkę definicji, samotność dotyczy poczucia odseparowania nie tylko od tych, z którymi bliskość jest czymś oczywistym. Chodzi nie tylko o brak wsparcia w kontekście społecznym lub rodzinnym, ale także poczucie wykluczenia ekonomicznego i politycznego. Tym samym Hertz definiuje samotność jako stan wewnętrzny i egzystencjalny – osobisty, społeczny, ekonomiczny i polityczny.
W rozdziale drugim Hertz przedstawia szereg dowodów na to, że tak pojmowana samotność może zabijać, a w kolejnych - na podstawie rozległych badań i statystyk - dowodzi, że jeszcze zanim globalna pandemia doprowadziła do wdrożenia w praktyce takich pojęć jak lockdown, czy dystans przestrzenny/fizyczny (nieprawidłowo w polskiej publicystyce określany jako „społeczny”), samotność była na najlepszej drodze, aby stać się słowem definiującym stan ludzkości w XXI wieku. Związane jest to z dokonującym się we współczesnym świecie procesem rozpadu „tkanki wspólnoty”, co zagraża relacjom społecznym i życiu osobistemu.
Choć nowoczesne technologie wielce ułatwiają życie w izolacji, to zarazem zmieniają relacje społeczne na niekorzyść bezpośrednich kontaktów między ludźmi. Na to nakłada się wiele innych czynników, w tym dotyczących przemian modeli biznesu i pracy. Także takich jak rozwój gig economy, czyli nieetatowej pracy na żądanie.
Niebagatelny wpływ na narastanie syndromu samotności mają nasilające się procesy rozpadu małżeństw i generalnie słabnięcie instytucji małżeństwa oraz coraz luźniejsze i coraz mniej trwałe związki partnerskie. Charakterystyczne przy tym jest słabnące zainteresowanie ludzi w uczestnictwie, członkostwie w rozmaitych stowarzyszeniach, klubach i innych wspólnotowych organizacjach. Dotyczy to także organizacji kościelnych. Zmniejsza to przestrzeń ludzi do radzenia sobie z samotnością.
Mimo niezaprzeczalnych dobrodziejstw postępu technologicznego, cyfryzacji i sztucznej inteligencji, postęp ten cechują zarazem rozmaite wynaturzenia i groźne dla jakości życia procesy, w tym przede wszystkim właśnie procesy nasilania się samotności ludzi i odrywania się ich od społeczności.
Hertz podkreśla jednak, że technologie cyfrowe nie są jedynym winowajcą nasilającego się syndromu samotności. Wskazuje na inne, nie mniej ważne czynniki, takie jak demontaż instytucji obywatelskich, marginalizacja roli związków zawodowych, radykalna reorganizacja miejsc pracy, w tym rozrost pracy zdalnej, masowe migracje do miast i pustoszenie, marginalizacja małych miejscowości. Badaczka jako winowajcę wskazuje tu neoliberalizm.
Neoliberalne podłoże samotności
Główną eksponowaną przez Hertz cechą neoliberalizmu jest fundamentalizm rynkowy i priorytet dla interesów indywidualnych ponad dobro społeczne, dobro wspólne. Zarazem podkreśla jednak, że ta – przez ostatnie dziesięciolecia dominująca w większości krajów rozwiniętych – doktryna, ukierunkowana była nie tylko na cele ekonomiczne. Fundamentalnie zmienił się bowiem sposób, w jaki postrzegane są wzajemne relacje i poczucie wzajemnych zobowiązań na rzecz priorytetu dla takich cech, jak hiperkonkurencyjność i pogoń za własnymi indywidualnymi korzyściami za wszelką cenę, niezależnie od szerszych, negatywnych konsekwencji.
Wykazuje, że charakterystyczne dla neoliberalizmu fetyszyzowanie zysku i pogoń za nim bez względu na koszty społeczne i ekologiczne prowadzi do rozmaitych zaburzeń, m.in. w sferze przestrzennego zagospodarowania. Wyraża się to np. w pogarszającym jakość życia ludzi rozroście megamiast, kosztem społecznej i ekonomicznej marginalizacji mniejszych miejscowości i całych regionów.
Hertz dowodzi, że neoliberalizm, z charakteryzującym tę doktrynę indywidualizmem, egoizmem, rynkową nieograniczoną wolnością, marginalizowaniem dóbr wspólnych, ma swoją cenę – cenę samotności.
Na podstawie imponującego zestawu interdyscyplinarnych, naukowo-badawczych źródeł, badaczka charakteryzuje rozliczne, synergicznie ze sobą sprzężone, negatywne ekonomiczne, społeczne i polityczne następstwa samotności. Dowodzi, że samotność to istotne podłoże kryzysów gospodarczych, których koszty są niebotyczne. To także podłoże kryzysów politycznych. Poczucie samotności i społecznej marginalizacji pogłębia bowiem podziały społeczne, w tym polityczne, i ekstremizm, co negatywnie wpływa na poziom debaty publicznej i zaostrzanie się sporów.
Samotność zabija
Noreena Hertz szczegółowo analizuje szkodliwe skutki samotności dla zdrowia ludzi, co nieuchronnie negatywnie przekłada się na następstwa ekonomiczne, w tym wzrost rozmaitych kosztów ponoszonych przez poszczególne osoby, ale i przedsiębiorców, a także państwo, którego domeną jest wszakoż zdrowie publiczne. Na podstawie rozmaitych badań i raportów Hertz dowodzi, że samotność jest zatrważająco szkodliwa dla zdrowia. Wywołuje kumulujące się reakcje stresowe, osłabiając układ odpornościowy, co zwiększa ryzyko chorób m.in. serca (o 29%), udaru (o 32%) i demencji (o 64%). Według tych badań, samotność generuje o około 30% większe prawdopodobieństwo przedwczesnej śmierci, w tym samobójczej.
Samotność sprawia zatem, że dotknięci nią ludzie chorują fizycznie. Z badań wynika, że samotność jest gorsza dla zdrowia niż brak ćwiczeń fizycznych, a także dwukrotnie bardziej szkodliwa niż otyłość. Przekłada się to niekorzystnie na gospodarkę. Jeszcze przed COVID-19 w Wielkiej Brytanii pracodawcy tracili około 800 milionów funtów rocznie z powodu pracowniczych zwolnień chorobowych związanych z samotnością. Samotność z czasem uszkadza układ odpornościowy i czyni ludzi bardziej podatnymi na choroby, w tym przeziębienie i grypę; jest równie szkodliwa dla zdrowia jak wypalanie 15 papierosów dziennie.
Nieprzypadkowo była premier Wielkiej Brytanii, Teresa May, mianowała w 2018 r. pierwszego na świecie ministra samotności, ogłaszając „ukrytą epidemię” dotykającą 9 milionów Brytyjczyków jako „jedno z największych wyzwań dla zdrowia publicznego naszych czasów”. Na ministerstwo samotności zdecydowała się też Japonia powołując w lutym br. w japońskim rządzie pierwszego ministra ds. samotności.
O tym, że problem samotności wymaga obecnie instytucjonalnych rozwiązań i działań przekonują też najnowsze, dotyczące pandemii, badania prowadzone przez innych naukowców. Między innymi belgijska psycholog dr Elke Van Hoof, ekspertka ds. zdrowia psychicznego ocenia, że obecna pandemia doprowadziła do największego dotychczas „eksperymentu psychologicznego” na świecie, jakim jest lockdown. To wydarzenie o bezprecedensowej szybkości i skali. W krótkim czasie dotknęło około 2,6 miliarda ludzi, czyli jedną trzecią światowej populacji. Van Hoof, na podstawie przeglądu 24 raportów z badań nad psychologicznym wpływem kwarantanny, potwierdza szeroki zakres rozmaitych objawów stresu i zaburzeń psychicznych wśród osób poddanych izolacji. Objawy te to m.in. zły nastrój, bezsenność, stres, lęk, złość, drażliwość, wyczerpanie emocjonalne, objawy depresji i stresu pourazowego.
Wskazuje to zarazem na znaczenie optymalizacji wykorzystywania nowoczesnych technologii i niedopuszczania do technologicznej dehumanizacji. Dehumanizujące technologie mogą generować samotność, a ta może zabijać. Przed dehumanizacją przestrzegali już przed wieloma dekadami wybitni intelektualiści. Między innymi Albert Einstein, już w 1946 r. w liście do innego intelektualisty, Ottona Juliusburgera, pisał: „Jestem przekonany, że przerażający upadek moralności, jakiego jesteśmy świadkami w dzisiejszych czasach, jest rezultatem mechanizacji i dehumanizacji naszego życia – zgubnych produktów ubocznych mentalności naukowo-technicznej. Nostra Culpa!”.
Przestroga ta nabiera dziś swoistej aktualności, co potwierdzają badania prowadzone przez Hertz. Wynika z nich, że dehumanizujące technologie, odhumanizowane planowanie miast i odhumanizowane planowanie przestrzenne, w dążeniu do minimalizacji kosztów, a także rozmaite oszczędności, cięcia wydatków państw na cele publiczne, na dobra wspólne, to czynniki sprawiające, że ludzie stają się istotami nieszczęśliwymi, niezdrowymi i nierzadko sobie wrogimi.
Dlatego też tak ważne jest, by owa Nostra Culpa (nasza wina) nie urzeczywistniała się. Jest to istotne, tym bardziej, że obecnie niebywale szybko nasilają się przejawy dehumanizacji. Zaś jednym z bardziej groźnych tego następstw jest narastający – i to w skali globalnej – problem samotności człowieka.
Technologiczne podłoże samotności
Charakteryzując rozmaite formy samotności, Hertz szczegółowo analizuje ich technologiczne podłoże. Ekonomistka ta buduje szeroko zakrojony, przekonujący argument, że obecny styl życia jest głęboko zatomizowany – brakuje wielu zwykłych i głębszych ludzkich powiązań, które były kiedyś powszechne. Ludzie natomiast nie są stworzeni do izolacji. Tym samym książka Hertz nie tyle dotyczy samotności pojmowanej jako emocjonalny ból, ile przede wszystkim fragmentacji wspólnotowych relacji. Skutki samotności są dotkliwe zwłaszcza na styku człowieczeństwa i komunikacji cyfrowej.
Technologie cyfrowe sprawiają, że można przez całe długie tygodnie nie mieć bezpośrednich kontaktów z innymi ludźmi. Można zamawiać przez Internet prawie wszystko, czego potrzebuje się do życia i przez to interakcje międzyludzkie są wysoce ograniczane, nasilając samotność.
Hertz wskazuje na niebywałe, niezwykle dramatyczne metody radzenia sobie ludzi z samotnością. Na przykład w Japonii stało się fenomenem wśród seniorów udręczonych samotnością, że chcąc uniknąć całkowitej izolacji, paradoksalnie wybierają więzienie, bo tam mogą przebywać z innymi współwięźniami. Stąd też celowo popełniają przestępstwa na tyle poważne, by trafić do więzienia.
Technologie cyfrowe w połączeniu z narastającym syndromem samotności sprawiają, że szybko rozwijają się w skali globalnej firmy specjalizujące się w „wynajmowaniu przyjaciół” (rent-a-friend), osób do rozmów, osób towarzyszących w wyprawach do kina, teatru itp. Jednak z badań wynika, że korzystanie na dłuższą metę z tego typu usług (z reguły dość drogich) nie tylko nie zmniejsza poczucia samotności, lecz wręcz przeciwnie, nasila ją, a przy tym może prowadzić do degradacji materialnej, co badaczka ilustruje spektakularnymi przykładami.
Hertz argumentuje, że charakterystyczne dla współczesnego świata głębokie zatomizowanie sprawia, iż brakuje wielu zwykłych ludzkich powiązań, które w przeszłości były codziennością. Zostały zmarginalizowane przez komunikację cyfrową. W ciągu ostatniej dekady smartfony i media społecznościowe zaowocowały zupełnie nowymi pokładami izolacji i samotności ludzi. Jej zdaniem, technologie tego typu mogą prowadzić do czegoś jeszcze bardziej niebezpiecznego, do wrogości wobec ludzi, do „wrogiego życia online”. Samo posiadanie smartfona zmienia sposób, w jaki ludzie wchodzą w interakcje. Z badań wynika, że nieznajomi uśmiechają się do siebie znacznie rzadziej, gdy mają przy sobie smartfony. Co więcej, niebezpieczeństwo polega na tym, że im bardziej rozwija się bezdotykowy styl życia, tym ludzie mniej naturalnie stają się biegli w kontaktach osobistych.
Szczegółowe studia i analizy dotyczące technologii cyfrowych prowadzą Hertz do dość radykalnych wniosków. Na przykład, uważa ona, że media społecznościowe powinny być silniej regulowane, bo stają się swego rodzaju narkotykiem XXI w. prowadzącym do erozji umiejętności komunikacji bezpośredniej. Są szkodliwe co najmniej tak samo, jak nałogowe palenie papierosów. A skoro przemysł tytoniowy jest silnie regulowany, to powinno to dotyczyć także sieci społecznościowych i funkcjonowania Internetu.
Radykalizm Hertz przejawia się także w jej postulacie, aby wręcz zabronić dzieciom do lat 16 korzystania z mediów społecznościowych. Interesujące jest, że Hertz wspiera się przy tym argumentem, iż to właśnie wybitni znawcy technologii cyfrowych, pracownicy Doliny Krzemowej w USA, tak długo, jak to jest możliwe, izolują swe dzieci od sieci społecznościowych i korzystania ze smartfonów, tabletów itp. Posyłają dzieci do drogich, elitarnych szkół, w których tego typu narzędzia są wykluczone.
Choć w okresie światowej pandemii z pewnością argumenty takie słabną, to jednak niewątpliwie zasługują na uwagę, zwłaszcza wobec podawanych przez autorkę przykładów niektórych uczelni amerykańskich (m.in. uniwersytetów Ivy League), które wobec wyraźnie ujawniającego się społecznego autyzmu studentów pierwszego roku, zmuszone były do uruchomienia specjalnych kursów umiejętności nawiązywania przez studentów bezpośrednich relacji z innymi osobami, odczytywania mimiki twarzy itp., kursów przywracania umiejętności, które uległy erozji na skutek nadużywania technologii cyfrowych.
Wiele miejsca w książce zajmuje kwestia pracy zdalnej i nadmiernego eksploatowania w związku z tym komunikacji cyfrowej, jako fundamentalnych czynników nasilania się samotności. Hertz podkreśla, że zanim pandemia przyczyniła się do przyjęcia pracy zdalnej za normę, już wcześniej szacowano, iż do 2023 r. ponad 40% zatrudnionych będzie pracowało zdalnie przez większość czasu.
To zaś grozi znacznym pogłębianiem się samotności. Osłabia to możliwości i umiejętności bezpośrednich relacji międzyludzkich oraz gotowość na nie. Zarazem jednak technologie cyfrowe i praca zdalna ujawniają skalę działań i prac bez sensu, co dodatkowo nasila samotnościowe stresy.
Przeciwdziałanie samotności
Książka Stulecie samotności jest wielkim ostrzeżeniem przed wielowymiarowymi destrukcyjnymi następstwami postępującej samotności. Jej autorka uważa jednak, że rządy wciąż mają szanse na kształtowanie systemu społeczno-gospodarczego ukierunkowanego na przeciwdziałanie narastaniu syndromu samotności. Wymaga to traktowania i pojmowania samotności jako fundamentalnego obecnie schorzenia społecznego.
Hertz zastrzega jednak, że samotność niejedno ma imię. Może być chciana i niechciana. Można być samotnym na wiele sposobów, co barwnie ilustruje licznymi przykładami.
W związku z tym, że formy, przejawy oraz odczucia samotności są bardzo różnorodne, to i metody przeciwdziałania syndromowi samotności muszą być zróżnicowane. Dlatego też podkreśla, że środki przeciwdziałające samotności powinny być dostosowane do konkretnych warunków i zjawisk, a zarazem z uwzględnieniem wyników badań na ten temat. Dowodzi, że wszyscy mamy tu do odegrania znaczącą rolę.
W książce Stulecie samotności nie brakuje przykładów innowacyjnych, antysamotnościowych modeli życia w mieście, nowych sposobów ożywiania wymarłych dzielnic miast i wymarłych miejscowości oraz odbudowywania zniszczonych więzi społecznych.
Hertz formułuje pełną nadziei wizję uzdrowienia podzielonych, wyizolowanych społeczności. Wskazuje przy tym na negatywne następstwa unikania przez samorządy wydatków na miejsca publiczne, na dobra wspólne, co zwiększa ryzyko marginalizacji relacji społecznych.
Elżbieta Mączyńska
The Lonely Century: Coming Together in a World that's Pulling Apart, Noreeny Hertz, Sceptre, Londyn 2020, s.418
Powyższy tekst jest skrótem obszernego artykułu „Samotność generuje koszty i zabija”, zamieszczonego w Biuletynie PTE nr 1/21 - http://www.pte.pl/pliki/1/68/E_1_2021.pdf
Tam również zamieszczony jest fragment książki w przekładzie Anny Kucharczyk.
Wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 617
Horyzont zdarzeń ludzkości został przez system neoliberalnego kapitalizmu zakreślony dość jednoznacznie. I działa przez te ostatnie 3-4 dekady na zasadzie analogicznej jak czynią to „czarne dziury” zasysające materię we Wszechświecie. Systematycznie, permanentnie z coraz większą precyzją (technologie) i w zwiększonym zakresie. Umysł, który doń wpadł pozostaje na zawsze zaszczepiony tą toksyną neoliberalnego chowu przypisującą prymat zysku, deregulacji, wolności obrotu kapitału i pochodnych mu priorytetów, przed pracą czyli przed człowiekiem.
Wszystko co słyszymy jest opinią, nie faktem. Wszystko co widzimy
jest punktem widzenia, nie prawdą.
Marek Aureliusz
Niczym grawitacja „czarnej dziury” doktryna poprzez owo zassanie wywarła i cały czas wywiera kolosalny wpływ na rozumienie świata i procesów w nim zachodzących. W takiej strukturze czasoprzestrzeni, jaką jest „czarna dziura” wszystko zostaje rozerwane i unicestwione w naszym ziemskim, humanistycznym, postępowym (w rozumieniu oświeceniowym czyli pluralistycznym) wymiarze. Tak jak światło nie może opuścić „czarnej dziury”, tak nawet światłe, racjonalne i logiczne informacje nie potrafią skruszyć umysłów, które zapadły się w te otchłanie.
Doktryna działa niczym wirus HIV degenerujący system odpornościowy człowieka. Uszkodziła - czy nawet pozbawiła - mentalność i świadomość ludzi zarażonych kultem rynku, zysków, pogardą dla przegranych i wykluczonych, prymitywną konsumpcją i związanego z nią sybarytyzmu –na jednostronne, zdehumanizowane, wąskie i prostackie rozumienie rzeczywistości oraz złożoności świata.I sprofanowała tym samym najbardziej nośne idee epoki wszechstronnego postępu, jakim było i jest oświecenie. A razem z nim takie pojęcia jak wolność, sprawiedliwość, humanizm, empatia, solidarność międzyludzka. Zaś jeden z zasadniczych kanonów oświecenia - równość – wyrzuciła na śmietnik swojej narracji, ośmieszając ją i deprecjonując na różne sposoby.
Rynek tworzy sytuacje chaotyczne, bo działa impulsywnie, idąc za popędem zysku, za emocjami. To system niczym z epoki opisywanej przez Karola Dickensa czy Emila Zolę, a skonkretyzowany naukowo przez Karola Marksa, działający wedle wilczych, socjodarwinistycznych (czyli spencerowskich) zasad. A przecież moralność i etykę we wspólnocie hoduje się poprzez zrozumienie i admirację odpowiedzialności za drugiego, za innego człowieka, za więź ze wspólnotą. To krzewi z kolei zrozumienie tego Innego (jak mówili m.in. Emanuel Levinas w Całości i nieskończoności oraz Martin Buber w Ja i ty) i poczucie owej wspólnoty budującej tożsamość jednostki w obrębie zbiorowości. Stanowiącej jej część, współpracującą i solidarną, a nie ciągle rywalizującą, walczącą, przepychającą się łokciami, mającą przed oczami i w głowie wyłącznie prywatny interes.
Został przeprowadzony dość skuteczny proces odmóżdżenia polegający na deracjonalizacji myślenia z jednoczesnym nałożeniem na ów proces określonego kagańca, (czyli zawężenie rozumienia np. wolności, sprawiedliwości, demokracji itd.), w efekcie dehumanizujący (gdyż pozbawia jednostkę genu kolektywizmu i pracy dla dobra wspólnego). A poza tym promujący przemoc, agresję i bezwzględność. Masz dążyć do celu, którym jest maksymalizacja zysku i podnoszenie rentowności swoich przedsięwzięć dających ci dochody, satysfakcję i społeczny prestiż (certyfikowany przez media).
Kolejnym elementem tych procesów było sprowadzenie rozumienia ekonomii i polityki do jednego formatu – zysków, rentowności, pomnażania kapitału – co doprowadziło z kolei do zdehumanizowania i zmatematyzowania ekonomii, zaś politykę pozbawiło jej prospołecznych i ogólnoludzkich wizji, depcząc jednocześnie demokrację jako „rządy ludu, sprawowane przez lud, dla ludu” (Abraham Lincoln w tzw. mowie getysburskiej). Bo wybory niewiele zmieniają – zwłaszcza w programach ekonomicznych i podejściu do konfliktu: człowiek / praca kontra kapitał / zysk. Politycy poczęli „zajmować się odpadami z dwóch stuleci kapitalizmu i produkcji, w tym odpadami ludzkimi”. To polityka i ekonomia wydalania, odrzucenia, wykluczenia i separacji, upokorzenia stanowiąca „bezterminowe przedsięwzięcie” tzw. recyklingu cywilizacyjnego. „Wszyscy jesteśmy ofiarami tej wirtualnej katastrofy powrotu płomienia kapitału i historii, która sprawia że zmartwychwstajemy jako symptomy i zwielokrotnione odpady, wykluczeni z siebie samych, swoich idei i dotychczasowych pragnień” (Jean Baudrillard, Rozmowy przed końcem).
To zaowocować musiało z kolei niezrozumieniem i zamieszaniem pojęciowym w ludzkich głowach. I mamy tu przykład np. z Polski: w sprawach bytowych liberalizm wśród Polaków jest w odwrocie, gdyż 80% uważa państwo opiekuńcze za lepsze niż liberalne, bezpieczniejsze i zapewniające stabilizację (to echo doświadczeń z czasów Polski Ludowej i pewnej dozy egalitaryzmu, charakterystycznej dla społeczeństw postchłopskich). Ale jednocześnie rośnie wśród badanych poparcie dla podatku liniowego kosztem progresywności (z 32 do 35%), jak pokazują badania CBOS z 2023 r. Świadczy to o kompletnym niezrozumieniu zasad ekonomii oraz polityki – by nie rzec schizofrenii - jak również zależności wiążących skuteczność ściągania i wysokość podatków z jakością funkcjonowania państwa opiekuńczego. (Robert Walenciak, „Wyborcy przesunęli się na lewo”, Przegląd nr 33/1232/2023).
Naomi Klein w znakomitej książce Doktryna szoku wyjaśnia, jak ten współczesny system, tworząc kolejne archipelagi chaosu, anarchii, zamętu, a za nimi idących: przemocy, bezprawia, rządów mafii i karteli narkotykowych, wojen domowych czy otwartych konfliktów (jak np. w Libii, Syrii, Somalii czy na pograniczu Meksyku i USA), tworzy klimat strachu, poczucia zagrożenia, sprowadzając byt milionów ludzi wyłącznie do egzystencjalnych potrzeb. Ta sytuacja determinuje przymus myślenia o przeżyciu lub ucieczkę w rozpasany hedonizm tej części populacji, która jeszcze siebie zalicza do więdnącej wraz z postępującym kryzysem ekonomiczno-politycznym, cywilizacyjnym oraz dekadencją w kulturze, tzw. klasy średniej. Zachowującej się w krajach Zachodu niczym przyszli topielcy z „Titanica” podczas balu, gdy transatlantyk szedł już na dno. Bo jest to fin de siecle wolnorynkowej wersji globalizacji i wszystkich jej atrybutów. Łącznie z liberalną demokracją.
Już w końcu lat 90. XX wieku filozof amerykański Richard Rorty zauważył, że kultura liberalnych demokracji Zachodu powoduje, iż wielu obywateli, mimo dogodności niesionych przez samą demokrację, czuje się mieszkańcami więzienia, z którego chcą uciec poprzez indywidualną alienację, a nie zaczyna go burzyć, zmieniać, przekształcać. To według niego niechęć do rewolucyjnych, diametralnych i wizjonerskich planów oraz działań. Przestrzegał już wtedy przed kierunkami i trendami systemu, które przynoszą określone negatywne efekty. Jego zdaniem, „bogate północoatlantyckie demokracje nie dają szczególnych powodów do optymizmu. W kilku z nich, w tym w Stanach Zjednoczonych, panuje obecnie coraz bardziej zachłanna i egoistyczna klasa średnia – klasa, która stale wybiera cynicznych demagogów gotowych odebrać nadzieje słabym (…). Jeśli ten proces obejmie kolejne pokolenia, to kraje w których on zachodzi, ulegną barbaryzacji” (Richard Rorty, Obiektywność, relatywizm, prawda).
Nie do końca miał Rorty rację. Bo świat - co dziś doskonale widzimy - to nie tylko euroatlantycko-centryczne jego widzenie. Panujące niepewność i chaos z czasem budzą - u niektórych – gniew i bunt, tworząc napięcia sprzyjające agresji i nienawiści. Według przywoływanej Naomi Klein, system jest absolutnie, z gruntu egoistyczny, antyempatyczny, zaborczy i drapieżny, nagradzający tylko zwycięzców i bezwzględnych „kapitalistów kataklizmowych” ,(które to kataklizmy celowo się wywołuje). Życie, rzeczywistość, wszystko - stało się elastyczne, szybkie, chaotyczne i przypadkowe. Królujące powszechnie zasady i relacje rynkowe, wedle których ma trwać ciągła rywalizacja, konkurencja, wojna o możliwości zbytu i zyski, stymulujące, podsycające wzajemną agresję oraz ofensywność, musiały dać takie, a nie inne owoce: czyli uwiąd demokracji, która opiera się przede wszystkim na dialogu i kompromisach. Barbaryzację - jak przewidywał Richard Rorty. Rynek i kapitał nie tolerują kanonów, jeśli nie prowadzą bezpośrednio do pomnożenia zysków.
Zygmunt Bauman nazwał ten ponowoczesny świat, który zapanował powszechnie na Ziemi i który szykował ludzkości system neoliberalnego, cyfrowego i inwigilacyjnego kapitalizmu (jak nazywa go z kolei Shoshana Zuboff w Wieku kapitalizmu inwigilacji), narzucającego kult szalejącego i chaotycznego rynku - neopograniczem. Płynnym, niedookreślonym, mętnym. A na „pograniczu sojusze i linie frontu oddzielające od wroga mają podobnie jak przeciwnicy charakter płynny. Oddziały chętnie przechodzą na drugą stronę, a linie podziału między tymi, którzy nie uczestniczą w wojnie, a tymi którzy są w czynnej służbie są cienkie i łatwo się przesuwają. Koalicje przemijają i nie ma stałych mariaży, tylko rzeczywiście tymczasowo aranżowane dla wygody koabitacje. Zaufanie jest ostatnią rzeczą jaką oferuje, lojalność – ostatnią, jakiej się oczekuje[…].
Każdy sojusz rozpoczyna się od oczekiwanego zysku lub większej wygody. I rozpada się, bądź załamuje, gdy zadowolenie mija” (Społeczeństwo w stanie oblężenia). Nawet wrogość – mimo, iż poprzedza ją długa i krwawa historia oraz mitologia z tym związana – ochoczo będzie zawieszana i przenikliwie przemilczana przynajmniej na jakiś czas, kiedy kooperacja z wrogiem będzie obiecywać więcej korzyści niż ostateczne z nim stracie i wojna na jego unicestwienie.
Mistrzem w tym – jak widzimy dziś – jest prezydent Turcji Reçep Tayyip Erdoğan. Makiawelizm, mimo solennych i powszechnych zapewnień oraz zaklęć w mass mediach o demokracji, wartościach, zasadach liberalnych i prawach człowieka, w epoce nieograniczonej władzy rynku ponownie, jawnie stał się trendy i cool. Właśnie z tytułu panującego owego baumanowskiego pogranicza, zawłaszczającego totalnie całą rzeczywistość.
Sądzę jednak, że to nie jest neopogranicze , ale neośredniowiecze (Radosław Czarnecki, Ku wiekom ciemnym, Sprawy Nauki nr 11/234/2018). Dziś widzimy świat ogarnięty permanentnymi, zbrojnymi konfliktami, które w wielu przypadkach są wojnami prywatnymi lub między lokalnymi oligarchami, grupami interesów, mafiami czy korporacjami transnarodowymi. Walczą nie tyle armie poszczególnych krajów, ale zaciężne oddziały najemne, gdzie dowódcy owych najemników sami ustalają aktualne i płynne priorytety. Podobnie było w średniowieczu: m.in. dlatego rządzący i mający autorytet moralno-religijny Kościół katolicki rzucił hasło Treuga Dei (rozejm i pokój boży), by choć w jakimś wymiarze kontrolować i ograniczyć permanentną „wojnę wszystkich wszystkimi” (jak taki stan opisywał Thomas Hobbes w Lewiatanie). O podobnej sytuacji, ale odnoszącej się do ewentualnie zaistniałej współczesności pisali Heidi i Alvin Tofflerowie (Wojna i antywojna).
Takim przykładem wodza z pogranicza jawi się słynny, zmieniający kilkakrotnie stronę w wojnie i suwerenów którym służył, Albrecht von Wallenstein z czasów wojny trzydziestoletniej. To również praktyka wielu słynnych kondotierów w rodzaju Johna Hawkwooda, Angelo Broglio Tartaglii, Muzio Attendolo Sforzy, Francesca Bussonego, Cesarego Borgii, służących temu, kto więcej zapłacił. Cel był obojętny, choć zasady i moralność katolicka (pozornie) kwitły. Tak jak dziś prawa człowieka, demokracja i wolności osobiste.
Weźmy chociażby podstawowy cel krucjat do Ziemi Świętej. One miały być tylko i wyłącznie wyprawami krzyżowymi dla obrony, odebrania muzułmanom świętych przybytków związanych z Jezusem i początkami religii chrystusowej. Potem to pojęcie rozciągnięto na całość walk z niechrześcijanami i krucjaty stały się walką z wyznawcami innych religii (hiszpańska reconquista) czy na terenach dzisiejszej pribałtyki - tzw. krucjaty północne - gdzie rycerstwo zachodnie toczyło boje z wyznawcami chrześcijaństwa, acz obrządku wschodniego (Eric Christiansen, Krucjaty północne). Władcy i wielmoże, wśród których znaczną część stanowiło wyższe duchowieństwo, ustalali sobie priorytety dla kierunków podbojów i związanych z nimi profitów, nadając im sakralną i tym samym wyższą, bo duchową rangę, odwołując się do idei krzyżowej krucjaty. Dziś to samo czyni się z tak wzniosłymi i mającymi analogiczne funkcje pojęciami jak: demokracja, wolności osobiste, prawa człowieka, żonglując nimi dla uzasadnień haniebnych i utylitarnych celów. Wojen napastniczych, powodujących katastrofy i chaos.
Polski kulturoznawca i antropolog Wojciech J. Burszta tak zdiagnozował katastrofę, jaką przyniosło rozerwanie więzi interpersonalnych w ramach wspólnot, zbiorowości, narodów. Wreszcie w obrębie planetarnego pojmowania ludzkości, którą preferowało oświecenie w swej istocie, a także naukowy komunizm, będący jego ideową częścią (chodzi o internacjonalizm choć doktrynalnie w zawężonym, klasowym formacie). Przyczyniło się do tego sprowadzenia relacji międzyludzkich wyłącznie do rynkowych, zyskownych związków i majaczącego w oddali indywidualnego sukcesu.
Takie myślenie spowodowało, iż peryferie i wykluczeni, których szeregi rosną, podążać poczęli własną drogą, niewiele przejmując się tym, co o nich sądzą elity i tzw. mainstream. A „one są bezradne, gdy przychodzi zetknąć się z realiami wojującego islamu, brzydotą lepianek miasta Meksyk czy nawet Murzynami koczującymi na wypalonym townhouse South Bronx” (Wojciech J. Burszta, Czytanie kultury). Pisał to ponad 20 lat temu, a sytuacja od tego czasu wydatnie się pogorszyła.
Przykłady głębokich podziałów społecznych na bazie kultury i tożsamości, podejścia do świata wartości i ich praktycznego rozumienia są w dzisiejszym świecie czymś namacalnie widocznym. Lecz jednocześnie ich dalsza i postępująca polaryzacja jest niesłychanie groźna, niosąca zagrożenia wojen domowych, terroryzmu czy lokalnych strać. USA, Polska, Francja, Izrael, Niemcy itd. to najlepsze przykłady tych obserwacji. Chaos i deracjonalizacja służą bowiem wyłącznie zyskom i prymitywnemu utylitaryzmowi, skutecznie dehumanizując pozostałe sfery naszego życia.
Radosław S. Czarnecki
Jest to pierwsza część obszernego artykułu Autora. Drugą zamieścimy w następnym numerze – SN 2/24.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 587
W kontekście prowadzonych rozważań nad nieładem światowym i jego skutkami tak w skali makro jak i mikro warto zwrócić uwagę na ciekawą myśl wyrażoną przed laty przez bułgarsko-francuskiego myśliciela Tzwetana Todorowa w książce Nowy nieład światowy. Napisał on ją w obliczu napaści koalicji zachodnich państw pod egidą amerykańską na Irak w 2003 r. Jednak stygmat i wpływy tej agresji, sposób jej prezentowania w mediach mainstreamowych oraz triumfalizm i megalomania przywołujące z mroków historii kolonialną epokę przewag „białego człowieka” odcisnęły niezbywalne piętno na świadomości ludzi i klimacie politycznym na całym świecie. W kręgu kultury euroatlantyckiej przede wszystkim. Jest w tym wielki udział urabiania myślenia przez neoliberalną retorykę i wszechobecną narrację opartą o tę toksyczną i wybitnie szkodliwą ideologię.
Wzrost nietolerancji wobec osób mających odmienne zdanie jest oznaką odchodzenia od demokratycznych standardów. Skutki mogą być okrutne, szczególnie, gdy medialni. zachodni ajatollahowie, za których uznać można kierujących środkami masowego przekazu wydadzą fatwę przeciwko tej czy innej osobie publicznej.
Tzwetan Todorow
W świecie przypadkowych, rozproszonych interakcji i związków, gdzie wszystko jest na chwilę, szybko i doraźnie, nie może już być stałych, trwałych i wieczystych układów, sojuszy, związków. Wszystko będzie właśnie przypadkowe i tymczasowe. Do określonego celu i zysku, dla aktualnego interesu. W jednym obszarze dotychczasowi partnerzy będą sojusznikami i beneficjentami układu, w innej konfiguracji i sytuacji – przeciwnikami, wrogami a nawet – nieprzyjaciółmi. I to też będzie na chwilę. W danym momencie i wedle danego, przewidywanego interesu.
Mętnie, chaotycznie, tymczasowo
Z tego tytułu ci co patrzą na współczesność z pozycji euroatlantyckiej i jej trwającej od 500 lat hegemonii (dotarcie Krzysztofa Kolumba do Ameryki) są w grubym błędzie. Sakralizują ten stan, uważając go za jedyny i najlepszy z możliwych. Doktryna, której elity i mainstream bez reszty się oddały, powoduje ograniczenie w postaci braku zdolności wyjścia poza te zawężone opłotki. Efektem tego będzie m.in. kruszenie się tak stałych sojuszy i aliansów jak NATO czy UE, co dziś wydaje się abstrakcją. Bo w świecie rynkowo-neoliberalnych zwyczajów i praktyki, wszystko jest przygodne (Richard Rorty), płynne i mętne (Zygmunt Bauman), naznaczone chaosem, czyli przeciwieństwem stałości (Naomi Klein).
Przyszłość więc należy do otwartych i płynnych związków czy aliansów, w których jeden uczestnik (bądź kilku członków), nie mając interesu w zbiorowych decyzjach, podejmuje działania mogące być czymś przeciwnym dla kolektywnego rozumienia potrzeb. Może być też tak, że poszczególni uczestnicy takich sojuszy czy związków należeć będą do innych, analogicznych organizmów, posiadających przeciwstawne interesy (choć w innych przestrzeniach zainteresowań czy działań). Przykłady – proszę bardzo: Polska i Węgry wobec wielu decyzji Brukseli (UE), Włochy a zabiegi Francji, aby pakt północno-atlantycki interweniował w Nigrze czy należące do BRICS Chiny i Rosja, których interesy w dziedzinie militarnej współpracy są niesłychanie kompatybilne, zaś w obliczu ich obecności w środkowo-azjatyckich, poradzieckich republikach już niekoniecznie.
Efektem tych planetarnych procesów jest postępująca dedolaryzacja światowego handlu i współpracy międzynarodowej. Do wielu dotarło już, że system, właśnie dzięki rozproszeniu, podąża ku stworzeniu kilku tzw. klastrów (czy stref) walutowych. Będą to działające równolegle, choć w miarę zamknięte obszary z jedną walutą, bazujące na rynku i populacjach wielkości 0,3-0,5 miliardów ludzi. Tym samym czasy nieograniczonej i naiwnej globalizacji oraz związanego z nią przepływu kapitału, który niczym Duch Święty u Augustyna Aureliusza miał „wiać, kędy chce”, odejdą w niebyt. O takiej formie zbliżającej się współpracy międzynarodowej wspomniała nawet wiceprezes i dyrektor generalny Banku Światowego Kristalina Georgijewa podczas ostatniego azjatyckiego forum ekonomicznego.
Takimi próbami, na razie bez zapowiedzi i otwartych deklaracji, zdają się być zarówno projekty zwane AUKUS (świat anglosaski, gdzie Amerykanie zachowają priorytet dolara), BRICS, czy Szanghajska Organizacja Współpracy. Peryferiami dla struktury AUKUS będzie wówczas to, co pozostanie na gruzach Unii Europejskiej, która jak dziś widać jest rozrywana przez lokalne interesy, oparte właśnie na doraźnych zyskach, tożsamościowo i narodowo zorientowanych dążeniach. Elity brukselskie nie potrafiły właśnie w wyniku owego neoliberalnego genu, jaki skolonizował ich świadomość, wyjść poza kaganiec założony przez doktrynalne dogmaty.
Demokracja albo liberalizm
Oczywiście musi powrócić do tak zorganizowanych stref wytwórczość, choć w innej formie, niż podczas szalonej i naiwnej globalizacji. Czasy, w których produkcja była wyprowadzona poza teren hegemona w obszary, gdzie wytwarzało się tanio i dużo, a później sprzedawano z wielkim zyskiem na bogatym Zachodzie, odejdą w zapomnienie. To z kolei niesie ze sobą wiele innych, nieprzyjemnych, często dramatycznych, skutków.
Po pierwsze – degradację wielu członków wspomnianej egoistycznej klasy średniej w społecznej hierarchii. To z kolei spowoduje kryzys systemu i zmianę preferencji politycznych tych zdegradowanych (vide - sytuacja w Niemczech w latach 20-tych XX w.). Czyli - barbaryzacja jak sugerował cytowany w I części tekstu Richard Rorty.
Po drugie – kryzys systemowy właściwy gospodarce kapitalistycznej (a nie tylko jak w początku lat 70-tych XX w., czy w 2008 r.) wywołać musi głębokie zmiany społeczne, a za nimi – polityczne. Jeśli klasa średnia, która po II wojnie światowej w obszarze kultury euroatlantyckiej była nośnikiem demokracji, ma zostać w znaczącej mierze zdegradowana i ograniczona, tym samym demokracja zostanie w znaczącym stopniu przeformatowana, o ile nie unicestwiona. (Może do tego doprowadzić w jakiejś mierze oprócz wszechobecnych zasad rynkowych, także przebiegająca równolegle barbaryzacja). Nazywanie obecnego ustroju politycznego demokracją liberalną już świadczy o ewolucji i zmianach pojęciowych, gdyż określenie „demokracja” nie może mieć żadnych przymiotników. Bo czy demokracja ateńska była demokracją, czy tylko jakąś jej mało uniwersalną wersją? Ponadczasowość i wszechstronność zapewnia demokracji wyłącznie bezprzymiotnikowość odrzucająca jakiekolwiek wykluczenie.
I na dodatek jeszcze warto przypomnieć jeden epizod z obecnego stulecia, mocno związany z neoliberalnym sznytem i sposobem myślenia. To oswojenie wojny jako dopuszczalny przez demokratyczny i uniwersalny porządek sposób rozwiązywania konfliktów. Wojna – zwłaszcza zwycięska - powoduje zawsze wzrost poziomu agresji i nienawiści, gdyż segreguje zbiorowości na naszych i obcych, których trzeba unicestwić, na zwycięzców i przegranych, którym nie przysługuje prawo głosu. A co za tym idzie - rodzi nacjonalistyczno-patriotyczne, ksenofobiczne wzmożenie. Te przewidywania Tzwetana Todorowa na kanwie napaści Zachodu na Irak po kilkunastu latach się spełniają globalnie. Widać to jak na dłoni. Duża i nie do przecenienia tu była rola skomercjalizowanych mediów, nastawionych na zysk kapitału nimi władającego.
Media – narzędzie zniewolenia
Media, które przestały informować - stały się prokuratorem, sędzią i katem w jednym. Pracujący w nich funkcjonariusze – na pewno nie obiektywni obserwatorzy i zdystansowani komentarzy - wartościują, segregują (nasz - obcy), hierarchizują, wydają wyroki. Ich opinie są certyfikatami obecności we współczesnej demokracji nazywanej – jak na ironię – liberalną i brzmią jak fatwy czy papieskie anatemy z okresu, gdy Kościół katolicki niepodzielnie władał światem zachodnim. Zarówno fatwę jak i anatemę kojarzy się jednoznacznie z autorytarno-nakazowym sposobem myślenia i taką też praktyką. Czymś przeciwnym do klasycznych zasad liberalnych i przede wszystkim do istoty oświecenia, które było buntem przeciwko takiemu myśleniu i wszystkiemu co z nim związane, zwłaszcza z formą sprawowania władzy i relacji władzy ze społeczeństwem. Demoliberalni „bolszewicy” – jak ich nazywa Todorow – uzurpują sobie prawo do wszechmocy i prawdy objaśniania świata, szermując pojęciem wolności, a tym samym ograniczając jej zakres wyłącznie do swojego sposobu rozumienia i praktykowania.
Demoliberalne media są więc niczym ajatollah Chomeini potępiający i nakazujący zabicie Salmana Rushdiego za obrazoburcze – jego zdaniem – frazy książki Szatańskie wersety. Czy dziś, z takim sposobem prowadzenia debat publicznych i wydawania opinii o politycznych przeciwnikach oraz ich zwolennikach nie zbliżamy się do takiego właśnie rozumienia wolności wypowiedzi? Do wolności polegającej na indywidualnej recepcie na dziejącą się rzeczywistość, stanowiska, jakie zajmuje mainstream? O sposobie i formach prowadzenia dyskusji w mediach społecznościowych, nakręcających de facto nienawiść i stygmatyzację, za którymi idzie wykluczenie inaczej myślących poza nawias akceptacji i partnerstwa nawet nie ma co mówić. A w taki sposób prowadzą dyskusję osoby do tej pory uważane za poważne, racjonalne, zdystansowane, uważające się za wzór postępowania i widzenia rzeczywistości.
Zatruwanie człowieczeństwa
Liberalizm, który kwitnie na wszystkich ustach i we wszystkich głowach (ponoć), zrodził się z potrzeby współpracy, narzuconej przez religijną tolerancję, która nastała po okresie wojen religijnych, jakie wstrząsnęły Starym Kontynentem. Ta dzisiejsza wersja, praktykowana, jest jego karykaturą. I wynika właśnie z tych rynkowych, konkurencyjnych, apriorycznych zasad, gdzie konkurenta trzeba się pozbyć, unicestwić, zagnać do kata, uciszyć przez stygmatyzację.
Idea postępu i humanizmu oparta o racjonalne, realistyczne zasady pękła jak bańka mydlana z powodów chaosu i przypadkowości tworzonych przez rynek i jego bałwochwalczą doktrynę. Zza tej – wskutek chaosu i neoliberalnych żądań prawdziwości dla swoich racji –„złudnej, oświeceniowej wizji harmonii rodu ludzkiego wyłania się obraz społecznych konfliktów, wykluczenia i nieprzystosowania miliardów ludzi, zarówno w skali globu, jak i w obrębie społeczeństw poszczególnych krajów. Dla nich słowo postęp nie ma dziś dawnej, optymistycznej, pełnej nadziei, otoczki znaczeniowej” (Stefan Opara, Tyrania złudzeń. Studia z filozofii polityki).
Przyszłość obleczona jedynie w zyski coraz węższych elit, okraszona ich sybarytyzmem i błogostanem, powoduje utratę dla tych rzesz nadziei, optymizmu i myślenia o lepszym jutrze. Stąd społeczeństwa, które miały być obywatelskimi, otwartymi, humanistycznymi, obróciły się w zbiorowości konsumentów. Czyli bezwolnych jednostek sprowadzonych tylko do tego, by kupować, stymulowanych przez wszechwładne reklamy. Świadomość infantylnego dziecka-konsumenta kierującego się emocjami, instynktami i chwilowym zauroczeniem, tak charakterystyczna dla „zakupizmu” jest czymś absolutnie przeciwstawnym obywatelskości, gdyż ta charakteryzuje się odpowiedzialnym, racjonalnym sposobem życia. Więc nie myśl, nie planuj, nie waż. Wszystko i tak jest chwilą, żyj nią. Jak swego czasu napisano w Vancover Sun - „Kupuj aż do upadłego, to współczesny imperatyw moralny” (Benjamin R. Barber, Skonsumowani).
Owe elity, działając w oparciu o neoliberalne, rynkowe dogmaty, poczęły dążyć do wykluczenia pewnych elementów rzeczywistości, czyli „prościej, pozbyć się nielubianych i niechcianych kategorii ludzkich. Wynalezione i doskonalone na pierwszym etapie ery nowoczesnej narzędzia i sposoby (jak asymilowanie niższych kultur do wysokich) już się nie nadają do zastosowania, a od sztuki pogodnego kroczenia w jednym weselnym orszaku z uśmiechem na twarzy wraz z obcymi, z niechcianymi sąsiadami pospołu, zdołaliśmy się oduczyć. Zamiar przerobienia świata i pozbycie się raz na zawsze tych wszystkich, którzy się przeróbce opierają, lub których przeróbka się nie ima lub się nie opłaca, spełnić się musi, jako że ci, którzy się tej przeróbki podjęli stanowią szczyt stworzenia, a wszystkie inne niżej posadowione twory albo się doń podciągną, albo sczezną” (Zygmunt Bauman, wywiad, Przegląd Powszechny Nr 9/2003).
I dlatego też wojna jako sposób rozwiązywania sporów, konfliktów czy zachowania hegemonii, a także wspomniany makiawelizm, stały się dopuszczalnymi zasadami. Mimo, iż są z definicji sprzeczne z głoszonymi kanonami demokracji, wolności i praw człowieka. Czyli z klasycznie rozumianym oświeceniem. Demokracja to dialog, zrozumienie, chęć i zdolność do kompromisu. I wynikająca stąd właśnie –a nie apriorycznie zadekretowana odgórnie – tolerancja. Bo to tolerancja we współżyciu i współpracy przekreśla jakąkolwiek stygmatyzację i wykluczenie. I jest synonimem rozmów na płaszczyźnie partnerstwa, zakładającego pluralizm i różnice poglądów, z których z kolei wynika szacunek do innego człowieka. Próba zrozumienia interlokutora (co nie jest jednoznaczne z akceptacją), porzucenie insynuacji oraz (przede wszystkim) wizji biało-czarnego świata jest esencją tak rozumianego systemu i towarzyszących mu pojęć. Bo „sekret wolności tkwi w kształceniu ludzi, podczas gdy tajemnica tyranii polega na utrzymywaniu ich w ignorancji." (Maximilien de Robespierre)
Radosław S. Czarnecki
Od Redakcji: Pierwszą część tego eseju - Skutki światowego nieładu (1) zamieściliśmy w numerze SN 1/24
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 941
To druga część tryptyku nie tyle o „Zderzeniu cywilizacji” jak wieszczył Samuel Huntington co o wojnie - na unicestwienie - jednej ze stron konfliktu. Dążność do monopolu i panowania - połączone z rywalizacją, która ma do tego doprowadzić - jest jednak jak widać barierą nieprzekraczalną.
„Amerykańska klasa polityczna należy do najbardziej skorumpowanych na świecie. Jest bardzo prawdopodobne, że pieniądze nie lądują tylko w kieszeniach polityków. Po drugie – USA szczycą się i opierają swoją stabilność na Konstytucji, która powstała w 1789. Od ponad 200 lat mamy jedną Konstytucję, to całkiem imponujące, ale jeśli miałbym ocenić ją z dzisiejszej perspektywy, to dostrzegam jej wady. Największa to urząd prezydenta – usunąłbym go w ogóle, albo pozostawił do funkcji reprezentacyjnych. Zamiast tego wprowadziłbym w USA system parlamentarny. Takim sposobem w rękach jednej osoby nie znalazłoby się wówczas tyle władzy zdolnej np. do wypowiadania wojen”.
Jeffrey Sachs
Sheryl Sandberg, bizneswoman z USA, b. wiceprezeska Global Online Sales and Operations Google, b. szefowa personelu Departamentu Skarbu Stanów Zjednoczonych, a od 2008 szef operacyjny (COO) Meta Inc. napisała promując książkę Klausa Schwaba Czwarta rewolucja przemysłowa, iż jest to przemyślany projekt pozwalający przywódcom sprostać wyzwaniom, jakie niosą głębokie przemiany technologiczne w organizacji i funkcjonowaniu społeczeństw, gospodarek, polityki, kultury itd. To de facto manifest tworzenia nowego człowieka. Czyli jak konkludował przywoływany w I części materiału Herbert Marcuse Wielka Odnowa.
Inicjuje tym samym Schwab dyskusję nad tym jak zapewnić, aby ta rewolucja oznaczała postęp ludzkości (pada wreszcie to pojęcie). Nikt jednak nie mówi jak ten postęp i w jakim kierunku ma podążać, a tym bardziej co dla ogółu ludzkości ma on oznaczać. Zasadniczy dylemat brzmi - kto skonsumuje owoce tak rozumianego i ukierunkowanego postępu?
Nieprzypadkowo połączyłem wypowiedź Emmanuela Macrona otwierającą I cześć tryptyku z zapowiedziami Klausa Schwaba i entuzjazmem Sheryl Sandberg wobec tych propozycji. Związki personalne tych osób są znane, a sam Macron – obok premiera Kanady Jeana Trudeau, premier Finlandii Sanny Marin i szefowej niemieckiego MSZ z Partii Zielonych Annaleny Baerbock – uważany jest za najlepszego wykonawcę agendy globalistycznej. To niejako intelektualne dzieci agendy, której topowym reprezentantem jawi się właśnie Klaus Schwab.
Wypowiedzi o zbliżającej się rewolucji ekonomiczno-społecznej polityków powiązanych ze Schwabem i Davos jest ostatnio zbyt wiele, aby je lekceważyć. I żeby nad nimi się nie pochylić. O ile stypendyści Światowego Forum Ekonomicznego mówią nam tylko o kryzysie i powszechnej pauperyzacji narodów, końcu świata kultury konsumpcyjnej, którą sam system turbokapitalizmu rozhuśtał i wypromował, to Klaus Schwab (nie musząc studiować słupków poparcia społecznego i być weryfikowanym przez kolejne wybory - esencję demokracji parlamentarnej) zupełnie otwartym tekstem informuje, że sprawa nie tkwi tylko w tym, iż z powodu przejścia np. do tzw. zielonej gospodarki świat zbiednieje.
Rzecz w tym, że radykalnie – jeszcze bardziej niż obecnie - zmienić się ma podział bogactwa.
Zaniknie dotychczasowa klasa średnia, która zostanie zdegradowana do roli dawnego proletariatu, rozrośnie się klasa prekariuszy, a licząca kilkaset tysięcy, może kilka milionów, super elita finansistów oraz właścicieli międzynarodowych korporacji dorobi się takich pieniędzy, jakich jeszcze nigdy nie widziano.
Słowem, w Agendzie 4.0 nie tyle mówi się o zbiednieniu świata, co o radykalnej rewolucji w rozłożeniu własności i wynikającej z niej społecznej struktury oraz relacji między ludźmi. W efekcie ponad 3/4 populacji świata ma nie posiadać nic, zero, i wegetować na tzw. dochodzie gwarantowanym. W Polsce miałby on wynosić aktualnie ok. 1300 – 1500 PLN miesięcznie.
Rodzi się pytanie – a co z pracą?
Jej będzie coraz mniej, a więc i zakres twórczych, rozwijających, kreatywnych zajęć będzie się kurczył (p. Jeremy Rifkin, Koniec pracy). Czy świat ma pójść drogą zgodnie z przewidywaniami Neila Postmana (Zabawić się na śmierć), lub Aldousa Huxleya (Nowy wspaniały świat)? Jak wiemy, to właśnie praca „uczłowiecza człowieka”, humanizuje go, uczy działań kolektywnych i umiejętności kompromisów. Sieć i ekran komputera tego nie dają, niosąc namiastki relacji interpersonalnych tête-à-tête. Ponieważ będzie następowała koncentracja kapitału, a wraz z nią owa uprzywilejowana i superbogata część globalnej populacji – ponadnarodowa, ponadpaństwowa, transkulturowa - będzie potrzebowała coraz to nowych, dostosowywanych do jej bogactwa i możliwości dóbr, więc rozwijać się musi sfera usług. Czyli sfera, gdzie płace są niższe niż w sektorze wytwórczym (produkcyjnym), praca absolutnie niestabilna i chaotyczna, epizodyczna, a tym samym poczucie tymczasowości oraz braku bezpieczeństwa będzie dotykać coraz większą liczbę osób.
Schwab pisze: „Czwarta rewolucja przemysłowa niesie korzyści, ale też i wielkie wyzwania. Szczególnym problemem staną się pogłębiające się nierówności. Wyzwania wynikające ze wzrostu nierówności trudno skwantyfikować, ponieważ w znacznej mierze jesteśmy i konsumentami, i wytwórcami (…) Wydaje się że konsument zyska najwięcej” (Klaus Schwab, Czwarta rewolucja przemysłowa). Jednak jak może zyskać pospolity konsument, gdy wszyscy zbiednieją, zostaną spauperyzowani, a tym samym konsumpcja w masowej dotychczasowej skali zostanie zredukowana dla większości ludzi do zaspokajania egzystencjalnych, elementarnych potrzeb?
Czyli coraz mniej będzie właścicieli najszerzej pojętego kapitału. Będzie on podlegał koncentracji w coraz mniej licznych rodzinach, które będą posiadaczami coraz większych fortun. W ostatecznym rozrachunku dojdzie do sytuacji, w której jakikolwiek majątek będzie posiadało na całym świecie wspomniane kilka milionów ludzi. Reszta będzie proletariatem. Tak jak nauczał i prorokował Karol Marks.
Nowy gatunek człowieka
W takiej perspektywie utworzy się z czasem nowy gatunek człowieka, wyselekcjonowany, wymuskany, lepiej odżywiony, bardziej wykształcony, skuteczniej leczony. Jest to XXI wieczna wizja według hinduistycznej stratyfikacji kastowej. Ci najniżej usytuowani na drabinie społecznej hierarchii będą fizycznie słabsi, bardziej chorowici, bo gorzej odżywieni i bez dostępu do najnowszych osiągnięć medycyny, mniej wykształceni z tytułu kosztów zdobycia wiedzy. I zapewne ich przeciętne życie będzie krótsze, niźli w owych uprzywilejowanych sferach. Doskonale ten proces i jego efekty pokazuje w swym dorobku historyk i akademik rosyjski Andriej Fursow.
Davos, wszelkie agendy powstały wokół tej koncepcji i miejsca spotkań światowej finansjery, megabiznesu, ludzie tam przyjeżdżający i wygłaszających referaty, to wyraz neoliberalnej świadomości globalizacyjnej. „Kapitał w Davos to nie tylko finanse i polityczna infrastruktura. To sposób życia” (Antonio Negri, Goodbye, Mr Socialism). I taki pomysł na życie proponują światu w XXI wieku Klaus Schwab i jego zwolennicy. Garstka hiperbogatych elit, żyjąca w bańce absolutnego dobrobytu, wyalienowana z trosk realnego świata, w wieży z kości słoniowej niedostępnej dla proletariatu. Ich bezpieczeństwo i kontrolę kłębiącej się poza wieżą biomasy sprawować będą cyfrowe formy nadzoru i lustracji doskonale opisane przez Shoshanę Zuboff (Wiek kapitalizmu inwigilacji).
Globalizacja w neoliberalnej wersji i system, który ją stworzył, nastawioną jedynie na zyski megakorporacji – głównie ze sfery bankowości, finansów i high-techu – absolutnie nie ma (co widzimy dziś) na celu demokratyzacji świata. I do niej nie prowadzi. Choć o tym i o paru jeszcze wzniosłych wartościach ciągle zapewniano z różnych ambon. Nie zaważyła również na poszerzeniu sfer wolności obywatelskiej i nie spowodowała, iż nasz świat stał się bezpieczniejszy, niosący nadzieje na polepszanie bytu pojedynczej osoby. Bez względu na rasę, kulturę, wyznanie, narodowość, miejsce zamieszkania na Ziemi. O likwidacji głodu, epidemii, wojen, nędzy nawet nie warto wspominać. Jest gorzej niż 50 lat temu.
Demokracja rozkwita, a społeczeństwo wznosi się na wyższe stadia rozwoju i człowieczeństwa wtedy, kiedy ludzie widzą i czują, iż liczą się prawa i interesy każdego, nie tylko gospodarczej i finansowej plutokracji. A taką przyszłość przewiduje nam kultura Davos i jej guru - Klaus Schwab. Triumf rynku zawsze odbywa się kosztem wartości obywatelskich i demokratycznych: przede wszystkim uderza on w wolność, a za tym idzie pozbawianie ludzi nadziei. Świetnie opisał te procesy – uniwersalne i mające kilkakrotnie już miejsce w dziejach świata – Karl Polanyi (Wielka transformacja) w latach 40. XX w., krytykując kult samoregulującego się rynku i poddania jego władzy wszystkich dziedzin życia. Gdy połączymy to z ideami Ericha Fromma przedstawionymi w pierwszej części tego tekstu – chodzi głównie o nadzieję na lepsze jutro – horyzont spojrzenia w przyszłość wyraźnie się poszerza, zyskując na głębi. To jest perspektywa rozwoju i postępu, nie rynkowy fundamentalizm i nieograniczona koncentracja kapitału.
Ten świat, przeobrażany od kilku dekad według neoliberalnych koncepcji (wywodzących swe jestestwo ponoć z liberalizmu), zawężono współcześnie wyłącznie do pospolitej konsumpcji, co samo przez się uczynić miało człowieka szczęśliwym i wolnym. Ten paradygmat wymusza na współczesnych akolitach liberalizmu artykulację takich oto wartości: „jedyną rzeczą, która naprawdę działa i coś zmienia jest znalezienie swej niepowtarzalnej umiejętności/cechy talentu, który odróżnia człowieka od innych i zainwestowanie właśnie w nią. Wszystko zaczyna się kończy na nas samych, choć intuicyjnie zawsze najpierw patrzymy na wszystko inne, a ku sobie zwracamy się, kiedy po prostu nie mamy innego wyjścia” (profil na FB, Eliza Michalak). Czy to nie jest przykład już nie tyle indywidualizmu, co egocentryzmu i swoistego narcyzmu?
Na kanwie zaprezentowanej wizji człowieka rodzi się takie oto pytanie: a dlaczego wszyscy muszą być wyjątkowi? Czy nie wystarczy być zwyczajnym, normalnym, empatycznym i przyjaznym Innemu człowiekiem? Czy taki człowiek – jeśli jest mu z tym dobrze i się samorealizuje w tak zakreślonym kręgu aktywności życiowej – nie zasługuje na godne, spokojne, bezpieczne życie? I czy nie wolno mu cieszyć się uznaniem tak samo jak ci megakreatywni, ofensywni, konkurencyjni i rywalizujący ze wszystkimi i wszystkim osobnicy?
Koncepcje Schwaba są niejako kontynuacją, choć na wyższym poziomie, polaryzacji i subiektywizacji naszego gatunku, przytoczonych myśli o wyjątkowości, kreatywności, ofensywności jako cech wyróżniających część naszej populacji. Tak obdarzeni i traktujący życie ludzie mają być z definicji lepsi, godniejsi szacunku, admiracji niźli ci przeciętni, zwykli, szarzy…
Kult emocji i pospolitego chciejstwa
Współcześnie zapanował w polityce, w kulturze, w krążących w najszerzej rozumianej przestrzeni publicznej ideach i koncepcjach - nie tylko w naszym kraju – kult emocji i pospolitego chciejstwa. Tym m.in. charakteryzuje się rozbuchany indywidualizm preferujący wspomniane cechy charakteru i osobowości. Tyle tylko, że miejsce prometeizmu mesjanistycznego (immanentnego epoce klasycznego romantyzmu) zajął prometeizm demokratyczny. Hiperoptymizm oraz niemalże religijna wiara w wyznawane przez siebie wartości to swoisty narcyzm. Niweluje ona niemal do zera realną doczesność. Dziejowy mesjanizm elity oraz jej akolitów prowadzi do absolutnie błędnego odczytania znaków czasów.
Zdeprecjonowano i zanegowano absolutnie to, co charakteryzowało naszą cywilizację od dekad. Realizm i umiarkowanie stały się passè. Ludzi tak postrzegających rzeczywistość się stygmatyzuje, stawia do kąta, hejtuje i ucisza.
„Realizm polityczny ze swoją pesymistyczną filozofią, począwszy od antycznego historyka Tukidydesa uczy nas, że przywódcy polityczni w wielu epokach stają się zakładnikami swoich własnych aspiracji i żądz. Nie są w stanie trwale zapanować nad wszystkimi innymi uczestnikami życia międzynarodowego, ani nad ich środowiskiem. Mogą jednak poprzez dążenia hegemoniczne i imperialistyczne podboje zakłócać równowagę systemową, prowadząc do katastrof wojennych, skazujących ludność na traumatyczne cierpienia.
W stosunkach międzynarodowych ciągle brakuje mechanizmów, które mogłyby zatrzymać liderów politycznych w realizacji ich wyolbrzymionych aspiracji, a przede wszystkim zapobiec świadomemu i nieświadomemu budowaniu negatywnych scenariuszy przyszłości. Realizm polityczny nie jest oczywiście receptą na „wieczny pokój”, ale dzięki powściągliwości liderów politycznych może przyczynić się do o ograniczenia już istniejących konfliktów i zmniejszenia liczby przyszłych wojen” (Stanisław Bieleń, „Pesymizm realizmu politycznego”, Sprawy Nauki Nr 12/22).
To doskonały opis procesów zachodzących we współczesnym świecie, które dotyczą zarówno poziomu międzynarodowego, elitarnego jak i życia codziennego.
Już w końcu ub. wieku amerykański filozof Richard Rorty zauważył, że „Mamy do czynienia z globalną superklasą społeczną, która podejmuje wszystkie najważniejsze decyzje gospodarcze i to zupełnie niezależnie od woli organów ustawodawczych, a tym bardziej od woli wyborców danego kraju” (Philosophy and Social Hope). Przed brakiem polityki globalnej ze strony odpowiedzialnych polityków, pozostawienie tych trendów własnemu losowi, ostrzegał Rorty wyraźnie. Jego zdaniem doprowadzi to do sytuacji, kiedy owe gremia zaczną uwzględniać wyłącznie swoje prywatne, utylitarne i rodowe (niczym w średniowieczu klany książąt i wielmoży) interesy nie tylko w gospodarczej przestrzeni. Koncepcje Schwaba są tego wyraźnym potwierdzeniem.
Zygmunt Bauman swego czasu wyraził opinię, iż współczesna rzeczywistość i wersja globalizacji realizowana przez neoliberalny system tworzy masę odpadów. Przede wszystkim – jakże to niehumanistyczny i antyoświeceniowy obraz świata XXI w. lecz jednocześnie jakże realistyczny i faktyczny – odpadów ludzkich (Zygmunt Bauman, Życie na przemiał). Gdy o tym pisał w początkach naszego stulecia, wydawać się mogła ta wizja obrazoburczą i antyczłowieczą. Wszakże propozycje zawarte w Czwartej rewolucji przemysłowej oraz przewidywania Johana Galtunga - społeczeństwo według formuły 20:80 (teoria planetarnej zbiorowości, ale tak mają się również różnicować populacje w poszczególnych krajach) - anulują owe negatywne i zatrważające wówczas nachodzące myśli i skojarzenia.
Noblista José Saramago zauważył w kontekście takich przewidywań, iż gros ludzi na Ziemi będzie dla owych możnych i wybranych „zbyt zwyczajnymi”, aby zwracali na nich uwagę i dlatego „będą przeoczani” przez system (Baltazar i Blimunda). Ich problemy, niepowodzenia, przegrane byty, w pełnym tylu możliwości urządzenia sobie wygodnego i szczęśliwego – a najważniejszego: z poczuciem wolności - życia nie zasługują na uwagę. Gdy poczują się wolni, wszystkie problemy znikną same z ich codzienności. Asceci i wagabundzi różnych religii – hinduizm, dżynizm, pierwotne chrześcijaństwo (stąd wyrósł właśnie ruch anachoretów), którego znakomitymi przedstawicielami byli św. Szymon Słupnik, św. Nil czy św. Antoni Wielki) – to taka forma pojmowania wolności.
W owych procesach degradacji wspólnoty i wykreowanych przez elity wektorach mających kierować ludzkość ku społeczeństwu 20:80 ogromną rolę odegrały i odgrywają nadal właśnie czynniki konsumpcyjno-indywidualistyczne, celebryctwo, a dalej – swoisty narcyzm. Wolność stała się wyłącznie subiektywną płaszczyzną manifestacji owej wyjątkowości, bez zrozumienia jej kontekstu zarówno wspólnotowego jak i klasowego. Czuj się wolnym i bądź z tego tytułu szczęśliwym. Reszta się nie liczy. Koniuszek własnego nosa i różowe okulary na nim mają być absolutnym drogowskazem życiowym w agendzie „4,0”.
Nowe średniowiecze powielać ma rudymenty poprzedniego (już bez jakichkolwiek upiększeń, woalek czy intelektualnych serpentyn rodem z Oświecenia): jak urodziłeś się w rodzinie tych 20% predestynowanych do dobrobytu i spokojnego, bezpiecznego oraz twórczego życia, takim twój byt będzie do końca. Reszta ma być szczęśliwa i zadowolona, iż może czuć się wolnymi. A istotę tej wolności wytłumaczą – w zależności od kontekstu i sytuacji – jej demokratyczne i swobodne media. „Uwierz (…..) a zbawisz siebie i dom twój” (Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Dz. 16, 31).
Radosław S. Czarnecki
Jest to druga część eseju Radosława S. Czarneckiego – pierwszą - Wigor globalizacji (1) zamieściliśmy w SN 12/22, trzecią, ostatnią zamieścimy w SN Nr 2/22.